czwartek, 10 grudnia 2015

Rozdział 9

 
     To nie takie łatwe. Zaczynasz życie w momencie, kiedy chciałeś je zakończyć. Uczysz się nowych wartości. Próbujesz po raz kolejny poukładać w swojej głowie hierarchę wartości. Miłość, praca, marzenia, zdrowie... - co z tego powinno być na pierwszym miejscu?
A gdyby tak zapytać o to dziecko? Co ono by ci odpowiedziało? Że najważniejsze jest mieć rodziców. Matylda odczuwała ich brak na każdym kroku. Brakowało jej matki, kiedy chciała z nią porozmawiać. Kasia bardzo dużo czasu spędzała w pracy. Pragnęła wrócić do dawnej sprawności. Jej dawna pozycja została zachwiana w środowisku prawniczym. Potencjalni klienci obawiali się, czy mecenas po ciężkim urazie głowy podoła ciężkiemu wyzwaniu zawodowemu. Takie opinie trafiały też bezpośrednio do Smudy. Niesamowicie ją to bolało. Bywało, że siedziała do późna i recytowała regułki prawne, choć jak można się domyślić nie było to dla niej takie proste. Ćwiczyła więc też za dnia, kiedy to Matylda potrzebowała chwili atencji, choć krótkiego spojrzenia.
Matylda tęskniła też za Andrzejem. Każdego ranka zastanawiała się, co on w tej samej chwili robi. Za każdym razem, gdy spojrzała na zegarek, dodawała sześć godzin, by uzyskać czas, który aktualnie był w Polsce. Rozmyślała nad tym, z kim czułaby lepiej i gdy dochodziła do wniosku, że bardzo chciałaby być teraz z profesorem - płakała. Miała poczucie winy, że nie wybrałaby własnej matki. Kochała ją - co do tego nie ma wątpliwości, ale sama przed sobą bała się przyznać, że Andrzej był jej bliższy.
Pewnego dnia postanowiła zebrać w sobie odwagę i poważnie porozmawiać z mamą. Podeszła ostrożnie, po cichu do kobiety, która siedziała przy kuchennym stole. Nie udało się jej jednak tego dokonać bezszelestnie, gdyż potknęła się o kule, które oparte były o ścianę, tak by Kasia miała je w zasięgu ręki.
- Przepraszam - rzuciła szybko, bojąc się wybuchu złości ze strony matki, gdyż ta czasami nie panowała nad emocjami. Mogło to być pozostałością po urazie jakiego doznała, bądź też przez stres towarzyszący trudnemu powrotu do zawodu.
- Dlaczego się tak skradasz? - Kasia odebrała od dziewczynki kule i z powrotem oparła je o ścianę.
- Chciałam zapytać... - zaczęła, choć czuła, że jakakolwiek dyskusja z matką nie ma sensu. Ale zebrała powietrze w płucach, po czym z całych sił je wypuściła, aż zakręciło się jej w głowie. - Czy my jeszcze wrócimy do Polski? - uniosła nieznacznie brew, w napięciu obserwując reakcję Kasi.
- Tłumaczyłam ci już. To nie możliwe. - Smuda odpowiedziała, nawet nie patrząc na córkę. Sięgneła ogromną książkę i namiętnie w niej czegoś szukała. Dziewczynka przyglądała się dłoniom matki, zastanawiając się nad kolejnym pytaniem, które chciała zadać.
- Ale... - zaczęła nieśmiało, przyglądając się, jak Kasia zdenerwowana rzuca książkę na drugi koniec stołu - Ale zobaczymy się jeszcze z tat... z panem Andrzejem? - Matylda modliła się w duchu, aby jej pomyłka umknęła uwadze matki. Nawet bała się pomyśleć co by było, gdyby Kasia zaczęła zastanawiać się nad tym, co jeszcze jej umknęło podczas gdy była w śpiączce; gdyby choćby przez myśl jej przeszło, że jej córka stawia ją i Andrzeja niemal na równi.
- Wątpię, żeby znalazł dla nas czas. Jest bardzo zajęty. Pewnie już o nas zapomniał - Dziewczynka zamilkła więc przed tym, co chciała powiedzieć. Lecz zebrała w sobie uwagę i wypowiedziała parę słów, które zmroziły jej matkę.
- Nie prawda. - Kasia tym razem zwróciła się w stronę przestraszonej córki.
- Skąd wiesz? - Matylda spuściła na chwilę wzrok, lecz przypomniała sobie czego nauczył ją Andrzej - spełniają się tylko te marzenia, których pragniemy najbardziej. Podniosła więc głowę i pewnie spojrzała na matkę.
- Dzwoniłam do niego. Wiem, że tęskni. Dlaczego kłamałaś, że już o nas zapomniał? - odezwała się łamiącym się głosem. Smuda błądziła swoim wzrokiem po bladym obliczu Matyldy.
- Nie pozwoliłam ci. Dlaczego mnie nie słuchasz? - zaczęła zdenerwowana, choć nie krzyczała. Matylda postanowiła iść za ciosem i kontynuować. Przecież tutaj już nie chodziło tylko o jej matkę i jej zawodowe plany, o ambicje które z każdym tygodniem przeradzały się w obłęd. Mała przecież też miała swój głos, racja?
- Ale ja nie chcę tutaj mieszkać. Nikogo tutaj nie znam, nikogo nie potrafię zrozumieć... Dlaczego nie możemy wrócić? Mamusiu proszę... - zakończyła niemal piskiem ostatnie zdanie. Jej serduszko przyśpieszyło, kiedy zrozumiała jak bardzo zdenerwowała swoją matkę.
- Nie! Powiedziałam nie! - Smuda uderzyła pięścią w stół. Zapanowała cisza. Matylda ze łzami w oczach przyglądała się matce, której oczy były pełne obłędu. Były chwile, że się jej bała, choć nie powinna. Przecież Kasia bardzo ją kochała i nigdy by jej nie skrzywdziła. Dziewczynka wiedziała, że matka nigdy nie podniosłaby na nią ręki, ale ta czasami zachowywała się jak obca kobieta. Nie była już tą samą czułą matką, która panowała nad swoim gniewem. Nigdy wcześniej nie bała się jej spojrzenia, a teraz zdarzało się, że kryła się w swoim małym, obcym pokoju i czekała, aż ktoś ją stamtąd zabierze. Czekała na swojego superbohatera.


