poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 6



   Tego dnia czuł się już znacznie lepiej. Świadomość powrotu do życia zawodowego napełniała go jakże potrzebną mu energią. Nareszcie będzie robił coś znacznie produktywniejszego, niż krzątanie się po mieszkaniu bez celu. Powoli zaczynał miał dość tej stagnacji, dlatego propozycja Trettera okazała się dla niego lekiem na wszystkie zmartwienia. Może nie wróci do stołu, choć mimo wszystko tliła się w nim ta nadzieja, ale posada dyrektora to znośny zamiennik.
   Wczesnym porankiem zszedł na parter swojego mieszkania. Obie jego kobiety jeszcze smacznie spały, więc skorzystał z nadarzającej się okazji, by przygotować im śniadanie. Nie wiele się zastanawiając wyjął z lodówki kilka jajek, na każdego odpowiednio przeliczona porcja. Matylda uwielbiała ugotowane, więc i takie postanowił zaserwować. Woda w garnku zawrzała, a on przygotowywał dodatki. Stół w końcu przybrał kolorów warzyw i owoców w postaci soków oraz zdobnej zastawy. Zadowolony z efektu spojrzał jeszcze na swój zegarek, ten na lewym nadgarstku. Odpowiednia pora, by zbudzić obie panny. W końcu rozpoczął się rok szkolny, Matylda musiała zdążyć na jego rozpoczęcie. Kasia natomiast miała tego dnia wolne. Od jakiegoś czasu pracowała w małej kancelarii, całkiem nie daleko Leśnej Góry. Zajmowanie się sprawami rozwodowym nie było wprawdzie szczytem jej ambicji, ale koniec końców zawsze to jakieś źródło utrzymania, a nie potrafiłaby żyć na finansowej łasce swego profesora, choć ten zaznaczył, że jako jego żona nie musi podejmować pracy. Wszyscy jednak wiemy, a jeśli nie to narrator jeszcze raz powtórzy, że Kasia to kobieta zbyt dumna i do końca samodzielna, by przyjmować wyżej wspomnianą propozycję swego partnera. On również był tego świadom. Trudno więc stwierdzić co nakazało mu składać takie deklaracje - męska duma, czy naiwność?
Andrzej ruszył zatem, by jako pierwszą zbudzić jego Matyldzie. Już w samym progu uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób. Widok rozgrzebanej kołdry i rozkraczonej na łóżku dziewczynki może nie był sam w sobie słodkim widokiem, ale profesora dotknęła sama jej obecność. Uświadomił sobie, że już zawsze będzie budził tego swojego szkraba do szkoły, bo ta nareszcie stała się częścią jego rodziny. Dawno nie czuł tego przyjemnego ciepła, rozlewającego się gdzieś w okolicy jego serca, dlatego teraz tak delektował się tym uczuciem. Powoli, przecież mieli jeszcze czas, podszedł do śpiącej córki i pochylił się nad nią. Szturchnął parę razy za jej ramię, przywołując imię małej Smudy. Ta mruknęła coś pod nosem i otworzyła w końcu swe zaropiałe oczy.
- Hę?
- Wstań, śniadanie czeka. - odrzekł pewnie, po czym wyprostował się. Spojrzał jeszcze na okno, by po chwili uchylić jedno jego skrzydło. Świeże powietrze powinno przekonać dziewczynkę do wysłuchania jego polecenia.
- Dorośli to mają fajnie. - mruknęła, stawiając swe gołe stopy na podłodze. Spojrzał na nią jeszcze w drzwiach zdumiony.
- Jeszcze zatęsknisz za szkołą. - chwycił za klamkę.
- Ty nie musisz pisać sprawdzianów. - mruknęła, niechlujnie poprawiając swoje rozczochrane włosy, by nie opadały na czoło. Otworzyła swą szafę, w której wisiał przygotowany strój apelowy.
- Mam za to wiele innych obowiązków. - miał już wychodzić, gdy mała zaczynała się przebierać. - Jeszcze wspomnisz te słowa moja damo. - dodał z półuśmiechem. Matylda prychnęła pod nosem, zupełnie jak jej matka miała w swym zwyczaju. Były do siebie takie podobne.

“Możesz mieć wysokie obcasy, garsonkę oraz groźną minę i być poważna jak koniec świata, a dla mnie i tak zostaniesz małą dziewczynką, którą trzeba ochronić przed burzą. ”
~ Piotr Adamczyk

Odwiózł małą do szkoły, lecz ani myślał wejść z nią do budynku. Owszem, miał ten zaszczyt rok wcześniej, nota bene był wtedy potwornie skrępowany, w końcu stał w gronie samych matek. Lecz na samo wspomnienie rozczulił się. Mała wynagrodziła mu całą tę niezręczną sytuacje z nawiązką, gdy usłyszał jak z dumą o nim mówi swoim koleżankom, jako swoim tacie. To właśnie był pierwszy moment, kiedy zapragnął zostać jej ojcem na dłużej.
A to już gimnazjum. Jego panna dorasta. W takich chwilach żałował, że nie był z nią od początku.

Dotarł wreszcie do szpitala, którym miał kierować. Dumnie zapiął jednym wyuczonym ruchem dłoni środkowy guzik w marynarce, ten na wysokości jego naturalnej talii, jak we wszystkich dobrze skrojonych tego rodzaju częściach garderoby. Zmierzył krótko budynek, by pewnym krokiem dotrzeć w końcu do jego wnętrza.
Tam czekał na niego już Tretter. Oczywiście panowie przywitali się silnym, męskim uściśnięciem dłoni, choć śmię twierdzić, że mimo to nie przepadali za sobą. Gra pozorów.
Falkowicz nie omieszkał obdarzyć dotychczasowego dyrektora do perfekcji opanowanym uśmiechem.
- Witamy na pokładzie profesorze.
- Chciałbym jednak od razu przejść do rzeczy. - nie lubił marnotrawienia czasu. - Chciałbym poznać majtków tego statku. - doprecyzował. Stefan zaśmiał się. Tak, ten na pewno nie miał talentów aktorskich. Lecz brnęli dalej w swej udawanej uprzejmości.
- Zatem zapraszam za mną. - ich miejscem docelowym okazał się pokój lekarski. Tam zebrana była cała załoga, a wśród nich znane mu już twarze. Naturalnie byli także nowo przyjęci lekarze, lecz tych obiecał sobie przetestować w boju.
Jak się domyślił z widocznych mu reakcji, personel został już uprzedzony o tym, kto zastąpi dyrektora Trettera. Zapomniał widać, jak szybko rozchodziły się plotki w tym szpitalu.
- Witam zebranych. - Falkowicz stał obok starszego chirurga, trzymając splecione dłonie za sobą i lustrując pewnie wszystkich zebranych. Jak zdążył zauważyć, nie każdy był zadowolony z jego awansu, nieliczni zaskoczeni, a ci najmłodsi dla odmiany zafascynowani taką sławą. Stażyści zapewne nie słyszeli o jego humorach. Zaśmiał się tylko w duchu z ich naiwności. Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Jeszcze nie jeden zastanowi się nad zmianą kierunku. W końcu miał ambicje, by w jego szpitalu szlifować diamenty. Te plany już nabierały odpowiedniego kształtu w umyśle profesora, a swe marzenia zamierzał spełnić właśnie za pomocą tegoż szpitala, który miał już wkrótce stać się najlepiej wyposażoną placówką tego typu. A wszystko pod rządami samego Falkowicza i za jego skromną sprawą. Najpierw musiał tylko oddzielić ziarno od plew.
Nadszedł czas na kilka słów od nowego przełożonego dla zebranych tam lekarzy. Kilkanaście par oczu wpatrywało się w niego z prawdziwym zainteresowaniem, lecz nie myślcie sobie, że to choć trochę peszyło Falkowicza. Wręcz przeciwnie. Cała załoga czuła do niego respekt i to tylko budowało profesorskie ego. Właściwa osoba na właściwym miejscu.
- Nie zabiorę wam wiele cennego czasu. Miejsce lekarza jest przede wszystkim przy pacjencie. - zaczął, czym podbił serca młodziutkich stażystek. - Przejdę więc do konkretów. - szybko omiótł wzrokiem zebranych. - Zamierzam zmodernizować oddziały.
- Wspaniale, tylko w jaki sposób. - niechętnie przeniósł wzrok na siedzącego przed nim Barta. - Ja się bardzo cieszę, że pan profesor ma ambitne plany, ale dyrektor Tretter już coś podobnego obiecywał. - Falkowicz uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się w myślach, co w takim razie (ponoć) światowej sławy neurochirurg robi w tak małej placówce.
- Z całym szacunkiem do pana dyrektora... - skłonił się lekkim dygnięciem w stronę Stefana - ale mam znacznie większe kontakty. A jak pan zapewne wie kontakty - tutaj spojrzał sugestywnie na córkę Burskich, a Barta narzeczoną, - są jak palec Boży. - uśmiechnął się złośliwie i kontynuował zanim profesor zdążył zareagować.
- Lekarze będą wysyłani na obowiązkowe szkolenia. W moim szpitalu nie ma miejsca dla turystów po medycynie.
- Będzie pan przeprowadzał z nami operacje? - wyrwała się jedna z młodziutkich dziewczyn, gdzieś z tyłu.
- Możesz być pewna dziecino, że będę patrzył wam na ręce. - Młoda lekarka zaczerwieniła się widocznie, a stojący na tyłach zamieszania Gawryło tylko pokiwał głową.
Po krótkim zebraniu i małej wymianie zdań z Bartem, Falkowicz udał się na oddział intensywnej terapii. Chciał zapoznać się także z najtrudniejszymi przypadkami w szpitalu. Prawdę mówiąc niewiele taka wiedza pomogłaby mu w prowadzeniu szpitalem, wszak to w większości papierkowa robota, lecz on miał w tym swój cel. Taki fetysz chirurga, by znać najbardziej wymagających podopiecznych.
- Chyba nie zamierzasz wracać do stołu operacyjnego. - pod OIOM'em spotkał Piotra. Spojrzał na niego tylko kątem oka, by po chwili na nowo przypatrywać się z zainteresowaniem kobiecie, która siedziała przy swojej córce. Miał wrażenie, że już gdzieś ją widział.
- Kiedyś na pewno. - mruknął, zamyślony.
- Gdybym nie widział twoich ostatnich wyników może i bym uwierzył. - pech chciał, że to właśnie do Gawryły zgłaszał się Andrzej z kontrolnymi badaniami w czasie jego ponowotworowej rekonwalescencji. A te sprzed miesiąca pozostawiały wiele do życzenia.
- Wiesz, że cofniecie się choroby to nie wszystko. - podjął przyjaciel. - Poza tym... nadal wyglądasz raczej marnie. - owszem, mężczyzna nie przytył nawet kilograma od ostatniej chemii, ale należało brać także pod uwagę ilość stresów, jakie towarzyszyły profesorowi przez ostatnie miesiące. Dopiero teraz mógł naprawdę odetchnąć. Gdy życie w końcu nabierało odpowiednich kształtów.
Spojrzał na Piotrka spod pobłażliwego uśmiechu. Był pewien, że za jakiś czas wszystko wróci do normy.
- Obaj wiemy, że nie tak łatwo mnie zagiąć. - Gawryło musiał przyznać mu rację. Niewielu znał takich, jak Falkowicz. Może dlatego, że niewielu przeżyło tyle co on. Dosłownie i w przenośni.
I powrócił do obserwowania kobiety, która czuwała przy córeczce w śpiączce. Wkrótce potem miał sobie przypomnieć, kiedy poznał ją po raz pierwszy; przywołać w pamięci, jak dwa tygodnie wcześniej wpadł na nią w tym szpitalu i pomógł odnaleźć jej pociechę. Niedługo potem dowie się także, że owa dziewczynka w śpiączce została brutalnie zgwałcona przez niewiadomego sprawce i trwale okaleczona. Ale zanim tak się stanie minie jeszcze jakiś czas, choć krótki.  A potem mężczyzna zagra w niebezpieczną grę, va banque.

