Z dedykacją dla tych, którzy dotrwali ze mną do teraz...
Ten wieczór miał być wyjątkowy. Randka, którą zaplanowali na ten czas właśnie to swego rodzaju zwieńczenie całego ich trudu powrotu do siebie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że to celebracja ich świeżego związku.
A długo musieli walczyć o siebie nawzajem. Wiele stawało na ich drodze, lecz uczucie jakim się darzyli okazało się silniejsze, niż kilkanaście lat rozłąki, śpiączka, czy śmiertelna choroba. Zatem miłość, jak ze stali. Szlachetna i niezniszczalna. Choć i taką należy pielęgnować, aby nie zardzewiała.
Dlatego teraz profesor tak bardzo nalegał na wieczór w eleganckiej restauracji, serwującej wykwintne jedzenie, o bogatym wnętrzu i profesjonalnej obsłudze kelnerów. Ten starał się jak mógł, bo czynami najlepiej wyrażał swe uczucia. Ze słowami zaś było nieco gorzej. Choć to może kwestia wprawy? Andrzej wszak nie miał najlepszych praktyk w tym kierunku.
Falkowicz naturalnie poinformował Kasię o miejscu, w jakie się wybierają. Przecież kobieta musiała z niego wydusić takie informacje, by wiedzieć jak się na taką kolację ubrać. Już osobną kwestią jest fakt, iż pani mecenas wcale to nie pomogło. Nadal stała przed swą szafą i coraz bardziej podłamana szukała odpowiedniej kreacji. Jak na kobietę przystało w żadnej jej nie wypadało iść. Bo przecież nie ten krój, kolor, a nawet materiał. Lub brak dodatków. I taki mały szczegół psuł całą budującą się w jej głowie koncepcję swej stylizacji.
Andrzej zaczynał się już niecierpliwić, kiedy zauważył małe zagniecenia na śnieżnobiałej koszuli, gdzieś w okolicy pasa. A przecież nie stałoby się tak, gdyby nie musiał czekać na swą wybrankę, przez prawie godzinę siedząc na kanapie.
- Jest już wujek! - krzyknęła Matylda, która czekała aż Adam zabierze ją do siebie. Chwyciła swój elegancki plecak, z którego nie przestawała być dumna, w końcu nie popsuł się jak ten poprzedni. A zapakowany był jej ciuchami oraz mniej lub bardziej potrzebnymi kosmetykami. Musiała być przecież przygotowana na każdą ewentualność, nawet na nagle przesuszającą się skórę dłoni.
- Tyle dobrego. - mruknął pod nosem Falkowicz. Wstał w końcu, a niezadowolony z widoku swej koszuli tylko westchnął niecierpliwiony. Z równie chmurną miną otworzył Adamowi drzwi i bez słowa wrócił z nim do salonu.
- Sory za spóźnienie, ale miałem rano małą niespodziankę. - oczy mu zabłyszczały, choć Andrzej nie miał prawa tego dostrzec, gdy stał tyłem.
- Chcesz kawy? Pewnie zdążysz jeszcze wypić. - przez ułamek sekundy spojrzał w stronę schodów. Naprawdę sądził, że Kasia tak szybko się pojawi?
A kobieta miała ochotę wycofać się z całej tej randki. Bo po co jej ta szopka? Nie wykwintna kolacja miała być dowodem miłości, a jego starania. Przecież doskonale wiedziała, że Andrzej ją kocha. Nie była typem kobiety, dla której liczą się sztywne zasady, zachowywanie pozorów romantyzmu... No nie. Dumna ze swej logiki, nieco obawiająca się reakcji swojego partnera na nagłą zmianę planów, rozpięła w końcu spinkę we włosach i nonszalancko zarzuciła je za ramię.
- Niech mnie kocha taką jaką jestem. - rzekła, dobitnie akcentując nowo wymyśloną sentencję i lustrując swe odbicie. Zrzuciła z ramion luźną sukienkę, która wcale nie pasowała do dzisiejszej kolacji. Tak po prostu.
