czwartek, 29 września 2016

Epilog, seria II



- Jedziemy do taty? - Matylda stanęła w progu, założyła dłonie na piersiach. Kasia szykowała się już od godziny, a przecież nie było takiej potrzeby. W końcu w miejscach takich jak to, do którego zmierzały obie kobiety, nikt nie zwracał uwagi na ubiór. Smuda mimo wszystko pragnęła wyglądać stosownie do okazji. W końcu rocznicy nie obchodzi się codziennie.
- Już, kochanie idź już do auta. Czekaj tam na mnie. - Matylda przewróciła oczami gniewnie i skierowała się w stronę wyjścia z domu.
- I nie mów do mnie kochanie! - krzyknęła w progu. - Mam już szesnaście lat. - Kasia nie miała nawet czasu jakkolwiek zareagować na złośliwą uwagę dorastającego dziecka. Była zbyt zajęta szukaniem cholernego odcinka z kwiaciarni, gdzie miały odebrać wiązankę. Jak na złość zawieruszył się gdzieś wśród innych kwitków z pralni i notatek w małym zeszyciku podręcznym. Zrezygnowana zamknęła w końcu gabinet i ruszyła przed dom bez owego świstka. Nieświadomie przemknęło jej przez myśl, co powiedziałby na to jej Andrzej. Że nie można jej było powierzyć prostego zadania, że wszystko na jego głowie... westchnęła cicho. Nie cierpiała tego robić, ale musiała przyznać, że otwarcie nowej kancelarii prawnej, sygnowanej jej nazwiskiem, mieszczącej się w jej starym mieszkaniu okazało się nie lada wyzwaniem. Była doskonale zorganizowana, ale jedno głupie zadanie odebrania kwiatów widać przerosło ją. Przysięgła sobie w duchu, że zastanowi się nad urlopem.
Dojechały pod cmentarz na Brudnie. Bardzo stary, ale mimo to nadal przychodzili tam odwiedzający groby bliskich. Cały czas ktoś tam się kręcił, nawet gdy główną alejkę oświetlały jedynie słabe lampy.
- Wujek pewnie już jest. - mruknęła zdenerwowana Matylda. Miały być o czasie, a okazało się, że wyprzedził je nawet wiecznie spóźniający się Adam. - Ciocia też. - dodała, gdy mogła dostrzec ich sylwetki z daleka. Kasia zagryzła ledwie dostrzegalnie dolną wargę, jej niechęć do rudowłosej dziewczyny nigdy nie minęła. Obie panie traktowały się z chłodnym dystansem, nigdy nie potrafiły przeskoczyć niewidzialnej bariery, która zrodziła się właściwie z niczego.
- Idź już do taty. Ja wrócę się po jakąś wiązankę. - zaczęła Smuda, jednak Matylda ujęła matkę pod rękę. Nie potrzebowały żadnych kwiatów, w końcu ogromny znicz kupiony w przydrożnym sklepie rekompensował takie braki.
- Mamo... - Kasia niepewnie spojrzała w stronę stojącej przed grobem pary, która obwiniała ją o wszystkie nieszczęścia, które spotkały Andrzeja. - Wujek Adam już dawno odpuścił. - dziewczyna była świadoma waśni, jaka różniła jej rodzinę, ale z perspektywy jej młodego umysłu wszystko wydawało się tak... żałosne.
- Poza tym... nie będziemy same. - uśmiechnęła się do szpakowatego mężczyzny, który dopiero je dostrzegł. Uśmiechnął się z daleka, a Kasia odwzajemniła gest. Przyznając w duchu rację swojej córce, podeszła bliżej grobu jej teściów i bez słowa wtuliła się w ramię swego ukochanego.
- Skąd masz kwiaty? - zaskoczona ujrzała w dłoniach ukochanego dokładnie to, czym tak się zamartwiała przez całą drogę.
- Przecież mówiłem ci kotku, że po pracy je odbiorę. - podał je uśmiechającej się z ulgą córce, by ta swoim młodzieńczym gustem ułożyła je na grobie według swojego uznania.
- Kompletnie zapomniałam. - jęknęła cicho. Andrzej uśmiechnął się, unosząc kącik ust i obejmując jednocześnie ramieniem trzęsącą się z zimna jego kobietę.
- Za dużo pracujesz. - podjął. - Pomyślimy nad jakimś urlopem. - Adam spojrzał kątem oka na swego brata. Zaskoczony usłyszanymi słowami uniósł wysoko brwi, był przekonany, że Falkowicz żyje jedynie pracą. W końcu ostatnimi czasy każdą wolną chwilę spędzał na terroryzowaniu swoich podwładnych. Aż dziw, że personel lgnie pod jego rządy. W końcu najnowsze zabawki technologiczne i liczne szkolenia to chyba jednak nie wszystko... ostatecznie Adam sam sobie nie mógł przyznać racji. Jego brat stworzył raj dla lekarzy, w którym chciał pracować każdy.
- No młoda, jeszcze te dwa wkłady. - Matylda zmierzyła wujka morderczym spojrzeniem, lecz posłusznie odebrała od niego białą foliówkę.
