niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 8

     

           Na sali OIOM-u leżał tylko jeden pacjent. Krajewski zaglądał co chwilę do niego, gdy w końcu czwartego dnia ten się obudził. Gadali o błahostkach w krótkich żołnierskich zdaniach. Żadne z nich nie potrafiło nawiązać do tego, co się stało. Choć Adama bardzo męczyła ta sprawa, bo Andrzej na pewno nie jechał wtedy do domu. A jeśli nie do domu to gdzie? I po co kłamał?
- Możemy pogadać? - nad rankiem w sali profesora zjawił się jego brat. Andrzej przeniósł swój smętny wzrok z sufitu na chłopaka. Domyślił się, że dłużej nie będzie mógł już uciekać od niewygodnych pytań. Nabrał powietrza w płuca do momentu, aż poczuł w nich palący ból. Zakrztusił się nim lekko, lecz po chwili oddychało mu się już lepiej. Dostrzegł maseczkę tlenową na swoim nosie i zmartwioną minę Adama, który owy przedmiot podtrzymywał.
- Zabierz... - wydusił z siebie, jednocześnie odchylając głowę w drugą stronę. Krajewski zawahał się chwilę, lecz uległ. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Andrzej zawsze musiał postawić na swoim i nigdy nie dawał za wygraną.
- Gdzie chciałeś jechać? - zapanowała niezręczna cisza. Adam bał się reakcji brata na te pytanie, a Andrzej poczuł napływającą falę gorąca.
- Do Kaszuby. - starał się mówić zwięźle, aby nie forsować układu oddechowego. Na szczęście nie miał przebitego płuca, ale za to mocno poobijane. Przez to po operacji utrzymywano go w śpiączce farmakologicznej, która miała uchronić go przed bólem. Inne obrażenia, takie jak rozbity obojczyk, czy połamane dwa żebra potrzebowały więcej czasu. Było też zbite kolano. Póki co nie doskwierało Falkowiczowi ono bardzo, gdyż od czasu wypadku był przywiązany do łóżka.
- Tego prawnika? - Adam przypomniał sobie okoliczności, w jakich słyszał o tym człowieku. Andrzej przytaknął i kontynuował. Powrócił myślami do zdarzeń sprzed  roku, kiedy to zaczął się jego koszmar.