I już chciała zsunąć z bioder rajtuzy, gdy dostrzegła na dnie szafy pudełko. Obudziły się wspomnienia, przyjemne, a przecież działy się tuż po jej wybudzeniu ze śpiączki. Pamiętała i chciała, aby Andrzej o tym wiedział. Otworzyła znajdę i uśmiechnęła się pod nosem.
- Może jednak będzie ta randka.
Adam wykorzystał chwilę spokoju i postanowił poprosić brata o pomoc. A prośba ta nie przychodziła mu z łatwością. Podjęcie się owego czynu wymagało mimo wszystko poświęcenia czasu. Chłopak nie miał oczywiście żadnych wątpliwości co do tego, że profesor poradziłby sobie z takim wyzwaniem, lecz tutaj chodziło o coś innego. Adam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nowe stanowisko tak prestiżowe na dodatek, jakim jest zarządzanie szpitale klinicznym wymaga nie lada wysiłku. Do tego mnóstwo obowiązków w roli ojca szalonej nastolatki... To wszystko sumowało się na spore wyzwanie. A myśl, że on mógłby dołożyć Falkowiczowi kolejnych obowiązków, jedynie przyprawiała o wyrzuty sumienia. Ale nie miał wyboru.
- Budujemy dom. - wyznał. Andrzej rozluźnił krawat pod szyją, po czym spojrzał zainteresowany na gościa.
- Więc jednak... - zaintrygowany, zamieszał parę razy kawę w filiżance.
- Na razie nie wrócimy do Polski, ale już niedługo. Chce tutaj mieć jakieś swoje miejsce. - chłopak zamyślił się na moment, zmarszczył brwi po czym spojrzał na Andrzeja niepewnie.
- Pamiętasz tamtą działkę? Tę... no wiesz, którą mi kupiłeś... - nie do końca wiedział, jak ma prosić. - W przyszłym tygodniu mają ruszyć z fundamentami.
- I ja mam wszystkiego dopilnować. - dokończył za brata.
- No właśnie. Nas już tutaj nie będzie, a przydałoby się, żeby ktoś patrzył robotnikom na ręce.
- Dobrze, zajmę się tym. - westchnął profesor, siląc się na teatralną manierę. Odsunął od siebie do połowy pełne naczynie z aromatyczną kawą, już chłodną. Stracił ochotę na cokolwiek. Nie miał siły na żadne wyjścia, z resztą jego kobieta zapewne już go wystawiła. Niemożliwym było, aby tyle czasu zakładać głupią sukienkę.
Rozsiadł się więc wygodnie na krześle i uśmiechnął mimochodem, gdy Matylda podeszła go przytulić na pożegnanie.
- Bądź grzeczna. - mruknął, a ta już pognała za wujkiem do jego samochodu.
Potem już tylko wstał leniwie, stękając przy tym bezwiednie. Chwycił za brudne filiżanki i zaczął zmywać. Może przez szum wody, a może z zamyślenia, lecz nie usłyszał kroków zbliżającej się do niego kobiety. Ta podeszła powoli, uśmiechając się przy tym subtelnie. Zapewne był teraz na nią zły, ale musiała spróbować. Znieruchomiał na moment, gdy przesunęła swymi dłońmi po jego ramionach i po chwili przywarła do niego całym ciałem. Ułożyła swą głowę na jego ramieniu, a ten starał się nie zdradzać jak bardzo podobają mu się poczynania kochanki. Z miną pokerzysty pucował porcelanę.
- Przepraszam, że musiałeś na mnie tyle czekać.
- Drobiazg. - odrzekł swobodnym tonem.
- To jedziemy? - wytarł swe dłonie i nonszalancko, jak gdyby od niechcenia, bez żadnej urazy w gestach odwrócił się w końcu przodem do kobiety. I oniemiał.
Sam zastanawiał się co wywarło na nim większe wrażenie - to że tego wieczoru wyglądała wyjątkowo pięknie, czy to że miała na sobie tę niebieską sukienkę, którą sam niegdyś jej kupił.