Już gdy wracał do domu, mknąc przez ulice swym bladoniebieskim Citroenem Cactus, knuł początki swego szatańskiego planu.
Przypomniał sobie tę kobietę.
Obiecał sobie, że ostatni raz podejmuje się takich zagrywek. W końcu mając rodzinę trzeba dbać o ich bezpieczeństwo, a takie zabawy tego nie zapewniają.
Pytacie dlaczego więc zastanawia się nad podjęciem ryzyka? Z tego samego powodu, przez który się też waha. Rodzina. Córka i partnerka. Aby ci wszyscy mogli nareszcie spokojnie żyć, on musiał podjąć zdecydowane kroki.
Zamyślony zatrzymał się na ostatnich światłach przed domem. Zacisnął zbielałe knykcie  na czarnej kierownicy. Musiał. Nie miał innego wyboru, to było jedynym wyjściem.
Ruszył w końcu z piskiem opon, by za niecałe dziesięć minut zaparkować pod swą willą na obrzeżach wielkiego miasta. Chwycił swą skórzaną teczkę, w której schowane były dokumenty. Musiał się z nimi zapoznać, by jako nowy dyrektor Szpitala w Leśnej Górze dotrzymać swych kompetencji.
- Kaśka? - zawołał od progu, bo miał wrażenie, że dom był pusty. Tupiąc powoli swymi markowymi butami o parkiet, obchodził wszystkie pomieszczenia na parterze. Pustka. Zaniepokoiły go te otwarte drzwi. W końcu nigdy ich takich nie zostawiali.
- Kaśka jesteś? - zawołał po raz kolejny, lecz nawet echo nie raczyło mu odpowiedzieć. I zjawiła się pierwsza czarna myśl. A za nią łańcuszek kolejnych, coraz gorszych i przyprawiających o szybsze bicie serca. Zimny pot spłynął po kręgosłupie. Z niebywałą energią wbiegł po schodach. W żadnym pomieszczeniu nie znalazł żywej duszy. A przecież powinna już wrócić z Matyldą.
Przerażony zbiegł ze schodów, a jego klatka piersiowa tłoczyła powietrze ze zdwojoną siłą.
Nie, na pewno go nie zostawiły.
Ruszył w końcu do jedynego pomieszczenia, którego jeszcze nie sprawdził. Nie liczył na to, że je tam znajdzie, bo żadna nigdy tego miejsca nie odwiedzała. A był to garaż. Pokonał kolejne schody.
- Bawicie się ze mną w ciuciu babkę? - Nie dostrzegł ich od razu. Siedziały skulone za kartonowymi pudłami, przeglądając coś w ciszy. Gdy go tylko dostrzegły, uśmiechnęły się szeroko i kazały podejść. Spojrzał przez ramię Kasi, a ta trzymała w rękach album ze zdjęciami. Na nich ujrzał jego ukochaną, choć nieco młodszą, z dzieckiem na rękach. Kolejne ujęcia przedstawiały dziewczynkę w różnym wieku, a im była starsza tym bardziej przypominała...
- Matylda? - nigdy wcześniej nie widział tych fotografii.
W jednym momencie irytacja i zdenerwowanie ustąpiło głębokiemu zaskoczeniu.
- Musimy porobić sobie wspólne zdjęcia. - zaproponowała tacie, który jak zaczarowany przewracał kolejne strony albumu. Tyle wspomnień, które go ominęły...
I zyskał pewność, że więcej ich nie straci. Że podejmie ryzyko, jeśli tylko nadarzy się ku temu stosowna okazja.







No dobrze. Jak pierwsze wrażenia?
Wiem, styl nieco inny (jak kilkanaście rozdziałów do tyłu), dlatego liczę na szczerą opinię.










niedziela, 28 sierpnia 2016

Fragment rozdziału 6, serii II




"(...)
- Witam zebranych. - Falkowicz stał obok starszego chirurga, trzymając splecione dłonie za sobą i lustrując pewnie wszystkich zebranych. Jak zdążył zauważyć, nie każdy był zadowolony z jego awansu, nieliczni zaskoczeni, a ci najmłodsi dla odmiany zafascynowani taką sławą. Stażyści zapewne nie słyszeli o jego humorach. Zaśmiał się tylko w duchu z ich naiwności. Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Jeszcze nie jeden zastanowi się nad zmianą kierunku. W końcu miał ambicje, by w jego szpitalu szlifować diamenty. Te plany już nabierały odpowiedniego kształtu w umyśle profesora, a swe marzenia zamierzał spełnić właśnie za pomocą tegoż szpitala, który miał już wkrótce stać się najlepiej wyposażoną placówką tego typu. A wszystko pod rządami samego Falkowicza i za jego skromną sprawą. Najpierw musiał tylko oddzielić ziarno od plew. "






Zatem znacie część planu na rozdział ;) ale tylko cześć...

Widzimy się dzisiaj! ;)





piątek, 26 sierpnia 2016

Rozdział 5

- Jan proszę cię, idź już stąd. - błagała kobieta, lecz ten nieugięcie stał na cudzej posesji, wpatrując się w kobietę lekko schowaną za ramieniem profesora. Jego spojrzenie było tak intensywne, że Kasia zaczęła się zastanawiać czy on na pewno jest w pełni sił umysłowych. Można było nawet mieć wrażenie, że chłopak nie jest też zupełnie trzeźwy. Ale w pełni świadomie odnosił się za to do zaistniałej sytuacji. Widok Kasi i Andrzeja razem rozsierdził tylko gniew, jaki w nim zalegał. Tyle dla niej poświęcił. Wyjechał za nią na drugi koniec świata, a ta tak po prostu go zostawiła. Nie pomyślała nawet, że wiązał z nią wszystkie swoje plany. Oszukała go, najzwyczajniej w świecie złoiła mu tyłek na ten swój babski sposób. Za co? Dlatego, że nie dogadywał się z jej smarkulą? A może - dla kogo... tego, który kiedyś ponoć ją zranił?
- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. - dodał jakby swobodniejszym tonem. Uśmiechnął się pod nosem; tak z pewnością nie był trzeźwy. - Znalazłem tam świetną prace. - podszedł krok, lecz Falkowicz zasłonił swoim ciałem kobietę, groźnie łypiąc spojrzeniem na intruza. Chłopak zatrzymał się, choć zachwiał się przy tym lekko. - Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się, trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. I wtedy oniemiała. Dotarło do niej, co było przecież tak oczywistym. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej, tak silnie. Zrozumiała w jak beznadziejną sytuację się wplątała. Poznała Janka i zdawała sobie sprawę z jego zawziętości, ponoć o uczucia walczył do końca. Tak zwykł jej mawiać niekiedy, mimochodem, gdy jeszcze ich stosunki były (ponoć) przyjacielskie.
Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Obserwował całą farsę, którą urządził niechciany gość. Czekał tylko, aż chłopak skończy swój monolog, podyktowany urojonym uczuciem. I może na zewnątrz nie dał po sobie poznać (w istocie wychodziło mu to niemal idealnie) ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi. Lecz udawał, nie dawał się ponieść emocjom, choć kusiło.
Zachowując pozorny spokój, odwrócił się do kobiety, którą starał się trzymać z dala od lekko nietrzeźwego chłopaka.
- Zajmę się tym. - gdy padły te słowa z ust Andrzeja, kobieta spojrzała na niego błagalnie. Powaga, jaką teraz emanował jedynie niepokoiła. - Wracaj do gości. - podsumował.
Widziała, że nie było odwrotu od decyzji swojego mężczyzny. Doskonale znała ten ton.
- Andrzej błagam cię... - już miała dokończyć, poprosić by nie dał się ponieść emocjom. Doskonale widziała, jak bardzo zdenerwowany był tą sytuacją. Chciała sama rozmówić się z Janem, być może przemówiłaby mu do rozumu. Naiwna sądziła, że to bardziej pokojowe wyjście, efektywniejsze.
- Wracaj Kaśka. - rzuciła jeszcze okiem to na byłego rehabilitanta, to na dominującego partnera. Chwyciła za klamkę i weszła do korytarza. Za zamkniętymi drzwiami oparła się o pobliską ścianę i skryła twarz w dłoniach. Byłaby zdecydowanie spokojniejsza, gdyby mogła być przy Andrzeju, obserwować całą rozmowę mężczyzn. Lecz należało wziąć się w garść, nie wzbudzać podejrzeń. W końcu w salonie cały czas siedzieli niczego nie świadomi goście. Przeczesała obiema dłońmi kasztanowe włosy, biorąc głęboki wdech, po czym skierowała swe z początku chwiejne kroki do głównego pomieszczenia w domu. Uśmiechnęła się w progu, grając na nowo pewną siebie panią domu.
- Komu wina?

Profesor obrócił w stronę chłopaka, wzdychając przy tym głośno, niemal teatralnie.
- Zrobimy tak. Wyniesiesz się stąd, zanim stanie się ci krzywda. I nigdy więcej nie pokażesz się na oczy, ani Kaśce, ani mnie. - spojrzał na niego, krótko, od niechcenia. Sprawiał wrażenie znużonego tą absurdalną sytuacją.
- To żeś sobie wykombinował. Profesor od siedmiu boleści... - chłopak zaśmiał się pod nosem, kopiąc przy okazji jeden z kamieni na chodniku.
- Posłuchaj gówniarzu, nie mam czasu na potyczki słowne. Tym bardziej z kimś tak nierozgarniętym. - profesor wzruszył ramionami, jakby chciał poprawić leżącą na jego ramionach marynarkę. - Dobrze ci radzę chłopcze. - krok bliżej. - Zmykaj stąd.
Janek zaśmiał się w głos, z głupim wyrazem twarzy obserwując przez moment niebo.
- Naprawdę myślałeś, że tak łatwo odpuszczę? - spojrzał w końcu na Andrzeja, który zaciskał z nerwów szczęki. - Oddam ci kobietę?
- Nie oddałeś. Nigdy twoja nie była. Uroiłeś to sobie w twojej niedowartościowanej główce. - niemal syczał, w jakże słowo wkładał tyle jadu, choć brakowało mu już sił. Jego samokontrola powoli wyczerpywała swe pokłady - jak sam sądził - i tak ogromne. Jeszcze moment, a skończy ze słowem.
- Błąd... - odparł przeciągle. - Błąd profesorku. - Jakby obłąkany przypatrywał się rywalowi, a oczy mu się zaświeciły z zajadłości. - Była moja. Przynajmniej jednej nocy.
Falkowicz milczał. Niewiele osób dostrzegłoby błysk zaskoczenia w jego źrenicach.
Za wiele tego już było. Nikt nie miał prawa tak mówić o jego kobiecie, tym bardziej taki chłystek. Zacisnął palce, lecz tym razem na koszulce Janka. Zadarł materiał z taką siłą, że na pewno pozostawi po sobie widoczne rozciągnięcia na koszulce. Zbliżył się do intruza i syknął mu prosto w twarz.
- Wynoś się, bo pożałujesz. - wiele takich gróźb wypowiadało się w nerwach. Lecz zawsze takie ulatniały się bez echa. Tym razem było inaczej. Andrzej wcale nie żartował, a wypowiedzenie tej groźby można odczytać nawet za akt jego dobrej woli. Zabawne? Skądże. Wszak chłopak został ostrzeżony. Problem polegał jedynie na tym, że nie wiedział do czego zdolny potrafił być Andrzej Falkowicz.