Wspomnienia

Falkowicz krzątał się po mieszkaniu w poszukiwaniu swojego ulubionego krawata. Matylda siedziała w kuchni i jedząc płatki, przyglądała się mężczyźnie, który jak na ironię losu uwielbiał porządek.
- Matylda, może jednak gdzieś go zabrałaś. - powyjmował poduszki z kanapy i nawet nie ułożył ich z powrotem na swoje miejsce. - Musi gdzieś być. Przecież się nie rozpłynął. - co chwila zerkał na złoty zegarek wiszący na lewym nadgarstku.
- W szafie masz tysiące takich samych.
- Ale ten był najlepszy.
- Bo?
- Bo... - spojrzał na kamienną twarz dziewczynki. Zdumiał się, jak bardzo byli do siebie podobni - Jedz. - uciął. Wbiegł do swej sypialni i otworzył wielką szafę, by wybrać zastępczy krawat. Ku jego zdumieniu ten, którego tak namiętnie poszukiwał do dobrych kilkudziesięciu minut, leżał sobie ot tak na swoim miejscu. Chwycił więc za niego i zgrabnym ruchem zawiązał na szyi. Zbiegł po schodach, omal nie gubiąc ostatniego stopnia i zatrzymał się nagle tuż przed nimi.
- No a ty co? Dlaczego jeszcze nie gotowa?
- Nie mam się w co ubrać. - Falkowicz zmierzył dziewczynkę wzrokiem.
- Kobiety...- westchnął i udał się do pokoju małej. - No dobrze, a to? - wyjął z szafy kostium, który kupił jej tydzień wcześniej.
- To miałam na urodzinach Felki. - opadła bezradnie na łóżko. - Nie mogę ubrać byle czego. To ważny dzień. - Andrzej przyglądał się jej chwilę. Dobrze wiedział, że z tą młodą damą nie wygra. Strach pomyśleć, co z niej wyrośnie za kilkanaście lat.
- Dobrze - wypuścił powietrze z płuc. - Dobrze. Ubierz cokolwiek i pojedziemy do centrum, tam wybierzesz sobie coś ładnego, zgoda? - uniósł brwi nieco i czekał na reakcje małej. Ta w odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko i rzuciła się mu na szyje. Mężczyzna lekko zaskoczony po chwili odwzajemnił uścisk. Nie przywykł jeszcze do tak nagłych wybuchów czułości. Zawsze gdy do tego dochodziło, płoszył się lekko i nie wiedział jak zareagować.
    W centrum spędzili niewiele czasu, co niezmiernie ucieszyło profesora. Nie dlatego, że nie cierpiał zakupów w galerii, lecz z pośpiechu. Nie planował zakupu nowych ciuszków dla dziewczynki, to też nie uwzględnił tego w swoim napiętym grafiku. Na szczęście Matylda od razu zauważyła na wystawie zestaw, który z miejsca chciała mieć. Przebrała się więc w nowy nabytek, a jej "stare" ubrania niósł Andrzej.
-Gdzie teraz jedziemy? Od razu do szpitala? - odezwała się Matylda.
- Do szpitala. Ale w Leśnej Górze. - lecz gdy dostrzegł niezadowoloną minę dziewczynki, od razu dodał - Ale zaraz potem jedziemy odebrać mamę ze szpitala. - Matylda nie odezwała się ani słowem. Doskonale wiedziała, że powinna być wdzięczna Andrzejowi za to, że tak bardzo jej pomagał. Choć nie do końca rozumiała dlaczego właściwie to zrobił. Jej mama miała wielu znajomych, profesora widziała tylko raz i to on zdecydował się wydobyć małą z izby dziecka, a co najlepsze - zapewnił jej dom. Musiał być niesamowicie dobrym człowiekiem, skoro tylko on nie zostawił jej samej. Dlatego z całych sił starała się mu nie przeszkadzać. Słuchała i pomagała, nigdy nie narzekała. Choć tyle mogła dla niego zrobić.
Podczas gdy Matylda czekała w bufecie, on omawiał operację, którą tego samego dnia miał przeprowadzić z Conssalidą.
- Nie możesz wyjść w połowie operacji! Andrzej! - rudowłosa pani ordynator wbiegła do bufetu za profesorem, zwracając na siebie uwagę zebranych tam ludzi.
- Wszystko wyjaśniłem Piotrowi. Dacie sobie radę. - nie zważając na kobietę, podszedł do zaskoczonej Matyldy.
- To jest nieprofesjonalne Andrzej. Jeśli coś zaczynasz, to miej honor to skończyć.
- Pani ordynator... - zwrócił się do kobiety po cichu, lecz przez swój niski ton głosu był doskonale słyszalny - A propos nieprofesjonalizmu... - omiótł wzrokiem tłum gapiów za jej plecami - Trochę więcej pewności siebie. Tamta pomyłka zdarzyła ci się raz. Jestem pewien, że dwa razy nie powtórzysz tego samego błędu. - Trafił w punkt. Zobaczył to w jej oczach. Uśmiechnął się w duchu na dowód wygranej i chwycił małą dziewczynkę za rączkę.
- Matyldzia chodź. Mama pewnie już na nas czeka. - uśmiechnął się szelmowsko do małej i minął zaskoczoną Wiktorię, która dopiero uświadomiła sobie, kim jest mała dziewczynka, która cały czas stała za plecami Falkowicza. - W razie czegoś Piotr będzie patrzył ci na ręce - rzucił na odchodne w drzwiach, co na nowo zdenerwowało Conssalidę.
Czyli jednak! Nie dość że nie ufa to jeszcze sprawdza!

