piątek, 18 grudnia 2015
Rozdział 11
Profesor Andrzej Falkowicz wrócił do Polski następnego dnia. Pierwsze miejsce, które odwiedził zaraz po powrocie to cmentarz, na którym pochowano jego rodziców. Stanął na przeciw marmurowej płyty, na której widniał wyryty napis "Anna i Leonard Baran"
- Andrzej? - usłyszał znajomy głos za plecami. Kroki zbliżającego się mężczyzny były coraz wyraźniejsze, przez śnieg który wydawał wtedy charakterystyczny dźwięk skrzypienia. - Wróciłeś? - Adam stanął obok niego, przyglądając się bratu w zaskoczeniu.
- Dzisiaj. - Rozmowa była właśnie tym, czego Andrzej teraz najmniej potrzebował. Odpowiadał więc zdawkowo na każde kolejne pytanie, choć czuł niepohamowaną chęć nawrzeszczenia na brata, aby ten dał mu w końcu święty spokój.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - Falkowicz jednak uparcie milczał. - Załatwiłeś chociaż to, po co pojechałeś? - mężczyzna nadal zachowywał milczenie. Jego klatka piersiowa uniosła się mocno, po czym z jego ust ulotniła się biała smuga wydychanego powietrza. Schylił się i położył zakupiony kwiat na marmurze, który wcześniej oczyścił z białego puchu. Zabrał skostniałą roślinę tego samego gatunku, którą owy mężczyzna zostawił tu poprzedniego razu. Wyprostował się sztucznie, a w tym samym momencie na jego twarzy pojawił się grymas bólu, choć ledwie dostrzegalny, to nie porównywalny z tym co poczuł.
- Załatwiłem. - odezwał się po chwili. Adam zebrał w sobie resztki odwagi i postanowił zapytać brata o to, co trapiło go od dłuższego czasu.
- Powiedz mi... tylko szczerze. Czy ty pojechałeś do Kasi i Matyldy? - chłopak przyjrzał się bratu, który przyglądał się tak niewzruszenie wygrawerowanym na ciemnej płycie napisom. - Cholera Andrzej, nie możesz być wiecznie taki uparty.
- Obiecuje, nie będę. Chociaż rzadko dotrzymuje słowa... - spojrzał w niebo. Dostrzegł, że było ono wyjątkowo bezchmurne. Jeszcze nigdy gwiazdy nie wydawały mu się tak interesujące. - Wszystko będzie jak dawniej. - uśmiechnął się patrząc już o oczy brata.
Adam, lekko zbity z tropu, poszedł w ślady brata i opuścił cmentarz. Do domu wrócili już razem, trwając tak w uporczywym milczeniu. Oboje rozmyślali. Każdy nad czymś innych, choć źródło leżało w tym samym punkcie.
- Mogę u ciebie przenocować? Nie zdążyłem jeszcze zabrać stąd swoich rzeczy. - Krajewski naiwnie sądził, że Falkowicz nie domyśli się prawdziwych intencji brata. Owszem domyślił się, że Adam chciał go pilnować, lecz nie miał najmniejszej ochoty przyznawać się do tego. Może nawet niewiele obchodził go cel tego podstępu, gdyż jego myśli krążyły teraz wokół zupełnie innej osoby.
Wspomnienia związane z dziewczyną stawały się jak opium dla jego skołatanych nerwów. Błądził pamięcią po wspólnie spędzonych chwilach. Im więcej sobie przypominał tym bardziej nerwowy się stawał. Tak bardzo się bał, że umknie mu jakaś ważna chwila, gdyż chciał zatrzymać je wszystkie. Powtarzał je więc w pamięci, aby żadna z nich nie uleciała.
Adam zauważył dziwne zachowanie brata, choć ten wciąż powtarzał, że wszystko jest tak jak dawniej. To zdanie musiało mieć jakieś znaczenie, którego on sam nie potrafił zrozumieć. Chłopak postanowił więc sięgnąć po wsparcie, zwrócić się do osoby, z którą kiedyś Andrzej był tak blisko, która pomogła mu podjąć decyzje o przeszczepie.
