piątek, 4 grudnia 2015
Rozdział 7
Tym razem narrator zacznie od własnych spostrzeżeń. Dotyczą one muzyki. Banalny temat, ale jakże zajmujący. Pewnie doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że miewa ona zbawienne działanie. Bywa, że łagodzi napięcia, uspokaja, pomaga złapać oddech. Daje czas na spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość z innej strony. Kobiety delektują się melancholijną nutą, aby się pocieszyć, mężczyźni za to często poszukują cięższych brzmień, które oddawałoby ich nastrój.
W jakim więc nastroju był profesor Falkowicz, który na sali operacyjnej słuchał aktualnie "Marszu żałobnego" Chopina? Jako że tymczasowo sprawował funkcję ordynatora, podczas każdej operacji, jaką przeprowadzał, puszczany był zestaw utworów z jego domowej biblioteczki. Dzięki temu atmosfera na bloku stawała się "przyjemnie sztywna". Nikt nie miał ochoty na zbędne rozmowy, był tylko On i Przypadek chirurgiczny.
W takiej atmosferze Falkowicz niemal wcale nie myślał o życiu prywatnym. W pracy spędzał każdą wolną chwilę. Dom stał się dla niego tylko i wyłącznie noclegownią. Mimo wszystko jednak wolał spać we własnym łóżku. Nadal przecież był to człowiek szanujący swoją prywatność i przede wszystkim - higienę osobistą. Profesor biorący prysznic w szpitalu? Proszę, nawet nie starajcie sobie tego wyobrażać drodzy czytelnicy.
Jednak dla każdego chirurga przychodzi taki czas, że operacja przeciąga się do wczesnych godzin porannych. Wystarczą drobne komplikacje, błędy niedoświadczonego stażysty i planowane cztery godziny w magiczny sposób zamieniają się w morderczą dziewięciogodzinną walkę o życie.
Pech chciał, że tego dnia profesor miał właśnie okazję doświadczyć niekompetencji młodego chirurga. Oczywiście zdążył już zrównać młodzieńca z błotem, do tego stopnia, że ten zaczął się zastanawiać nad zmianą kierunku studiów.
- Nie przejmuj się. On już taki jest. - Krajewski poklepał chłopaka po ramieniu, kiedy już dotarła do niego wieść o tym, co się stało na sali operacyjnej.
- Już nigdy nie wejdę na salę. Tak mi powiedział. - Krajewski w momencie przypomniał sobie bardzo podobną sytuację, jaka miała miejsce, kiedy to on odbywał staż u Falkowicza. Uśmiechnął się na wspomnienie tego, jak potoczyły się ich wspólne losy. Jednak młodzieniec błędnie odczytał wyraz twarzy Adama i na jego bladym obliczu pojawił się grymas głębokiego rozczarowania. Zrozpaczony chłopak wyszedł w pośpiechu z pokoju lekarskiego, pozostawiając tam samego Adama, który zbyt późno zorientował się, jaki popełnił błąd. Westchnął tylko i podszedł do tablicy z rozkładem zabiegów. Okazało się, że kolejną operacje miał przeprowadzić z Falkowiczem właśnie.
- O jesteś. Musimy pomówić. - nagle w pomieszczeniu pojawił się Andrzej. W pośpiechu upił łyk zimnej kawy, którą zostawił tak poprzedniego wieczoru.
- Właśnie. Dlaczego rozpisałeś sobie kolejną z rzędu operacje? Wątpię żebyś to wytrzymał. Z całym szacunkiem, ale nawet człowiek w pełni zdrowy miałby trudności.
- Nie byłoby problemu gdyby nie ten dureń, przez którego pacjentka omal nie zeszła mi na stole. Teraz byłbym świeżo wyspany. - dodał zdenerwowany. Przerzucił teczki, które leżały na biurku, ale nigdzie nie mógł znaleźć dokumentacji medycznej pacjenta, którego miał zaraz operować. Krajewski przeczuwając cel poszukiwań podszedł do brata i podał mu teczkę, którą cały czas trzymał w dłoniach.
- Za dużo pracujesz ostatnio. Jedź do domu...
- Właśnie. - przerwał Adamowi. - Muszę jechać na chwilę do domu. Chciałbym się przebrać.