Chciałem rozpłakać się na głos, ale nie mogłem. Byłem na to za stary. Poza tym jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.

— Haruki Murakami "Koniec świata i hard-boiled wonderland"

Ze szpitala wychodziło dwóch mężczyzn. Jeden podparty o drugiego. Wyglądało, jakby dopiero co się pokłócili, gdyż miny oboje mieli potwornie zasępione. Żaden nie odważył się powiedzieć ani słowa do tego obok. Ten starszy pomrukiwał tylko niezadowolony, że w ogóle ktokolwiek musi mu pomagać przejść pare kroków. Młodszy natomiast, ten z niesłychaną naturalnością udawał, że ciężar jaki ciągnie na swym barku, nie sprawia mu żadnego wysiłku. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że ci dwaj byli sobie bliscy. Nie wątpliwie była to miłość czysto braterska. Nigdzie indziej się takiej nie znajdzie. Choć trudna, to prawdziwa. Tutaj nie ma miejsca na czułe "kocham". Tutaj przechodzi się do czynu. "Zawsze możesz na mnie polegać"- to słowa godne wyznania takiej miłości.
- Zabiorę - Adam próbował odebrać Falkowiczowi torbę z jego rzeczami, lecz ten mruknął coś niezadowolony i trzymając w jednej dłoni kulę, a w drugiej ciężką torbę, ruszył po chodniku w stronę drzwi do własnego domu. Krajewski przewrócił tylko zrezygnowany oczami i podążył za bratem. Nawet nie próbował otworzyć Andrzejowi drzwi, udał że ogląda egzotyczne krzaki w ogrodzie i dlatego idzie trochę wolniej. Należy tutaj zauważyć, że wszelka roślinność była jeszcze pokryta cieką, ale wciąż warstwą białego puchu. Wszak zima jeszcze się nie skończyła.
- Podejdziesz tu w końcu? - Falkowicz krzyknął niezadowolony, stojąc przed wejściem. Miał zajęte obie ręce i mimo że bardzo starał się być samodzielnym, nie potrafił otworzyć drzwi, jednocześnie nie tracąc równowagi.
Krajewski lekko rozbawiony, ale i zaskoczony pomógł bratu. Falkowicz spojrzał karcąco na brata i pożegnał go w progu.
- Nie mogę wejść? - Adam zatrzymał dłonią drewnianą przeszkodę.
- Nie. - Falkowicz uwolnił jedną rękę, rzucając wcześniej torbę za próg i wolną dłonią pociągnął za klamkę.
Profesor nie znosił litości. A tak właśnie odbierał zachowanie Adama. Jego duma nie zniosłaby takiego upokorzenia, jakim byłaby pomoc w każdej, nawet najprostszej czynności. Jak znał tego chłopaka, tak był przekonany, że spacery do łazienki spędzaliby razem, idąc pod rączkę.
Mężczyzna z trudem dotarł do kanapy w salonie i opadł na nią całym swym ciężarem, wydając jęk pod tytułem "mój ostatek sił". Rzucił na panele przed sobą to cholerstwo, na które nie mógł patrzeć, a bez którego teraz nie potrafil się poruszać. Wyprostował lewą nogę i zaciskając zęby, masował dłonią bolący staw kolanowy.
Spojrzał tęsknym wzrokiem na stolik dziesięć metrów dalej. Było na nim między innymi whisky, które pijał właśnie w takich sytuacjach. Beznadziejnych - nazwijmy je po imieniu.
Niestety musiał się pożegnać ze swym ulubionym trunkiem. Zdrowie już nie to, a poza tym wolał trzymać się rzeczywistości. Alkohol wcale mu nie pomagał. Po nim czuł się jeszcze gorzej fizycznie i psychicznie. Bo przecież co by sobie pomyślała Matylda, gdyby zobaczyła go pod wpływem? Co gdyby zaraz pojawiła się w progu jego domu? Potem zazwyczaj nachodził go ból, jakby płomienie rozlały się w jego wnętrznościach. Rozsądek syczał mu do ucha, że tak nigdy się nie stanie. Dobrze o tym wiedział.
Któregoś dnia z kolei, kolejnego na zwolnieniu lekarskim, Falkowicz odebrał telefon od kobiety, której połączenia ostatnimi czasy notorycznie odrzucał.