- Adaś, dobrze że cię widzę. - kobieta wpadła na chłopaka, wychodząc z gabinetu lekarskiego. - Musisz mi pomóc. Potrzebuje asysty, tętniak aorty. - Wiktoria w błagalnym geście położyła swe dłonie na barkach przyjaciela. Adam kiwnął przecząco głową. - Jak to nie? Musisz, nie mam...
- Sorry, ale ja jestem po dwóch operacjach. Od wczoraj nie wychodziłem z bloku. Finito, pani doktor. Człowiek musi też czasami spać. - minął lekarkę w drzwiach i udał się do pomieszczenia lekarskiego, by tam opaść na kanapę. - Albo chociaż siedzieć... - dokończył, stękając przy tym boleśnie.
- Adaś błagam... nie mam z kim operować. - Kobieta wbiegła za Krajewskim do pokoju.
- To jest malutki tętniak.
- Ale paskudnie umiejscowiony. - dodała odpowiedzialnym tonem. - Dobrze, zrobię co zechcesz. - Mężczyzna podniósł głowę z oparcia. Wiki uśmiechnęła się, widząc na twarzy przyjaciela zainteresowanie.
- Właściwie to miałem cię o coś prosić... dobra. Ale potem zrobisz coś dla mnie. - Consalida bez chwili zastanowienia przytaknęła, po czym oboje udali się na blok operacyjny.
- Dzięki stary, nie dałabym sobie bez ciebie rady. - kobieta oparła się o ścianę i powolnym ruchem zdjęła z głowy nakrycie ochronne.
- Teraz ty coś dla mnie zrobisz. A właściwie to nie do końca dla mnie. - Wiktoria zmarszczyła nieco brwi. Do tej pory nie zastanawiała się nad ich umową, ale teraz zrozumiała, że warunki, jakimi się związała nie mogły być tak proste do spełnienia. Adam wyglądał na zmartwionego, więc sprawa musiała być poważna. Zbliżyła się więc do niego nieco. Poczuła jak z każdą chwilą spędzoną w milczeniu, zdenerwowanie udziela się również jej.
- Co jest? - Oboje stali teraz na przeciw luster, lecz żadne nie śledziło swojego odbicia. Mężczyzna obserwował metalową strukturę zlewu, na której zaciskał swe blade dłonie, a Wiktoria przyglądała się jego twarzy. Adam zacisnął usta, po czym odezwał się do kobiety.
- Dlaczego ja się dałam w to wciągnąć. - Byli już po dyżurze, więc postanowili nie czekać dłużej, tylko od razu przejść do rzeczy. Poza tym im prędzej Wiktoria wywiąże się z umowy, tym dla niej lepiej. Była niemal pewna, że rozmowa z Falkowiczem nic nie da. Nie wiedzieć dlaczego ostatnimi czasy mężczyzna był dla niej strasznie oschły. Szczególnie po jej rozwodzie.
- Adam to nie ma sensu. Wiesz dobrze, że mnie nie posłucha. On nikogo nie słucha! - kobieta żwawo gestykulowała dłońmi. Już nie tylko jej twarz świadczyła o wielkim zdenerwowaniu. Jej ciało niemal drżało ze strachu. Czuła, że po raz kolejny usłyszy od profesora kilka niemiłych słów i to zupełnie niezasłużenie.
- Wikuś, ale jak nie ty to kto? - nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że od pewnego czasu wciąż zwracają się do siebie zdrobniale. Zaczęło się kiedyś od niewinnych żartów i pozostało tak do dziś, co zupełnie im nie przeszkadzało. Przeciwnie, znów mogli budować miedzy sobą coś na kształt cieplejszych więzi.
- Tylko nie każ mi na nowo próbować, jeśli dzisiaj nic z tego nie wyjdzie.
- Zgoda. Po prostu wyciągnij z niego ile się da.