- Nie możesz zrobić tego tutaj?
- A czy ty przypadkiem nie wysyłałeś mnie właśnie do domu?
- Ale ty najwyraźniej masz zamiar tutaj jeszcze wrócić, a bynajmniej nie to miałem na myśli. - Falkowicz jednak wcale go nie słuchał. Żył teraz czymś innym. Okłamał brata, gdyż tak naprawdę planował spotkanie z prawnikiem. Ten miał mu przedstawić sposób, w jaki mógłby odzyskać Matyldę. Był świadomy tego, że jego szanse są bliskie zera. Obawiał się też, że jedynym rozwiązaniem może być udowodnienie Kasi, że nie potrafi odpowiednio zająć się własnym dzieckiem. Był co prawda jeszcze jeden sposób, lecz Falkowicz traktował to jako ostateczność.
- Jest... dwadzieścia po szóstej - oznajmił, spoglądając na zegarek na swym lewym nadgarstku, zaś na prawym przedramieniu zawieszony miał zimowy płaszcz. - Wrócę za trzy godziny. - wyszedł, zanim Adam zdążył zaprotestować.
Był grudzień. Na dworze panowała potworna śnieżyca. Mężczyzna postawił więc kołnierz swojego płaszcza i zanurzył się w nim, by osłonić się przed arktycznym wiatrem. Wsiadł do białego auta i powoli ruszył na wstecznym. Na całe szczęście pługi pracowały nawet w niedzielny poranek, więc drogi były przejezdne. Profesor miał dotrzeć do restauracji o nazwie "Finezja". Tam powinien czekać na Andrzeja prawnik, który kiedyś pomógł mu wyciągnąć jego dziewczynkę z izby dziecka. Znał sprawę no i przede wszystkim - był dobry.
Prowadząc swe auto rozmyślał nad całą sprawą. Obawiał się, że jego przypuszczenia potwierdzą się. Nie chciał zabierać dziecku matki, ale jakiś głos w jego głowie podpowiadał mu, że musi o nią walczyć. Jeśli nie ona, to co mogłoby być dla niego większym szczęściem? Chirurgia? Już od dawna nie wystarczała. Rodzicielstwo było jak narkotyk. Wpadł w nałóg i nie znalazł drogi powrotnej. Uzależniało mocniej niż chirurgia, która również działała niczym opium, lecz słabszej mocy.
Warunki na drodze były względnie dobre, jednak boczna uliczka, w którą teraz skręcił pokryta była świeżym śniegiem. Widoczność utrudniała mu dodatkowo ciężarówka jadąca przed nim, która swoimi kołami wzbijała w powietrze drobinki białego puchu.
Poddenerwowany utratą cennego czasu, który wyznaczył sobie na dojazd, co chwila odbijał w stronę środkowego pasa, by wyprzedzić wlekący się pojazd.
Gdy po raz kolejny zjechał na lewą stronę, nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie z naprzeciwka, dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej nadjeżdżał inny pojazd, który również miał utrudnioną widoczność, tym bardziej że w śnieżycy trudno mu było dostrzec białe auto Falkowicza.
W ostatniej chwili Andrzej dostrzegł światła samochodu z naprzeciwka. Poczuł, jak pot spływa mu po skroni i odruchowo szarpnął kierownicą w prawo. Niestety było zbyt ślisko i auto tylko obróciło się prostopadle do kierunku jazdy. Nadjeżdżający z naprzeciwka samochód również nie zdążył wyhamować i z impetem uderzyło w biały pojazd.
Falkowicz po chwili odzyskał przytomność, lecz jedyne co widział, to oślepiającą biel. Nie miał pojęcia czy to śnieżyca, poduszka powietrzna czy pośmiertne światło niebiańskie. Ta ostatnia opcja raczej odpadała, gdyż czuł narastający ból. Szczególnie z lewej strony ciała.
Przymknął na chwilę powieki i zauważył przed sobą postać. Miała na sobie jaskrawo pomarańczowy mundur i coś do niego mówiła, lecz ten nie rozumiał ani słowa. Denerwowało go to, że przeszkadza mu zasnąć. Co chwila klepała go w polik, bądź otwierała oczy. Potrzeba snu była jednak silniejsza. Przymknął wiec po raz kolejny powieki i odpłynął.
