niedziela, 25 września 2016
Rozdział 10
Kiedy bohaterami targają skrajne emocje, pojawiają się niecenzuralne słowa. Rozdział czytany na własną odpowiedzialność czytelnika.
Nie wiadomo czyje palce zacisnęły spust broni, lecz po wystrzale obaj panowie puścili niebezpieczną zabawkę, a ta głucho opadła na drewniane panele. Zaległa cisza. Kontrastująca z hałasem, jakiego zdążyli narobić. Obezwładniająca.
Profesor nie wiedział w pierwszej chwili kto został ranny i czy w ogóle ktokolwiek ucierpiał. Obaj mężczyźni nie spodziewali się takiego obrotu spraw, obaj szukali teraz gorączkowo śladów krwi na sobie. A ta ciekła już po podłodze, brocząc coraz bardziej i barwic wściekłym kolorem starą podłogę.
Spodnie profesora także miały na sobie ciemne plamy, te zlokalizował w jednej chwili, lecz ani śladu po źródle krwawienia. Stało się jasnym, że to Janek został ranny. Chłopak próbował uciskać dziurę w udzie, lecz jego dłonie funkcjonowały wcale nie skuteczniej niż sito. Palce przemokły, a jeansy ujawniały plamiącą ranę.
- Pomóż mi. - wyszeptał chłopak, patrząc na zszokowanego Andrzeja. - Błagam... - dłonie miał umoczone w czerwonej mazi, która szybko zastygała na jego palcach i pokrywała się świeżą życiodajną cieczą.
Lecz profesor, który widywał nie jedne krwawiące rany postrzałowe, a nawet rozkawałkowane, czy zmiażdżone części ciała stał osłupiały. I gapił się.
Cofnął się o krok i spojrzał w oczy zdesperowanemu Mojerowi. Nie potrafił mu pomóc. Po tych wszystkich latach, kiedy ratował ludzi leżących na jego stole operacyjnym, czy też takich, którzy mieli poważne predyspozycje żeby na niego trafić, nie potrafił. Zdał sobie sprawę, że nie wszyscy są warci jego pomocy. Nie może uzdrawiać ludzi, którzy są oprawcami dla innych. Przestępcy, bandyci, mordercy, porywacze... oni wszyscy nie zasługiwali na życie. Nie mogli dalej chodzić po tym świecie i stwarzać zagrożenia dla całej reszty dobrych ludzi.
I dla jego Matyldzi.
Nagle w jego umyśle zabrzmiały słowa przysięgi Hipokratesa, jakie składał. Wydała mu się niesprawiedliwa. Dlaczego miał leczyć tych, którzy krzywdzą?
- Jesteś lekarzem do kurwy! Weź coś zrób człowieku! - usłyszał przeszywający wrzask chłopaka. Janek zaciskał zęby z bólu i pocił się strasznie. Stracił tak wiele krwi, że pojedyncze jej strużki docierały do czubków butów Falkowicza.
Cierpiał.
Andrzej ruszył się w końcu o krok do przodu, wdeptując w klejącą się maź. Jakiś instynkt nim kierował, bo racjonalnie nie byłby w stanie wytłumaczyć jakie miał zamiary. Lecz gdzieś w głębi ducha sądził, że postępuje zgodnie z własnym sumieniem.
W milczeniu zdjął krawat z szyi, czerwony. Odplątał węzeł, który tego ranka wywiązała jego Kasia. Niespiesznie, jakby poza własną świadomością przeciągnął materiał pod nogą siedzącego na podłodze młodzieńca. Skrzyżował oba końce i zawinął jeden pod drugim, powoli. Zacisnął pewnym ruchem nad raną postrzałową, by spowolnić wykrwawianie się.
Janek oparł głowę o książki za nim, zdyszany i wyczerpany. Już bał się, że ten profesorek go zostawi, ale został. Nie zmiękł na widok krwi, a wydawało mu się, że ten zaraz zemdleje. Nie możliwe, przecież był chirurgiem. Westchnął słabo.
Falkowicz natomiast stanął na równe nogi. Przyjrzał się chłopakowi, który jeszcze przed chwilą celował do niego z broni i ruszył w głąb mieszkania. Jego buty lepiły się do podłogi, znacząc brunatnie jego powolne kroki. Wrócił do miejsca, w którym jeszcze niedawno stał. Sięgnął po coś i zawrócił.
- Co tam masz? - wydyszał Mojer, obserwując go spod opadających powiek. Coś zabłyszczało w dłoni profesora, a moment później mężczyzna począł podwijać rękawy bawełnianej koszulki chłopaka. Falkowiczowi nie zależało nawet na odnalezieniu żyły. Wbił igłę w zagięcie ręki i wtłoczył całą zawartość ampułki w ciało chłopaka.
