niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział 13

     Mijały dni, a Kasia nie dzwoniła. Profesor nawet nie widział, czy wyjechała zaraz drugiego dnia do Stanów i czy była tutaj z Matyldą. Myśl, że mała mogła być tak blisko, a on nie mógł się z nią spotkać przytłaczała go. Nie było dnia, żeby o niej nie rozmyślał, ostatnimi czasy nawet intensywniej. Miał bowiem szanse na wznowienie kontaktów z dziewczynką. Bez wątpliwości wpisała się na stałe do jego życia. Wiele go nauczyła i pokazała mu świat w innych barwach. Nigdy wcześniej nie sądził, że dziecko może dawać tyle szczęścia i że radość dziecka stanie się dla niego tak ważna. Nasz profesor odkrył siebie na nowo. Ze zdumieniem obserwował, jak inne mogą być relacje międzyludzkie, jeśli sami spojrzymy na przyjaciela z innej perspektywy. Życie przybrało łatwiejszą formę. Ale każdy miecz ma dwa ostrza. Mężczyzna spostrzegł, że potrafi również odczuwać tęsknotę - uczucie, które zdawałoby się potrafił w sobie eliminować, zdusić w zarodku. Tym razem nie było już tak łatwo. Choć usilnie wmawiał sobie, że tak wielkie pragnienie czyjejś bliskości jest tylko błędem w postrzeganiu surowej rzeczywistości, chwilową słabością... niedorzeczną słabością.
Powoli tracił już nadzieję na polubowne załatwienie tej sprawy. Fakty były takie, że Kasia miała zacięty charakter. Lubiła stawiać na swoim i tak też robiła. W sądzie jak i w życiu była waleczna. Wszak nie raz słyszał o sukcesach niejakiej Smudy, która miażdżyła jego przyjaciół po fachu. Świadomość tego napawała Andrzeja dumą, gdyż nieskromnie przypominał sobie, jak lata temu szlifował swój diament. Tak, z pewnością lubił wyzwania. W swoim życiu spotkał tylko dwie takie kobiety, które zapragnął odkryć i zdobyć.
Profesor wszedł do gabinetu lekarskiego, w którym spotkał jedynie Konicę. Uniósł jedynie nonszalancko dłoń w geście powitania i zasiadł za biurkiem.
- Kawy profesorze? - ortopeda był widocznie w wyśmienitym humorze. Za swój cel obrał więc udobruchanie nachmurzonego profesora, który dawał się szpitalnemu personelowi we znaki.
- Odzwyczajam się. - mruknął tylko znad biurka. Starał się zająć dokumentami, dotyczącymi swojego nowego projektu badawczego, lecz zachowanie kolegi wyraźnie mu to utrudniało. - Niechże się pan uspokóje. - rzucił zrezygnowany.
- Przepraszam najmocniej, ale mam do pana profesora prośbę. - Falkowicz spojrzał zaintrygowany śmiałością kolegi na mężczyznę, uniósł jedną brew i obserwował tę uśmiechniętą twarz.
- A więc?
- A tak, już mówię. Chodzi o dzisiejszą operację. Bardzo ciekawy przypadek. Niech pan zerknie. - Konica rzucił plik dokumentacji medycznej przed profesora. Falkowicz niechętnie zajrzał do wyników, w których dostrzegł to, co zapewne tak bardzo zdziwiło Konicę.
- Naprawdę ciekawe, ale niestety nie mogę panu pomóc. - profesor z udawanym żalem oddał ortopedzie wyniki. - Sam pan wie, że nie mogę jeszcze operować. - westchnął teatralnie i wrócił do papierów na biurku.
- Tak tak, oczywiście. Ja rozumię, ale mi chodziło o coś zupełnie innego.
- Tak? - profesor tym razem nie zaszczycił kolegi spojrzeniem, a w jego głosie pobrzmiewało tylko udawane zaciekawienie.
- Pan... pan profesor zdaje się ma kolegę, to znaczy... domyślam się, że zna pan wielu znakomitych specjalistów, ale mi chodzi raczej o konkretną osobę.
- Do rzeczy.
- Racja. Mógłbym prosić o kontakt do profesora Budnera? - Konica przypatrywał się profesorowi spod przymrużonych oczu. Ten przerzucił jedynie kolejne kartki papieru i odparł po chwili jakby niewzruszony.
- Oczywiście. - Konica odetchnął uradowany. - Ale wątpię żeby udało się panu z nim dojść do porozumienia.
- Możliwe, ale jeśli zobaczy wyniki badań tego pacjenta...
- Wybaczy pan śmiałość panie doktorze. - Falkowicz odłożył trzymane w dłoni kartki i spojrzał na kolegę lekko zniecierpliwiony. - Ale profesor operuje tylko z najwybitniejszymi specjalistami na świecie. Śmie wątpić, że zechce odwiedzić nasz szpital tylko po to, aby towarzyszyć panu w operacji, których on sam przeprowadził setki.
- Domyślam się. - Konica był przygotowany na trudną rozmowę, dlatego postanowił brnąć dalej. Może nie był wybitnym specjalistą, ale dobro pacjenta stawiał nade własny honor. - Dlatego chciałbym prosić pana profesora o protekcje. - Ortopeda zacięcie obserwował twarz Falkowicza, próbując wyczytać z niej, czy ma jakikolwiek cień szansy. Ich rozmowę przerwał jednak dźwięk telefonu. Profesor podniósł więc urządzenie, a na jego twarzy można było dostrzec zaskoczenie. Energicznie wstał i podszedł do okna.
- Tak?
- Tydzień. - usłyszał pewny damski głos po drugiej stronie.
