poniedziałek, 14 grudnia 2015
Rozdział 10
Falkowicz włożył swoją walizkę do bagażnika taksówki i rzucił ostatnie spojrzenie na zrezygnowanego Adama.
- Za kilka dni wracam. Nie zdążysz zatęsknić. - skłamał. Po pierwsze dla tego, że nie miał pewności, czy w ogóle wróci, a po drugie... sami wiecie jaki byl Adam. Martwił się za każdym razem, gdy Andrzej nie dawał znaku życia na dłużej niż dzień. Jego nadopiekuńczość szczególnie dawała się Falkowiczowi we znaki po ostatnim wypadku. Mimo iż profesor stanowczo zabronił Adamowi w jakikolwiek sposób ingerować w jego niezależność i samodzielność, to ten i tak robił swoje. Falkowicz wyrzucał mu, że w ten sposób go ośmiesza, co tylko bawiło Krajewskiego.
- A i jeszcze jedno. - odwrócił się tuż przy drzwiach, gdy już miał wsiadać do auta, czym tylko zirytował zniecierpliwionego taksówkarza. Było bowiem niesamowicie zimno jak na tę porę roku.
Mężczyzna rzucił klucze w stronę brata, a te z brzękiem wylądowały wprost na dłoni Adama. Krajewski uniósł pytająco brwi, z niepokojem przyglądając się bratu.
- Do mieszkania - odpowiedział Falkowicz beznamiętnym głosem. - Możesz podlewać kwiatki, czy co tam znajdziesz. Albo zamieszkać. Na pewno będzie ci wygodniej niż w tym waszym akademiku. - podał taksówkarzowi kulę i ostrożnie wsiadł do auta, po czym odebrał swoją własność od mężczyzny. - Tylko nie zdemoluj! - zasalutował bratu dwoma palcami, uśmiechając się przy tym sztucznie.
- Dokąd jedziesz! Powiedziałbyś chociaż... - dokończył już szepcząc do siebie. Adam przyjrzał się trzymanemu w dłoni przedmiotowi i podrzucił go raz, po czym schował do kieszeni płaszcza. Rzucił jeszcze okiem na drogę, na której gdzieś w oddali jechał samochód z jego bratem.
Po raz kolejny naszła go myśl, której się bał. Modlił się w duszy, żeby Andrzej nie zrobił niczego głupiego. Trzymał się tej naiwnej nadziei, że może rzeczywiście profesor w końcu zajął się sprawami zawodowymi i jedzie teraz na jakąś pilną konsultację medyczną. Łudził się, że ten nagły wyjazd nie ma nic wspólnego z Kasią, o której mówił z niechęcią. Przecież Falkowicz był człowiekiem rozsądnym. Nie podejmował decyzji pod wpływem emocji i jeśli rzeczywiście jechał do Stanów... oby zachował rezon i nie doprowadził do sytuacji, której będzie żałował.
Tak myśli Krajewskiego zataczały krąg. Potem na nowo miał nadzieje, że brat wyjeżdża służbowo i znów pesymizm brał górę. Niewiedza działała jak cyjanek na jego skołatane nerwy.
Falkowicz rozczarował taksówkarza, pana Zdzisława, swoim brakiem entuzjazmu. Profesor siedział w ciszy na tyle pojazdu i przyglądał się mijanym budynkom. Wszystkie były takie brudne i zagracone z zewnątrz. Nie zwracał uwagi na zadawane przez pana Zdzisława pytania, więc ten już bez sztucznych uprzejmości zostawił profesora przed gmachem lotniska. Sam musiał poradzić sobie z wyjściem z pojazdu i sam też wyjął swój bagaż. Pewnie nie zrobiłoby też na nim wrażenia to, że taksówkarz na pożegnanie mruknął do siebie pod nosem ciche "sukinsyn". I narrator jest o tym przekonany, że gdyby nawet Andrzej to dosłyszał - zupełnie nic by sobie z tego nie zrobił. Miał bowiem wprawę w ignorowaniu takich opinii o sobie.
Ten elegancki mężczyzna, podpierany kulą, która swoją drogą nie pasowała do owego wizerunku, podszedł powoli do terminala, za którym stała krągła brunetka. Obdarował ją czarującym uśmiechem, co stawało się jego niemal odruchem warunkowym. Kobieta z uprzejmości odwdzięczyła się delikatnym uśmiechem, w którym profesor dostrzegł iskrę litości. Zmieszał się lekko, zdając sobie sprawę z jego marnego wyglądu i ze spuszczonym wzrokiem powiedział krótkie "Bilet do Nowego Jorku".
