wtorek, 9 sierpnia 2016

Rozdział 2

Obiecany dedyk dla osoby, która (prywatnie, ale jednak) odpowiedziała poprawnie na moją zagadkę. Szukajcie okazji do zdobycia dedykacji pod postami ;)
A więc dla Patrycji, za "burzę" ;)




- Jadę na rozmowę z Tretterem. - oznajmił zniecierpliwionej kobiecie, która z wyrzutem przyglądała się Andrzejowi. Mężczyzna lekko poddenerwowany niesfornym materiałem krawata, który za nic z świecie nie chciał się gładko ułożyć, szarpnął w końcu za owy przedmiot i klnąc pod nosem zaczął wiązać go od nowa.
- Mieliśmy jechać na zakupy do galerii. - przypomniała, zakładając dłonie na piersi.
- Kotku, jeśli tylko to przekonałoby Trettera, już dawno... - westchnął zezłoszczony na uwiązany materiał, który w połowie zawijał się w drugą stronę. - Mój najlepszy krawat. Pogadam sobie z Adamem. Albo z Wiktorią... - poprawił się. Rudowłosa dziewczyna pewnie miała w tym więcej swojej zasługi.
- Andrzej, nie przyjmuj jego propozycji. Dobrze wiesz, że nie możesz. - marszcząc swe ciemne brwi, podeszła bliżej mężczyzny. Przekręciła głowę lekko na bok, choć z tej perspektywy wadliwa część garderoby wcale nie wyglądała lepiej. Falkowicz opuścił więc dłonie i czekał, aż kobieta sama zajmie się kłopotliwym krawatem. Zajrzała do odsuniętej szuflady, w której starała się dostrzec jakiś godny zamiennik. Sunęła palcem po materiałach, aż w końcu wybrała jeden spośród odcieni czerwieni. Wyjęła i oplotła swe dłonie na szyi kochanka. Bynajmniej nie w celu okazywania uczuć, lecz jakaś iskra intymność rozbłysła pomiędzy nimi. Zmysłowo, niespiesznie zawiązywała krawat tuż pod kołnierzem prążkowanej koszuli. Nie spoglądała mu w oczy, lecz czuła, że patrzył.
- Kasiu... - chciał zbliżyć się do niej, ale usłyszeli kroki, które musiały należeć do Matyldy. Kobieta instynktownie próbowała odsunąć się od niego, gdy ten złapał ją za biodra.
- Zobaczy nas, puść. - szepnęła, przerażonym wzrokiem patrząc w stronę mleczno szklanych drzwi garderoby.
- Nie sądzisz, że najwyższy czas przestać się ukrywać. - Szepnął jej zmysłowo nad uchem. Nadal nie puszczał.
- Zwariowałeś! - pisnęła, przekonana że córka jest już bardzo blisko.
- Owszem - mruknął, chcąc ją pocałować, lecz w porywie czułości rozluźnił swój uścisk dłoni, co szybko wykorzystała Kasia. Odsunęła się od Andrzeja na bezpieczną, przyjacielską odległość.
- Mamo? - dziewczynka zajrzała do garderoby, gdzie zastała tatę, któremu wyraz rozczarowania jeszcze nie zdążył zejść z twarzy; oraz mamę, która była czymś wyraźnie zaskoczona. - Jedziemy w końcu, czy nie? - Matylda marszcząc gniewnie brwi przestąpiła z nogi na nogę, a zakładając dłonie na piersiach upodobniła się do matki już zupełnie.
- Naturalnie kochanie, ale same. Tata musi pojechać do szpitala. - dziewczynka momentalnie zbladła. Rozwiązała mimowolnie splecione ręce i zapytała zupełnie innym tonem głosu.
- Znowu? Przecież mówiłeś, że jesteś już zdrowy.
- Skarbie... - szybko pokonał te dwa kroki ich dzielące. Uklęknął przed nią i ujął za ramiona. - Oczywiście, że jestem. Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie okłamał. - uśmiechnął się czule do ciągle wstrząśniętej nastolatki. Zdawał sobie sprawę z tego, jak ta bardzo musiała przeżyć całą jego chorobę. Za nic w świecie nie chciałby narażać tej kruszyny na takie zmartwienia raz jeszcze. - Pamiętaj, że szpital to moje miejsce pracy i teraz pozostanie tylko miejscem pracy, zrozumiano? - udał surową minę, a gdy Matylda uśmiechnęła się w końcu kiwając twierdząco, on w odpowiedzi przytulił swoją kruszynę. - No już. Koniec tych czułości. Idź się przebrać do wyjścia.
- Już się przebrałam! - odparła obrażona, że Andrzej nie zauważył jej wyjściowego stroju.
- Wspaniale, to idź poczekać w samochodzie. - wstał z kolan.
- Będę tam czekała całe wieki!
- Matyldziu bardzo proszę zrób to, o co cię prosiłem. - Kasia była pod wrażeniem jak w jednej chwili jej partner zmienił się z czułego, w wymagającego rodzica. Zupełnie jakby wychowywanie dzieci miał we krwi. Lecz kogo jak kogo, ale Andrzeja nie mogłaby o to podejrzewać.
- Nie wiem co powiedzieć - podsumowała, gdy byli już sami.
- Najlepiej nic. - mężczyzna bezpretensjonalnie złapał Kasie za jej bok i bezczelnie przyciągnął do siebie, nie pozostawiając między ich biodrami milimetra przestrzeni. I pocałował ją, w końcu oddając się pokusie, która dopiero teraz stała się dostępna.
Choć oddała jego czułości, choć i ona zaangażowała się w nie wcale nie mniej, to gdy zabrakło im oddechu oderwała się od mężczyzny i z nieodgadnioną miną spojrzała na niego. Złapała zmysłowo za jego krawat, jakby chcąc go poprawić, a przecież leżał idealnie, chwyciła mocniej i zacisnęła go szybkim ruchem na szyi profesora. Ten dotąd zadowolony, skrzywił się lekko.
- Tak lepiej. - A prosiła, by się powstrzymywał. Jej córka była bystrą dziewczynką i dopóki nie odeszła na bezpieczną odległość, musieli się pilnować.
Opuściła garderobę, gdy dokonała swojej malutkiej zemsty na mężczyźnie, za jego dziecinne zachowanie. Miłe, całkiem miłe, ale jednak dziecinne. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła schodami, by odnaleźć znudzoną Matyldę.
Falkowicz poluźnił od razu splot pod szyją i kątem oka obserwował kobietę opuszczającą pomieszczenie. Nabrał głębiej powietrza w płuca i wypuścił je unosząc jeden kącik ust do góry.