- Słucham?
- Andrzej... - kobieta wyraźnie zaskoczona, że tym razem udało jej się skontaktować z profesorem. - Nie chciałam dzwonić. - zaczęła. Andrzej z kamienną twarzą wsłuchiwał się w szmery po drugiej stronie telefonu. W jego myślach toczyła się jednak bitwa. Co ona chce mu przekazać i co on ma jej powiedzieć? Nie liczył na towarzyską rozmowę - tylko głupi po tym wszystkim zechciałby utrzymywać ze sobą przyjacielskie relacje. Dla Falkowicza sprawa wyglądała tak - ona była tą złą. Wykorzystała go i zadrwiła. Do wszystkiego posłużyła się dzieckiem. Choć gdy po raz kolejny analizował tę sytuację dochodził do wniosku, że za drugim razem postąpiłby dokładnie tak samo.
- Coś z Matyldą? - odpowiedział machinalnie, jakby zupełnie wypranym z emocji głosem. Lecz serce przyśpieszyło bicie.
- Właściwie to... sama nie wiem. - Falkowicz wyraźnie zaintrygowany początkiem rozmowy, z uwagą słuchał dalszych słów Kasi. - Jest jakaś inna. Nie mogę się z nią porozumieć.
- Nie będę cię uczył, jak masz rozmawiać z własnym dzieckiem.
- Tak, przepraszam. Nie wiem po co w ogóle zadzwoniłam. Przepraszam. - mężczyzna wyczuł jej zdenerwowanie. Mimo wszystko nie zamierzał do tego doprowadzić. Ta rozmowa była szansą na jakiekolwiek wieści o jego małej Matyldzi.
- Co u Matyldy? - cisza jaka zapanowała w słuchawce, niesamowicie mu się dłużyła.
- Nie musisz. - odezwała się niemal szeptem. - Nie udawaj, że cię to interesuje. Przecież wiem...
- Kaśka! - zaprotestował ciężkim tonem - Naprawdę myślisz, że jestem aż tak wyprany z uczuć? - zacisnął mokre od potu pięści. Z każdą chwilą serce biło rytm coraz wyraźniej i głośniej w jego uszach.
- Ludzie się nie zmieniają.
- Nie mam siły na droczenie się z tobą - mężczyzna potarł wolną dłonią skronie i przeczesał jednym ruchem włosy. - Więc jeśli to wszystko...
- Dobrze. - zaczęła pewnie, po czym zrobiła głęboki wdech. - Potrzebuje twojej pomocy. - Andrzej na te słowa uniósł swe gęste brwi. - Chciałabym, żebyś z nią porozmawiał i... - zawahała się chwilę, jakby najgorsze dopiero miała z siebie wydusić - i przekonać ją, że nie ma do czego wracać. Że NIKT na nią w Polsce nie czeka. - znieruchomiał. Jej słowa zmroziły go. Zastygł bez ruchu, analizując dopiero zasłyszane słowa.
- Żartujesz sobie? - jego głos stawał się coraz bardziej chrapliwy. Z każdym kolejnym słowem coraz szybciej poruszał klatką piersiową i jakby z wielkim trudem wydobywał z siebie powietrze. Wszystkie stare razy dały o sobie znać. Krew szybciej płynęła w jego żyłach, przez co stłuczone kolano bolało mocniej niż kiedykolwiek. Lecz on stał nieruchomo z posągową twarzą. Gdyby miał siłę płakać, zapewne zalałby się słonymi łzami, lecz już nie potrafił uronić ani jednej łzy. Było w nim tyle żalu, że po raz kolejny zabiera mu się kogoś bliskiego.
- Proszę cię o ostatnią przysługę. To dla dobra nas wszystkich. - kobieta odezwała się po chwili pozornie stanowczym tonem.
- Nie wierzę - jęknął nerwowo. - Nie wierzę, że ktoś taki jak ty może być matką Matyldy. Cale życie słyszałem, że jestem potworem. Może i mieli rację, ale wiesz co? Żałuję, że wtedy nie wiedziałem tego, co wiem teraz. Z czystym sumieniem mógłbym wtedy im mówić, że są większe. - rzucił telefonem na drugi koniec kanapy. Oddech miał niepokojąco szybki i świszczący. Zaciskając kości szczęki i żuchwy, nerwowo pocierając pulsujące z bólu kolano. W głowie rozbrzmiewały mu teraz dziesiątki zegarów.

