piątek, 19 sierpnia 2016

Rozdział 4



   Nie chciał stawiać jej przed faktem dokonanym. Lecz w istocie miał taki plan. Skoro Kasia nie zgodziła się do niego wprowadzić, to choć bardzo go kusiło, nie mógł tak po prostu włamać się do jej mieszkania i oczyścić je z wszelkich rzeczy osobistych.
A zrobiłby to. Gdyby tylko chciał jeszcze bardziej pogrążyć się w sytuacji, jakiej aktualnie się znajdował. Kobieta była bowiem na niego śmiertelnie obrażona za to, jak ostatnim razem posłużył się dzieckiem do wywarcia na nią nacisku.
Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. Zaskoczyła go. Bo przecież jeszcze niedawno nie chciała zdradzać swoich uczuć nikomu, prócz samego profesora naturalnie w sytuacjach intymnych. Matylda także dowiedziała się dla świętego spokoju. W końcu ile można kryć się przed dzieckiem, które obserwuje nas pełną dobę.
- Jest zajęty. Poza tym nie najlepiej mu się teraz układa z Wiktorią. - mruknął pod nosem, zastanawiając się jaki ruch wykonać, aby móc niepostrzeżenie podłożyć się Matyldzie w szachach.
- Na pewno? - Kasia podeszła od tyłu do córki i spojrzała badawczym okiem na szachownice. Niestety nie miała pojęcia na temat zasad tej gry, bo dziewczynka grywała tylko w szkole. Oczywiście próbowała nauczyć się tej sztuki od nastolatki, lecz widocznie nie była jej pisana taka umiejętność. - Wczoraj wydawało mi się, że bardzo dobrze się dogadują. Widziałam ich na mieście. - wytłumaczyła, gdy napotkała pytający wzrok Andrzeja. Mężczyzna jednak nie skomentował. Beznamiętnie spuścił wzrok i zamyślił się nad grą. Wykonał w końcu jakiś ruch, lecz widocznie przypadkowy, bo Matylda od razu krzyknęła zbulwersowana, że ten jej się podłożył.
- Mój błąd. Zagapiłem się.
- Mhm... Ta jasne. Jak mam trenować, kiedy ty dajesz mi wygrać? - obrażona nie wykonała żadnego ruchu. Założyła ręce na biodra i lustrowała oblicze ojca, który słuchał jej spod ściągniętych brwi.
- Już ci mówiłem, nie uważałem.
- Bo pokłóciłeś się z wujkiem? Dlatego nie chcesz, żeby...
- Matyldziu. - urwał surowo. Dziewczynka powiedziała zdecydowanie za dużo. Znacznie więcej, niż powinno wyjść na światło dzienne.
-No co? - wzruszyła ramionami, dopiero teraz rozumiejąc jego napięty wyraz twarzy.
- Wracaj do pokoju, masz chyba lekcje do odrobienia.
- Są wakacje.
- Słusznie. - zamyślił się chwilę. - W takim razie idź sprawdź co z tą asteroidą. To już chyba ten czas. - spojrzał pobieżnie na zegarek zdobiący jego lewy nadgarstek. Miał szczęście. Za niecałą godzinę na niebie miał być istny spektakl, a mała Smuda musiała się przecież do niego odpowiednio przygotować. W końcu takie widowisko należało sfotografować i dokładnie opisać w jej dzienniczku kosmicznym, jak to miała w zwyczaju robić.
- O co poszło? - zapytała spokojnie, kiedy już zostali sami. Usiadła jeszcze obok niego, tak o z kaprysu, a może z doskwierającego braku bliskości. Jako młoda para byli bardzo jej spragnieni.
Andrzej nie spieszył się z odpowiedzią. Nie był przygotowany na składanie wyjaśnień w tej sprawie. Powoli składał pionki i figury jego ostatnimi czasy ulubionej gry. Zamknął wreszcie z trzaskiem drewniane pudełeczko, a echo poniosło się po parterze. Jego dłonie straciły zajęcie. Dyskretnie wzdychając oparł się na kanapie, czując na sobie niecierpliwy wzrok kochanki.
- O nic konkretnego. Adaś ma za mało rozumu w głowie. Zupełnie jak nie mój brat.
- Pogodzilibyście się, gdyby to było coś błahego. - odrzekła swym łagodnym, głębokim głosem.
- Możliwe. - odrzekł, nie wierząc w to, że tak łatwo dojdzie pomiędzy nimi do porozumienia. Nie po tym co zaszło wczorajszego wieczoru. Ani Adam, ani Wiktoria już dawno nie dyrygują jego życiem. Za bardzo przyzwyczaili się do pomocnej dłoni Andrzeja. Teraz po prostu im go brak, bo nie mogą sobie poradzić sami. Troska? Też coś. Troską nie można nazwać wtrącanie się do cudzych spraw. A jeśli tą sprawą jest miłość, to zdecydowanie należy się odseparować od takiego zagrożenia.