Dziarskim krokiem przekroczył próg Leśnogórskiego szpitala. Kroczył dumnie, zupełnie nie jak pacjent, którym bywał przez ostatni czas. Swą postawą dawał jasno do zrozumienia, że jest tam ważną personą.
Uśmiechał się czarująco do zaskoczonych jego nowym obliczem pielęgniarek. Świeżych rezydentów strofował wzrokiem, a ci od razu spuszczali głowy, z niewyjaśnionych powodów odczuwając poczucie winy. Stary Falkowicz powrócił.
Skierował swe kroki do gabinetu dyrektora owej placówki. Nie dał szansy pani Ani na zaanonsowanie się u Trettera, zapukał dwa razy i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
- Panie dyrektorze ja mówiłam, że pan jest zajęty... - tuż za profesorem wpadła do gabinetu sekretarka, lecz Stefan nadal lekko zaskoczony uspokoił kobietę i poprosił ją uprzejmie o dwie kawy.
- Dziękuje, że pan przyszedł profesorze. - Tretter wskazał Falkowiczowi krzesło po drugiej stronie jego biurka i dyskretnie chowając niedojedzone ciasto na półkę pod meblem, usiadł razem gościem po swojej stronie.
- Darujmy sobie tę kurtuazyjną pogawędkę. Do rzeczy dyrektorze. - Andrzej założył nogę na nogę, opierając się przy tym nonszalancko.
- Tak, oczywiście... Zadzwoniłem do pana, ponieważ uważam, że jest pan jedyną osobą, która może podjąć się tego wyzwania. Ma pan już pewne doświadczenie, więc jestem przekonany, że bardzo szybko wdroży się pan we wszystkie procedury.
- Chwileczkę... - mężczyzna zamachał dłonią w powietrzu, wykonując jakiś bliżej nieokreślony, lecz majestatycznie wyglądający ruch. Skutecznie uciszył tym Trettera, który wyczekiwał zapewne pytania ze strony Falkowicza. - Uściślijmy. Chce pan, abym wrócił do zespołu, zgadza się?
- Niezupełnie.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale nie rozumiem. - Tretter był wyraźnie czymś rozproszony. Zamilkli na chwilę, gdy w gabinecie pojawiła się pani Ania z kawą. Dyrektor poddenerwowany obserwował powolne ruchy kobiety, uśmiechając się dziwnie w geście podziękowania. Andrzej natomiast w napięciu lustrował oblicze podstarzałego mężczyzny, który ociągał się z przejściem do sedna sprawy.
- Nie jest pan czynnym lekarzem, i wybaczy pan szczerość, ale minie sporo czasu zanim wróci pan na salę operacyjną. - Profesor słuchał uważnie wywodu przełożonego. Na ostatnio słowa prawie nie drgnął, zacisnął tylko prawą pięść w kostkę. - Jest pan znakomitym fachowcem...
- Może pan sobie darować te komplementy. - przerwał od razu. - Obaj znamy moją wartość i moje zasługi dla tego szpitala. Choć to drugie może właściwie tylko ja. Po co mnie pan wezwał dyrektorze? - zapytał z pozoru spokojnie.
- Odchodzę na emeryturę i nie znajduje nikogo, kto mógłby mnie godniej zastąpić.