- Wyciągnij? Zgłupiałeś? Chcesz mu pomóc, czy zaspokajać własną ciekawość? - kobieta wyszła w końcu z samochodu, który Adam zaparkował przed domem Falkowicza.
- Nie czepiaj się słówek, dobrze?
Po chwili oboje byli już w mieszkaniu. Ciszę przerwał dźwięk dochodzący z głębi domu. Podążyli więc za muzyką, którą najprawdopodobniej dobywano z pianina.
- Może nie jest tak źle, jak myślałeś. - kobieta zauważyła Andrzeja siedzącego tyłem do nich w salonie. Z głęboką fascynacją wybijał na klawiszach akordy i pojedyncze dźwięki.
Wiktoria jednak zmieniła zdanie, gdy przyjaciel odwrócił się do gości. Jego puste spojrzenie przyprawiło ją o chwilowy bezdech. Uśmiechnęła się pospiesznie i podążyła wolnym krokiem w głąb mieszkania.
- Hej. - zastanawiała się jak ma namówić przyjaciela na zwierzenia. Choć domyślała się, że Falkowicz będzie trudnym rozmówcą. Ba! Ona była o tym przekonana. Obdarzyła Adama krótkim, błagalnym spojrzeniem. Ten jednak gestem dłoni dał jej znak, że będzie w kuchni i wyszedł z pomieszczenia, by ta dwójka mogła swobodnie porozmawiać.
- Może pogadamy, jak kiedyś? - Wiktoria podparła się łokciami o białe pianino. Właśnie uświadomiła sobie, że nie widziała wcześniej tego instrumentu w domu Falkowicza.
Mężczyzna jednak nie poświęcał kobiecie większej uwagi, choć jego gra stała się jakby cichsza. Wybijał teraz pojedyncze nuty, które brzmiały jak niedokończony utwór. Czegoś tam brakowało, jakby dodatkowej pary rąk na klawiszach.
- Andrzej... - ciągnęła, lecz on nadal grał. Pchnęła więc pokrywę, która o mały włos nie spadłaby na palce mężczyzny. Spojrzał na nią i napotkał jej stanowczy wyraz twarzy.
- Dobrze. - obrócił się bokiem do instrumentu i podparł prawym łokciem o niego. - Pytaj. - Wiktoria wyprostowała się i sunąc dłońmi po lakierowanej strukturze drewna, stanęła na przeciw profesora.
- Może sam powiesz co się dzieje?
- To wszystko?
- Nie zbywaj mnie. Wszyscy widzą, że coś jest nie tak. Chodzisz jak struty...
- Tak bardzo ciekawi was moje życie, że nie widzicie własnego. - spojrzał wymownie na kobietę. Falkowicz mimo nienajlepszego stanu ciała i ducha wciąż potrafił kierować ludzi, tak jak sam tego chciał i aby oni nie mieli o tym najmniejszej świadomości.
Tym razem osiągnął spokój, odciągnął uwagę od własnego życia, a skierował temat na panią doktor.
A ta nie miała łatwego. Ostatnio po szpitalu rozniosła się plotka, że się rozwodzi. Niestety była to prawda. Wiktoria nie nosiła już obrączki od dłuższego czasu. Tomasz natomiast, jej niedługo jeszcze małżonek, wyjechał na południe Polski do kliniki dziecięcej. Najbardziej prawdopodobną wersją ich rozstania miało być to, iż Wiktoria nie chciała mieć z nim dzieci. Doszło więc pomiędzy nimi do narastających nieporozumień, których nie dało się już wyprostować. Parę razy widziano jak kobieta popłakuje w ustronnych miejscach, co tylko utwierdzało ludzi w przekonaniu, że to ona jest winna rozpadowi tego małżeństwa.
- Jak długo będziesz mi jeszcze wypominał moje małżeństwo? - zapytała zdenerwowana.
- Tak długo, jak ty będziesz wtrącała się w moje życie. - uciął i wstał by ruszyć w stronę kanapy. Zachwiał się jednak i z powrotem opadł na ławeczkę.