- Lot w obie strony?
- Nie. Bezpowrotny poproszę. - rozejrzał się na tłumy na lotnisku. Każdy pędził, gnał na samolot, albo godzinami czekał na plastikowych krzesełkach. Za każdym razem, gdy tutaj był, zachowywał się jak ci ludzie. Albo gnał do przodu, albo czekał na zbawienie. Był jak wszyscy. Teraz wydawało mu się, że każdy na tej wielkiej hali był inny. Każdy z osobna miał jakiś plan, jakąś misje, albo marzenie, które teraz spełniał. Czuł jak miliardy myśli krążyły w powietrzu.
- Proszę pana.
- Tak? - odwrócił się do kobiety, u której dopiero teraz dostrzegł wyraźną bliznę pod łukiem brwiowym. - Ach tak. Już płacę. - wyciągnął kartę kredytową i przelał należność. Z chwilą kiedy pieniące upłynęły z jego konta poczuł, że już nie ma odwrotu. Raz jeszcze na pożegnanie wygiął usta w uśmiech i udał się do odprawy.
USA
To Nowo Jorskie lotnisko wydawało się jeszcze większe i tłoczniejsze niż Warszawskie. Poza tym ludzie byli bardziej egzotyczni. Chociaż Falkowicz już nie raz to widywał, gdyż jako ceniony w świecie specjalista, często podróżował. Dlaczego więc tym razem dostrzegał szczegóły, których wcześniej nie zauważał? Dlatego, że za chwile miał zrobić coś, co bardzo do niego nie pasowało, coś bardzo porywczego i nieodpowiedzialnego. Musiał więc zająć czymś myśli, by odpowiedzialność nie zniweczyła jego planów.
Dom, w którym zatrzymała się Smuda znalazł bez problemu. Jej przyjaciółka ze studiów nadal utrzymuje z Kasią bliskie kontakty. Nie trudno, więc było wyciągnąć od niej kilka informacji. A skąd miał namiary na jej przyjaciółkę? No cóż. Jego sekretny notatnik nadal skrywał numery telefonów do jego byłych kochanek, tak na wszelki wypadek.
Spojrzał na budynek, przed którym zatrzymała się taksówka. Był równie obskurny jak te, które mijał w drodze na warszawskie lotnisko. Białe deski ledwo trzymały się ścian, a drzwi zapewne nie domykały się, gdyż były na w pół uchylone. Poczuł wyrzuty sumienia, jakby to jego winą było to, że Matyldzia mieszka w takich warunkach.
- Wysiada pan? - zapytał kierowca w swym rodowitym języku.
- Nie. Jedziemy dalej. - Andrzej oderwał swój smętny wzrok od budynku i zainteresował się naddartym obiciem zagłówka przed nim.
- Reszty nie trzeba. - choć taksówkarz wcale nie zamierzał jej wydawać. Był przyzwyczajony do napiwków i nawet przez myśl mu nie przeszło, że tym razem mógłby go nie otrzymać. Falkowicz doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale grzeczność wymagała pewnych formułek.
Mężczyzna rzucił płaszcz na ogromne łóżko. Usiadł na brzegu mebla i spuścił głowę. Wyrzuty sumienia po raz kolejny dawały o sobie znać. Tłumił je jedynie myślą, że już następnego dnia Matylda będzie z nim, w tym pokoju. Wtedy to wyrwie córkę z nędzy, jaką jej zafundował. Nie Kasia, lecz on.
Teraz jednak musiał odpocząć. Nie czuł się najlepiej, a zmiana czasu tylko pogarszała sprawę. Poza tym czekał go dzień pełen wrażeń. W końcu nie codziennie uprowadza się cudze dziecko.
- Matylda otwórz, proszę. - Dziewczynka oderwała się od lekcji z angielskiego, przez które nie potrafiła przebrnąć i smętnym krokiem podeszła do drzwi wejściowych. Otworzyła je i ujrzała wysokiego mężczyznę.
- Kto to? - usłyszała krzyk matki dobiegający z kuchni.