- Mój warunek był inny. - odrzekł profesor. - Miesiąc i ani dnia krócej.
- Pamiętam, ale to ja jestem matką. Nie zapominaj, że tutaj to moje słowo się liczy.
- To żałosne tak się bawić kosztem małej. - prychnął
- Więc już nie graj. Matylda to nie karta przetargowa. Musisz się też liczyć z jej uczuciami.
- Czy ty siebie słyszysz? Nie widzisz, że jedyną osobą, która ją teraz krzywdzi to właśnie ty? - ciszę w telefonie zakłócały jedynie miarowe oddechy.
- Nie zamierzam ci zabraniać kontaktów z małą. - tym razem to Andrzej zamilkł. Poczuł się jakby zrzucił z pleców ciężki balast.
- Możesz jaśniej?
- Możesz ją odwiedzać kiedy tylko chcesz, ale nie zgadzam się na co weekendowe wyjazdy do Polski. Nie chcę, żeby córka była przerzucana z kraju do kraju, jak jakiś towar. - Profesor lekko się zasępił, ale właściwie i tak miał więcej niż się spodziewał. Widocznie musiał przełknąć gorycz niepełnej wygranej i cieszyć się z małego sukcesu.
- W taki razie chyba nie mam wyjścia i muszę się zgodzić, choć nie ukrywam...
- Wyświadczam ci i tak wielką przysługę. Zdaniem Jana w ogóle nie powinnam pójść z tobą na żadne kompromisy.
- Ten smarkacz...
- Ale ja sądzę inaczej. Za tydzień będę w Polsce. Zgodnie z umową zostawię ci Matyldę na tydzień. Potem zabieram ją z powrotem do Stanów. W tym czasie zdążę zająć się sprawami zawodowymi i dopiąć je do końca. - kontynuowała rzeczowym tonem.
- Dziękuję. - ciepło, którym przepełniony był ton głosu Andrzeja lekko zbił z tropu Kasię.
- Słucham?
- Dziękuję. Naprawdę jestem ci wdzięczny. - dodał łagodnie.
- Mam nadzieję, że sobie poradzisz? - oczyma wyobraźni widział, jak się uśmiecha. Na jego twarzy również pojawił się delikatny grymas radości.
- Trzymaj kciuki. - odparł, po czym oboje pożegnali się ze sobą. Mężczyzna spojrzał przez okno. Słońce, które przedzierało się przez gołe drzewa na dworze drażniło jego oczy. Zmrużył więc powieki i zastygł na chwilę w półuśmiechu.
Żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co w tej chwili czuł nasz profesor. Wszechogarniająca radość? Nie, to z pewnością zbyt płytkie. W każdym razie było to coś naprawdę głębokiego. W tym jednym momencie karta się odwróciła i to na korzyść Andrzeja.
Wszystko co do tej pory było szare, teraz nabrało różowych barw. Drzewa za oknem nie były brutalnie okaleczone przez zimowy chłód, lecz oczyszczone ze zgniłych liści. Słońce, które dopiero topiło zlodowaciały śnieg, już grzało niemiłosiernie szpitalne mury. Mężczyzna nabrał powietrza w płuca. Czuł jak wypełnia każdą szczelinę jego pęcherzyków płucnych i jak krew zarażona wiosennym oddechem szybciej płynie w żyłach.
- Wiosna. - westchnął w chytrym uśmieszku. To była pierwsza oznaka powracającego wyśmienitego humoru. Aż chciało się żyć.
- Słucham? - ...aż chciałoby się komuś uprzykrzyć popołudnie. Profesor odwrócił się nonszalancko w stronę towarzysza.
- Pan ciągle tutaj? - wraz z kącikiem ust do góry powędrowała także jego brew. Konica lekko zmieszał się, widząc nagłą zmianę nastroju lekarza.
- Coś pan... z resztą nie ważne. Co do profesora Budnera to...
- Jeszcze dzisiaj zadzwonię do Tadeusza. - profesor włożył prawą dłoń do kieszeni marynarki, a lewą co rusz to gestykulował w swych majestatycznych ruchach.
- Naprawdę? To znaczy dziękuję panie profesorze. - Konica przez chwilę był gotów podbiec do Falkowicza i uściskać mężczyznę w podzięce. Lecz to trwało tylko ułamek sekundy. Profesor zauważył ten niezręczny zaczątek ruchu, który w porę został zahamowany przez ortopedę i zaśmiał się w duchu.
- Doprawdy nie trzeba. Sam nie widziałem się z Tadeuszem lata. Jest mi winien przysługę. Mam tylko mały warunek...
- Oczywiście.
- Przyśpieszymy mój powrót do operacji, hmm? - Falkowicz udał zbolałą minę i wpatrywał się zastygły w tym sugestywnym grymasie w Konicę.
- No nie wiem profesorze. To było mocne stłuczenie. Nie jestem pewien, czy zdoła pan wystać przy stole...
- Nie jestem idiotą panie doktorze. Nie narażałbym pacjenta, gdybym nie czuł, że nie jestem gotów. - Andrzej uważnie obserwował wyraz twarzy kolegi. Nie byłby przecież sobą, gdyby nie skorzystał z takiej okazji i odrobinę nie zaszantażował lekarza. Z każdą chwilą szala zwycięstwa przechylała na jego stronę. Rafał miękł i z czasem stawało się to niezaprzeczalnym faktem.
- Najpierw jednak chciałbym zobaczyć pańskie kolano.
- Ależ naturalnie. - Falkowicz uśmiechnął się szerzej. - Zawsze byłem przekonany o solidności pańskiego warsztatu. Jestem przekonany, że mój przyjaciel będzie zadowolony ze współpracy z panem, doktorze. - dodał przesadnie uprzejmie, lecz jeszcze na granicy fałszu. Nieznacznie ukłonił się koledze i opuścił pokój lekarski.
- Ech wiosna - westchnął.