- Andrzej, co jest? - kobieta uklękła przed nim, próbując zmusić go, by na nią spojrzał. On jednak przymknął powieki, by uspokoić szybsze bicie serca. Usilnie starał się ignorować fakt, że czuje się coraz gorzej.
- Nic... - próbował zabrzmieć stanowczo. - Zdenerwowałem się. Tyle. - dodał już spokojniej.
- Pójdę po Adama - chciała już wstać, kiedy ten ją zatrzymał.
- Nie! - wpatrywał się chwilę w jej oczy, po czym spuścił wzrok na kolana kobiety. - Byłem w Nowym Jorku. - zaczął. Wiktoria przyglądała się jego błyszczącym oczom, które teraz błądziły po jej twarzy. - Chciałem zabrać stamtąd Matyldę, ale stchórzyłem. Kaśka miała rację, że w Stanach będzie im lepiej. - Wiktoria słuchała wyznania przyjaciela z szeroko otwartymi oczyma. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę Andrzej przeżywa. Tak dawno nie mieli okazji porozmawiać.
- Kim ja jestem, żeby rujnować dziecku dzieciństwo?
- Ty? Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Dałeś tej dziewczynce tyle szczęścia. A widziałam, że ona tobie również. Pomyśl, co by się z nią stało gdyby nie ty? Gdzie Matylda byłaby teraz? W pamięci miałaby traumę z pobytu u rodziny zastępczej, a nie piękne chwile spędzone z przyszywanym tatą. - zaśmiała się przez łzy. Nie mogła opanować emocji tym bardziej, że w sercu czuła potworny żal do Kasi, która nie doceniała tego co miała.
Wiktoria nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek tak pomyśli, ale nie było wątpliwości - Falkowicz to wyjątkowy facet. Jak można było go tak potraktować? Po tym co zrobił dla małej? Odsunąć go tak po prostu? Jaki miała w tym cel? Czy nie udowodnił, że jest wart naprawdę wiele?
Consalida z każdą chwilą coraz bardziej nienawidziła Smudy. Czy naprawdę można było być tak obojętnym?
- Zaczerwieniłaś się. - zauważył profesor. - Tak bardzo się mną przejmujesz?
- Pamiętaj, że jesteś moim przyjacielem. - Andrzej pokiwał głową lekko rozbawiony. Nie sądził, że Wiktoria była w stanie go jeszcze rozśmieszyć. - Poza tym, myślę, że powinieneś walczyć o kontakty z małą.
- To nie jest takie proste. - mężczyzna na nowo spochmurniał.
- I kto to mówi! Pan profesor, który miał wszytko, czego sobie życzył na już. Profesor Andrzej Falkowicz się poddaje?
- Zachowuje rozsądek. - dokończył.
- Nie poznaje cię. Zawsze walczyłeś o swoje...
- Skończmy już. Jestem zmęczony. - mężczyzna wstał i udał się na piętro. Położył się, lecz wspomnienia nie dały mu zasnąć. Po raz kolejny leżał z otwartymi oczyma do późnych godzin nocnych, gdy w końcu zmorzył go sen.
Miesiąc później, kiedy profesor wrócił do pracy po zwolnieniu lekarskim, mężczyznę czekało niemiłe rozczarowanie. A mianowicie mnóstwo operacji, lecz żadna, w której mógłby uczestniczyć. Pani ordynator oraz dyrektor zabronili mu przez najbliższy miesiąc zbliżać się do stołu operacyjnego. Najgorsze co mogło spotkać chirurga. Złość profesora była tym większa, że pozbawiono go okazji do chwili oderwania się od problemów osobistych. A to właśnie psychika profesora najbardziej potrzebowała rekonwalescencji. Lecz podporządkował się. Wypełniał papiery w zaciszu swego gabinetu. Udzielał konsultacji medycznych. Ale okropnie go to męczyło, a nieudolność niektórych kolegów po fachu potwornie irytowała.