Wrócił do mieszkania, nie zapominając o zamknięciu za sobą drzwi na klucz. Ucichły krzyki denerwującego chłopaka, który groził już z ulicy, że jeszcze wróci.
Andrzej strzepnął dla pewności rękoma ewentualny brud, lub zagniecenia z połów swej marynarki, po czym ruszył wolnym krokiem w stronę schodów na piętro. Zatrzymał go głos Adama, gdy już złapał się poręczy.
- Andrzej wszystko gra? - młodszy brat podszedł do niego, pozostawiając damskie towarzystwo w salonie. - Chyba nie jesteś na mnie zły za...
- Nie. - uciął. - Zapomnij o tamtej kłótni. Nie zachowujmy się jak dzieci. - westchnął, zaciskając palce na drewnie.
- To prawda, że teraz ty zastąpisz Trettera? - zapytał, kiedy brat miał już ruszać z miejsca. Andrzej spojrzał poważnie w oczy Adamowi. Nie pozostawił mu żadnych złudzeń.
- Chcesz gratulować, czy aplikować braciszku? - uniósł swą lewą brew nonszalancko, nawet zmuszając się do uśmiechu. Adam uśmiechnął się szeroko i poklepał stojącego na przeciwko po plecach.
- Należało ci się stary. Musimy to opić.
- Zacznijcie beze mnie. - od razu ostudził zapał chłopaka. Adam spojrzał na niewyraźnego profesora spod ściągniętych brwi.
- Andrzej na pewno wszystko gra? - lecz ten tylko kiwnął głową, popędzając młodszego chirurga do zabawiania towarzystwa. Sam ruszył na piętro, by udać się to łazienki. Dystans jaki pokonał wymęczył go zdecydowanie za bardzo. Co było wytłumaczalne, lecz na te wytłumaczenia nadejdzie jeszcze czas.
Pochylił się w końcu nad umywalką. Przemył twarz zimną wodą, by obudzić uśpione zmysły. Niewiele pomogło. Jego wzrok nadal zasnuwała lekka biel, a dłonie jakby drżały. Obserwując u siebie te symptomy profesor denerwował się jedynie, co tylko pogłębiało objawy. Takie niekończące się perpetuum mobile.
A przecież musiał jeszcze wrócić na dół, choćby dla snucia pozorów.
Usiadł na zakrytej deską muszli klozetowej. Wykorzystywał technikę oddechową, która miała uspokoić jego nerwy i złagodzić objawy. Był zbyt słaby, a świadomość tego wcale nie podnosiła go na duchu. Obawiał się, że o dawnej formie może już tylko pomarzyć. A więc należało przyjąć do świadomości przykrą ewentualność, mówiącą że już nigdy nie wróci do zawodu chirurga.
Ponadto obawiał się, że pewnego dnia zostanie z tym sam. Bo taki cios mógł znieść tylko jeśli była z nim jego ukochana. To dla niej i Matyldy jeszcze walczył. Tylko i wyłącznie dla nich. Inaczej poddałby się.
Więc co mógł zrobić mężczyzna będący w sytuacji Falkowicza, gdy na jego drodze stawało zagrożenie? Niszczyć je, jeśli tylko naszłaby taka potrzeba. I pozbędzie się Janka jeśli ten zagrozi szczęściu jego rodziny.

Rankiem obudził się tuż obok Kasi, która wpatrywała się w niego zamyślona. Uśmiechnął się mimowolnie, a ta odwzajemniła wyraz. Mimo wszystko coś nie nie pasowało.
- Długo nie śpisz? - zapytał, kiedy pocałował już kobietę na powitanie. W końcu była to jedna z pierwszych ich wspólnych nocy, kiedy to nie musieli się już ukrywać, ani obawiać hałasów z korytarza. To nazywało się szczęściem.
- Myślałam. - uniósł brew zainteresowany. - Powiesz mi teraz co się tam stało? - odwrócił wzrok, zacisnął usta. Nie miał ochoty. Tym bardziej, że dowiedział się znacznie więcej niż chciał. Ten obcy chłopak, którego tak lekceważył przez długi czas okazał się jej byłym kochankiem. Może i na jedną noc, ale jednak. Zacisnął usta, zastanawiając się czy może zapytać, lecz zaniechał swego zamiaru. To nie powinno mieć znaczenia dla ich związku. Wszak nie byli wtedy jeszcze razem, a i ona niczego nie deklarowała. Mogła robić co jej się żywnie podobało, nawet z tym idiotą.
Poza tym... gentlemen nie chwali się swoimi byłymi, tak jak nie pyta swej wybranki o jej dawnych mężczyzn. Koniec końców i tak wiadomo kto wygrał.
- Porozmawialiśmy sobie trochę. - odrzekł swobodnym tonem.
- Nie zbywaj mnie. Widziałam wczoraj jak coś cie gnębi.
- Kochanie... - mruknął, obracając się na bok. Uśmiechnął się pokrzepiająco ujmując jej policzek w dłoń. Bawił się przez chwilę kciukiem, muskając jej gładką i zaróżowioną skórę. - Wyjaśniliśmy sobie parę kwestii. Dałem mu jasno do zrozumienia, że jesteś moja. - spojrzała na niego podejrzliwie.
- Andrzej... wiesz, musisz wiedzieć że...
- Cii.... - pocałował ją czule. Nie chciał wiedzieć. O pewnych rzeczach wolał nie słyszeć.
- Kocham cię. - odrzekła szczerze, marszcząc czoło, jakby coś ją męczyło. Doskonale zdawała sobie sprawę, czego mężczyzna mógł się dowiedzieć. Że była z Jankiem, tak teraz zyskała tę pewność. Znała ich obu. Młody rehabilitant zapewne nie omieszkał wykorzystać tak silnego argumentu. Do tego to dość bystra kobieta. Potrafi dodać dwa do dwóch. Zagryzła subtelnie dolną wargę, tak jak to miała w swym zwyczaju. On tylko z lekkim uśmiechem musnął jej usta kciukiem, uwalniając je, a zaraz potem pocałował.
- Ja ciebie też. - wyszeptał. - Dlatego dziś po pracy zapraszam cię na randkę.
- Randkę?
- Chyba przeoczyliśmy ten etap.
- Racja. Nie jesteś zbyt romantyczny. - zaśmiała się w głos.
- Nadrobimy. - dodał, gdy już leżał na niej.








Na następny rozdział nie powinniście czekać długo. Ponieważ mam na niego plan ;) Czekam na opinie ;)












czwartek, 25 sierpnia 2016

Zdradzać?



Powinnam... nie powinnam...

Taka ciekawostka dla umilenia czasu czekania na następny rozdział ;)

Smuda wraca do gry. Aktorka wróciła na plan, więc spodziewajcie się FaDy w najbliższych odcinkach! :D

Ach i next jutro ;)





poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Fragment rozdziału 5, serii II



Każdy poprzedni fragment niczego nie zdradzał. Ten ma zbudować napięcie. Dajcie znać czy udało mi się ;)



"- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. Znalazłem tam świetną prace. Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej tak silnie. Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Fakt, może na zewnątrz nie dał po sobie poznać, ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi."




Będzie bitka?