- Adam, mam sprawę. - odezwał się profesor, kiedy usłyszał w słuchawce głos brata. Wolną dłonią zabrał z kanapy płaszcz i chwycił za klamkę.
- Tylko szybko, bo prowadzę. - usłyszał w tle jakiś kobiecy głos, więc było niemal pewnym, że braciszek nie jest szczery. Ale to akurat nie miało teraz większego znaczenia.
- Za tydzień przyjeżdża Matylda...
- Matylda?
- Tak, więc...
- Ale co się stało? Przecież mówiłeś, że...
- Dasz dokończyć? - profesor skarcił brata, nie tracąc przy tym swej doskonałej dykcji. Kiedy więc usłyszał pomruk Adama, który miał świadczyć o tym, że ten się zgadza, Andrzej dokończył swój wywód. - Przyjeżdża, więc chciałem jej kupić jakiś upominek na powitanie. Ale nie mam do tego czasu ani pomysłu. Dlatego pojedziesz do jakiegoś sklepu z zabawkami i coś wybierzesz. - dodał z trudem przekręcając klucz w zamku.
- Ja?
- Byle nie to co ostatnio. - kontynuował z przekąsem. - Nie będę miał czasu, żeby w ostatniej chwili szukać czegoś odpowiedniego.
- Nie wypominaj mi. Poza tym z tego co wiem masz teraz mnóstwo wolnego czasu. Żadnych operacji, pozostają ci głównie konsultacje.
- Już niedługo.
- Co?
- Nie ważne. - profesor zarzucił płaszcz na prawe przedramię i w swym majestatycznym kroku szedł przez korytarz lesnogórskiego szpitala. - Zrobisz o co cię proszę?
- Dobra. Tylko wiesz, u mnie teraz słabo z kasą.
- O to się nie martw. - rzucił, po czym rozłączył się jednym ruchem kciuka.
Profesor miał małe obawy co do tego, czy Adam odpowiednio wywiąże się z umowy. Miał bowiem złe doświadczenia. Ale nie było wyboru. Musiał zaufać młodszemu bratu zwłaszcza, że sam zapewne nie będzie mógł zadbać o odpowiedni upominek dla jego Matyldzi.
Jako jedyny profesor, wybitny specjalista zapewne będzie teraz poświęcał wiele godzin na bloku operacyjnym, szczególnie tych nocnych. Na samą myśl o powrocie do operacji, aż serce zabiło mu szybciej. Wreszcie będzie mógł chwycić za skalpel i zatracić się w ukochanym zajęciu. Poświęcić godziny na ratowanie ludzkiego życia, wyrwać nieszczęśnika z uścisku śmierci i być świadomym własnego, namacalnego sukcesu. To właśnie kochał w chirurgii. Efekty widział natychmiast, nie musiał czekać miesiącami na odpowiedź, która mogłaby okazać się wyrokiem. Potem wychodził wykończony, ale szczęśliwy z sali operacyjnej. Tak, to z pewnością była jego miłość. Nigdy nie sądził, że może być coś, co będzie choć równać się chirurgii.