- Hej braciszku! - do gabinetu wpadł Adam. - Mam problem z pacjentem. Możesz spojrzeć? - profesor niechętnie podniósł wyniki badań pacjenta.
- I czego tu nie rozumiesz?
- Facet ma poważne wahania ciśnienia. Nie potrafię go ustabilizować.
- Musisz operować. Jeśli ta żółć się rozleje, będzie po nim. Tak czy inaczej... jeśli nie żółć, to ciśnienie go wykończy. - Krajewski zabrał dokumentację i pokiwał głową w zamyśleniu. - To nie wszystko, prawda? - tym razem mężczyzna odłożył dokumenty i przyjrzał się uważniej bratu. - Po co tak naprawdę przyszedłeś?
- Zakochałeś się kiedyś?
- O Boże...
- Ale pytam poważnie. Czy kochałeś kiedyś jakąś kobietę tak naprawdę? - Andrzej przyjrzał się uważnie bratu, którego wyraz twarzy sugerował całkowitą powagę.
- A ty? Spotkałeś taką kobietę? - Adam zapatrzył się chwilę na twarz brata, lecz po chwili uciekł spojrzeniem.
- Sam nie wiem.
- Gdybyś spotkał, byłbyś pewien. - Młody chirurg z zaciekawieniem spojrzał na Falkowicza. Nie wątpliwie była w tej mądrości jakaś prawda, ale taka, którą wynosi się z własnego doświadczenia. Kim więc była prawdziwa miłość profesora? Bo niewątpliwie musiała taka istnieć.
- A co jeśli ona nic do mnie nie czuje?
- Wtedy nic z tego bracie. Zapomnij zanim będzie za późno. - w tym czasie zadzwonił służbowy telefon profesora. Jego osobista sekretarka poinformowała go o gościu. Taktownie wyprosił więc Adama i czekał na zapowiedzianego interesanta. Uprzątnął nieco bałagan, jaki panował na masywnym meblu przed nim i rozsiadł się wygodnie na skórzanym fotelu. Po chwili oczekiwania otworzyły się drzwi, lecz jakoś dziwnie wolno. Zmarszczył brwi zaintrygowany i czekał na wyjaśnienie tej małej zagadki. Ujrzał kasztanowy kosmyk włosów i jej twarz. Znieruchomiał, przypatrywał się kobiecie, która po chwili zajęła miejsce na przeciwko.
- Jestem w stanie pójść na kompromis.
Gdyby komuś kiedyś przyszło do głowy przeczytać to opowiadanie jeszcze raz, to mam dobrą wiadomość dla takiej osoby. Podczas pisania zostawiam jej takie małe smaczki, że tak to ujmę.
Chciałam, żeby czytelnik czytając to opowiadanie po raz kolejny, mógł powiedzieć "no tak!" albo "czyli już wtedy się zaczęło". Sami wiecie, że czytając czasami coś nam umyka. ;)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Śliczne! Falkowicz, przeżywający rozstanie z Matyldą. Wiktoria ma rację, powinien o nią walczyć. On potrzebuje małej, a ona go.
OdpowiedzUsuńA może już nie będzie musiał walczyć? Czyżby tym gościem była Kasia? Czyżby Andrzej i Matylda mieliby być znowu razem?
Ciekawe, kim była miłość profesora... Mam nadzieję, że na rozwiązanie tej zagadki nie będę musiała długo czekać :-)
Czy mi się dobrze wydaje, że za jakiś czas ma szansę pojawić się jakiś związek Wiktorii i Adama? Te wszystkie zdrobnienia i jeszcze pytanie Adama... Mi się tam to podoba, jestem 100% adwisią ;-)
Mam tylko jedną małą uwagę - nazwisko Wiki pisze się przez jedno "s".
Weny!
N.
Poprawione. Dzięki za pomoc! ;-)
UsuńFajne te części.Naładowane emocjami do końca... Takie części to ja lubię czytać,weny życzę i mam nadzieję do napisania za niedługo :) Całuję!/Julka
OdpowiedzUsuń