- Pamiętam. - uśmiechnęła się, widząc jego reakcję. - Była dla mnie, prawda? W końcu jest okazja, by ją założyć. - On również sobie przypominał. Choć minęło sporo czasu, to nadal ma przed oczami sukienkę w kolorze morza, którą wybrała Matylda dla swojej mamy. Kupił ją choć wtedy nie wierzył, że Kasia wróci do zdrowia. Zwykła sukienka i jej zakup, podyktowany naiwnością nastolatki uświadomiły mu, że ta kobieta już nigdy do niego nie wróci. Że właściwie patrzy na jej powolne odejście, na jej śmierć. I zostanie sam z małą dziewczynką, która była tak podobna do matki i która do końca jego dni będzie mu przypominała jak bardzo boli utrata ukochanej osoby. Z Matyldą, która bez końca będzie uświadamiała mężczyźnie jak wiele w życiu stracił na własne życzenie. I na jak niewiele jest gotów.
A teraz patrzy na jej uśmiech, na uśmiech swojej Kasi. Stoi oto przed nim i patrzy na niego swym wiecznie bystrym spojrzeniem. I zaczął wierzyć w cuda.
- Andrzej... - szepnęła, z czułością gładząc go po policzku. Dopiero teraz dotarło do niego, że oczy zasnuła mu jakaś mgła. Otarł je szybko i poczuł wilgoć na swych palcach.
- Choćmy już, czas nagli. - odchrząknął i usłużył jej ramieniem, by udać się w końcu na wyczekaną romantyczną kolację.
Najlepszy lokal w mieście miał być otwarty jeszcze przez godzinę. Zatrzymali się na parkingu, a miejsce znaleźli tam bez problemu. Nie dlatego, że gości było wyjątkowo mało. Nie było ich w ogóle. Sława profesora Falkowicza wyprzedzała jego samego, a właścicielem tej oto restauracji okazał się być dozgonnie wdzięczny mąż pacjentki Andrzeja. Ten nie mógł wykorzystać nadarzającej się okazji i poprosić o przysługę, na którą właściciel przystał bez większych problemów.
Mimo to kochankom nie spieszyło się, by opuścić samochód. Warczenie silnika ustało i nastała głucha cisza, choć ani trochę nie krępująca. Podniecająca.
Mężczyzna ujął dłoń swej drugiej połówki i ucałował jej wierzch. Nie wypuszczał ze swego uścisku. Tak było im dobrze.
- Tak mogłoby być już zawsze. - westchnęła, załamując ciszę. - Obiecaj, że nigdy się nie wypalimy. - nie oczekiwała odpowiedzi.
- Ponoć im trudniej coś przychodzi, tym bardziej to doceniamy. - spojrzał na nią spod uniesionego łuku brwiowego. - Jedno rozstanie w ciągu roku powinno dodać nieco pikanterii naszemu związkowi. Co ty na to? - Kasia zaśmiała się w głos. Ona także odwróciła na niego wzrok, upajając się tym szczęściem, jakiego właśnie doznawała.
- Jeszcze nie masz dość? - zamyślił się. Jedenaście lat to szmat czasu. Rzeczywiście miał dość.
- Osiwiałbym do reszty. Nie chce, żeby Matylda mówiła do mnie "dziadku". - po raz kolejny po wnętrzu auta rozniósł się jej perlisty śmiech. Tak bardzo kochał ten dźwięk.
- Choć, zamówimy sobie jakieś kaloryczne ciastka. Może w końcu trochę przytyjesz.
Wiktoria rozkładała Matyldzie kanapę w salonie. Zarzuciła kołdrę na łóżko, na brzegu którego siedziała dziewczynka.
- Na pewno nie jesteś głodna? - zapytała rudowłosa, lecz nastolatka pokiwała przecząco głową. - Może jednak zjesz kanapkę? Z ogórkiem... suchą? - poddała się. Mała była nie do zgięcia, a przecież od przyjazdu zjadła jedynie kawałek pizzy. Podobno nastolatki jedzą za dwóch, a tu okazało się, że to jednak Wiktoria nadrabiała tę ponadnormę.
- No młoda kładź się spać. Gasimy światło. - z łazienki wyszedł Adam, który miał jedynie biały ręcznik zawieszony na biodrach.
- Adam!