piątek, 19 sierpnia 2016

Rozdział 4



   Nie chciał stawiać jej przed faktem dokonanym. Lecz w istocie miał taki plan. Skoro Kasia nie zgodziła się do niego wprowadzić, to choć bardzo go kusiło, nie mógł tak po prostu włamać się do jej mieszkania i oczyścić je z wszelkich rzeczy osobistych.
A zrobiłby to. Gdyby tylko chciał jeszcze bardziej pogrążyć się w sytuacji, jakiej aktualnie się znajdował. Kobieta była bowiem na niego śmiertelnie obrażona za to, jak ostatnim razem posłużył się dzieckiem do wywarcia na nią nacisku.
Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. Zaskoczyła go. Bo przecież jeszcze niedawno nie chciała zdradzać swoich uczuć nikomu, prócz samego profesora naturalnie w sytuacjach intymnych. Matylda także dowiedziała się dla świętego spokoju. W końcu ile można kryć się przed dzieckiem, które obserwuje nas pełną dobę.
- Jest zajęty. Poza tym nie najlepiej mu się teraz układa z Wiktorią. - mruknął pod nosem, zastanawiając się jaki ruch wykonać, aby móc niepostrzeżenie podłożyć się Matyldzie w szachach.
- Na pewno? - Kasia podeszła od tyłu do córki i spojrzała badawczym okiem na szachownice. Niestety nie miała pojęcia na temat zasad tej gry, bo dziewczynka grywała tylko w szkole. Oczywiście próbowała nauczyć się tej sztuki od nastolatki, lecz widocznie nie była jej pisana taka umiejętność. - Wczoraj wydawało mi się, że bardzo dobrze się dogadują. Widziałam ich na mieście. - wytłumaczyła, gdy napotkała pytający wzrok Andrzeja. Mężczyzna jednak nie skomentował. Beznamiętnie spuścił wzrok i zamyślił się nad grą. Wykonał w końcu jakiś ruch, lecz widocznie przypadkowy, bo Matylda od razu krzyknęła zbulwersowana, że ten jej się podłożył.
- Mój błąd. Zagapiłem się.
- Mhm... Ta jasne. Jak mam trenować, kiedy ty dajesz mi wygrać? - obrażona nie wykonała żadnego ruchu. Założyła ręce na biodra i lustrowała oblicze ojca, który słuchał jej spod ściągniętych brwi.
- Już ci mówiłem, nie uważałem.
- Bo pokłóciłeś się z wujkiem? Dlatego nie chcesz, żeby...
- Matyldziu. - urwał surowo. Dziewczynka powiedziała zdecydowanie za dużo. Znacznie więcej, niż powinno wyjść na światło dzienne.
-No co? - wzruszyła ramionami, dopiero teraz rozumiejąc jego napięty wyraz twarzy.
- Wracaj do pokoju, masz chyba lekcje do odrobienia.
- Są wakacje.
- Słusznie. - zamyślił się chwilę. - W takim razie idź sprawdź co z tą asteroidą. To już chyba ten czas. - spojrzał pobieżnie na zegarek zdobiący jego lewy nadgarstek. Miał szczęście. Za niecałą godzinę na niebie miał być istny spektakl, a mała Smuda musiała się przecież do niego odpowiednio przygotować. W końcu takie widowisko należało sfotografować i dokładnie opisać w jej dzienniczku kosmicznym, jak to miała w zwyczaju robić.
- O co poszło? - zapytała spokojnie, kiedy już zostali sami. Usiadła jeszcze obok niego, tak o z kaprysu, a może z doskwierającego braku bliskości. Jako młoda para byli bardzo jej spragnieni.
Andrzej nie spieszył się z odpowiedzią. Nie był przygotowany na składanie wyjaśnień w tej sprawie. Powoli składał pionki i figury jego ostatnimi czasy ulubionej gry. Zamknął wreszcie z trzaskiem drewniane pudełeczko, a echo poniosło się po parterze. Jego dłonie straciły zajęcie. Dyskretnie wzdychając oparł się na kanapie, czując na sobie niecierpliwy wzrok kochanki.
- O nic konkretnego. Adaś ma za mało rozumu w głowie. Zupełnie jak nie mój brat.
- Pogodzilibyście się, gdyby to było coś błahego. - odrzekła swym łagodnym, głębokim głosem.
- Możliwe. - odrzekł, nie wierząc w to, że tak łatwo dojdzie pomiędzy nimi do porozumienia. Nie po tym co zaszło wczorajszego wieczoru. Ani Adam, ani Wiktoria już dawno nie dyrygują jego życiem. Za bardzo przyzwyczaili się do pomocnej dłoni Andrzeja. Teraz po prostu im go brak, bo nie mogą sobie poradzić sami. Troska? Też coś. Troską nie można nazwać wtrącanie się do cudzych spraw. A jeśli tą sprawą jest miłość, to zdecydowanie należy się odseparować od takiego zagrożenia.
Ale czy uda mu się odsunąć od Adama? Oczywiście nie chciał tracić z nim kontaktu. Nie w tym rzecz. Andrzej pragnął, aby jego brat uświadomił sobie, że są kwestie i wartości, które należą do intymnych i nie należy się nimi dzielić. A jest nią nowa rodzina. Każdy z nich taką tworzył i najlepiej by było, gdyby taki stan rzeczy dotarł do młodszego z rodzeństwa.
- Więc nie powinieneś mieć nic przeciwko, gdyby zjawili się wieczorem. - podsumowała swobodnie.
- Ale mam. Zrozum Kaśka, że wolałbym ten wieczór spędzić tylko z wami. - pochylił się nad nią, całując czule jej szyję, zaczynając od okolic za uchem.
- Czyli to coś poważnego. - spokojnie analizowała, mimo że pieszczoty jakie zadawał jej Andrzej nasycały w niej głód bliskości. - Proszę cię, bądź poważny... - wyszeptała, odpychając go od siebie delikatnie.
- Dobrze pani mecenas. - odrzekł zawiedziony. - Będę. Ale taka wolna chwila rzadko się zdarza. - spojrzał w kierunku drzwi do pokoju Matyldy. - A ja nie mam pojęcia, czy jestem aż tak cierpliwy. - znów zamruczał, tym razem lubieżnie, w jej stronę. Działał na nią nawet spojrzeniem.
- Sprawdzimy to. - uśmiechnęła się triumfalnie, bo wiedziała że ma go w garści. On także miał świadomość, że nie obejdzie się bez wyjaśnień. Postanowił więc być szczerym. Przynajmniej na tyle, na ile pozwoli mu jego przyzwoitość (bo takową zdążył w sobie wykształcić ten butny dawniej mężczyzna). Całą prawdą mógłby ją tylko zranić.
- Mój braciszek jest pantoflarzem. - westchnął w końcu. Kasia uniosła brwi zaintrygowana. - Leci za Wiktorią jak ćma w ogień.
- A ty jesteś zazdrosny?
- A niech go sobie bierze...
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Nie musisz przede mną ukrywać tego, że kiedyś coś cię łączyło z tą dziewczyną. Doskonale widziałam, jak na nią kiedyś patrzyłeś. To musiało być coś poważnego, mam racje? - po raz kolejny zaniemówił. Porażony jej dedukcją rozchylił tylko usta, przypatrując się jej w milczeniu. Lecz na twarzy kobiety nie dostrzegł wyrzutu, tylko niepewność. Jakiś lęk przed nieznanym, choć może właściwie to...
- Chyba nie jesteś zazdrosna o Wiktorię? - nie zaprzeczyła. Naprawdę bała się, że jego i rudowłosą panią doktor mogłoby coś jeszcze łączyć. Jak miał jej więc wytłumaczyć, że Consalida należy do reliktów przeszłości, które straciły w jego oczach swój blask świetności? Kiedyś promienna kobieta, teraz poważna kandydatka na jego szwagierkę. Szanował ją, lecz z zauroczenia jakiemu głupio poddał się dawnymi czasy, nie zostało już nic, prócz wspomnień. - Kasiu, Wiki owszem, była mi kiedyś bliska, ale z czasem boleśnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem w jej typie. To już minęło.
- Ale było poważne, prawda? - zamyślił się na chwilę.
- Wtedy tak myślałem. - nie kłamał. Rzeczywiście wbiła mu nóż w plecy, gdy odrzuciła jego zaręczyny. Jak przed nikim innym otworzył się, a ta zakpiła z jego uczuć. Wtedy zabolało, ale zaleczył rany. Zaszył się na nowo w swej znieczulicy, choć i to nie uchroniło go od kolejnych ciosów, jakie otrzymał od Wiktorii. Poznała jego słabe oblicze i stała się pewniejsza.
Ale wybaczył jej. Sam nie wiedział dlaczego. Może nie potrafił wyrzec się wszystkich zalążków ciepłego uczucia jakim darzył Consalidę? A może przez wzgląd na Adama?
- Ale my też mamy wiele pięknych wspomnień. Kiedyś byliśmy prawie tak szczęśliwi jak dziś. - Kasia zaśmiała się pod nosem na jedno z tychże dawnych obrazków przywołanych w pamięci, potakując jednocześnie.
- Zgoda. My też mieliśmy swój piękny czas. A teraz przeżywamy renesans. - złożyła nogi na kanapie i obróciła się bokiem w stronę mężczyzny. - Dlatego postanowiłam pójść na ugodę. - uniósł ciekawie do góry brew, słuchając uważnie, co kobieta ma mu do zaproponowania.
- Ugodę?
- Przeprowadzę się do ciebie. - nie czekał długo z pocałunkiem, lecz zrobił to taktownie, powoli i czule. - Ale... - dokończyła, gdy złapała oddech - Spróbujesz porozmawiać z bratem. Dzisiaj. Na kolacji.
- Chyba nie mam wyjścia. A teraz wybacz, ale zostało nam bardzo mało czasu. - i pociągnął ją za rękę w stronę schodów, by na piętrze dotrzymać pierwszej obietnicy, danej sobie.

Zaparkował pod mieszkaniem, które wynajmowali od przyjaciela na czas pobytu w kraju. Nareszcie udało mu się dokonać wszelkich formalności i otrzymać zgodę na budowę. A nie było to łatwe ze względu na tereny leśne, jakie otaczają działkę. Mnóstwo problemów, głównie z jej uzbrojeniem. W końcu ze świecą szukać znajdujących w pobliżu domostw, a zatem jeśli chcieliby choćby użyczyć od kogoś prądu... graniczyłoby to z cudem. Całe szczęście Krajewski zaopatrzył się już w agregat, co powinno wyeliminować problem elektryczności przynajmniej na jakiś czas.
Zmęczony urzędową biurokracją i klnący w myślach na niedostosowanie tak ważnych instytucji do dwudziestego pierwszego wieku, pokonał przedpokój i udał się do małego salonu połączonego z kuchnią.
- O jesteś już.
- Już? Chyba dopiero! Wiesz ile kolejek musiałem przeczekać? Ile kobiet musiałem zbajerować, żeby przyspieszyć wydanie paru dokumentów? - westchnął i rozsiadł się na kanapie. Oparł głowę, jakby miał zaraz wyzionąć ducha i przymknął powieki, wsłuchując się w swe obolałe ciało. Usłyszał szmer, który świadczył o tym, że ktoś się do niego zbliża. Tym kimś musiała być jego rudowłosa ukochana.
- Kotku, naprawdę nie musimy się z tym tak spieszyć.
- Ale skoro kiedyś chcemy tutaj wrócić, to chyba czas najwyższy zacząć tę budowę. - podjął, spoglądając na Wiktorię.
- Ale czy nie jest nam tak dobrze?
- Jak? Chcesz spać na walizkach? Wiki przecież ty też masz tutaj przyjaciół. Sama mówiłaś...
- Tak, mówiłam. - weszła mu w słowo. - Ale w Hiszpanii mamy pracę. Oboje. Może warto przez jakiś czas zostawić wszystko jak jest?
- Wiesz, naprawdę nie rozumiem. Przecież nie musimy wracać do Leśnej Góry. Z twoimi kwalifikacjami znajdziesz pracę w każdym warszawskim szpitalu.
- Boję się zostawić Blankę. - wyznała w końcu. Adam objął ją tylko ramieniem i spojrzał gdzieś przed siebie, zastanawiając się jak ma zdobyć zaufanie młodej pasierbicy. - Ma teraz problemy z tym chłopakiem, nie mogę jej tak zostawić.
- Wiki - dotąd oparta o niego plecami, teraz lekko odsunięta spojrzała kątem oka na partnera. Miała do siebie żal, lecz starała się grać silną. Przez ten czas pobytu w Hiszpanii starała się udowodnić sobie, że potrafi być matką. Nie dostrzegła niestety w tym wszystkim, że Blanka jest już dorosłą kobietą, a błędy jakie popełnia są nieodłączną częścią wchodzenia w ten dojrzały etap. Zaangażowała się, być może za bardzo. Tak bardzo przejęła się losem córki, że nie zauważyła swojego.
- Pamiętaj, że nie jesteś sama. Masz mnie, a Blanka może do nas przyjeżdżać. Jak chcesz ją przyjmować w tej kawalerce? A w naszym domu będzie miała swój własny pokój, bezpieczne miejsce tutaj w Polsce. My i tak tutaj wrócimy. Widzę jak tęsknisz za Agatą...
- A ty za Andrzejem. - dodała.
- Nie przesadzajmy. - zasępił się nieco. Wczorajsza sprzeczka należała chyba do jednej z najgorszych w ich braterskiej karierze.
- Naprawdę się zeszli? - podjęła temat. - On i Smuda są razem? - lecz on nie odpowiedział. Było to zbędne. - Może to nic poważnego...
- Nie sądzę... jak Andrzej w coś wchodzi, to nie odpuszcza.
- Skoro tak jej broni to chyba rzeczywiście mu zależy. Spędzali ze sobą tyle czasu, to musiało się tak skończyć.
- Wiesz, to chyba zaczęło się już dużo wcześniej. Znam Andrzeja i wiem, że nie zajmuje się cudzymi dziećmi bezinteresownie. Już wtedy ją kochał, jak tylko się pojawiła.
- Myślisz? - Jednak ich rozmowę przerwał telefon. Spojrzeli po sobie zaskoczeni, gdy na wyświetlaczu ujrzeli numer samego Andrzeja Falkowicza. Połączenie było krótkie, lecz tak samo intrygujące, jak jego pojawienie się. Chłopak ściągnął brwi i patrząc przed siebie oznajmił
- Mamy zaproszenie na kolację.