- Prosiłam, żebyś tak do mnie nie mówił. - nigdy nie słuchał.
- Wujek ma zaawansowaną miażdżycę, Matyldziu. - odrzekł gardłowym głosem profesor. - Zapomina nawet imienia swojego syna. - rozbawiony kiwnął głową na brata, nie racząc go nawet spojrzeniem.
- Przesadzasz.
- Tak? To jak się zwracasz do Mateusza?
- Młody. - wzruszył ramionami Krajewski
Jednak będąc już przy najmłodszym z klanu Baranów, a mianowicie małym Mateuszku, trzeba nadmienić, że to właśnie Andrzej był jego chrzestnym i to nie byle jakim. Chłopiec uwielbiał wujka, który poświęcał mu sporo uwagi. Tak samo z powodu normalnych godzin pracy, bo jako dyrektor szpitala Falkowicz mógł sobie na takie pozwolić, bywało że mężczyzna spędzał z dzieckiem czas, przez który jego rodzice lekarze musieli zostać na dyżurze.
Andrzej, choć cały czas trzymający pozę szanowanego profesora, pozwalał sobie na chwilę luzu, tyle że nieco inaczej pojmowanego niż robi to choćby jego nastoletnia córka. Lubił rozkładać kocyk i kłaść się na nim obok rocznego chłopca, pokazywać mu zderzające się samochodziki, świecące zabawki, czy nawet demonstrować głosy zwierząt domowych. W wydaniu profesora był to absolutny luz, niezaprzeczalnie.
Bywało, że patrzył na Adama z zazdrością, nie pogodził się jednak do końca z myślą, że na kolejne dziecko było dla niego za późno. Matylda jeszcze pogłębiała jego przygnębienie, bo nie rozumiejąc oporów ojca, wspominała o młodszym rodzeństwie. Kiedyś nawet nakrzyczał na nią z tego powodu, lecz szybko się opamiętał. Strasznie ciężko mu było potem ją przepraszać.
Jedynie Kasia rozumiała swego partnera. Choć długo i jej nie chciał wyjaśnić swoich obaw. Jak miał przyznać się do takich słabości? Ale uznał, że kobieta powinna być świadoma tego, na co się zdecydowała wiążąc się z Falkowiczem. Więc któregoś wieczoru wyjaśnił jej, starając się ubrać słowa w bezemocjonalną otoczkę. Zrozumiała. A on odczuł ogromną ulgę. Może dlatego, że kobieta nie wierciła mu już dziury brzuchu? A może po prostu w końcu się komuś wygadał? Mało ważne.
Tak czy inaczej siłą rzeczy więź pomiędzy Kasią i Andrzejem zacieśniła się jeszcze bardziej. Nie mieli między sobą żadnych tajemnic, choć... właściwie jedna była, lecz usprawiedliwiona bez wątpienia.
Długo zwlekał z zadaniem tego pytania i nigdy nie był do końca na to gotowy. Nawet kiedy zostawali sami, kiedy Kasia przygotowała wytrawną kolację, kiedy wybrali się na randkę, nigdy nie potrafił ułożyć odpowiedniego pytania. Przysięgał sobie, że następnym razem wykorzysta nadarzającą się okazje i oświadczy się ukochanej. Lecz mijały kolejne randki, a on nadal obawiał się jej odpowiedzi. Kasia wszak zwykła powtarzać, że chciałaby aby tak było zawsze. Niczego więcej do pełni szczęścia nie było jej potrzeba. Na co więc miałby im być ślub? Na świecie jest mnóstwo par, które żyją bez tego sakramentu. I jest dobrze.
Mimo wszystko Andrzej pragnął poślubić swoją panią mecenas. Był do cna staromodny i nie uznawał luźnych związków. Zbyt niedojrzały wydawał się mu taki układ, choć przede wszystkim... uważał to za pewien rodzaj zniewagi dla swojej partnerki. Wszak jeśli się kocha nie ma przeszkód, by deklarować swej kobiecie miłość i wierność aż do śmierci.
- Kasiu... - zapytał któregoś jesiennego wieczoru, gdy oboje siedzieli na tarasowej ławeczce, otuleni kocem w kratę. Minęło już tyle idealnych okazji na oświadczyny, dlaczego więc nie miałby oświadczyć się jej w ich własnym ogrodzie, pod niebem pełnym gwiazd?
Odrzekła beztroskim pomrukiem, obserwując z zapartym trzem spadającą gwiazdę.
- Już dawno chciałem cię o to zapytać. - zaczął, szukając jednocześnie pierścionka w kieszeni swych szarych spodni. Przez moment przeraził się, że ten mu gdzieś wypadł, lecz w końcu odnalazł małą błyskotkę. Nie zabrał eleganckiego pudełeczka, nie pomyślał że tego wieczoru zbierze w sobie odwagę. Zwykły łut szczęścia zadecydował o tym, że oglądając swój zakup, włożył go na koniec do kieszeni. Darując sobie romantyzm, którego zabrakło razem z plastikowym serduszkiem wyściełanym elegancką gąbeczką, zaczął obracać błyskotkę w dłoniach. Zamilkł na chwilę, pełną emocji trzeba dodać. Bo kobieta dostrzegła połyskujący pierścionek, którym teraz bawił się Andrzej.