- No co? - chłopak zgromiony wzrokiem swej partnerki postanowił na wszelki wypadek nie wchodzić do pokoju, a jedynie pozostać we wejściu.
- Idź się ubrać człowieku, tu jest dziecko! - Matylda miała okazję pierwszy raz obserwować co oznacza hiszpański temperament.
- Nie jestem już dzieckiem! - zdaje się, że Matylda miała nie mniejszy.
- No przecież, kobietko. - Chłopak musiał uchylić się przed poduszką, która właśnie uderzyła z impetem w pobliską ścianę.
- Hormony to straszna rzecz.
- Przyzwyczajaj się! - wrzasnęła, gdy ten zniknął w ich własnej sypialni. Matylda słyszała co nieco o tym, co mówił wujek. Kasia starała się jak mogła, by jej córka została uświadomiona na tak oczywiste aspekty kobiecego życia. Więc gdy po chwili ubrany już w szare dresowe spodnie i bawełnianą koszulkę, dziewczynka nie zawahała się zadać szczerego pytania.
- Będę miała kuzyna? - Krajewski zakrztusił się wodą, którą właśnie miał przełknąć, a Consalida spojrzała na Matyldę z szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka nie sadziła, że takie proste pytanie wywoła tyle zaskoczenia. Przecież dzieci to całkiem normalny temat. Zaczynała się zastanawiać, czy jej wujkowie nie wstydzą się czasem tej kwestii.
- Na miejscu Andrzeja powtórzyłbym te testy DNA... tak dla większej pewności. - mruknął do Wiktorii, będąc nadal pod wrażeniem dedukcji bratanicy.
- Zamknij się, Adaś. - hormony, tłumaczył sobie.
- Matylda, ale musisz obiecać, że nikomu nie powiesz. - pogroziła jej palcem Consalida, siląc się na uśmiech, choć wcale nie była zadowolona z faktu, że córka Andrzeja tak szybko się o tym dowiedziała. Sami przecież musieli tę informację potwierdzić.
- Okej. - przytaknęła cioci radośnie. - A będę mogła was odwiedzać w Hiszpanii?
- Jasne. - odparł swobodnie Adam. - Ale coś mi się zdaje, że twoi starzy... rodzice - poprawił się, gdy dostrzegł na sobie wzrok partnerki - sami zdążą wykombinować ci braciszka. Ała! - musiał rozmasować sobie miejsce, w które przed chwilą wbił się palec Wiktorii.
- Tata powiedział, że zostanę rozpieszczoną jedynaczką. - bez tonu żalu zacytowała zasłyszane niedawno słowa.
- Cały Andrzej. - Adma nie miał wątpliwości, że te słowa należały do jego brata. - Nie martw się młoda, tak się tylko mówi. A potem się okazuje, że od ośmiu tygodniu twój plem...
- Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że odbiorę ci prawa rodzicielskie jeszcze przed porodem. - całe szczęście zachowywał bezpieczną odległość, bo zapewne po raz kolejny zostałby zaatakowany przez rozchwianą emocjonalnie kobietę.
Kasia i Andrzej uwielbiali razem tańczyć. Ona doskonale dostosowywała się do jego kroków i tempa, a on doskonale prowadził partnerką, która tak mu się poddawała. Mógł trzymać ją pewnie, a Kasia nie bała się że upadnie, gdy pochylał się nad jej uległym ciałem. Tak niesamowicie dopasowani do siebie wirowali z gracją po parkiecie opustoszałej sali restauracji.
Stęsknieni siebie.
Jakby to było ich pierwsze spotkanie po jedenastu latach rozłąki. Aż trudno uwierzyć, że mieli za sobą tak trudne przeżycia. Nie można dać wiary także temu, że musieli w ogóle o siebie tak zaciekle walczyć; o uczucie, które jest widoczne na pierwszy rzut oka.
W końcu zmęczony tańcem profesor wrócił z partnerką do stolika.
- Chcesz wracać? - spojrzała kątem oka na jego pobladłą, lecz szczęśliwą twarz. Doskonale wiedziała, że ten cały czas powinien się oszczędzać, a zafundował jej niezły wycisk.