- Co to jest? Co mi dałeś? - majaczył Janek.
- Leki. Za chwilę przestanie cię boleć. - rzucił gdzieś niedaleko pustą strzykawkę po morfinie. I przyglądał się swemu rywalowi w skupieniu. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Bo był spokojniejszy. Musiał tak postąpić. Nie mógł inaczej.
A tracący świadomość Jan uwierzył. Przecież lekarz musiał udzielić mu pomocy. Nie wiedział, że z nikim takim nie miał już do czynienia.
Nie śpieszył się z zadzwonieniem po pogotowie. Nie wiadomo, czy w ogóle coś takiego planował. Obserwując skupionego nad czymś profesora, jego poważny wyraz twarzy, można by odnieść niepokojące wrażenie, że czeka.
Krwi było coraz więcej, czas Janka powoli się kończył, a Falkowicz zdążył pozbyć się czerwonych śladów, jakie znaczyły jego drogę do stołu. Tym samym ręcznikiem uciskał później ranę postrzałową, prawdopodobnie po to, by wyjaśnić skąd na owym materiale wzięła się czerwona plama. Nikt, kto potem znajdzie się w tym mieszkaniu nie mógł skojarzyć, że to profesor podał Mojerowi morfinę. Wszystko powinno wyglądać tak, jakby chłopak sam wstrzyknął sobie narkotyk, a cała zaistniała sytuacja była obroną konieczną. Trudno stwierdzić, czy taki zabieg w ogóle był potrzebny. Przecież Falkowicz już zeznając samą prawdę mógł dowieść, że wystrzał był z winy rehabilitanta. Lecz profesor, jak na inteligentnego człowieka przystało myślał w szerszej perspektywie. Skoro w mieszkaniu znajdywały się podejrzane ilości leków przeciwbólowych, to takie powinny także znaleźć się w organizmie Jana. W końcu to on miał zostać wrobiony w narkomanie. W efekcie zostałby skazany prawomocnym wyrokiem i odizolowany od jego rodziny. Sytuacja jednak nieco bardziej się skomplikowała. Profesor musiał zagrać w niebezpieczną grę. Nie znalazł lepszego rozwiązania niż rzucić gośćmi, zaryzykować o lepsze jutro.
A gdy stanął w starych drzwiach wejściowych nie było już wątpliwości, że nie zamierzał być kojarzony z tym, co zaszło w mieszaniu Mojera. Chłopak okazał się kimś znacznie bardziej niebezpiecznym niż sądził, a Andrzej musiał chronić rodzinę.
Tylko czy ktokolwiek uwierzyłby, że profesor jest aż tak nieczuły? Że lata medycznej praktyki nie wyrobiły w nim choć krzty współczucia? Czy zatem tak wielkim aktem zaskoczenia byłby fakt, że Falkiwicz mimo wszystko zawahał się? Stojąc na klatce schodowej sięgnął po telefon schowany w kieszeni spodni i wybrał numer pogotowia.
- ...narkoman postrzelony w udo. - dokończył i wzdrygnął się na dźwięk upadającej komórki. Poziom adrenaliny spadał, więc wszystkie dokuczające dolegliwości wróciły. Ledwo trzymając się na drżących nogach powoli usiadł na jednym ze stopni, wspomagając się przy tym lichą poręczą. To nie tak miało wyglądać. Nikt nie mógł zorientować się, że tutaj był. Lecz zmęczenie robiło swoje. Powieki stały się ciężkie, jakby były dociążane ołowiem. Nie sposób było z nim walczyć. W końcu opadły, a profesor stracił przytomność.
Kasia nie potrafiłaby usiedzieć w domu. Nie mogłaby czekać na wiadomość od Andrzeja, w której zapewne uspokoiłby ją, ukrył istotne fakty... Jej temperament nie pozwalał na bezczynność. Co więc innego mogła zrobić jeśli nie postąpić zgodnie ze swoją porywczą naturą?
