wtorek, 1 grudnia 2015

Rozdział 6



         Mężczyzna jednym zgrabnym ruchem zsunął nogi na podłogę i wsłuchiwał się w ciszę po drugiej słuchawki. Po chwili jednak znów usłyszał ten sam dziecięcy głos.
- Tatusiu, to ty? - głos uwiązł mu w gardle.
- Matyldzia - wydukał po czym odchrząknął, by po chwili jeszcze dodać - Coś się stało?
- Tęskniłam. - odpowiedziała ponuro. Falkowicz czuł to samo. Przez te wszystkie dni czekał na jej powrót, mimo że Kasia postawiła sprawę jasno - we trójkę wyjeżdżają do stanów. Bo przecież lepsza praca, perspektywy, kontakt z obcym językiem, co podobno najbardziej miało się spodobać Matyldzie. Ona natomiast potwornie tęskniła za profesorem, którego zdążyła uznać za swojego ojca.
I był nim niewątpliwie. Kochał bardziej niż nie jeden rodzic powinien i poświęcał się dla niej, czego stary Falkowicz w życiu nie spodziewałby się po sobie.
- Ja też tęskniłem. Jak ci tam? A koledzy, masz jakiś kolegów? Pewnie już nawet chłopaka... - zaśmiał się żałośnie, próbując przełknąć narastającą w gardle gulę.
- Nie mam. Z nikim nie mogę się dogadać. - dla tak małej dziewczynki bariera językowa była nie do pokonania w zaledwie miesiąc. Falkowicz spuścił wzrok bezradnie. Jak miał ją pocieszyć skoro sam był rozbity?- Tatusiu?
- Tak? - odezwał się czule zachrypniętym głosem.
- Przyjedziesz po mnie? - dodała niepewnie.
Co miał odpowiedzieć? Że wsiada do samolotu i zabiera ją stamtąd? Do siebie? Bez zgody Kasi? Miał jednak tę nieodpartą chęć porwania dziewczynki i przytulenia jej do siebie tak mocno, a żeby zrekompensować sobie i jej te wszystkie chwile tęsknoty.
- Chciałbym żabko. - westchnął - Bardzo bym chciał, ale... - wypuścił z siebie cały haust powietrza. Usłyszał delikatny szloch. - Żabko, żab... - połączenie urwało się, choć ten jeszcze przez krótką chwilę nasłuchiwał, czy aby na pewno dziewczynka rozłączyła się. Gdy już nabrał pewności, że jedyny dźwięk jaki mu w tej chwili towarzyszy, to jego przyśpieszony oddech, zgarbił się nieco.
Było już niemal pewnym, że kolejnej nocy z rzędu nie zazna snu, więc zsunął z kolan satynową pościel i ściskając w dłoni telefon, zszedł na parter i rozsiadł się na kanapie. Wlepił tępy wzrok w kominek i wyobrażał sobie, jak tli się w nim ogień. W efekcie tej niezwykle zajmującej wizualizacji, przeszył go dreszcz. Spiął się nieco i potarł wierzchem dłoni drugie przedramię. Rozejrzał się za jakimś kocem i przykrył się nim po samą szyję.
- Ja też za tobą tęsknię, żabko. - westchnął.


Poranek w szpitalu nie należał do tych spokojnych. Gdy tylko doktor Krajewski rozpoczął swój dyżur na izbie przyjęć, przywieziono trzy osoby poszkodowane w wypadku samochodowym. Całe szczęście stan tylko jednej z nich wymagał natychmiastowej operacji. Niestety Adam nie należał do osób, które potrafią trzymać nerwy na wodzy, więc co rusz to przeklinał pod nosem, gdy tylko coś szło nie po jego myśli. Irytowały go nawet gaziki, które były zbyt małe dla tak wielkiej rany na dłoni pacjenta. Jego humory udzielały się również pielęgniarkom, z którymi musiał teraz współpracować. Lecz nie dlatego, że na nie krzyczał, o nie. Problem leżał w czymś innym, można by powiedzieć, że w sferze osobistej.
Otóż Krajewski słynął z licznych, lecz krótkotrwałych romansów. W szpitalu więc praktycznie nie było kobiety, której nie nazwałby swego czasu "tą jedyną". Tak też panie te liczyły na specjalne względy u Adama. On natomiast nauczony profesjonalnej postawy, którą przejął od brata, nie mieszał życia prywatnego z zawodowym. W efekcie stał się w oczach całego personelu pielęgniarskiego najbardziej dwulicowym lekarzem w szpitalu. Krążyła nawet opinia, że jest gorszy od profesora Falkowicza, gdyż Andrzej przynajmniej nie krył się ze swoją ciemną stroną charakteru.
- Adaś, dobrze że cię widzę! - na izbę wbiegła zdyszana Wiktoria. - Musisz mnie poratować.
- Kochana, jeśli to nie jest sprawa życia i śmierci, to na mnie nie licz. - odezwał się, choć nawet nie podniósł wzroku na panią ordynator. Starał się teraz, by z jak największą precyzją zszyć ranę na czole nastoletniej dziewczyny. - Nosz cholera no! I będzie blizna! - zaklął pod nosem.
- Słucham? - głos pacjentki łamał się nieco ze zdenerwowania. Pielęgniarka, która stała teraz najbliżej dziewczyny przewróciła oczami, choć żadne z obecnych tam tego nie dostrzegło.
- Jutro wyjeżdżam na szkolenie do Leeds, musisz mnie zastąpić. - Rudowłosa kobieta mówiła tak szybko, że aby ją zrozumieć Adam musiał już utrzymywać z nią kontakt wzrokowy. Choć robił to odruchowo, to przyglądając się ruchom jej warg, łatwiej było mu odczytać skierowany do niego przekaz.
- Mam tu zarządzać? - machnął rękoma, omal nie wytrącając pielęgniarce tacy z narzędziami i spojrzał z niesmakiem po izbie. - Mnie w to nie wrobisz, sory. Mam dosyć roboty. - spojrzał pewnie na panią doktor, po czym wrócił do szycia przestraszonej dziewczyny.
- To kogo mam poprosić? - ten już tylko wzruszył ramionami.
Conssalida zamyśliła się chwilę, lecz po chwili uśmiechnęła się szeroko. No jak mogła zapomnieć o Falkowiczu? Człowieku z berłem urodzonym? Była przekonana, że propozycja, jaką chce jemu złożyć, jest mu nawet na rękę. Widziała jaki wzburzony chodził ostatnimi czasy. Władza to coś co przywróci Andrzejowi radość z życia. Przez chwilę zrobiło się jej nawet żal personelu, który zostawiała pod opiekom profesora, ale miała pewność, że kto jak kto, ale on nie pozostawi po sobie bałaganu. Co więcej - na pewno zdyscyplinuje nieogarniętych podwładnych (czytaj - dr Zapała).