Nie spodziewał się takiej propozycji. Owszem przewidywał, że Tretter chciałby go przywrócić do pracy, lecz sądził że na stanowisko ordynatora chirurgii. Nawet na takim stanowisku potrzebna jest znajomość personelu oraz ich umiejętności. A na tak ważnym oddziale, jakim jest chirurgia nie pozostało już wielu zaufanych lekarzy.
Ordynatura to ciężki kawałek chleba, ale jak słusznie zauważył Tretter, on nie miał jeszcze możliwości przeprowadzania operacji. Dlatego, gdyby jednak objął to stanowisko mógłby liczyć na to, że po upływie pewnego czasu powróci do tego, co kochał najbardziej, czyli kontakt z pacjentem... nieprzytomnym naturalnie. Zarządzanie szpitalem natomiast nie dawało ku temu okazji. Pamiętał czas swojej błyskotliwej, aczkolwiek bolesnej w skutkach kariery, jako właściciel prestiżowej kliniki. Formalności i stosy dokumentacji nie dawałyby mu wielu sposobności do wejść na salę operacyjną.
Z drugiej jednak strony, czy to nie był awans, na który od zawsze zasługiwał i nawet przez pewien czas zabiegał?
Zamyślony wpadł na przerażoną kobietę, która błędnym wzrokiem najpewniej szukała czegoś.
- Prze... przepraszam pana... - miał wrażenie, że ta zaraz zaniesie się płaczem. Nawet nie spojrzała mu w oczy. Rozbieganym wzrokiem błądziła gdzieś w głębi korytarza za jego plecami.
- Mogę w czymś pomóc? - schował telefon do kieszeni marynarki.
- Moja córka... została... przywieźli ją tutaj...
- Spokojnie. - zwrócił się swym opanowanym głosem do roztrzęsionej kobiety, po czym odnalazł najbliżej przechodzącą pielęgniarkę. - Pani Anastazjo - szybko przeczytał imię na jej plakietce. - Proszę podać tej pani diazepam i zaprowadzić na oddział dziecięcy. - domyślił się, że córka kobiety musi znajdować się właśnie tam. - Ale najpierw leki! - rozkazał, po czym badawczym wzrokiem odprowadził kobietę, która nadal rozpaczliwie dopytywała się o swoje dziecko.