Zostawiła Matyldę w domu, wcześniej instruując ją jak ma postępować, gdyby ktoś obcy chciał dostać się na teren ich posesji. Z duszą na ramieniu wsiadła do swojego fiata i ruszyła w jedynym możliwym kierunku. Ze strachu o ukochanego zapomniała o traumie, jaką miała do prowadzenia aut od czasu wypadku. Do tej pory starała się unikać samodzielnej jazdy. Z reguły towarzyszyła Andrzejowi, kiedy ten jeździł do szpitala. Oczywiście nadrabiał spory kawałek drogi, lecz nigdy jej tego nie wypomniał. Chyba nawet cieszył się z tych wspólnych chwil spędzonych tylko we dwoje, w ciszy, na rozmowie. Uwielbiała, kiedy sięgał po jej dłoń ukradkiem. Często tak robił podczas postojów na światłach. Ujmował jej palce, nie szarpał, nie unosił, nie ciągnął... był dżentelmenem.
Nie poczuła łzy, która spływała po jej twarzy niosąc ze sobą ledwie dostrzegalny ślad tuszu do rzęs. Jakieś tanie ustroństwo...
Im bliżej znajdowała się celu, tym bardziej się denerwowała, że jest już za późno.
- A niech cie... - rozdrażniona powolną jadą pojazdu przed nią, wyprzedziła go wykonując niedozwolony na skrzyżowaniu manewr. Była przekonana, że światło żółte, na jakim ruszyła wcześniej szybko zmieniło się na czerwone i właśnie na takim szarżowała na ulicach Leśnej Góry. Dziękowała w duchu, że nie natrafiła na patrol policji, bo z takich zachowań musiałaby się gęsto tłumaczyć. I nawet urok osobisty, podkreślony rozpływającym się tuszem do rzęs i pomadką z wyprzedaży, nie pomógłby w zmanipulowaniu władz. - Szlag! - krzyknęła, uderzając w klakson, kiedy zgasła jej strzałka warunkowa, a jej samochód przekroczył już linię bezwarunkową. Stała teraz niebezpiecznie blisko skrzyżowania, nie widząc dokładnie świateł dla jej kierunku jazdy. Aż w końcu zaryzykowała i z piskiem opon wymusiła pierwszeństwo, wywołując małe zamieszanie wśród zdenerwowanych kierowców.
Kończąc tę mało znaczącą dla dalszych wydarzeń dygresję przejdę w końcu do sedna. Jednak mając nadzieję, że mimo wszystko powyższe wtrącenie wyrobiło w czytelnikach nieco niecierpliwości. Wszak należy odwzorować upływający czas w sposób wiarygodny.
Nie przeciągając... Kasia znalazła się pod blokiem, w którym miała okazje gościć tylko raz. Od razu rozpoznała tę zapuszczoną okolicę miasta. Jednak nie spodziewała się tam takiego zamieszania. Pod budynkiem stały dwie karetki oraz policja. Przerażona wypadła z czerwonego fiata, zapominając choćby o zamknięciu auta, czy torebce. W jednej chwili znalazła się przed taśmą, która miała odgradzać gapiów (dokładnie trzy osoby) od niecodziennego zdarzenia. Już miała przekraczać strzeżoną granicę, kiedy zatrzymał ją jeden z funkcjonariuszy.
- A pani dokąd? - burknął wyraźnie niezadowolony z powierzonego mu zadania. To co ciekawsze, na pewno działo się w środku.
- Tam jest mój... mój mąż! - policjant nie wyczuł tonu fałszu, jednak pozostał nieugięty. - Andrzej! - krzyknęła, gdy tylko go zobaczyła. Wychodził z budynku, był jakiś słaby. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że ten ma plamy krwi na koszuli i spodniach. Mężczyzna jednak nie zdawał sobie sprawy z obecności kobiety. Niewiele swoją drogą go obchodziło, nawet ratownik medyczny, który uparcie dotrzymywał mu kroku.
- Poradzę sobie. - warknął, kiedy ten starał się usłużyć choćby ramieniem, gdy Falkowicz pokonywał schody. Profesor posłusznie skierował się w stronę karetki, gdzie miał usiąść i pooddychać stuprocentowym tlenem.
Smuda, jednak nie dawała za wygraną i wdarła się na strzeżony teren. W płaskich butach była zdecydowanie szybsza, to oczywiste, ale także znacznie zwinniejsza, by móc niepostrzeżenie dotrzeć do partnera.
- Andrzej... - do tej pory utkwiony gdzieś między nogami, teraz tak zaskoczony wzrok spoczywał na twarzy jego kobiety. - Tak się o ciebie bałam. - szepnęła łamiącym się głosem. Przytuliła go do siebie, a on nieśmiało przywarł do jej brzucha. Niepewnie otoczył ją wolną dłonią, tą którą nie trzymał maski tlenowej. Zacisnął wargi, tak jakby na nią nie zasługiwał. Bo jeśli rzeczywiście nie zasługiwał? Dzisiejszy dzień uświadomił mu, że należy mieć co do tego wątpliwości.