Na zewnątrz robiło się już chłodniej. Słońce nie przybrało jeszcze koloru pomarańczy, ale godzina na kolację była odpowiednia. Kasia, która zgodziła się tego dnia zostać na noc, nie spieszyła się już do domu. Spokojnie i z gracją mieszała potrawy w garnku, a Andrzej co chwilę zaglądał jej przez ramię, całując co raz to przy okazji, bądź klepiąc kobietę po pośladkach ukradkiem. Był w wyśmienitym humorze i postawił sobie za priorytet, że żaden Adam, czy Wiktoria nie popsują mu go. Nareszcie wszystko zaczęło się układać. Gdy tak przyglądał się swojej ukochanej, był nawet gotów w przypływie impulsu jej się oświadczyć, lecz tylko zaśmiał się w duchu. Przecież Kasia ledwie zgodziła się z nim zamieszkać. Przymuszona szantażem, ale jakże przyjemnym... Przeszedł go dreszcz na samo wspomnienie zręczności swojej partnerki.
Tak, zdecydowanie tego szukał w życiu.
- Tato... - w kuchni zjawiła się ich córka, której krągłą buzię zdobił szpetny grymas.
- Choć. - rozumieli się bez słów. Wystarczyło, że dziewczynka pokazała się z niezadowolona miną i rozpuszczonym włosami, od razu zorientował się czego się od niego oczekuje. - Przyniosłaś szczotkę? A grzebień? - miał wszystko. Kazał usiąść na pufie przed sobą, by móc zapleść tradycyjnego warkocza na głowie Matyldy.
Ręce chirurga szybko się z tym uporały. Mała nawet nie musiała sprawdzać, czy splot jej włosów wyszedł zgodnie z oczekiwaniami, bo przecież nie pierwszy raz profesor zaplatał jej ulubionego warkoczyka.
- Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
- Myślałaś, że sama sobie układała fryzurę przed szkołą? - kolacja była już gotowa, więc mieli chwilę dla siebie. Zdjęła szpilki i założyła nogi na pufie przed Falkowiczem, który mógł teraz bezkarnie przyglądać się jej szczupłym łydkom odkrytym przez pudrową wąską spódnicę z lekkiego materiału. Mężczyzna objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.
- Jak myślisz, jak zareagują? - odezwała się w końcu.
- Myślę, że już wiedzą. - odparł zgodnie z prawdą.
- Ta dziewczyna mnie nie lubi. Może chociaż z Adamem uda mi się dogadać.
- Oczarujesz ich oboje, tak jak oczarowałaś mnie. - uśmiechnął się szczerze, a kobieta odwzajemniła mu się tym samym.
Nie czekali długo, a zjawili się goście. Zaprosili ich do stołu, choć było nieco niezręcznie. Wiktoria próbowała się uśmiechać, lecz jakoś dziwnie się czuła w obecności Kasi, jak się szybko okazało (dzięki Matyldzie) gospodyni domu. Smuda za to z każdą chwilą była coraz pewniejsza siebie, lecz mimo wszystko przez cały czas wyglądała naturalnie spokojnie. Choć nikt nie wypowiedział tego na głos, to już na pierwszy rzut oka można było zyskać pewność, że ta kobieta była stworzona dla profesora.
Bracia też jakby zapomnieli o całej sprzeczce, a może po prostu nie chcieli o niej pamiętać przynajmniej na czas wieczoru.
Robiło się coraz później, a całe towarzystwo ucztowało w najlepsze. Każdy świetnie wszedł w swoją rolę i o kłótniach, czy zawiściach nie było śladu. Przynajmniej na ten czas, lecz nie wyprzedzajmy faktów.
Gdy na zewnątrz zapanował mrok, a było może po dwudziestej, do drzwi podszedł kolejny gość. Zerknął raz jeszcze na numer zapisany na jego karteczce, a widniał tam pełen adres domu Falkowicza oraz jego nazwisko. Udało mu się zdobyć tę informację, choć musiał przyznać, że nie było łatwo. Dziwne, ale widać profesor cenił sobie prywatność.
Zauważył, że palą się światła, więc przycisnął przycisk dzwonka. Z zaciętą miną wyczekiwał, by ujrzeć twarz mężczyzny, który zajął jego miejsce. Zmiął kartkę i wrzucił ją do kieszeni szarych spodni. Nie mógł się doczekać tego spotkania. Nareszcie odwdzięczy się za zrujnowanie jego życia.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął ten mężczyzna, Falkowicz. Na początku przyjrzał się mu badawczo, a po chwili już wiedział. Poznał.
Zza jego pleców wychyliła się także Kasia. Oczy jej rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów i zamarła, gdy ten obdarzył ją promiennym uśmiechem.
- Jan... - wyszeptała.
- Wróciłem.







No i co? Namiesza? W każdym razie trafiłyście ;) A biologicznego ojca zostawmy scenarzystom. Myślę, że prędzej czy później stanie oko w oko z Falkowiczem tak jak teraz Jan.


Ciesze się, że anonimki zaczęły się podpisywać!
No więc co sądzicie?












środa, 17 sierpnia 2016

Fragment 4. rozdziału, serii II

Obecany.



"Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. (...)"




;)




wtorek, 16 sierpnia 2016

Informacja



Myślę, że ważna.

Dotarliśmy do drugiej serii, ale ta będzie znacznie krótsza niż poprzednia. Z tego względu, że od października zaczyna się nauka.

Zatem na drugą serię planuję około 10 rozdziałów. Zapewne wyjdzie trochę więcej.

Dlatego będę szastała dedykami dla komentujących. Proszę więc o podpisywanie się aninimków ;)

A co do nextu, bo skoro już się odezwałam to dobrze żeby zobaczyło to więcej osób. Planuję na czwartek, ale nie obiecuję.
Póki co postaram się o jakiś godny pokazania fragment. Na jutro.
Ktoś powróci...





niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział 3

Dla anonima, który... (pod tekstem)



Po pewnym czasie udawanie związku przed małą Smudą stało się nie lada katorgą. Dziewczynka nie odstępowała rodziców na krok, ciesząc się z tego, że oboje nareszcie żyją w zgodzie. Wielokrotnie próbowała nawet ich swatać. Któregoś wieczoru, gdy Andrzej przyjechał ich odwiedzić, dziewczynka postawiła sobie za priorytet urządzić dorosłym romantyczną kolację.
- Matyldzia, co ty tam wyrabiasz? - z salonu odezwał się Falkowicz, który do tej pory zajęty był rozmową z Kasią. - Nie waż się dotykać kuchenki!
- Jestem już duża, nie możesz mi zabraniać! - krzyknęła z drugiego pomieszczenia, niestrudzenie śledząc przepis na spaghetti. W pocie czoła przyrządzała ciepłe danie, które miało być tym głównym na eleganckiej kolacji. Problem niestety polegał na tym, że dziewczynka jeszcze nigdy nie przyrządzała wspomnianego przysmaku sama. Zawsze pomagała jej w tym Kasia, lecz tym razem nie pozwalała mamie mieszać się w swoje ambitne plany.
Zadanie okazało się wysoce ryzykowne, gdy makaron wciąż pozostawał zbyt twardy, a wody w garnku konsekwentnie ubywało. Niestety to nie był jedyny problem Matyldy. Sos pomidorowy również wyszedł zbyt blady i co najgorsze - piekielnie ostry. Z tym ostatnim lekko przerażona postanowiła rozprawić się najprościej.
- Po prostu postawie wodę. - wzruszyła w końcu ramionami i dalej mieszała swoje danie.
- Czujesz? - Andrzej nie potrafił skupić się na kobiecie, kiedy w kuchni krzątała się jego nastoletnia podopieczna. Nigdy nie pozwalał jej dotykać się do kuchenki w jego mieszkaniu, dlatego i tym razem nie był pewien, czy mała bezpiecznie obchodzi się z takimi sprzętami. - Coś się przypala.
- Oczywiście... będę miała co szorować. - Smuda była rozdrażniona tym, że nie miała wstępu do własnej kuchni. Doskonale znała talent swojej córki do gotowania. Owszem, wychodziło jej co nieco, ale Kasia zawsze kontrolowała zamiary dziewczynki. Lecz o jej bezpieczeństwo była mimo wszystko spokojna.
- Chyba powinniśmy jej przerwać. To przestaje się robić zabawne.
- Czekaj. - pociągnęła mężczyznę za jego krawat, zmuszając go by na nowo usiadł tuż obok na kanapie. - Tylko ją zdenerwujesz. Niech sobie gotuje.
- Przecież się poparzy! Wyleje coś na siebie i nieszczęście gotowe! - z coraz większym niepokojem analizował dochodzące go zapachy. - Zaraz trzeba będzie jechać na pogotowie, a tam dyżur ma pewnie Zapała. Blizna na całe życie... - zacisnął w końcu wargi, gotowy ruszyć do kuchni, gdy tylko usłyszy coś niepokojącego.
- Przesadzasz. Ona ma już trzynaście lat.
Tymczasem Matylda zrozpaczona wywalała właśnie do kosza przypalony makaron, do którego na śmierć zapomniała dolać wody. Nie udało się jej także nasycić koloru sosu, myślała nawet aby poprosić o pomoc swoją mamę, ale wtedy z romantycznej niespodzianki byłyby nici. Zmartwiona wyłączyła ostatni palnik i usiadła załamując ręce na stołku kuchennym. Jej plan się nie powiódł, co więcej - wyszło gorzej niż się tego spodziewała. Obawiała się, że już zawsze pozostanie dzieckiem "z rozbitej rodziny", jak zwykły mówić jej koleżanki.
Wyszła w końcu z fartuszkiem owiniętym (był zdecydowanie za duży) wokół bioder. Z podniesioną głową i trudnym do odczytania wyrazem twarzy poinformowała w końcu zdenerwowanych niewiedzą rodziców, że za chwilę poda kolację.
- Zaczyna się. - mruknął pod nosem profesor, odchylając się od Kasi. - Jak ty jej nie powiesz, to jak Boga kocham - jeszcze dzisiaj zrobię ja. - Kasia spojrzała na niego niepewnie. - Kobieto, to się robi niebezpieczne! - to nie była pierwsza próba zeswatania pary, lecz zdecydowanie najuciążliwsza dla skołatanych nerwów Andrzeja.
Dziewczynka pewnie krzątała się po salonie, a ich oczom z czasem ukazała się pełna zastawa stołu, razem z kieliszkami do wina i świeczkami, które oczywiście na samym końcu zapaliła.
- A wino? - zdumiony Falkowicz uniósł jedną brew, przypatrując się elegancko zastawionemu stolikowi w salonie. Matylda pobiegła od razu po gorący dzbanek, w którym zaparzyła herbatę. Mężczyzna, gdy tylko ujrzał co mu przyjdzie pić w drobnych szkłach przeznaczonych do czerwonego wina westchnął ciężko.
Kasia dotąd z oczyma szeroko otwartymi, gdy tylko spostrzegła kątem oka reakcję kochanka zaśmiała się w głos.
Matylda ostatecznie zadbała o to, by na stole pojawiło się jakieś jedzenie. W zdobnym szklanym naczyniu podała gotowy sos, a w wiklinowym koszyczku ułożyła starannie pokrojony chleb.
Oboje rodziców byli bardzo zaskoczeni kreatywnością ich pociechy. Ostatecznie odetchnęli z ulgą i podziwiali efekty ciężkich starań córki.
  Późnym wieczorem, gdy Andrzej miał już zbierać się do drogi, postanowił jeszcze, że zajrzy do Matyldy, która od kilku godzin siedziała we własnym pokoju. Chciała naturalnie dać rodzicom jak najwięcej swobody, dlatego też udała, że musi wcześniej położyć się spać.
Profesor uchylił drzwi do malutkiego pokoju pociechy i ujrzał leżącą tyłem do niego dziewczynkę. Podszedł do jej łóżka i usiadł na skraju. Westchnął ciężko i mruknął w ciemnościach słowa skierowane do córki.
- Wiem, że się starałaś. - wspomniał, jak zakrztusił się ostrym sosem i popijał go herbatą w kieliszku, a Kasia dławiąc się ze śmiechu katowała jego plecy. - Ale chyba już dosyć tych swatań, co? - doskonale wiedział, że nie śpi. - Wytrzymaj do jutra, hm? Mamy ci coś z mamą do powiedzenia. - odetchnął z ulgą, gdy Kasia uległa w końcu jego namową i zgodziła się ujawnić przed własnym dzieckiem. Uśmiechnął się bezradnie w ciemnościach i pochylił się nad dziewczynką, by pocałować ją w policzek. Poprawił jeszcze kołdrę i wyszedł z pokoju, by udać się w końcu do własnego domu.