Krajewski wychodząc ze szpitala zauważył czekającą na niego jego aktualną "tą jedyną". Szczęśliwy podszedł do dziewczyny i bez słowa pocałował wybrankę w usta. Spojrzał na ukochaną i zmrużył nieco brwi.
- Coś się stało? - kobieta zaśmiała się w głos i zatrzepotała niewinnie rzęsami.
- No pokaż. - Adam coraz bardziej zdezorientowany przyjrzał się dziewczynie uważnie. W głowie starał się sobie poukładać, czy przypadkiem nie obiecywał ukochanej zakupów.
- No mój prezent. - kobieta zaśmiała się po raz kolejny przekonana, że chłopak się z nią droczy. Lech po chwili nieco spoważniała. - Nic mi nie kupiłeś?
- A miałem? - dopytywał.
- Na moje urodziny! - blondynka tupnęła nowymi pantofelkami.
- Przecież mówiłaś, żebym niczego nie szukał! - Adam nadal miał nadzieje, że kobieta tylko sobie z niego żartuje.
- Żebyś miał okazje pokazać, jak ci zależy! - wrzasnęła niemal ze łzami w oczach. Kobieta obrzuciła Adama pełnym rozczarowania spojrzeniem i odwróciła się na pięcie. - I nie dzwoń do mnie! - krzyknęła, energicznie maszerując w stronę swojego Fiata.
- Czekaj! - kobieta zatrzymała się więc i odwróciła głowę. - To mam dzwonić, czy nie dzwonić?