Ale czy uda mu się odsunąć od Adama? Oczywiście nie chciał tracić z nim kontaktu. Nie w tym rzecz. Andrzej pragnął, aby jego brat uświadomił sobie, że są kwestie i wartości, które należą do intymnych i nie należy się nimi dzielić. A jest nią nowa rodzina. Każdy z nich taką tworzył i najlepiej by było, gdyby taki stan rzeczy dotarł do młodszego z rodzeństwa.
- Więc nie powinieneś mieć nic przeciwko, gdyby zjawili się wieczorem. - podsumowała swobodnie.
- Ale mam. Zrozum Kaśka, że wolałbym ten wieczór spędzić tylko z wami. - pochylił się nad nią, całując czule jej szyję, zaczynając od okolic za uchem.
- Czyli to coś poważnego. - spokojnie analizowała, mimo że pieszczoty jakie zadawał jej Andrzej nasycały w niej głód bliskości. - Proszę cię, bądź poważny... - wyszeptała, odpychając go od siebie delikatnie.
- Dobrze pani mecenas. - odrzekł zawiedziony. - Będę. Ale taka wolna chwila rzadko się zdarza. - spojrzał w kierunku drzwi do pokoju Matyldy. - A ja nie mam pojęcia, czy jestem aż tak cierpliwy. - znów zamruczał, tym razem lubieżnie, w jej stronę. Działał na nią nawet spojrzeniem.
- Sprawdzimy to. - uśmiechnęła się triumfalnie, bo wiedziała że ma go w garści. On także miał świadomość, że nie obejdzie się bez wyjaśnień. Postanowił więc być szczerym. Przynajmniej na tyle, na ile pozwoli mu jego przyzwoitość (bo takową zdążył w sobie wykształcić ten butny dawniej mężczyzna). Całą prawdą mógłby ją tylko zranić.
- Mój braciszek jest pantoflarzem. - westchnął w końcu. Kasia uniosła brwi zaintrygowana. - Leci za Wiktorią jak ćma w ogień.
- A ty jesteś zazdrosny?
- A niech go sobie bierze...
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Nie musisz przede mną ukrywać tego, że kiedyś coś cię łączyło z tą dziewczyną. Doskonale widziałam, jak na nią kiedyś patrzyłeś. To musiało być coś poważnego, mam racje? - po raz kolejny zaniemówił. Porażony jej dedukcją rozchylił tylko usta, przypatrując się jej w milczeniu. Lecz na twarzy kobiety nie dostrzegł wyrzutu, tylko niepewność. Jakiś lęk przed nieznanym, choć może właściwie to...
- Chyba nie jesteś zazdrosna o Wiktorię? - nie zaprzeczyła. Naprawdę bała się, że jego i rudowłosą panią doktor mogłoby coś jeszcze łączyć. Jak miał jej więc wytłumaczyć, że Consalida należy do reliktów przeszłości, które straciły w jego oczach swój blask świetności? Kiedyś promienna kobieta, teraz poważna kandydatka na jego szwagierkę. Szanował ją, lecz z zauroczenia jakiemu głupio poddał się dawnymi czasy, nie zostało już nic, prócz wspomnień. - Kasiu, Wiki owszem, była mi kiedyś bliska, ale z czasem boleśnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem w jej typie. To już minęło.
- Ale było poważne, prawda? - zamyślił się na chwilę.
- Wtedy tak myślałem. - nie kłamał. Rzeczywiście wbiła mu nóż w plecy, gdy odrzuciła jego zaręczyny. Jak przed nikim innym otworzył się, a ta zakpiła z jego uczuć. Wtedy zabolało, ale zaleczył rany. Zaszył się na nowo w swej znieczulicy, choć i to nie uchroniło go od kolejnych ciosów, jakie otrzymał od Wiktorii. Poznała jego słabe oblicze i stała się pewniejsza.
Ale wybaczył jej. Sam nie wiedział dlaczego. Może nie potrafił wyrzec się wszystkich zalążków ciepłego uczucia jakim darzył Consalidę? A może przez wzgląd na Adama?
- Ale my też mamy wiele pięknych wspomnień. Kiedyś byliśmy prawie tak szczęśliwi jak dziś. - Kasia zaśmiała się pod nosem na jedno z tychże dawnych obrazków przywołanych w pamięci, potakując jednocześnie.
- Zgoda. My też mieliśmy swój piękny czas. A teraz przeżywamy renesans. - złożyła nogi na kanapie i obróciła się bokiem w stronę mężczyzny. - Dlatego postanowiłam pójść na ugodę. - uniósł ciekawie do góry brew, słuchając uważnie, co kobieta ma mu do zaproponowania.
- Ugodę?
- Przeprowadzę się do ciebie. - nie czekał długo z pocałunkiem, lecz zrobił to taktownie, powoli i czule. - Ale... - dokończyła, gdy złapała oddech - Spróbujesz porozmawiać z bratem. Dzisiaj. Na kolacji.
- Chyba nie mam wyjścia. A teraz wybacz, ale zostało nam bardzo mało czasu. - i pociągnął ją za rękę w stronę schodów, by na piętrze dotrzymać pierwszej obietnicy, danej sobie.