- Do ciebie. - Matylda wpuściła gościa i podążyła za nim do największego pomieszczenia w mieszkaniu.
- Janek, siadaj. - był to rehabilitant Smudy, który z czasem stał się jej przyjacielem. Ich relacje nie były jednak do końca sprecyzowane. Mężczyzna bowiem nalegał, aby ta znajomość nie stała w miejscu i dążyła do czegoś poważniejszego. Kasia z kolei wolała, aby wszystko toczyło się swoim rytmem. Poza tym w Janku było coś, czego nie potrafiła nazwać, ale ją niepokoiło. Nigdy jeszcze nie zawiodła się na intuicji, dlatego wolała zachować dystans. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że mężczyzna ten bardzo jej pomagał w trudnych chwilach. Na dobrą sprawę był on jedyną osobą, którą Kasia znała w Stanach.
Matylda... z tą było gorzej. Choć Janek starał się jak tylko mógł, to nie potrafił sprostać oczekiwaniom dziewczynki, która na każdym kroku porównywała jego charakter do charyzmy Falkowicza. Jedyne uczucia, jakie w niej potęgował przyjaciel mamy, to tęsknota za profesorem.
- Jak ci idzie? - skinął głową na stertę dokumentów porozkładanych na stole.
- Powoli porządkuje. Myślę, że powinnam wygrać tę sprawę. - odpowiedziała spokojnie, stawiając czajnik na gazie.
-Świetnie, a ćwiczenia? - kobieta zagryzła dolną wargę i uśmiechnęła się niewinnie do mężczyzny. - Nie możesz zaniedbywać swoich postępów.
- Wiem, wiem. Ale miałam tyle pracy... - Kasia usiadła na swoim miejscu, oczywiście przy pomocy kul, gdyż chodzenie nadal sprawiało jej ogromny wysiłek. Janek zabrał kubki z gorącą kawą i postawił jeden przed sobą, a drugi przesunął ostrożnie na drugi koniec stołu dla Smudy. - Sam widzisz. Potrzebuje pieniędzy bardziej niż zdrowych nóg. Wiem, wiem, przepraszam. - dodała, widząc jego karcące spojrzenie. - Po prostu nie mogę tego zawalić. Nigdy nie zawalam, sam wiesz.
- Jeśli chodzi o pracę to na sto procent... - odpowiedział z przekąsem. Upił łyk czarnej cieczy i przyjrzał się Matyldzie, która siedziała nad książką w drugim pokoju.
W tym samym czasie do drzwi mieszkania mecenas Smudy podszedł Andrzej. Spojrzał z bliska na poobdzierane drzwi i zamyślił się chwilę nad tym, czy aby na pewno dobrze robi. Podniósł jednak zimną pięść i uderzył nią dwa razy w drewno. Po chwili ciszy usłyszał kroki. Wyprostował się więc, spodziewając się tego, że po chwili ujrzy Kasię. Jakież było jego rozczarowanie, kiedy stanął przed nim postawny mężczyzna o słowiańskiej urodzie.
- Tak? - odezwał się Janek. Falkowicz dopiero, gdy upewnił się, że na pewno nie pomylił adresów, odzyskał rezon.
- Witam, czy... czy tutaj mieszka mecenas Katarzyna Smuda? - mężczyzna około dziesięć lat młodszy od profesora przyjrzał się Andrzejowi spod ściągniętych brwi.
- A pan jest...?
- Profesor Andrzej Falkowicz. Mogę wejść? - Jan wpuścił gościa do mieszkania i z niejasną nawet dla narratora niechęcią odprowadził mężczyznę w głąb mieszkania.
Profesor na końcu ciemnego korytarza odnalazł pomieszczenie, które zapewne pełniło funkcję serca domu.
- Witaj Kasiu. - kobieta obróciła się wiedziona znajomym głosem. Z zaskoczenia gardło odmówiło jej posłuszeństwa. Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się również Matylda. Ona również nic nie powiedziała, lecz od razu rzuciła się na szyję mężczyźnie, na którego w tajemnicy przed mamą nazywała swoim tatą. Falkowcz przyciągnął do siebie drobne ciałko, gdy poczuł coś mokrego na karku. Domyślił się, że to łzy i pozwolił, aby Matylda jeszcze mocniej do niego przywarła.