- Chyba żartujesz. - żachnął. - Mamy ten wieczór tylko dla siebie i nie zamierzam go kończyć tak szybko. - spragniony wypił całą szklankę wody.
- Kto powiedział, że kończyć. - wzruszyła ramionami, zarzucając odruchowo za nie swe kasztanowe kosmyki włosów. - W domu też możemy się całkiem nieźle bawić. - niby niczego nie sugerującym wzrokiem spojrzała na kochanka. Lecz była pewna swego. On także nie miał ochoty odmawiać sobie tej przyjemności.
Lecz to by było na tyle, jeśli chodzi o pasmo szczęśliwych zdarzeń w życiu Smudy I Falkowicza. Bo potem miało być już gorzej.
No dobrze, więc szczerze... co sądzicie?
Trochę się u nich pozmieniało. Adam (może nieco inny niż w serialu) zostanie ojcem i będzie musiał zmierzyć się z odpowiedzialną rolą, a Andrzeja związek rozkwita. Nareszcie łapie oddech. Dawno nie miał ku temu okazji. Ale należało mu się. Tego serialowego też chciałabym zobaczyć w końcu szczęśliwego, bo życie go nie rozpieszcza.
Tylko, że tutaj też niedługo rozpocznie się o to walka. Czy wygra? No właśnie... pytanie, czy będzie happy end?
Uwielbiam czytać taki cukier ale czekam też na ta walkę :D mimo wszystko mam nadzieję że to skończy się dobrze, bardzo dobrze ;))
OdpowiedzUsuńJak zwykle rozdział świetny
KM
rozdział super!lubię jak piszes zte gesty które potem świetnie je sobie można wyobrazić jak na ekranie :D a Adam w tym rozdziale super jako postać,nie wiem czemu ale fajnie że się pojawił no i wiki w ciąży,w sumie też fajnie :D no i nasza kochana Matylda :D super!
OdpowiedzUsuńcudowny rozdział ! *_* czekam na kolejną część ! :)
OdpowiedzUsuń~~W
oo jaki genialny rozdział! Super,ale obawiam się trochę tego że rozpocznie się jakaś walka,ciekawa jestem tylko jaka :D
OdpowiedzUsuń~~N
bardzo fajny rozdział ;D pozdrawiam
OdpowiedzUsuń- AM
Planujesz rozwalić sielankę kasi i andrzeja? no no jestem tego meega ciekawa :D
OdpowiedzUsuń~ A
Genialne
OdpowiedzUsuńSuper! Bardzo mi się podoba,to że w twoim opowiadaniu andrzej i kasia są razem,no a co do tego co przed nimi będzie złego.. to jestem tego bardzo bardzo pozytywnie ciekawa ;D
OdpowiedzUsuń~O
Nie mogę się już doczekać nexta !! :D mam tylko pytanie ..gdzie jan? czyżby on zwiastował problemy pomiędzy kasią a andrzejem? :D
OdpowiedzUsuń~ AS
Jan pojawi się w następnym rozdziale ;) spokojnie, nie zapomniałam o naszym rehabilitancie. To teraz postać kluczowa.
UsuńA możemy liczyć że w poniedziałek albo wtorek rozdział się pojawi? ;D
OdpowiedzUsuń~K
Możecie ;)
Usuńoo cudowny rozdział! Genialny świetnie piszeesz i będe czekała na kolejny !! zastanawia mnie jedno.. jest tutaj wspomniane przez Adama o powtórce badań DNA cieakwa jestem czy po prostu napisałaś to tak retorycznie czy może jednak coś w tym kierunku się zmieni..? ;D
OdpowiedzUsuń- MN
Hmm zostawiam tutaj wiele niedopowiedzeń. Wiecie, często jest tak, że widzimy rzeczy jakimi chcemy je widzieć. Adama myślenie od początku jest takie samo, Kaśki z resztą też, bo ta zawsze myślała że to Andrzej jest ojcem Matyldy.
UsuńWierzcie mi na słowo, takie rzeczy są możliwe.
Ale ani nie zaprzeczam, ani nie potwierdzam. Jeszcze przynajmniej trzy rozdziały do końca i sami się przekonacie. ;)