Zaparkował pod mieszkaniem, które wynajmowali od przyjaciela na czas pobytu w kraju. Nareszcie udało mu się dokonać wszelkich formalności i otrzymać zgodę na budowę. A nie było to łatwe ze względu na tereny leśne, jakie otaczają działkę. Mnóstwo problemów, głównie z jej uzbrojeniem. W końcu ze świecą szukać znajdujących w pobliżu domostw, a zatem jeśli chcieliby choćby użyczyć od kogoś prądu... graniczyłoby to z cudem. Całe szczęście Krajewski zaopatrzył się już w agregat, co powinno wyeliminować problem elektryczności przynajmniej na jakiś czas.
Zmęczony urzędową biurokracją i klnący w myślach na niedostosowanie tak ważnych instytucji do dwudziestego pierwszego wieku, pokonał przedpokój i udał się do małego salonu połączonego z kuchnią.
- O jesteś już.
- Już? Chyba dopiero! Wiesz ile kolejek musiałem przeczekać? Ile kobiet musiałem zbajerować, żeby przyspieszyć wydanie paru dokumentów? - westchnął i rozsiadł się na kanapie. Oparł głowę, jakby miał zaraz wyzionąć ducha i przymknął powieki, wsłuchując się w swe obolałe ciało. Usłyszał szmer, który świadczył o tym, że ktoś się do niego zbliża. Tym kimś musiała być jego rudowłosa ukochana.
- Kotku, naprawdę nie musimy się z tym tak spieszyć.
- Ale skoro kiedyś chcemy tutaj wrócić, to chyba czas najwyższy zacząć tę budowę. - podjął, spoglądając na Wiktorię.
- Ale czy nie jest nam tak dobrze?
- Jak? Chcesz spać na walizkach? Wiki przecież ty też masz tutaj przyjaciół. Sama mówiłaś...
- Tak, mówiłam. - weszła mu w słowo. - Ale w Hiszpanii mamy pracę. Oboje. Może warto przez jakiś czas zostawić wszystko jak jest?
- Wiesz, naprawdę nie rozumiem. Przecież nie musimy wracać do Leśnej Góry. Z twoimi kwalifikacjami znajdziesz pracę w każdym warszawskim szpitalu.
- Boję się zostawić Blankę. - wyznała w końcu. Adam objął ją tylko ramieniem i spojrzał gdzieś przed siebie, zastanawiając się jak ma zdobyć zaufanie młodej pasierbicy. - Ma teraz problemy z tym chłopakiem, nie mogę jej tak zostawić.
- Wiki - dotąd oparta o niego plecami, teraz lekko odsunięta spojrzała kątem oka na partnera. Miała do siebie żal, lecz starała się grać silną. Przez ten czas pobytu w Hiszpanii starała się udowodnić sobie, że potrafi być matką. Nie dostrzegła niestety w tym wszystkim, że Blanka jest już dorosłą kobietą, a błędy jakie popełnia są nieodłączną częścią wchodzenia w ten dojrzały etap. Zaangażowała się, być może za bardzo. Tak bardzo przejęła się losem córki, że nie zauważyła swojego.
- Pamiętaj, że nie jesteś sama. Masz mnie, a Blanka może do nas przyjeżdżać. Jak chcesz ją przyjmować w tej kawalerce? A w naszym domu będzie miała swój własny pokój, bezpieczne miejsce tutaj w Polsce. My i tak tutaj wrócimy. Widzę jak tęsknisz za Agatą...
- A ty za Andrzejem. - dodała.
- Nie przesadzajmy. - zasępił się nieco. Wczorajsza sprzeczka należała chyba do jednej z najgorszych w ich braterskiej karierze.
- Naprawdę się zeszli? - podjęła temat. - On i Smuda są razem? - lecz on nie odpowiedział. Było to zbędne. - Może to nic poważnego...
- Nie sądzę... jak Andrzej w coś wchodzi, to nie odpuszcza.
- Skoro tak jej broni to chyba rzeczywiście mu zależy. Spędzali ze sobą tyle czasu, to musiało się tak skończyć.
- Wiesz, to chyba zaczęło się już dużo wcześniej. Znam Andrzeja i wiem, że nie zajmuje się cudzymi dziećmi bezinteresownie. Już wtedy ją kochał, jak tylko się pojawiła.
- Myślisz? - Jednak ich rozmowę przerwał telefon. Spojrzeli po sobie zaskoczeni, gdy na wyświetlaczu ujrzeli numer samego Andrzeja Falkowicza. Połączenie było krótkie, lecz tak samo intrygujące, jak jego pojawienie się. Chłopak ściągnął brwi i patrząc przed siebie oznajmił
- Mamy zaproszenie na kolację.