- Nie sądzisz że to już czas? - spojrzał na nią kątem oka. Uśmiechnął się pod nosem,  widząc jej zaskoczoną minę.
- O to chciałeś zapytać? - wydusiła z siebie, nie odwracając wzroku od błyszczącego srebra z cyrkonią zamkniętą w oczku.
- Wybacz, formułka. - zsunął z pleców kraciasty koc i zszedł z drewnianej ławki. Uklęknął w końcu jednym kolanem na trawie i trzymając w dłoniach tak wiele znaczącą błyskotkę zaczął.
- Czy ty Kasiu zostaniesz moją panią Falkowicz? - właściwie kobieta nie odpowiedziała do dziś na zadane jej pytanie. Ze łzami w oczach i drżącymi rękoma pozwoliła sobie założyć ów pierścionek zaręczynowy.
- Zamówiłem kościół na za miesiąc. - odrzekł rzeczowym tonem, siadając już obok niej. Przeniosła swój zaskoczony wzrok z pierścionka na obejmującego ją ramieniem narzeczonego. - Popracujemy nad twoim poczuciem humoru, kochanie. - dodał, spoglądając na nią kątem oka. Odetchnął, w końcu.
- Wiem, że byłbyś do tego zdolny. - uśmiechnął się na te słowa i przyciągnął do siebie jej drżące z zimna ciało.
Niezwykle banalna część ich życia, lecz należało o niej wspomnieć zwłaszcza, że zaręczyny stały się jednym z ostatnich szczęśliwych wydarzeń w ich wspólnej historii. Otóż z czasem, jakby problemów było im mało, zaczęły zbierać się nad narzeczeństwem kolejne czarne chmury. Kasia i Andrzej starali się wspólnie stawiać czoła przeciwnością, lecz tak jak w każdym zdrowym związku zdarzały się kłótnie.
A problem zaczął się w samym sercu ich rodziny. Otrzymali wiadomość od wychowawczyni Matyldy, że ta bardzo opuściła się w nauce i nie zjawia się na zajęciach. Profesor strasznie się wtedy zdenerwował, żadne leki uspokajające nie były w stanie złagodzić jego wzburzenia. Dał wtedy porządny wykład swojej Matyldzi, nie szczędząc jej słów o zawiedzionych uczuciach ojcowskich. A nastolatka zawsze obierała sobie ojca za wzór. Potwornie nią więc wstrząsnęło, kiedy okazało się, że przez nowych przyjaciół może stracić jego zaufanie.
Niestety czarna passa trwała dalej, bo dziewczyna mimo że już się nieco opamiętała, mogła nie przejść do następnej klasy. Kasia i Andrzej odkładali swoje mniej ważne zawodowe sprawy i na zmianę pilnowali latorośl, by ta regularnie się uczyła. Nie było to takie łatwe, jak mogło by się wydawać.
Szpital potrzebował stałej kontroli, a kancelaria uchwytnego prawnika. Nikt nie liczył się z rodziną swojego pracodawcy. Nie było litości, jeśli instytucja traciła stały nadzór. W taki sposób Kasia straciła ważnego klienta, który miał skarżyć ogromną firmę ubezpieczeniową. Podłamana i sfrustrowana wróciła po tym feralnym popołudniu do domu, szukając wsparcia u przyszłego męża, lecz znalazła go dopiero w sypialni.
- Miałam fatalny dzień. - odetchnęła, kiedy ujrzała go leżącego do niej tyłem. Zdejmując swe czarne szpilki w progu, podeszła do łóżka bliżej. - Terczyński nam się wycofał. - wspięła się na materac. - Zaniedbałam sprawę. Zupełnie zapomniałam o naszym ostatnim spotkaniu. - leżąc na swojej połowie, przestała na chwilę myśleć o problemach w pracy i puchnących od butów stóp. Spojrzała w końcu podejrzliwie na milczącego Andrzeja. - Słuchasz mnie? - po paru chwilach zupełnej ciszy, chwyciła go w końcu za ramię i potrząsnęła nim lekko. Przeraziła się gdy ten nie reagował. Zupełnie straciła poczucie kontroli nad swoimi nerwami, bo te zadziałały natychmiastowo, przyspieszając bicie serca i ujawniając drżenie rąk. Lęk, jaki w krótkiej chwili zdążyła w sobie obudzić, zadziałał na jej umysł niczym cyjanek.
Gotowa już była wzywać pomoc, lecz mężczyzna zdążył otworzyć oczy.
- Coś się stało? - odparł zmęczonym głosem. - Kasia... - zmarszczył czoło, gdy kobieta zbierała myśli.
- Przestraszyłeś mnie. - odetchnęła z ulgą.
- Śpiąc? - odrzekł z lekką ironią w głosie, lecz szybko się zreflektował, kiedy ujrzał jej poważną twarz. - Przepraszam - uspokajał. - Siedziałem z Matyldą od rana przy biologii, byłem wykończony. - zacisnął usta. - Wybaczysz... przystojnemu draniowi? - uniósł jedną brew do góry, a na ustach błąkał się już lubieżny uśmiech.