Był późny wieczór. Wigilia. W ciemnym salonie paliły się jedynie kolorowe lampki choinkowe. Matylda przyglądała się własnoręcznie przyozdobionemu drzewku. Wisiały na nim bombki we wszystkich kolorach, łańcuchy, te z kolei były niebiesko-srebrne, no i kolorowe lampki. Profesor nie protestował, gdy dziewczynka uparła się w centrum handlowym na właśnie takie ozdoby. Dziwił go jedynie ten upór. Nie zdawał sobie sprawy, że identyczne ubierała matka Matyldy każdej wigilii wraz ze swoją córką. Mała chciała mieć choć namiastkę domu.
- Jest piękna. - odezwał się Andrzej łagodnie, lecz gdy dostrzegł smutną minę małej, podszedł nieco bliżej. Chciał położyć dłoń na jej ramieniu, lecz zawahał się. Matylda nie dostrzegła tego zmieszania. On z kolei domyślił się, co tak trapiło dziewczynkę.
- Możemy do niej pojechać jeśli chcesz. - mała jednak nie reagowała na jego sugestię. Z niewzruszoną miną wpatrywała się w mieniące się kolorami drzewko. - Możemy nawet urządzić małą kolację wigilijną w szpitalu. Na pewno się ucieszy. - dodał łagodnie.
- I tak mnie nie pozna. - odezwała się ponurym tonem. Nie mogła wiedzieć, że tymi słowami rozbiła serce naszego potwora na miliony kawałeczków. Już miał przyciągną ją do siebie i przytulić, pocieszyć, może nawet skłamać, powiedzieć że niedługo wszystko wróci do normy, lecz usłyszał hałas w przedpokoju. Odwrócił się i dostrzegł brata z małą torebką w ręce. Ulżyło mu na ten widok, gdyż nie był pewny czy brat nie zapomni o tym, że obiecał kupić w jego imieniu prezent dla małej Smudy. Sam nie miał do tego głowy przez liczne dyżury i... sklerozę.
- Cześć wam! - krzyknął Adam z progu. - Sorry, że tak późno, ale ledwo wydostałem się spod szpitala przez tę śnieżycę. - podszedł bliżej i uśmiechnął się w stronę bratanicy, jak sam ją nazywał.
- Hej młoda. Mam coś dla ciebie. To znaczy MY mamy. - poprawił się, widząc spojrzenie brata. Matylda odebrała prezent i lekko zmieszana zajrzała do środka. Oboje obserwowali ją w napięciu. Andrzej był szczególnie ciekawy, co jego brat mógł wymyślić.
- Nie maluje się. - posłała Adamowi godne pożałowania spojrzenie. Młodszy z braci widząc ten wzrok, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już widział identyczny wyraz twarzy.
- Coś ty jej kupił? - Andrzej zajrzał do torebki i dostrzegł tam lakiery do paznokci, tusze i inne kosmetyki, których nie potrafił zidentyfikować. - Czyś ty zwariował? Wiesz ile ona ma lat!?
- Nie pisałaś listu do świętego Mikołaja, to święty wybrał sam.
- Nie wierzę w świętego Mikołaja. - odezwała się pewnie i wróciła do przyozdobionego drzewka.
- Jesteś pewien że to nie jest twoja córka?
- Zamilcz. - Falkowicz opadł bezsilnie na krzesło przy zastawionym już kuchennym stole. W dłoniach trzymał nietrafiony prezent. Wygiął usta w łuk i przyglądał się zrezygnowany małej, która jak zaczarowana obserwowała choinkowe światełka.