Na zewnątrz robiło się już chłodniej. Słońce nie przybrało jeszcze koloru pomarańczy, ale godzina na kolację była odpowiednia. Kasia, która zgodziła się tego dnia zostać na noc, nie spieszyła się już do domu. Spokojnie i z gracją mieszała potrawy w garnku, a Andrzej co chwilę zaglądał jej przez ramię, całując co raz to przy okazji, bądź klepiąc kobietę po pośladkach ukradkiem. Był w wyśmienitym humorze i postawił sobie za priorytet, że żaden Adam, czy Wiktoria nie popsują mu go. Nareszcie wszystko zaczęło się układać. Gdy tak przyglądał się swojej ukochanej, był nawet gotów w przypływie impulsu jej się oświadczyć, lecz tylko zaśmiał się w duchu. Przecież Kasia ledwie zgodziła się z nim zamieszkać. Przymuszona szantażem, ale jakże przyjemnym... Przeszedł go dreszcz na samo wspomnienie zręczności swojej partnerki.
Tak, zdecydowanie tego szukał w życiu.
- Tato... - w kuchni zjawiła się ich córka, której krągłą buzię zdobił szpetny grymas.
- Choć. - rozumieli się bez słów. Wystarczyło, że dziewczynka pokazała się z niezadowolona miną i rozpuszczonym włosami, od razu zorientował się czego się od niego oczekuje. - Przyniosłaś szczotkę? A grzebień? - miał wszystko. Kazał usiąść na pufie przed sobą, by móc zapleść tradycyjnego warkocza na głowie Matyldy.
Ręce chirurga szybko się z tym uporały. Mała nawet nie musiała sprawdzać, czy splot jej włosów wyszedł zgodnie z oczekiwaniami, bo przecież nie pierwszy raz profesor zaplatał jej ulubionego warkoczyka.
- Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
- Myślałaś, że sama sobie układała fryzurę przed szkołą? - kolacja była już gotowa, więc mieli chwilę dla siebie. Zdjęła szpilki i założyła nogi na pufie przed Falkowiczem, który mógł teraz bezkarnie przyglądać się jej szczupłym łydkom odkrytym przez pudrową wąską spódnicę z lekkiego materiału. Mężczyzna objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.
- Jak myślisz, jak zareagują? - odezwała się w końcu.
- Myślę, że już wiedzą. - odparł zgodnie z prawdą.
- Ta dziewczyna mnie nie lubi. Może chociaż z Adamem uda mi się dogadać.
- Oczarujesz ich oboje, tak jak oczarowałaś mnie. - uśmiechnął się szczerze, a kobieta odwzajemniła mu się tym samym.
Nie czekali długo, a zjawili się goście. Zaprosili ich do stołu, choć było nieco niezręcznie. Wiktoria próbowała się uśmiechać, lecz jakoś dziwnie się czuła w obecności Kasi, jak się szybko okazało (dzięki Matyldzie) gospodyni domu. Smuda za to z każdą chwilą była coraz pewniejsza siebie, lecz mimo wszystko przez cały czas wyglądała naturalnie spokojnie. Choć nikt nie wypowiedział tego na głos, to już na pierwszy rzut oka można było zyskać pewność, że ta kobieta była stworzona dla profesora.
Bracia też jakby zapomnieli o całej sprzeczce, a może po prostu nie chcieli o niej pamiętać przynajmniej na czas wieczoru.
Robiło się coraz później, a całe towarzystwo ucztowało w najlepsze. Każdy świetnie wszedł w swoją rolę i o kłótniach, czy zawiściach nie było śladu. Przynajmniej na ten czas, lecz nie wyprzedzajmy faktów.
Gdy na zewnątrz zapanował mrok, a było może po dwudziestej, do drzwi podszedł kolejny gość. Zerknął raz jeszcze na numer zapisany na jego karteczce, a widniał tam pełen adres domu Falkowicza oraz jego nazwisko. Udało mu się zdobyć tę informację, choć musiał przyznać, że nie było łatwo. Dziwne, ale widać profesor cenił sobie prywatność.
Zauważył, że palą się światła, więc przycisnął przycisk dzwonka. Z zaciętą miną wyczekiwał, by ujrzeć twarz mężczyzny, który zajął jego miejsce. Zmiął kartkę i wrzucił ją do kieszeni szarych spodni. Nie mógł się doczekać tego spotkania. Nareszcie odwdzięczy się za zrujnowanie jego życia.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął ten mężczyzna, Falkowicz. Na początku przyjrzał się mu badawczo, a po chwili już wiedział. Poznał.
Zza jego pleców wychyliła się także Kasia. Oczy jej rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów i zamarła, gdy ten obdarzył ją promiennym uśmiechem.
- Jan... - wyszeptała.
- Wróciłem.