Historia ta trwała dalej, ubarwiona o porywy miłości i gorzkie chwile brutalnej rzeczywistości. Jedno i drugie było tak ze sobą ścisłe, że czasem mylone z drugim. Lecz nie wchodźmy w szczegóły. Udajmy, że powoli narastające zmęczenie mężczyzny było efektem przepracowania, bądź zmartwień ojcowskich. Zatrzymajmy się w dobrym momencie. I ten zapamiętajmy.





Koniec.





Jak wrażenia?


10 komentarzy:

  1. Uważam że genialnie zakończyłaś tą serie :) super,i powiem szczerze,że na początku się obawiałam o śmierć falkowicza ,ale to już chyba wiesz,że mi ulzyło heh ;D
    Super! Czekam w takim razie na nowe opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. uff,dziewczyno już myślałam że nasz andrzej umrze a jednak zaskoczyłaś ! :D super czekam na kolejne części !:) :)
    ~A

    OdpowiedzUsuń
  3. oo cudownie że opisałaś ich oświadczyny ;D super część ! :)
    ~M

    OdpowiedzUsuń
  4. genialny epilog ! postarałaś się kochana :*
    ~J

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezu jestem pod wrażeniem tego co napisałaś ! naprawde dziewczyno gratuluję ! :* *_*
    ~N

    OdpowiedzUsuń
  6. cudowny epilog kochana ! Pięknie piszesz,uwielbiam to czytać :_)
    -K

    OdpowiedzUsuń
  7. jejku,uwzględniłaś w tym rozdziale chyba wszystko czego się nie spodziewałam ;O mianowicie oświadczyny andrzeja,no i to,ze powiedział kasi co do tego że nie chce mieć dzieci.. super epilog,twarz mi się szczerzyła,kiedy go czytałam :) czekam na kolejne opowiadanie tak fajne jak to,z twojej strony :) pozdrawiam
    ~O

    OdpowiedzUsuń
  8. Ufff
    Dobrze że nie uśmierciłaś Falkowicza. Czekam z niecierpliwością na kolejne opowiadanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy można się spodziewać następnego opowiadania?

      Usuń
    2. dołączam się do pytania :)
      ~AS

      Usuń