- To teraz będziemy wreszcie razem mieszkać? - jak wyrocznia siadła na przeciw pary, która z oczyma wielkości solidnych monet przypatrywała się córce. Choć właściwie profesor jakby złagodniał na twarzy po chwili i uśmiechnął się dumnie. Spojrzał kątem oka, znad uśmiechu na kobietę obok i z perfidią w zamiarach dał jej odpowiedzieć.
- Kochanie, oczywiście że nie. - odezwała się łagodnie. - Nie masz się czym martwić, wszystko zostanie tak jak do tej pory po staremu. - dodała, jakby sądziła, że tego właśnie oczekiwała nastolatka. Dziewczynka jednak głęboko zdziwiła się słowami matki. Coś musiało pójść nie tak, bo skoro są parą, to dlaczego nie chcą razem zamieszkać?
- To kochacie się, czy nie? - oparła wyprostowane w łokciach ręce o nogi i z surową miną lustrowała kochanków. Falkowicz po raz kolejny zachowywał milczenie.
- Co to za pytanie! - prychnęła Kasia, marszcząc gniewnie brwi.
- No to dlaczego nie chcesz się wprowadzić do taty? - jęknęła - Coś zrobiłeś, tak? I mama się na ciebie gniewa? - zwróciła się do tego milczącego w towarzystwie.
- Matyldzia, po pierwsze - nie takim tonem. - choć cała ta sytuacja trochę go bawiła, to jednak pozwolił sobie zagrać surowego rodzica. - Do matki odnoś się zawsze z szacunkiem moja damo. Po drugie - nie mam nic przeciwko żebyście się tutaj wprowadziły choćby dzisiaj. - dodał swobodnym tonem, opierając się zaraz potem o kanapę. Z pozoru błahe słowa, niewiele znaczące, lecz siła sugestii przekazana dziecku jest ogromna. Młoda pociecha zapewne zadziała w tym cichym sporze o wiele skuteczniej niż sam Falkowicz. Racja - cios poniżej pasa, ale czy mógłby nie wykorzystać tak silnego ruchu?  Dla Andrzeja najważniejsze było to, że działał dla dobra ich wszystkich. Przyśpieszył jedynie to co nieuniknione. Genialne w swojej prostocie, nie prawdaż?
- Ekstra! Jedziemy się spakować? - krzyknęła podekscytowana, szczerząc się ze szczęścia do gotującej się ze złości kobiety. - No mamo, na co czekasz?
- Aż ktoś zapyta co ja o tym sądzę. - syknęła, spoglądając gniewnie na zadowolonego Falkowicza.
- Kochanie, no chyba nie masz nic przeciwko. - mruknął zdecydowanie za słodko, obejmując dłonią talię kochanki. Zbyt czule i w nie odpowiednim momencie, bo Kasia aż kipiała z gniewu. - Tak będzie nawet łatwiej... - mruknął jej nad uchem, a nie wiedzieć dlaczego na myśl jej przyszły nagle same nieprzyzwoite myśli.
- No! I będę miała swój własny ogród, z huśtawką! - rzuciła dziewczynka, nie zauważając rozpływających się nad sobą rodziców.
- Dziecko, przedyskutujemy to jeszcze. - westchnął wybity z brudnych myśli przybrany ojciec dziewczynki.
Kasia całą resztę dnia próbowała uspokajać zapały dziewczynki do wielkiej przeprowadzki. Nie miała jeszcze odwagi na tak radykalną zmianę. Bała się, że ich świeży związek może nie przetrwać tak nagłej próby. Andrzej natomiast był po raz kolejny pewny swego. Jego zdaniem nie było czasu na takie dylematy. I choć do tego się nie przyznawał, to cały czas miał w głowie Filipa, pacjenta, z którym przez długi okres pobytu w Leśnej Górze dzielił salę na onkologii. Chłopak był od niego młodszy, a zmarł zanim zdążył dopełnić wszystkich swoich planów. Falkowicz bał się, że i jemu nie starczy czasu na poważne deklaracje. Postanowił wszystko przyspieszać i czerpać z tych chwil całą pełnie szczęścia. Nie było tu miejsca na zawahania, czy dylematy. Jego działaniom przyświecał jeden cel - nigdy nie wypuścić Jej z rąk.

Tego samego dnia, późnym wieczorem do brata postanowił zawitać Adam. W związku z tym, że obecnie przebywali razem z Consalidą w Polsce na urlopie od pracy hiszpańskim szpitalu, to czas wolny spędzali właśnie na odwiedzinach u bliskich.
Krajewski minął się w drzwiach z Kasią, która niestety nie dała się przekonać Andrzejowi na wspólną noc. Kobieta rozstać się jednak musiała z córką, która zawiedziona postawą matki w sprawie przeprowadzki odmówiła powrotu do domu. Tak więc obaj panowie dziwnie przygnębieni, lecz każdy inną sprawą, zasiedli na kanapach profesorskiego salonu.
Andrzej widząc zmartwienie na twarzy brata, nie żałował swojej whisky, także i sobie. Nalał odrobinę do swojej szklanki i zdecydowanie więcej do szklanki gościa. Rozsiadł się na przeciwko chłopaka jeszcze przez chwilę analizował w ciszy jego minę.
- Brat... - zaczął w końcu - Jak to jest opiekować się nie swoim dzieckiem? - podjął zupełnie poważnie. Falkowicz niespiesznie uniósł brwi, zdumiony pytaniem.
- Zakładam, że młodsza Consalida dała ci popalić. Nic dziwnego, skoro mała diablica ma w sobie choć krztę krwi Wiktorii. - wspomniał, gdy przed laty pierwszy raz ujrzał ową dziewczynę.
- Nie o to chodzi... - lekko gubił się w zeznaniach. - Blanka zachowuje się w porządku. Jak na nastolatkę, która kiedyś była zakochana w ojczymie... - dodał z jakąś niechęcią do delikatnych wspomnień. - Ona po prostu jest.
- I myślisz o morderstwie. - dokończył z kpiną Falkowicz. Niecierpliwił się, a Adam tylko zwlekał z wyjaśnieniami. - Kocham cię, ale wolność mi miła. - westchnął, poprawiając kołnierz białej polówki, choć z przyzwyczajenia szukał tam krawatu.
- Potrzaskało cie? - zdenerwował się gość, gdy profesor zaczął bagatelizować jego problemy. - Wiesz co, nie potrzebnie tutaj przychodziłem. - zerwał się do wyjścia
- Czekaj! - posłuchał. Obrócił się, by spojrzeć na brata i czekał na jego słowa. - Powiedz w końcu co cie gryzie. Konkretnie. - Krajewski uspokoił nerwy i rozmyślał nad sensowną odpowiedzią.
- Blanka zawsze już będzie pomiędzy nami. To już dorosła dziewczyna, więc nie będę jej niańczył, ale w naszej trójce jestem właściwie dla niej nikim. Nie mam w jej oczach żadnego znaczenia. A Wiki daje mi to odczuć. To nas jakby oddala od siebie. - z ogromną bezradnością w oczach spojrzał na Andrzeja.
- Może i Matylda nie jest moją biologiczną córką - zaczął powoli profesor, odpowiadając w końcu na pierwsze pytanie brata. - Ale spędziliśmy ze sobą tyle czasu, żeby sobie zaufać. - Adam notował w pamięci niebezpośrednie rady Falkowicza.
- Czyli co? "Czas leczy rany"? - zacytował popularną sentencję, lecz mężczyzna kontynuował swoją mowę.
- Biologia dla mnie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Kocham ją jak własne dziecko, więc nim jest. I tak je traktuje.
- A jak ja nie będę potrafił tak pokochać Blanki? - szczerze w to wątpił, że jeszcze uda mu się ta sztuka.
- To masz problem. - profesor wzruszył obojętnie rękoma, pociągając łyk gorzkiej whisky. W głębi duszy jednak zakpił z naiwności brata, który z biegiem czasu stawał się mimo wszystko dojrzalszy. Mężczyzna stateczny potrafi uporządkować sobie w głowie swoje priorytety, dlatego Andrzej nie miał wątpliwości co to tego, że Adam w końcu odnajdzie się w trudnej sytuacji. - Może chociaż młoda Consalida obdarzy cię promiennym uczuciem. Albo cie znienawidzi. Bo prędzej czy później staniesz się jej ojczymem. - i nie miał tutaj na myśli zmiany stanu cywilnego, lecz stanu umysłu wspomnianej trójki.
- Wiesz co brat? Zazdroszczę wam takiego układu. Nie jesteście z Kaśką razem a mimo to wspólne wychowujecie Matyldę. I zero problemów. Wszystko jasne. A i dla ciebie lepiej. Bo może Wiki miała racje, że ta cała Smuda nie jest dla ciebie. Ty się starałeś, a ona uciekła z dzieciakiem za granicę. Skąd wiesz, że możesz jej zaufać w związku?
- Przekaż Wiktorii... - syknął ze złości Andrzej, który już od dłuższej chwili zaciskał w nerwowym tiku pięść. - Że moje uczucia, to już od dawna nie jej sprawa.
- Wiem stary, nie denerwuj się - Adam uniósł od razu dłonie w geście obronnym. - Martwimy się o ciebie, wiesz? Jak rodzina.
- Trzymajcie się swojej. Ja też będę. - dodał groźnie. - Bo tak się składa, że już jej zaufałem. A ona mnie. Jeśli się na tym przejadę, to wybacz rodzino, ale to nadal będzie moja własna sprawa.
Nie w taki sposób mieli się dowiedzieć o nim i Kaśce. Zdecydowanie nie w taki.