No i co? Namiesza? W każdym razie trafiłyście ;) A biologicznego ojca zostawmy scenarzystom. Myślę, że prędzej czy później stanie oko w oko z Falkowiczem tak jak teraz Jan.


Ciesze się, że anonimki zaczęły się podpisywać!
No więc co sądzicie?












14 komentarzy:

  1. Oo nie mogę :)) super rozdział :) zjawił się Jan i powiem Ci ze juz sie boję co wymyślisz w kolejnych rozdziałach z jego udziałem ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział!! jestem ciekawa czy Jan namiesza.. Oby nie :( a co do tego w serialu biologiczny ojciec Matyldy wątpię,ja cały czas wieże że jest nim falko :) pozdrawiam ~K

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem bardzo ciekawa akcji z Janem) :) super ze jednak tutaj falko będzie musiał się podwójnie wykazać dla naszej Kasi i Matyldzi :))
    -M

    OdpowiedzUsuń
  4. w sumie trochę spodziewałam się Jana i proszę,jest ! no ale fajnie będzie czytać,jak falko musi walczyć z nim o kasię i matyldę jak koleżanka na górze wspomniała wcześniej :) Heh pozdrawiam
    ~Werka

    OdpowiedzUsuń
  5. Dodam tylko, że Jan może okazać się większym problemem niż sądzicie ;) Wszystko żeby ubogacić akcję. Mam nadzieję, że nie będzie nudno ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jakiś szantaż ?
      Już nie mogę się doczekać kolejnych części, żeby wiedzieć jak to wszystko się ułoży ...
      KM

      Usuń
  6. super rozdział! nie mogę się już doczekać kolejnego.Najbardziej ciekawi mnie w tej całej akcji nasz falko,jak się zachowa i co będzie robił :DD
    ~N

    OdpowiedzUsuń
  7. nie mogę się doczekać kolejnej części !:) :D pozddrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. kiedy możemy się spodziewać nexta> :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A dodasz jakiś fragment ?

    OdpowiedzUsuń
  10. a możemy się dziś może spodziewać fragmentu jakiegoś? :)
    ~~K

    OdpowiedzUsuń