Chwilę później byli już w klinice. Czym prędzej udali się na trzecie piętro (oczywiście schodami, gdyż Matylda źle znosiła jazdę windą) i weszli do sali, gdzie miała czekać na nich Smuda. Niestety jej już tam nie było. Zdezorientowany mężczyzna ruszył w kierunku gabinetu lekarskiego, by dowiedzieć się, gdzie jest owa kobieta.
- Pani Katarzyna opuściła szpital wcześnie rano. Poinformowała nas jedynie, że udaje się do ośrodka rehabilitacyjnego.
- Powiedziała chociaż do którego?
- Niestety. - opuścili więc klinikę i udali się do samochodu. Falkowicz postanowił jechać do najlepszego ośrodka w mieście, który znajdował się na ulicy Wolskiej. Miał tam kilku znajomych lekarzy i sądził, że nie odmówią mu pomocy.
Falkowicz przekazał zdenerwowanej dziewczynce dobrą wiadomość.
- Jest tutaj. - złapał ją za rączkę i ruszyli do pokoju pani mecenas.
- Dlaczego uciekła? - zapytała mężczyznę tuż przed wejściem. Ten lekko zmieszany zamyślił się chwilę.
- Chciała być samodzielna. Jak ty. - podarował jej pstryczka w nosek i uśmiechnął się, lecz w tym grymasie twarzy ukrył ból. Wiedział, że Kasia nie była jeszcze do końca sobą. Nie miał pojęcia, czy to tylko stan przejściowy i czy Matylda wracając do matki będzie pod dobrą opieką. A może to tylko jego urojenia? Przecież wcale nie chciał oddawać Matyldzi i najzwyczajniej w świecie widział to, co chciał zobaczyć.
- Mamusiu? - Matylda jako pierwsza weszła do pomieszczenia. Falkowicz chciał zostać za drzwiami, lecz uległ namową dziewczynki. Dostrzegła matkę siedzącą na wózku inwalidzkim tyłem do nich, która jak zahipnotyzowana obserwowała świat za oknem.
- Dlaczego na nas nie poczekałaś? Przecież mieliśmy jechać do domu. - Kasia obróciła lekko głowę w stronę stojącej tuż obok córeczki.
- Weź tobołek i usiądź przy mnie. - Matylda ściągnęła lekko brwi i odwróciła się w stronę profesora, który stojąc z tyłu, przyglądał się całej tej sytuacji.
- Krzesło - podpowiedział spokojnie małej.
    Smuda zapominała o wielu rzeczach. Były to nazwy kolorów, rzeczy, imiona, a nawet czasowniki. Od nowa musiała się nauczyć liczyć i pisać. Bywało, że nagle coś sobie przypominała, albo denerwowała się, że nie potrafi czegoś nazwać. Lekarze mówili, że tak bywa i że ten stan do pewnego stopnia może być odwracalny. Ale pytanie, które spędzało sen z powiek Falkowiczowi brzmiało - do jakiego stopnia?
- Nie lepiej by ci było u mnie? - odezwał się, gdy Matylda wyszła do toalety.
- Nie mogłabym mieszkać z tobą w jednym... - zacięła się i usilnie próbowała sobie coś przypomnieć.
- Domu. - dokończył za nią.
- Nie pomagaj. - syknęła przez zęby. Okropnie męczyła ją ta niepełnosprawność. Denerwowała się za każdym razem, gdy zapominała jakiegoś słowa. Ból był tym większy, gdy przypominała sobie swoje możliwości sprzed wypadku. - Nie będę dla nikogo ciężarem. Na pewno nie dla ciebie. Ale jestem ci bardzo wdzięczna za to, co zrobiłeś dla mnie i... - Falkowicz uparcie milczał, choć już dostrzegł łzy w oczach Kasi. Gdy ta zdała sobie sprawę z tego, że jednak potrzebuje pomocy Andrzeja, spojrzała na niego swymi szklanymi oczami, a ten podpowiedział jej imię córki.
- Musisz wiedzieć, że gdy tylko się pozbieram, zabiorę ją i wyjedziemy do powiatów. - Falkowicz ściągnął swe brwi i uważnie przyglądał się kobiecie, obok której siedział.
- Do Stanów? - upewnił się.
- Przecież mówię. Zwrócę ci wolność. Pewnie już nie możesz zaczekać. - zaśmiała się żałośnie, a Falkowicz jednym niespokojnym ruchem poluźnił sobie krawat przy szyi.
- Ta... - niepokój, który z każdą chwilą w nim narastał sprawił, że poczuł nieprzyjemną falę gorąca. - Na długo? - dodał, siląc się na spokojny ton.
- Na stałe. - odpowiedziała pewnie.
- Chcesz mi powiedzieć, że podrzuciłaś mi dziecko, a teraz masz zamiar mi je tak po prostu zabrać? - wrzasnął, stracił kontrolę nad swoimi emocjami. Nie był świadomy tego, że tuż za drzwiami stała Matylda. Wystarczyło, że usłyszała ostatnie zdanie wypowiedziane przez Andrzeja, by po jej policzku poleciały łzy. Zdenerwowany Falkowicz od razu wyszedł z pokoju, by nabrać świeżego powietrza, gdyż w pomieszczeniu z sekundy na sekundy było coraz mniej tlenu. Nerwy mu nie służyły, dlatego od razu udał się na korytarz. Tam ujrzał Matyldę, której mokre policzki przyprawiły go o kolejną falę gorąca. Nie znosił kiedy płakała. Nie potrafił tego racjonalnie wytłumaczyć, ale zawsze ten widok sprawiał mu ból - piekący i nieznośny, gdzieś blisko serca.