- Co ty wyprawiasz? - powoli uwolnił się z uścisku małej dziewczynki. Podniósł się z kolan, tym samym dając wszystkim okazję do zauważenia jego kalectwa. Matylda zwróciła uwagę na stabilizator na kolanie profesora, którego wcześniej nie dostrzegła ze względu na zlewający się ze spodniami kolor.
- Odwiedzam swoją córkę. - powiedział pewnie, co zaskoczyło Kasię. Słyszała bowiem takie słowa pierwszy raz z jego ust.
- Przestań udawać! Dobrze wiem, że nie liczysz się z drugim człowiekiem.
- Więc wytłumacz mi dlaczego zająłem się Matyldą? - Kasia zamilkła na chwilę. Sama nie znała na to pytanie odpowiedzi. Smuda cały czas sądziła, że Falkowicz nie zmienił się od czasów, kiedy to był jej wykładowcą. Pamiętała jak bardzo ją zranił, kiedy okazało się, że jest szczęśliwym małżonkiem profesor Wandy Falkowicz. Nie przyjmowała do świadomości faktu, jak bardzo subiektywny był jej obraz, jak bardzo myliła się z interpretacją plotek.
- Sama prosiłaś, żebym porozmawiał... - nie dokończył, gdyż była wśród nich sama zainteresowana - Matylda.
- Nie sądziłam, że przyjedziesz. - kobieta z powrotem mogła zapanować nad emocjami. Gdy ujrzała wzrok Janka dodała jeszcze. - Właśnie, em... poznajcie się. To jest mój rehabilitant Jan Mojer, a to... Andrzej Falkowicz. Profesor. - mężczyźni podali sobie dłonie, mimo że już zdążyli się sobie przedstawić.
- Bardzo oddany rehabilitant. - zauważył profesor. W końcu pojechał za swoja podopieczną aż na drugi koniec świata.
- Bardzo. - uśmiechnął się kąśliwie Janek, a Falkowicz nie pozostawał mu dłużny.
Zasiedli więc całą czwórką do stołu, nawet Matylda im towarzyszyła, mimo protestów Kasi.
- Będzie pan tak uprzejmy i zrobi mi kawy? - Nie wiedzieć dlaczego Andrzejowi poprawił się humor. Może dlatego, że spotkał Matyldę, a może dlatego, że niesamowitą satysfakcję sprawiało mu drwienie z poznanego młodzieńca. - Z mlekiem? - dodał kiedy ten już miał siadać obok Kasi. - I z cukrem. - dodał po chwili. - Dwie płaskie. O tak. - uśmiechnął się szeroko, doprowadzając Jana do białej gorączki. - Musi Pan wybaczyć kalece, ale gdyby nie moja mała niedyspozycja z pewnością obsłużyłbym się sam. - Jan zajął w końcu miejsce obok kobiety i jak gdyby nigdy nic ujął dłoń Kasi w swoją. Nie trudno się domyślić jakie miał zamiary. Profesor jednak nie dał się wyprowadzić z równowagi. Nawet nie zaszczycił tego widoku spojrzeniem.
- No właśnie. Co ci się stało? - Kobieta korzystając z okazji uwolniła swą dłoń i upiła łyk kawy. Widok ten wywołał na twarzy Andrzeja ledwie dostrzegalny uśmiech.
- Drobna stłuczka. Nie warto wspominać. - uśmiechnął się z kolei do dziewczynki, która siedząc obok niego z zaciekawieniem przyglądała się jego twarzy. - Chciałem jednak porozmawiać o czymś innym. - spoważniał nieco.
- Matylda idź proszę na chwilę do swojego pokoju.
- Chcę zostać. - odpowiedziała pewnie.
- Matyldzia, chyba jednak będzie lepiej jeśli posłuchasz mamy. - odezwał się ciepło Andrzej. Mała przez chwilę zaskoczona wpatrywała się w jego oczy, lecz w końcu uległa. - Obiecuję, że wszystko ci opowiem. - szepnął jej do ucha. Dziewczynka rozczarowana zsunęła się z krzesła i posłusznie opuściła salon.
- Chcę zabrać Matyldę do Polski. - Falkowicz postanowił zacząć od konkretów.
- Nie ma mowy. - Kasia na nowo poczuła wzbierającą w niej złość.
- Nie proszę o zgodę.
- Chyba się pan zapomina. - wtrącił się młodzieniec.