Krajewski jechał do brata, zaklinając w międzyczasie wszystkie kobiety świata. Nie potrafił zrozumiec tych istot. Zastanawiał się, czy one same zastanawiają się nad logiką własnych działań. Przecież musiał być jakiś klucz do rozwiązania zagadki.
Podjechał pod posesję Falkowicza. Jeśli miałby istnieć jakiś mężczyzna, który pomógłby mu rozgryźć te skomplikowane stworzenia to tylko on. Profesor Falkowicz, jego brat.
Wszedł więc do mieszkania. Jego uwagę przykuła cisza, jaka w nim panowała. Zupełnie jakby nikogo tam nie było. Po cichu tupiąc butami po drewnianej podłodze, obszedł parter, by w końcu znaleźć się w sypialni brata. Odetchnął z ulgą, żegnając wszystkie złe przeczucia. Podszedł pewnie do mężczyzny, który siedział na łóżku tyłem do niego.
- Tu jesteś. Nie uwierzysz... - zamilkł, gdy dostrzegł wyraz jego twarzy. - Co się stało? Źle się czujesz? - Adam ostrożnie uklęknął przed bratem, jakby bał się że go spłoszyć.
- Muszę wyjechać na parę dni. - Krajewski poczuł nieprzyjemny uścisk w podbrzuszu na widok Andrzeja oczu.
- Dokąd? - zapytał ostrożnie - Falkowicz spuścił wzrok, by po chwili zupełnie spokojnym tonem dodać.
- Nie denerwuj się tak. Mam parę spraw do załatwienia. - I jak gdyby nigdy nic wstał powoli, oczywiscie uważając na bolące kolano i minął zdezorientowanego Adama, po czym zniknął w ciemnym korytarzu.



Done. Co myślicie? Szczerze.







11 komentarzy:

  1. Nie dziwie się Matyldzie, że tęskni za Andrzejem, bo każde dziecko potrzebuje uwagi, nie ważne kogo, ważne, iż mu ją okazujesz. Nie zrozumiałe jest dla mnie za to zachowanie Kasi, która nie radzi sobie z córką, ale mimo to nie chce, aby Andrzej jej pomagał. Falkowicz za wszelką cene chce być samodzielny i nie udaje, że pimoc brata jest mu zbędna. I na koniec najważniejsze jest to co chirurg załatwi w sprawie małej, bo wydaje mi się, iż to do niej chce wyjechać. Czekam niecierpliwie na kontynuacje:-)
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie więcej Smudy to się jeszcze wyjaśni. Ale myśle, że już można trochę wywnioskowac :-)

      Usuń
  2. Aww... Szykuje się spotkanie Matyldy i Falka ?? Czekam <33

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedzieć, nie powiedzieć? Inaczej- mam plan :-) mam nadzieje że będzie ciekawie :-)

      Usuń
  3. Tak ! Spotkanie Falka z Matyldą to jest to ! :) Cale opowiadanie przepiekne :) Czekam na kolejna czesc :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Mega opowiadanie <3 Nie mogę doczekac sie nexta :) kiedy przewidujesz dodac mowa czesc ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planuję w niedzielę.
      Nie powinnam tego mówić, ale za tyle czekania na tę cześć należy Wam się troche "zakazanych" informacji. ;-)

      Usuń
  5. Mi się podoba :-)
    I mam nadzieję, że doczekamy się spotkania Falkowicza i Matyldy.
    Dobrze, że nie przystał na prośbę Kaśki. Poza tym on chyba nie byłby w stanie okłamać dziewczynki.
    Smuda widzi, że jej córce zależy na kontaktach z Andrzejem, więc powinna na nie pozwolić. Jeśli kocha swoje dziecko właśnie tak powinna zrobić.
    Czekam na kolejną część :-)
    N.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dopiero teraz znalazlam to opowiadanie i jestem zachwycona. Z wielka ciekawoscia czekam na ciag dalszy :) Uwielbiam Falka i Matylde w Twoim opowiadaniu ! Troche denerwuje mnie zachowanie Kasi, bo nie zwraca wogole uwagi na Matylde :( Tak jak osoby u gory jestem za spotkaniem Andrzeja i jego malej ksiezniczki :)) /Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czarujące opowiadanie! Czekam na kolejną część /Monika :)

      Usuń
  7. Hej hej, jak tam? Dziś niedziela, liczymy next :) dasz znać czy wstawisz nową część dziś?

    OdpowiedzUsuń