- No i spełniła groźbę. - Falkowicz wyszeptał ostatkiem sił. Krajewski ponownie założył bratu maskę tlenową na twarz, a ten tym razem już nie protestował. Zachłannie łapał każdy haust świeżego tlenu, którego już brakowało w jego płucach.
Adam przyglądał się w milczeniu bratu, nie wiedząc jakich słów pocieszenia użyć.
"Będzie dobrze", czy "Trzymaj się!"? Które z nich były bardziej idiotyczne?
Siedział więc w ciszy, którą raz po raz przerywały jedynie pojedyncze dźwięki aparatury medycznej rejestrującej pracę serca profesora Falkowicza. Zastanawiał się nad dopiero poznaną opowieścią. Analizując w głowie wszystkie słowa, uświadomił sobie jak bardzo różniła się ta historia widziana wcześniej z jego perspektywy. Sądził, że Matylda to przypadkowy ciężar, który spadł na Falkowicza z dnia na dzień i ten tylko czekał, aż się od niej uwolni.
    Adam jednak nie miał powodu, aby się obwiniać. Każdy, kto choć trochę znał sytuację profesora, sądził tak samo. Kasia, Adam, a szczególnie doktor Conssalida. Pozostali nie rozumieli kim jest dziewczynka, która biega za profesorem po szpitalu w weekendy. Nie zdobywając żadnych informacji na ten temat stwierdzili, że prawdopodobnie ją uprowadził, albo co gorsza - przeprowadza na niej eksperymenty medyczne. Niedorzeczne, a jakże! Ale jaka może być plotka, jeśli nie taka właśnie? Niedorzeczna.
Po pewnym czasie, a trwało to przynajmniej do obchodu, Krajewski postanowił opuścić salę profesora. Podniósł się z krzesełka i zawahał się chwilę. Jednak po chwili poklepał delikatnie zdrowe ramię Andrzeja i uśmiechnął się krzepiąco do niego mówiąc:
- Pamiętaj, że jestem. - to były jedyne słowa pocieszenia, jakie zdołał wymyślić. Odwrócił się tyłem do brata i po cichu odsunął skrzydło drzwi. Kątem oka rzucił ostatnie tego dnia spojrzenie na brata i odszedł. Nie miał prawa wiedzieć, że profesor w tej chwili na nowo poczuł jak dłonie się pocą, a oddech przyśpiesza. Nie mógł wiedzieć, że po skroni brata spływa właśnie pojedyncza łza. Ta ostatnia.



To ja też poproszę o prezent mikołajkowy - Wasz komentarz ;-)






12 komentarzy:

  1. Czytałam od początku, jednak coś, sama dokładnie nie wiem co, powodowało, że nie byłam do tego opowiadania przekonana. Ale, jak widać, to się zmieniło.
    Podoba mi się Twoją historia, ciekawa jestem, jak dalej to rozegrasz.
    Jakoś zanipokoiło mnie to ostatnie zdanie...
    Pozdrawiam i życzę weny
    N.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co część dowiaduje się nowych coraz to ciekawszych faktów z życia naszych bohaterów. Niesamowity jest fakt opisywania przez Ciebie uczuć z jakimi musi się borykać Falkowicz, który po odebraniu mu Matyldy robi wszystko, aby dziewczynka z nim była. Niesamowić zastanawiająca jest decyzja Kasi, która zdecydowała się na wyjazd, widząc jak ta dwójka się do siebie zbliżyła. Czekam na nexta:-)
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak bardzo takie pytania/rozmyślania pomagają ;-)

      Usuń
  3. Czy ty przypadkiem nie zamierzasz kończyć tego opowiadania. ,,ta ostatnia".??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah :-) Z każdej sytuacji można przecież wybrnąć ;-)

      Usuń
    2. No ja taką mam nadzieję. Nigdy tak (nie) kończ opowiadań. Albo wtedy dawaj szybciej nexty. :*

      Usuń
  4. Kiedy planujesz next?:-)
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sie zastanawiam kiedy ja go dodam...

      Usuń
    2. Ale już jest gotowy?:-)
      Florentyna

      Usuń
    3. Chciałabym. Praca wykańcza. Ale będzie.
      Tak a propos - pracuje w szpitalu. Ale to taka tam ciekawostka ;)

      Usuń
    4. Odpowiedzialna praca. A można wiedzieć co tam dokładniej robisz?
      Florentyna

      Usuń
    5. Zajmuję sie dokumentacją medyczną pacjentów, przyjmuje ich do systemu, wypisuje, wydaje karty zgonów. Niedługo mam chodzić na oddziały na zastępstwa za sekretarki. Ciekawe doświadczenie spojrzec na to wszystko od drugiej strony. Wszystko wygląda inaczej.

      Usuń