Krajewski z niecierpliwością obserwował zegar. Czas dłużył mu się niesamowicie, a pomiędzy operacjami nie miał nic ciekawszego do roboty niż bezczynne czekanie. Wyjął z szafki najnowszy magazyn motoryzacyjny i raz po raz wzdychając, przyglądał się cackom, o których marzył. W głowie układał sobie ranking aut, którymi najbardziej chciałby się przejechać.
Przechodził różne fale fascynacji. Kiedyś, jeszcze na studiach jego miłością były motoryzacyjne antyki. Kolekcjonował pocztówki i plakaty z takimi okazami, jak Syrenka czy choćby zwykły Fiat. Dziś przyszła kolej na nowoczesne modele. Z pensji lekarza mógł sobie w końcu zacząć na taki odkładać.
Z myśli o zakupie wymarzonego auta wyrwała go pielęgniarka, która zdyszana wbiegła do lekarskiego.
- Panie doktorze... przywieźli nam... z wypadku... profesora. - Adam nieświadomy tego, że chodzi właśnie o Andrzeja, spokojnie podniósł się z kanapy, rzucił na nią magazyn, po czym udał się za kobietą na izbę.
Zdziwił się nieco, gdy ujrzał jakie panowało tam zamieszanie. Wszyscy byli czymś zdenerwowani. Dostrzegł Rafała, który tego dnia sprawował dyżur. Kierowany dziwnym przeczuciem podszedł bliżej. Podążył za wzrokiem tam zebranych i poczuł nieprzyjemny uścisk w żołądku.
Musiał być niesamowicie blady, gdyż czuł jakby cała krew odpłynęła mu z twarzy. Jedyne co zdołał wydusić, to imię brata, którego twarz była brudna od strupów krwi.
- Zabieramy go na blok.- oznajmił Konica, oglądając wyniki Falkowicza.
- Zaraz, to niebezpieczne. Nie w jego stanie. - Krajewski oprzytomniał nieco i zaczął na szybko rozmyślać co będzie najlepsze dla ratowania życia brata.
- Nie możemy czekać. Ma rozbity obojczyk, połamane żebra, boję się, że doszło do przebicia płuca. - ortopeda spojrzał na profesora wzrokiem, który zazwyczaj przeznaczał dla tych trudnych przypadków.
- Z jego sercem podczas operacji może dojść do zatrzymania!
- A bez niej do śmierci w wyniku krwotoku wewnętrznego. - odparł Konica poważnym tonem. Adam wiedział, że kolega miał racje, co tylko jeszcze bardziej go zdenerwowało.
- Pomogę ci.
- Więc wiesz co możesz zrobić. - odparł, po czym popędził personel, który miał zabrać pacjenta na blok. Adam stał tak dłuższy moment bez ruchu, lecz po chwili puścił się biegiem na blok.
- Pozwól mi asystować. - Konica pokręcił głową, kończąc myć dłonie.
- Jeśli chcesz się do czegoś przydać to oddaj krew. Na pewno będzie potrzebna. - i wszedł na salę operacyjną jako ostatni. Była tam już Klaudia, Ruth, a nawet Zapała. Adam uderzył pięścią w umywalkę, co tylko przysporzyło mu bólu i podszedł do okna, by przyjrzeć się zwiotczałej twarzy, która ledwo przypominała twarz Falkowicza.
Jak się pewnie domyślacie operacja, którą bracia mieli wspólnie przeprowadzić nie odbyła się. Pacjent opuścił więc szpital z umówionym nowym terminem zabiegu, szczęśliwy, że wyrok został odroczony.
Krajewski ślęczał w profesorskim gabinecie, bo tylko tam mógł zaznać chwili spokoju. Nikt mu się nie przyglądał, ani nie próbował pocieszać. Poprosił Alicję, sekretarkę na chirurgii, do której miał jeszcze zaufanie, żeby powiadomiła go, gdy operacja Andrzeja dobiegnie końca.