Profesor wyrwał się z zamyślenia i zastukał pewnie w drewniane drzwi przed sobą.
- Proszę! - usłyszał zmęczony głos. Pociągnął więc za klamkę i pewnie pchnął.
- Ja tylko na chwilę dyrektorze. - uśmiechnął się do granicy przesady. Tretter zmarszczył nieco brwi i gestem dłoni zaprosił Falkowicza do środka.
- Słucham pana profesora.
- Chciałbym poinformować, że za tydzień biorę tygodniowy urlop. - Tretter zdziwił się stanowczością słów profesora, ale to był Falkowicz. Człowiek, który o nic nie prosi, lecz informuje o swoich planach. Powinien był być do tego przyczajony, ale za każdym razem zuchwałość profesora wprawiała dyrektora w osłupienie.
- Mógłbym chociaż wiedzieć, czy to ma coś wspólnego z pana zdrowiem? - ciężko było mu zadać to pytanie, ale jako dyrektor słyszał od podwładnych o jego nie najlepszym samopoczuciu i tym, że stał się jeszcze bardziej nieznośny niż wcześniej. - Proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale chyba mam prawo wiedzieć, czy nasz najlepszy specjalista wróci do zawodu.
- O to się proszę nie martwić. Czuję się na tyle dobrze, by wrócić do operatywy już jutro.
- Jest pan pewien? To znaczy... zaskoczył mnie pan. - dyrektor zaśmiał się niepewnie.
- Urlop biorę z zupełnie innego powodu. - uśmiechnął się uprzejmie do mężczyzny. Skoro wszytko szło ku dobremu to dlaczego nie? Dlaczego nie przyznać się do tego, co powoli i tak stawało się faktem? - Muszę zająć się córką. - po raz kolejny tego dnia zaśmiał się w duchu. Uwielbiał obserwować zaskoczenie na twarzach swoich rozmówców. Pożegnał się i ruszył do wyjścia. Od tej pory miało być inaczej. I z pewnością tak właśnie było.





Prze-pra-szam :-\  Już nie będę obiecywać. :-)





6 komentarzy:

  1. Wybaczam :-)
    No, Adam baaardzo trafił z prezentem. Kto kupuje dzieku kosmetyki?!

    Falkowicz bardzo tęskni za małą i czeka na spotkań je z nią. I ja także czekam.
    Chciałabym zobaczyć minę Trettera, kiedy Andrzej oświadcza mu, że musi zająć się córką.

    Wszystko na razie dobrze się układa, ale coś mi się wydaje, że nie będzie tak cały czas... :-/
    Czekam na kolejny rozdział, w którym liczę na spotkanie profesora z Matyldą :-)
    N.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda,że Kaśka nie zdecydowała się na miesięczny pobyt Matyldzi u Falkowicza.Ważne,że w ogóle pozwoli Jej pobyć z Ni tydzień. Nie ma co ostra z niej zawodniczka.Fajnie ukazujesz emocje i charakter Falkowicza,mimo tego,że taka mała dziewczynka rozbudziła w Nim emocje,które dotychczas były mu nieznane ,nie traci on swojej dotychczasowej twarzy,złego,aroganckiego i cynicznego profesorka.To mi sie w Nim najbardziej podoba a dzięki temu,że piszesz o postaci,którą można oglądać w serialu w taki sposób można sobie wyobrazić boskiego Falkowicza.Bo przyznajmy sobie szczerze,że Żebrowski mimo wieku jest nadal bożyszczem kobiet! No to tyle ode mnie :) Rób swoje bo jesteś BOSKA!!!! Czekam na szybki next :* Buziolki,Julka

    OdpowiedzUsuń
  3. Super opowiadanie, czekam na next! :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Do Siego Roku!!! To jak kiedy next? / Julka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. zatem czekamy Wiktorio :)

    OdpowiedzUsuń