- Proszę cię o zdrowy rozsądek. - zignorował uwagę Janka. Profesor jak nigdy dotąd był pewny swojego stanowiska. Wiele razy przeliczał w głowie każde za i przeciw. Był przekonany, że najlepszym dla dziecka będzie dorastanie wśród znanych rówieśników, w miejscu którego tradycje i zwyczaje nie były dziewczynce obce.
- I kto to mówi? - mecenas wrzasnęła na profesora, a gdy zdała sobie sprawę z niekontrolowanego wybuchu, zmieszała się lekko. - Jak to sobie wyobrażasz, hmm? Ja tutaj, a ona tam, w Polsce? Chcesz odebrać matce dziecko? Siłą?
- Nie zamierzam z tobą walczyć, choć przyznaje, miałem taki plan. Liczę jednak, że zrozumiesz bez mojej pomocy, jak bardzo ją krzywdzisz. - zerknął w stronę pokoju dziewczynki. Westchnął ciężko. Jego oczy w momencie poszarzały.
- Ty ją skrzywdzisz, jeśli odbierzesz jej matkę. Mnie miała całe życie. Ciebie przez rok. Jak myślisz, czy Matylda naprawdę byłaby zdolna pokochać kogoś takiego jak ty w tak krótkim czasie? Nie wątpię, że jest ci wdzięczna. Ja też mam wobec ciebie ogromny dług, którego nie spłacę do końca życia. Ale Andrzej... - profesor spojrzał jej w oczy. Kobieta błagalnym wzrokiem patrzyła na niego, jednocześnie przychylając się tułowiem ku mężczyźnie. - Ona kocha matkę. Nigdy ci nie wybaczy, jeśli pozbawisz jej rodziny. - Falkowicz spojrzał na parę która siedziała przed nim. Błędnie ocenił ten widok i pomyślał, że może rzeczywiście Kasię i Jana coś łączy, a jedynie starają się to przed nim ukryć. Kasi natomiast chodziło o coś innego. Mówiąc "rodzina" miała na myśli siebie, biologiczną matkę.
- Chcesz wpłynąć na moje uczucia? Podobno jestem ich pozbawiony. - rzucił, nawiązując do ich poprzedniej rozmowy. Doskonale pamiętał warunki, jakie postawiła mu kobieta.
- Może się myliłam. - zaległa cisza. Profesor nadal jednak uparcie trzymał się swojego planu, mimo że argumenty Kasi trochę go rozbiły.
- Pozwolisz mi chociaż z nią porozmawiać?
- Proszę. - Tylko ta dwójka wiedziała, co to słowo tak naprawdę oznaczało. To nie było pozwolenie, lecz wyrażenie prośby. Prośby o spełnienie pewnego życzenia, tego którego tak bardzo profesor nie chciał spełnić.
Wstał więc i udał się do pokoju Matyldy. Wszedł do malutkiego pomieszczenia, które w niczym nie przypominało pokoju małej dziewczynki. To, że mieszka tam dziecko mogłoby sugerować jedynie niewielkich rozmiarów łóżko. Nie chcąc forsować pulsującego już z bólu kolana, przysiadł na brzegu tapczanu.
- Zabierzesz mnie? - Matylda nie odrywała wzroku od książki, w której kreśliła tylko sobie znane wzory.
- Chciałabyś?
- Chciałabym, żebyśmy wrócili tam wszyscy razem. - Falkowicz, choć sam sobie z tego jeszcze do końca nie zdawał sprawy, również tego pragnął.
- Gdybym tylko mógł, porwałbym cię stąd. - Matylda zaśmiała się, na co Andrzej również uśmiechnął się, choć jego oczy wyrażały rozpacz. Gdyby tylko ta mała wiedziała, jak wiele dla niego znaczyła. Gdyby on nie uwierzył słowom Kasi...
- Kiedyś obiecałem ci, że cię nie zostawię, pamiętasz? - dziewczynka przytaknęła wyraźnie zainteresowana słowami Andrzeja. - Chyba nie dotrzymam obietnicy. - dodał cicho. Matylda oderwała wzrok od kartki, którą jeszcze przed chwilą tak uparcie malowała. Profesor wykrzywił usta w uśmiech, po raz kolejny, jeszcze bardziej żałosny niż do tej pory. Co do reakcji Matyldy... aż serce ściska, gdy widzę w wyobraźni ten obraz. Oczy jak pięciozłotówki, a na brzegach zbierały się łzy. Milczała, przecierała jedynie co chwilę cieknące po jej twarzy kropelki. Trwali tak może kilka sekund w milczeniu, po czym profesor przyciągnął małą do siebie i mocno ją uścisnął. Pierwszy raz to on wyszedł z inicjatywą przytulenia jego małej Matyldzi. Nie płakał. Nie miał już siły.