Potwornie bał się o niego. Doskonale zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie ze sobą operacja. Choć starszy brat zapewne sądził, że tego po nim nie widać, to Adam zauważył jego gorsze samopoczucie. Bał się, że nadszedł ten czas, kiedy to profesor będzie musiał odejść od stołu operacyjnego. W końcu wątroba nie odrosła, nowa nerka cały czas jest ciałem obcym i ma swoją datę przydatności, serce również dawało o sobie znać po postrzale.
Siedział więc tak z duszą na ramieniu, miąc paznokciami swe wargi, tak intensywnie, że nabrały one krwistoczerwonego koloru. Spoglądał co chwila na wyświetlacz telefonu, odnotowując w myślach upływający czas.
Coś za długo to trwa.
Po czterech godzinach ciągłego wiercenia się w skórzanym fotelu, postanowił sprawdzić, na jakim etapie są jego koledzy. Pojawił się po chwili pod drzwiami bloku operacyjnego. Jednym ruchem pchnął je i udał się pod odpowiednie pomieszczenie.
Konica zauważył kolegę za szybą i podniósł tylko kciuka w górę. Adamowi kamień spadł z serca. Odetchną z ulgą, choć wiedział, że to jeszcze nie koniec.
No. I co teraz?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Widze, że z każdym kolejnym opowiadaniem idzie Ci coraz lepiej:piszesz dłuższe cześci i bardziej złożone. Czekam na next, mam nadzieje że nie długo:))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Florentyna
Okazało się że mój tablet mnie oszukuje. I jedno A4 w moim programie to rozdział dlugości tej pierwszej części. Ten rozdział program wyliczył na 4 strony. Widać są różne wordy...
UsuńPs. Mówił ci już ktoś że masz bardzo oryginalne imię? ;-) Ładne takie...
;-)
Właśnie wielu ludzi mi to mówi, ale szkoda, że nigdy nie spotkałam swojej imienniczki ;-)) Rodzicom się strasznie podobało, bo jest staropolskie i mało znane;)
UsuńFlorentyna
No co ja widzę,nowa część i to jeszcze dłuższa niż poprzednie.Zgadzam się z przedmówczynią,coraz lepiej i dłużej piszesz :) Jestem pod wrażeniem,mam nadzieję,że Andrzej z tego wyjdzie i do szpitala przyjedzie Matyldzia ;) Czekam na next,szybki(zawsze tak piszę jak mi się coś podoba :) ) Kobiety w ciąży są niecierpliwe ;) Całuję./Julka
OdpowiedzUsuńOoo :-D moje gratulacje! W takim razie mam nadzieje, że kobiety w ciąży mają nerwy ze stali ;-) mimo wszytko...
UsuńTylko nie każ mi czekać za długo,bo walczę z niecierpliwością całe życie a w tym stanie szczególnie ;) I nie wiem ile wytrzymam :) Weny życzę :* / Julka
UsuńSuper... Mam nadzieję że Kasia z Matyldą go odwiedzą. Czekam na next.
OdpowiedzUsuńNo widzę,że w tym roku jakieś baby boom :) Moja żona także jest w ciąży :) Część jest świetna,Panie przedmówczynie mają racje. Z kolejnym postem jesteś coraz lepsza,gratuluję! Czekam w takim razie na dłuższy i szybki,w miarę możliwości next. Pozdrawiam / Maciek
OdpowiedzUsuńNo no! Ciekawe czy zdążę skończyć przed rozwiązaniem, bo mam nadzieje na newsy o narodzinach ;-)
UsuńPs. To już chyba jest regułą że zaczynam spokojnie, a potem plączę do ostatniego rozdziału. Osobiście mam nadzieje nie zepsuć opowiadania.
No mam nadzieję,że nie!!! Bo to już za kilka miesięcy,a Ty powinnaś pisać dalej :) Tylko za dużo nie plącz ;) / Maciek
UsuńCzęść jak zwykle ŚWIETNA :D !
OdpowiedzUsuńMoże jakiś prezent na Mikołaja?
OdpowiedzUsuńMożliwe ;-)
UsuńJak bardzo?:-)
UsuńFlorentyna
Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie skończyłam pisać... bardzo. :-) odpoczynek, kilka poprawek i bedzie jeszcze dziś ;-)
UsuńData zmotywowała.
To świetnie ! :D Czekam :*
Usuń