- Kaśka - szepnął, skrobiąc palcami jej letnią kurtkę. Zacisnęła swój uścisk na jego ciele. Niczego więcej nie potrzebowała niż jego bezpieczeństwa.
Sprawa wydawała się być jasna. Mężczyzna pod wpływem narkotyków nachodził rodzinę Falkowicza, groził im, bo tak nazwano jego ostrzeżenia. Do tego pojawił się pod szkołą małej dziewczynki, którą najprawdopodobniej zamierzał uprowadzić. Ponadto posiadał nielegalną broń, z której celował do Andrzeja. To wszystko składało się na bardzo poważny wyrok, bynajmniej nie w zawieszeniu. Chłopak kierowany ślepą miłością okazał się szalenie niebezpieczny, może nawet nie kontrolował swoich czynów. Dlatego sąd postanowił skierować go w pierwszej kolejności na badania psychiatryczne. Jednak to miało nastąpić dopiero, gdy Jan zakończy swój pobyt w szpitalu, gdzie przeszedł operację postrzelonego uda.
Przeżył. Miał szczęście, tak można by rzec, gdyby nie szara przyszłość, którą pomógł mu zbudować (no nie ukrywajmy) Falkowicz.
Profesor za to musiał odbyć przymusowy urlop, lecz do niego nie został zmuszony przez wyrok sądu. Jego prywatna instytucja miała o wiele większy oręż w ręku. Kasia przerażona nie na żarty ostatnimi wydarzeniami zadbała, aby jej ukochany bardziej docenił swoje zdrowie. A to powoli wracało do normy. Wprawdzie Andrzej był na najlepszej drodze do anemii, częstej u ludzi po chemioterapii, jednak problem dało się w porę zauważyć. Ale mimo to jego powrót do operacji był najpewniej jedynie ulotnym marzeniem.
I tak można by zakończyć historię Falkowicza, który starał się odzyskać córeczkę, a po drodze uświadomił sobie, że wszystko co robił miało swą ukrytą motywację - miłość do matki tej małej nastolatki, Kasi.
Mówią, że bywają dobre zakończenia. Bo czy nie takie tutaj znaleźliśmy? Jednak to nie do końca prawda. Gdyż życie to ciągła walka, a walkę zawsze kończy śmierć. Wszystko inne tę walkę jedynie przerywa.
Tak więc zatrzymaliśmy się jedynie w dobrym momencie całej przygody. Wszystko co miało nadejść później... a może po prostu cieszmy się chwilą. Załóżmy, że żyli długo i szczęśliwie. Choć ani jedno ani drugie nie jest do końca prawdą.
Nie zrażajcie się końcówką ;) Nie opuszcze Was bez epilogu ;) W końcu trzeba wspomnieć o tych chwilach z ich przyszłości... bo wiele miało być przed nimi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Co za rozdział... no geniusz z ciebie po prostu,nie wiem co mam ci napisać,i tak końcówka..ehh to mega ten rozdział,nic innego nie mogę powiedzieć,i mogę go czytać jeszcze dzisiaj parę razy więc mam co robić na wieczór hehe .;D cudo! i super to zakończyłaś :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
zazdroszczę ci talentu do pisania dziewczyno.. Świetne zakończenie ..pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń-W
jezuu genialny rozdział!! Cieszę się że tak to się wszystko skonczyło ;D
OdpowiedzUsuń~A
Super,że zrobiłaś takie zakończenie no i że naszemu falko nic sie nie stało :)
OdpowiedzUsuń- J
super rozdział,napisany przez świetną autorkę,nic dodać nic ująć :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam!
uff już myślałam,że to falkowicz został postrzelony,potrafisz podnieść ciśnienie heh ;D
OdpowiedzUsuńnie no a tak na poważnie to super rozdział! czekam w takim razie na ten epilog i kolejne opowiadanie ! :D
Super to zakończyłaś! Nie mogę się doczekać twojego kolejnego opowiadania :*!!
OdpowiedzUsuńpowiem szczerze że zaskoczyłaś mnie takim zawrotem akcji ale oczywiście na plus ! Super że jan oberwał ahahah zasłużył ;D
OdpowiedzUsuńCzekam już z niecierpliwością na kolejne genialne opowiadanie twojego wykonania ;D :) :)
OdpowiedzUsuńNie kończ jej tak szybko!!!
OdpowiedzUsuńCieszę się że to nie Falko został powtrzelony.
Pzdr
ale następne opowiadanie też będzie o falko prawda? :D :)
OdpowiedzUsuń