Wrócił do domu, lecz nie zastał tam nikogo. Lekko rozczarowany rozpiął guzik marynarki i zdjął ją ze swych ramion, by po chwili rzucić nią na oparcie kanapy. Cisza była przytłaczająca. Matylda wróciła do Kaśki po weekendzie spędzonym u niego, a Kasia nadal mieszkała u siebie, by nie zdradzać pozorów. Choć on miał serdecznie dosyć takiej zabawy w kotka i myszkę.
Pragnął aby ich relacje cały czas się rozwijały, nie zatrzymywały się na poziomie studenckiego zauroczenia i chowania się po kontach.
Dlatego nie raz sugerował swojej kobiecie, aby zamieszkała razem z Matyldą w jego domu. Ona jednak była uparta i nie pomagały argumenty, które jednoznacznie sugerowały, że to rozwiązanie posiada tylko i wyłącznie same plusy. Rozumiał, że chciała być ostrożna, być może nawet bała się tak stanowczych kroków, aby nie dawać złudnych nadziei swojej córce. Ale był pewien, że dziewczynka i tak przeczuwała, jak zmieniły się relacje tych dwojga. A jeśli nie, to przecież było to tylko kwestią czasu.
Sięgnął po telefon, który gnieździł się w kieszeni jego marynarki. Wybrał numer, z którym ostatnimi czasy łączył się najczęściej. Nie czekał długo, by usłyszeć jej aksamitny głos w słuchawce.
- Jak poszło spotkanie?
- Nie chodziło o ordynaturę. - zaprzeczył wcześniejszym ich domniemaniom. Kasia zaskoczona zamilkła na chwilę.
- Zwykły wakat chirurgów? - strzelała najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. - Nadal uważam, że nie powinieneś tak się spieszyć z powrotem do pracy. To jeszcze za wcześnie.
- Tretter... - westchnął, poprawiając zawinięty krawat. - Zaproponował mi stanowisko dyrektora szpitala. - dokończył swym głębokim głosem. - Jesteś tam?
- Tobie? To znaczy... - zdała sobie sprawę z tego, jak niefortunnie to zabrzmiało, na co Falkowicz tylko uśmiechnął się pod nosem. On też nie przypuszczał, że Stefan Tretter obdarzy go takim zaufaniem. - Myślałam, że nie przepada za tobą. Andrzej, gratuluje!
- Nie zgodziłem się.
- Co? Zwariowałeś!? - wrzasnęła, trochę za głośno do telefonu. - Jak mogłeś zmarnować taką szansę... - rozpaczała.
- Powiedziałem, że muszę to przemyśleć. - wyjaśnił. - Uznałem, że w związku taką decyzję podejmuje się wspólnie, czyż nie? Nie bardzo się znam, ale chyba przyznasz mi racje, hm? - tym wyznaniem wprawił w osłupienie Kasię. Uczucie ciepła rozlało się w okolicy jej serca, zaciskając gardło, co niektórzy zwą wzruszeniem. Nie przypuszczała, że ten mężczyzna okaże się tak wspaniałym partnerem, bo do takich wniosków doszła w tamtym momencie. To już nie była para kochanków, lecz partnerów. Dających sobie nie tylko nieziemskie doznania seksualne, ale także wsparcie i zaufanie.
- Co powiesz na lampkę wina, u mnie? Żeby oblać twój sukces?






Voila! ;) Co myślicie?
Czytając wiele nowych opowiadań, trochę opadły mi skrzydła, ale nigdy nie obiecywałam, że to bedzie dobre opowiadanie ;)




10 komentarzy:

  1. Ooo jaaa dziewczyno czytasz w myślach! Andrzej dyrektorem..naprawdę super!! I rozdział świetny!! Nie wiem czemu ale zawsze jak je czytam widze że wkładasz tak dużo pracy,czasu i chęci w pisaniu tych rozdziałów! Serio cudowny rozdział mega się szczeżyłam czytając go no i czekam na next!!! :) :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Suuper rozdział!! Podoba mi się to,że andrzej tak stara się o kasię :) Mam nadzieję że zamieszkają razem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. oo fajnie że kolejny rozdział tak szybko! A może tak kasia zaszła by w ciąże?? Czekam na next pozdrawiam -N

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieje że rozdziały będą pojawiać się z taką częstotliwością jak teraz bo nie mogę się już kolejnych doczekać

    OdpowiedzUsuń
  5. AA andrzej został dyrektorem,przepraszam zostanie dopiero ;D nie mogę sie doczekać kolejnego rozdziału,można wiedzieć kiedy się pojawi? :D

    OdpowiedzUsuń
  6. będzie dziś może rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozdział jutro ;)
    Ps. Zantowałam w pamięci wasze prośby. ;) ktoraś spełni się na pewno ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to fajnie,a po południu czy wieczorem? :)

      Usuń
    2. Tego jeszcze nie wiem :/ Mam nadzieje, że jeszcze popołudniu ;)

      Usuń
  8. super rozdział!! nie mogę się już doczekać kolejnego !! Widzę,że dziś się pojawi,będe czekać pozdrawiam !
    -M

    OdpowiedzUsuń