...który zażyczył sobie wspólnego mieszkania tych dwoje ;)





Uff poprawiane na szybko, także są na pewno jakieś będy, które poprawie jeszcze dziś ;)

wtorek, 9 sierpnia 2016

Rozdział 2

Obiecany dedyk dla osoby, która (prywatnie, ale jednak) odpowiedziała poprawnie na moją zagadkę. Szukajcie okazji do zdobycia dedykacji pod postami ;)
A więc dla Patrycji, za "burzę" ;)




- Jadę na rozmowę z Tretterem. - oznajmił zniecierpliwionej kobiecie, która z wyrzutem przyglądała się Andrzejowi. Mężczyzna lekko poddenerwowany niesfornym materiałem krawata, który za nic z świecie nie chciał się gładko ułożyć, szarpnął w końcu za owy przedmiot i klnąc pod nosem zaczął wiązać go od nowa.
- Mieliśmy jechać na zakupy do galerii. - przypomniała, zakładając dłonie na piersi.
- Kotku, jeśli tylko to przekonałoby Trettera, już dawno... - westchnął zezłoszczony na uwiązany materiał, który w połowie zawijał się w drugą stronę. - Mój najlepszy krawat. Pogadam sobie z Adamem. Albo z Wiktorią... - poprawił się. Rudowłosa dziewczyna pewnie miała w tym więcej swojej zasługi.
- Andrzej, nie przyjmuj jego propozycji. Dobrze wiesz, że nie możesz. - marszcząc swe ciemne brwi, podeszła bliżej mężczyzny. Przekręciła głowę lekko na bok, choć z tej perspektywy wadliwa część garderoby wcale nie wyglądała lepiej. Falkowicz opuścił więc dłonie i czekał, aż kobieta sama zajmie się kłopotliwym krawatem. Zajrzała do odsuniętej szuflady, w której starała się dostrzec jakiś godny zamiennik. Sunęła palcem po materiałach, aż w końcu wybrała jeden spośród odcieni czerwieni. Wyjęła i oplotła swe dłonie na szyi kochanka. Bynajmniej nie w celu okazywania uczuć, lecz jakaś iskra intymność rozbłysła pomiędzy nimi. Zmysłowo, niespiesznie zawiązywała krawat tuż pod kołnierzem prążkowanej koszuli. Nie spoglądała mu w oczy, lecz czuła, że patrzył.
- Kasiu... - chciał zbliżyć się do niej, ale usłyszeli kroki, które musiały należeć do Matyldy. Kobieta instynktownie próbowała odsunąć się od niego, gdy ten złapał ją za biodra.
- Zobaczy nas, puść. - szepnęła, przerażonym wzrokiem patrząc w stronę mleczno szklanych drzwi garderoby.
- Nie sądzisz, że najwyższy czas przestać się ukrywać. - Szepnął jej zmysłowo nad uchem. Nadal nie puszczał.
- Zwariowałeś! - pisnęła, przekonana że córka jest już bardzo blisko.
- Owszem - mruknął, chcąc ją pocałować, lecz w porywie czułości rozluźnił swój uścisk dłoni, co szybko wykorzystała Kasia. Odsunęła się od Andrzeja na bezpieczną, przyjacielską odległość.
- Mamo? - dziewczynka zajrzała do garderoby, gdzie zastała tatę, któremu wyraz rozczarowania jeszcze nie zdążył zejść z twarzy; oraz mamę, która była czymś wyraźnie zaskoczona. - Jedziemy w końcu, czy nie? - Matylda marszcząc gniewnie brwi przestąpiła z nogi na nogę, a zakładając dłonie na piersiach upodobniła się do matki już zupełnie.
- Naturalnie kochanie, ale same. Tata musi pojechać do szpitala. - dziewczynka momentalnie zbladła. Rozwiązała mimowolnie splecione ręce i zapytała zupełnie innym tonem głosu.
- Znowu? Przecież mówiłeś, że jesteś już zdrowy.
- Skarbie... - szybko pokonał te dwa kroki ich dzielące. Uklęknął przed nią i ujął za ramiona. - Oczywiście, że jestem. Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie okłamał. - uśmiechnął się czule do ciągle wstrząśniętej nastolatki. Zdawał sobie sprawę z tego, jak ta bardzo musiała przeżyć całą jego chorobę. Za nic w świecie nie chciałby narażać tej kruszyny na takie zmartwienia raz jeszcze. - Pamiętaj, że szpital to moje miejsce pracy i teraz pozostanie tylko miejscem pracy, zrozumiano? - udał surową minę, a gdy Matylda uśmiechnęła się w końcu kiwając twierdząco, on w odpowiedzi przytulił swoją kruszynę. - No już. Koniec tych czułości. Idź się przebrać do wyjścia.
- Już się przebrałam! - odparła obrażona, że Andrzej nie zauważył jej wyjściowego stroju.
- Wspaniale, to idź poczekać w samochodzie. - wstał z kolan.
- Będę tam czekała całe wieki!
- Matyldziu bardzo proszę zrób to, o co cię prosiłem. - Kasia była pod wrażeniem jak w jednej chwili jej partner zmienił się z czułego, w wymagającego rodzica. Zupełnie jakby wychowywanie dzieci miał we krwi. Lecz kogo jak kogo, ale Andrzeja nie mogłaby o to podejrzewać.
- Nie wiem co powiedzieć - podsumowała, gdy byli już sami.
- Najlepiej nic. - mężczyzna bezpretensjonalnie złapał Kasie za jej bok i bezczelnie przyciągnął do siebie, nie pozostawiając między ich biodrami milimetra przestrzeni. I pocałował ją, w końcu oddając się pokusie, która dopiero teraz stała się dostępna.
Choć oddała jego czułości, choć i ona zaangażowała się w nie wcale nie mniej, to gdy zabrakło im oddechu oderwała się od mężczyzny i z nieodgadnioną miną spojrzała na niego. Złapała zmysłowo za jego krawat, jakby chcąc go poprawić, a przecież leżał idealnie, chwyciła mocniej i zacisnęła go szybkim ruchem na szyi profesora. Ten dotąd zadowolony, skrzywił się lekko.
- Tak lepiej. - A prosiła, by się powstrzymywał. Jej córka była bystrą dziewczynką i dopóki nie odeszła na bezpieczną odległość, musieli się pilnować.
Opuściła garderobę, gdy dokonała swojej malutkiej zemsty na mężczyźnie, za jego dziecinne zachowanie. Miłe, całkiem miłe, ale jednak dziecinne. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła schodami, by odnaleźć znudzoną Matyldę.
Falkowicz poluźnił od razu splot pod szyją i kątem oka obserwował kobietę opuszczającą pomieszczenie. Nabrał głębiej powietrza w płuca i wypuścił je unosząc jeden kącik ust do góry.

Dziarskim krokiem przekroczył próg Leśnogórskiego szpitala. Kroczył dumnie, zupełnie nie jak pacjent, którym bywał przez ostatni czas. Swą postawą dawał jasno do zrozumienia, że jest tam ważną personą.
Uśmiechał się czarująco do zaskoczonych jego nowym obliczem pielęgniarek. Świeżych rezydentów strofował wzrokiem, a ci od razu spuszczali głowy, z niewyjaśnionych powodów odczuwając poczucie winy. Stary Falkowicz powrócił.
Skierował swe kroki do gabinetu dyrektora owej placówki. Nie dał szansy pani Ani na zaanonsowanie się u Trettera, zapukał dwa razy i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
- Panie dyrektorze ja mówiłam, że pan jest zajęty... - tuż za profesorem wpadła do gabinetu sekretarka, lecz Stefan nadal lekko zaskoczony uspokoił kobietę i poprosił ją uprzejmie o dwie kawy.
- Dziękuje, że pan przyszedł profesorze. - Tretter wskazał Falkowiczowi krzesło po drugiej stronie jego biurka i dyskretnie chowając niedojedzone ciasto na półkę pod meblem, usiadł razem gościem po swojej stronie.
- Darujmy sobie tę kurtuazyjną pogawędkę. Do rzeczy dyrektorze. - Andrzej założył nogę na nogę, opierając się przy tym nonszalancko.
- Tak, oczywiście... Zadzwoniłem do pana, ponieważ uważam, że jest pan jedyną osobą, która może podjąć się tego wyzwania. Ma pan już pewne doświadczenie, więc jestem przekonany, że bardzo szybko wdroży się pan we wszystkie procedury.
- Chwileczkę... - mężczyzna zamachał dłonią w powietrzu, wykonując jakiś bliżej nieokreślony, lecz majestatycznie wyglądający ruch. Skutecznie uciszył tym Trettera, który wyczekiwał zapewne pytania ze strony Falkowicza. - Uściślijmy. Chce pan, abym wrócił do zespołu, zgadza się?
- Niezupełnie.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale nie rozumiem. - Tretter był wyraźnie czymś rozproszony. Zamilkli na chwilę, gdy w gabinecie pojawiła się pani Ania z kawą. Dyrektor poddenerwowany obserwował powolne ruchy kobiety, uśmiechając się dziwnie w geście podziękowania. Andrzej natomiast w napięciu lustrował oblicze podstarzałego mężczyzny, który ociągał się z przejściem do sedna sprawy.
- Nie jest pan czynnym lekarzem, i wybaczy pan szczerość, ale minie sporo czasu zanim wróci pan na salę operacyjną. - Profesor słuchał uważnie wywodu przełożonego. Na ostatnio słowa prawie nie drgnął, zacisnął tylko prawą pięść w kostkę. - Jest pan znakomitym fachowcem...
- Może pan sobie darować te komplementy. - przerwał od razu. - Obaj znamy moją wartość i moje zasługi dla tego szpitala. Choć to drugie może właściwie tylko ja. Po co mnie pan wezwał dyrektorze? - zapytał z pozoru spokojnie.
- Odchodzę na emeryturę i nie znajduje nikogo, kto mógłby mnie godniej zastąpić.

Nie spodziewał się takiej propozycji. Owszem przewidywał, że Tretter chciałby go przywrócić do pracy, lecz sądził że na stanowisko ordynatora chirurgii. Nawet na takim stanowisku potrzebna jest znajomość personelu oraz ich umiejętności. A na tak ważnym oddziale, jakim jest chirurgia nie pozostało już wielu zaufanych lekarzy.
Ordynatura to ciężki kawałek chleba, ale jak słusznie zauważył Tretter, on nie miał jeszcze możliwości przeprowadzania operacji. Dlatego, gdyby jednak objął to stanowisko mógłby liczyć na to, że po upływie pewnego czasu powróci do tego, co kochał najbardziej, czyli kontakt z pacjentem... nieprzytomnym naturalnie. Zarządzanie szpitalem natomiast nie dawało ku temu okazji. Pamiętał czas swojej błyskotliwej, aczkolwiek bolesnej w skutkach kariery, jako właściciel prestiżowej kliniki. Formalności i stosy dokumentacji nie dawałyby mu wielu sposobności do wejść na salę operacyjną.
Z drugiej jednak strony, czy to nie był awans, na który od zawsze zasługiwał i nawet przez pewien czas zabiegał?
Zamyślony wpadł na przerażoną kobietę, która błędnym wzrokiem najpewniej szukała czegoś.
- Prze... przepraszam pana... - miał wrażenie, że ta zaraz zaniesie się płaczem. Nawet nie spojrzała mu w oczy. Rozbieganym wzrokiem błądziła gdzieś w głębi korytarza za jego plecami.
- Mogę w czymś pomóc? - schował telefon do kieszeni marynarki.
- Moja córka... została... przywieźli ją tutaj...
- Spokojnie. - zwrócił się swym opanowanym głosem do roztrzęsionej kobiety, po czym odnalazł najbliżej przechodzącą pielęgniarkę. - Pani Anastazjo - szybko przeczytał imię na jej plakietce. - Proszę podać tej pani diazepam i zaprowadzić na oddział dziecięcy. - domyślił się, że córka kobiety musi znajdować się właśnie tam. - Ale najpierw leki! - rozkazał, po czym badawczym wzrokiem odprowadził kobietę, która nadal rozpaczliwie dopytywała się o swoje dziecko.