Andrzej wyszedł w końcu z małego pokoju. Zdenerwowana Kasia odetchnęła z ulgą, kiedy ujrzała długo wyczekiwanego mężczyznę.
- Jest jak chciałaś. - skinął głową na pożegnanie i zarzucił na plecy swój płaszcz, by w końcu skierować się do wyjścia.
Mimo, że Smuda właśnie tego oczekiwała, to jednak coś w niej pękło. Nie potrafiła wyjaśnić tego żalu, który ją wypełniał, drażnił jej gruczoły łzowe i ściskał gardło.
To działało trochę na zasadzie - dziecko godzinami prosi o coś rodzica, a gdy ten rzuca w końcu "a rób jak uważasz", to oto dziecko momentalnie wątpi sens swoich racji.
Tak też było w tym przypadku. Kasia zdała sobie sprawę z tego, jak wiele jest warte dla Andrzeja Falkowicza szczęście Matyldy.
Przeklinając w duchu swoje kalectwo, podeszła więc do okna, które wychodziło na ulicę. Otworzyła je i krzyknęła z całych sił imię profesora, lecz ten już wsiadł do taksówki. Nie usłyszał jej.
- Co ty robisz? - Janek próbował odciągnąć kobietę od okna, lecz ta uparcie trzymała się niego.
- Puszczaj. - strząsnęła jego dłoń z ramienia. - Obym tego nie żałowała. - odezwała się do siebie i ruszyła w stronę pokoju córki.
W końcu profesor to synonim zdrowego rozsądku. Jak mógłby postąpić inaczej? :-)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Błędy poprawione. ;-) Swoją drogą miałam moment tragiczny podczas pisania tego rozdziału. Okazało się że nagle zniknęły mi trzy strony... I sama nie wiem jakim cudem je odzyskałam. Spociłam się jak... No nic. Idę się umyć.
OdpowiedzUsuń;-)
Fantastyczna część ! :D
OdpowiedzUsuńMam nadzieje, że ta przemiana Kasi nie jest tylko chwilowym kaprysem,ale aby prawniczka zmieniła swoje zachowanie. Żeby zrozumiała, że rodzina daje nam największą siłe. Nie mamy prawa oceniać osób po tym jacy byli kiedyś, bo liczą się czyny, które robimy teraz. Część jak zwykle pięknie napisana:)
OdpowiedzUsuńFlorentyna
Jeju, jakie to piękne!
OdpowiedzUsuńFalkowicz walczący o swoją córkę, w ogóle jego relacja z małą...
Zachowanie Kaśki... No cóż... Z jednej strony można ją zrozumieć. Matylda to jej córka. Ale powinna też zastanowić się, co jest dobra dla jej dziecka. A może już to zrobiła? Czyżby zamierzała przystać na propozycję Falkowicza?
N.
No jak to mówią w "Dlaczego ja?","Ukryta prawda"-jestem w szoku! ;)
OdpowiedzUsuńA tak na serio to niesamowicie opisujesz postaci i ich przeżycia.Robisz to w taki sposób,że jak się czyta to tak jak by było się obok nich.Wielkie ukłony i brawa.Jesteś młodą osobą a robisz takie rzeczy,tak się bawisz językiem,że nie jeden polonista Ci pozazdrości.Ba,ja zazdroszczę,choć studiuję kulturoznawstwo. Nie przestawaj pisać i twórz dla nas,trzymam kciuki!No a wracając do części to jestem ciekaw czy zdąży Kaśka złapać Andrzeja,swoją drogą facet ma klasę.Czekam na kolejną część,w miarę szybko :) Pozdrawiam! /Maciek
podobno miałeś studiować medycynę i być lekarzem.... plątasz sie w kłamstwach :)
UsuńTak? Gdzie to pisałem?
UsuńNie jednemu psu Burek na imię ;)/ Maciek