Wiki zapukała do drzwi gabinetu i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła za klamkę. Te natomiast ku jej zaskoczeniu były zamknięte na klucz. Wciągnęła więc telefon z kieszeni swego fartucha i czym prędzej wybrała odpowiedni numer. Gdy za pierwszym razem nie udało się jej, spróbowała połączyć się po raz kolejny. Jednak w tej samej chwili przy rejestracji dostrzegła postawnego, lekko przyprószonego siwizną mężczyznę w rozpiętym czarnym płaszczu, narzuconym na idealnie skrojony ciemnogranatowy garnitur. Choć ubrany był nienagannie, to zdecydowanie naganna była jego postawa. Każdy ruch wykonywał powoli, jakby z przymusu miał poruszać kończynami. Przygarbiony, zmęczony i obojętny, lecz nadal zachował swoje maniery. Uśmiechnął się tak jak tylko on potrafił do sekretarki, która siedziała za biurkiem, po czym smentnym krokiem ruszył w stronę gabinetu. Conssalida widząc swojego przyjaciela, uśmiechnęła się w duchu myśląc, że jej propozycja ucieszy Andrzeja.
- O witam szanowną panią ordynator. Wybacz spóźnienie, ale miałem ważną sprawę. - kiedy Wiki nie odeszła sprzed drzwi, zastawiając tym samym wejście do gabinetu, dodał znużony - Pozwolisz, że najpierw się przebiorę?
- W co?
- Racja. Daj mi po prostu chwilę. - minął ją we wejściu, lecz odwrócił się jeszcze do kobiety. Gdy tylko ujrzał jej zmartwiony wyraz twarzy, pożałował swojej decyzji. Miał tylko nadzieję, że kobieta nie zacznie zadawać mu pytań, na które nie miał ochoty odpowiadać.
- Andrzej? - zaczęła tonem, którego Falkowicz się obawiał.
- Tak pani doktor? - napełnił płuca powietrzem, by po chwili wypuścić je na jednym wydechu. Skrzywił się lekko, jakby miało ono smak arszeniku.
- Chciałam cię poprosić, żebyś zastąpił mnie jutro w obowiązkach ordy...
- Zgoda. To wszystko? - lekko zmieszana jego szybką decyzją, skinęła głową. Mężczyzna poczuł ulgę, ponieważ wskazywało na to, że ta dość niewygodna rozmowa właśnie dobiegła końca.
- A... - niepewnie zaczęła raz jeszcze. Andrzej, który już stał plecami do rudowłosej kobiety wzniósł oczy ku niebu, a następnie odwrócił się do niej ze sztucznym uśmiechem na ustach - A u was wszystko dobrze? Jak Matylda? - Ona poczuła nagłą potrzebę szczerej rozmowy z przyjacielem, on zaciskał już kości szczęki, lecz twarz pozostawała w niezmienionym grymasie obojętności. Jedynie oczy, oczy mogły go zdradzić, bo pociemniały w ułamku sekundy.
- Wspaniale. - dopiero teraz w głowie pani doktor pojawiła się myśl, że coś może być nie tak.





Chciałoby się powiedzieć dlaczego tak późno Wiki. Jak na razie Wiktoria jest taka, jaką ją widzę w serialu.
Adam natomiast jest inny. Trochę jakby na zasadzie kontrastu. Bo widzę w nim zagubionego chłopaka który tak na prawdę popełnia błędy "chcąc dobrze" mówiąc najprościej.
Falkowicz? To postać tak barwna, że każdy ma na ten temat swoje zdanie. Problem polega na tym że jego "złe czyny" mają swoje usprawiedliwienie, swój motyw. Nie bez powodu był przecież draniem. Znamy jego trudną przeszłość.
Ja będę starała się wam pokazać, że nie taki diabeł jak go malują, a diabeł tam gdzie go nie widzą. O co chodzi? Cierpliwości.

Pozdrawiam :-)




5 komentarzy:

  1. Nie jestem zadowolona z tej części. Nie dość że nudna to jeszcze za krótka. Koniec tej sielanki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozmowa Andrzeja z Matyldą wzruszyła mnie . Część bardzo mi się podobała :)
    Pozdrawiam i weny życzę :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Super opko i fajnie ze dluzsze :) czekam na ciag dalszy !

    OdpowiedzUsuń
  4. Za malo Falka i Matyldy chcę więcej < 3

    OdpowiedzUsuń
  5. No mi się podoba,czekam na te tajemnice Falko :) No i jestem ciekawa tej zmiany Wiki,chwilowa? No się przekonamy.Koniecznie jutro dłuższą część poproszę :) Całuję :* / Julka

    OdpowiedzUsuń