Wrócił do domu, lecz nie zastał tam nikogo. Lekko rozczarowany rozpiął guzik marynarki i zdjął ją ze swych ramion, by po chwili rzucić nią na oparcie kanapy. Cisza była przytłaczająca. Matylda wróciła do Kaśki po weekendzie spędzonym u niego, a Kasia nadal mieszkała u siebie, by nie zdradzać pozorów. Choć on miał serdecznie dosyć takiej zabawy w kotka i myszkę.
Pragnął aby ich relacje cały czas się rozwijały, nie zatrzymywały się na poziomie studenckiego zauroczenia i chowania się po kontach.
Dlatego nie raz sugerował swojej kobiecie, aby zamieszkała razem z Matyldą w jego domu. Ona jednak była uparta i nie pomagały argumenty, które jednoznacznie sugerowały, że to rozwiązanie posiada tylko i wyłącznie same plusy. Rozumiał, że chciała być ostrożna, być może nawet bała się tak stanowczych kroków, aby nie dawać złudnych nadziei swojej córce. Ale był pewien, że dziewczynka i tak przeczuwała, jak zmieniły się relacje tych dwojga. A jeśli nie, to przecież było to tylko kwestią czasu.
Sięgnął po telefon, który gnieździł się w kieszeni jego marynarki. Wybrał numer, z którym ostatnimi czasy łączył się najczęściej. Nie czekał długo, by usłyszeć jej aksamitny głos w słuchawce.
- Jak poszło spotkanie?
- Nie chodziło o ordynaturę. - zaprzeczył wcześniejszym ich domniemaniom. Kasia zaskoczona zamilkła na chwilę.
- Zwykły wakat chirurgów? - strzelała najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. - Nadal uważam, że nie powinieneś tak się spieszyć z powrotem do pracy. To jeszcze za wcześnie.
- Tretter... - westchnął, poprawiając zawinięty krawat. - Zaproponował mi stanowisko dyrektora szpitala. - dokończył swym głębokim głosem. - Jesteś tam?
- Tobie? To znaczy... - zdała sobie sprawę z tego, jak niefortunnie to zabrzmiało, na co Falkowicz tylko uśmiechnął się pod nosem. On też nie przypuszczał, że Stefan Tretter obdarzy go takim zaufaniem. - Myślałam, że nie przepada za tobą. Andrzej, gratuluje!
- Nie zgodziłem się.
- Co? Zwariowałeś!? - wrzasnęła, trochę za głośno do telefonu. - Jak mogłeś zmarnować taką szansę... - rozpaczała.
- Powiedziałem, że muszę to przemyśleć. - wyjaśnił. - Uznałem, że w związku taką decyzję podejmuje się wspólnie, czyż nie? Nie bardzo się znam, ale chyba przyznasz mi racje, hm? - tym wyznaniem wprawił w osłupienie Kasię. Uczucie ciepła rozlało się w okolicy jej serca, zaciskając gardło, co niektórzy zwą wzruszeniem. Nie przypuszczała, że ten mężczyzna okaże się tak wspaniałym partnerem, bo do takich wniosków doszła w tamtym momencie. To już nie była para kochanków, lecz partnerów. Dających sobie nie tylko nieziemskie doznania seksualne, ale także wsparcie i zaufanie.
- Co powiesz na lampkę wina, u mnie? Żeby oblać twój sukces?






Voila! ;) Co myślicie?
Czytając wiele nowych opowiadań, trochę opadły mi skrzydła, ale nigdy nie obiecywałam, że to bedzie dobre opowiadanie ;)




piątek, 5 sierpnia 2016

Rozdział 1

Dobra, dobra... nie wytrzymałam. Rozdział jest prędzej.

SERIA II



Na zewnątrz szalała burza. Gromy ciskały w drzewa w oddali, lecz po chwili błyskawica uderzyła w drzewo po drugiej stronie ulicy. Andrzej instynktownie odsunął się o krok od tarasowego okna. Okolice rozświetliła biała łuna, a niebo zagrzmiało tak silnie, że aż ziemia pod stopami się zatrzęsła. Mężczyzna złożył spokojnie swe szorstkie dłonie za sobą, splatając je delikatnie. Zmrużył oczy i ze spokojem obserwował upadającą gałąź z pechowego drzewa.
Lato.
Czas płynął, a jego życie jakby się zatrzymało. Nie bardzo wiedział w jakim kierunku ma się ruszyć. Najrozsądniej zapewne byłoby poczekać, dostrzec w samoistnym rozwoju sytuacji jakieś rozwiązanie, lecz zwlekać nie zamierzał. Nie godziło się to z jego naturą. A tę miał jakże stanowczą. Jak ten piorun, który przed chwilą zniszczył dwudziestoletni okaz dębu.
A czy on również niszczył? Nie, z tym także nie mógł się zgodzić. Ale czyżby? Czy chcąc zbudować związek z kobietą, której nie przestawał kochać przez kilkanaście lat, czy w takim razie jest egoistą? Może narzucił się jej zbyt nachalnie, pokochał jej córkę zbyt pospiesznie... Może pojawił się w jej życiu odrobinę za wcześnie i został w nim ciut za długo...
I przyznałby racje owemu rozumowaniu, lecz tkwiłby w błędzie. Dobrze wiedział dlaczego. I nie mógł już sobie wmawiać, że jest inaczej. Widział to w jej oczach tamtej nocy tak wyraźnie, jak jeszcze nigdy dotąd. I zyskał pewność, bo nie było mowy, by mógł się tak bardzo pomylić.
Kochała go. A on zwlekać nie zamierzał.
*
- Kocham cie Kasiu... Zawsze cię kochałem. I będę aż do śmierci. - wyszeptał, lecz jego barytonowy głos wyraźnie podkreślił każde słowo czułego wyznania. Byli blisko, zdecydowanie zbyt blisko siebie. Ona poczuła niebezpieczny skurcz gdzieś na samym dnie podbrzusza; on zastanawiał się, czy jej usta smakują tak jak dawniej.
Nie czekając dłużej schylił się powoli, by w końcu poddać się wewnętrznym siłom, które wyzwoliła w nim owa kobieta. Zawahał się na moment tuż przed jej ustami, gdy zrobiło się zdecydowanie goręcej. Kasia westchnęła mimo woli już w jego usta i poczuła silną, lecz jakże delikatną dłoń na swym karku. Raz jeszcze otworzyła oczy, które nie wiedzieć kiedy wcześniej zamknęła. Spojrzała, a wszystko co było wokół po prostu zniknęło. Lęki, poczucie winy, wątpliwości, strach, stare blizny... To wszystko ulotniło się z głowy dawnej kochanki, która dawną kochanką już być nie chciała.
Dostrzegł błysk w jej oczach, a schorowane serce zabiło mu w piersi szybciej. Uśmiechnął się dumnie, ale delikatnie, unosząc tylko jeden kącik ust, ten prawy. Zbliżył się w końcu do niej i poczuł na swych wargach dotyk jej ust. Zatopił się w tym uczuciu, którego wyczekiwał przez lata. W końcu ją miał. Całował, zatracając się w tym akcie bez pamięci. Z każdym głębszym oddechem stawał się coraz bardziej zachłanny. Ona także. Przywarł w końcu do niej całym ciałem, gdzieś w międzyczasie trzaskając drzwiami wejściowymi. Zatrzymali się na którejś ze ścian. Było im obojętne gdzie. Teraz mógł przywrzeć do niej jeszcze mocniej, całym ciałem, poczuć jak i jej ciało pała gorączką.
- Andrzej... - jęknęła, przerywając pocałunek.
- Wiem skarbie, wiem... - zdusił jej jęk pocałunkiem, przez który niemal stracili oddech. Sprawnie zdjął jej koszulkę i błądził dłońmi po jej nagich plecach. Kolejnego jej jęku nie zdołał zgłuszyć, znacznie bardziej zajmujące było w tym momencie pieszczenie delikatnymi pocałunkami jej szyi. Zwolnił nieco, lecz podniecenie bynajmniej nie gasło. Podsycał je tylko swymi cholernie niespiesznymi ruchami.
- And... - jęknęła, kiedy wsadził swą dłoń w jej koronkowe... - nie.
Oderwał się od niej, nie do końca przekonany czy dobrze zrozumiał.
Skołowana, zbierała oddech, a mężczyzna przyglądał się jej zaskoczony. Kobieta sama nie mogła uwierzyć, że zdołała z siebie wykrzesać jakiekolwiek siły oporu. Wymagało to od niej nie lada siły, by oprzeć się przyjemnościom, jakich dawno nie zaznała. Sama zaczynała wątpić w sens swoich protestów, gdy spojrzała w oczy Andrzeja.
- Mam odejść? - zapytał, choć naprawdę pragnął zostać. Chciał kochać się z nią, bo przecież już tak długo czekał. Ale odszedłby, jeśli taka byłaby jej wola. Wystarczyłoby jedno jej słowo, a zachowałby się tak, jak na prawdziwego gentelmena przystało. Uszanowałby jej zdanie, nawet jeśli sądziłby, że Kasia tylko się oszukuje. Zrobiłby to, bo za wielkie jest uczucie, jakim ją darzy, by jej wola stała mu się obojętna.
Spojrzał na nią i rozczarowany stwierdził, że posunął się za daleko.
*
Przewrócił w dłoni swój telefon i po raz kolejny zmarszczył czoło, patrząc przed siebie. Powoli nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je ze świstem.
Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej, ale on ani myślał by zapalać choćby jedną lampę. W mroku przyglądał się błyskawicom, które dawały coraz groźniejszy spektakl. Częściej pogrzmiewało tak, że aż zatrzęsły się szyby w oknach. Lecz Andrzej nie cofał się już, stał i chłonął cały obraz na zewnątrz.
Pomyślał nawet, że powietrze na dworze musi być teraz niesamowicie orzeźwiające. Co więcej miał ochotę wpuścić go nieco do mieszkania, albo nawet... wyjść na zewnątrz. Zaryzykować?
Uśmiechnął się jednak pod nosem. Ani Kaśka, ani Adam nigdy nie wybaczyliby mu, gdyby zachował się tak lekceważąco. Nie mógł jeszcze igrać ze swoim zdrowiem, bo przecież dopiero odzyskiwał siły po przebytej chorobie nowotworowej i ostrej chemioterapii.
I zerwał się silny wiatr, który przyniósł za sobą potworną ulewę. Grube krople deszczu łączyły się ze sobą, tworząc prawdziwe oberwanie chmury. Wichura porywała je i siekła nimi w okno, przez które profesor nie mógł już nic dostrzec, prócz ciągłych błysków świateł błyskawic i cieknącej po szkle wody.
*
Odsunął się od niej ledwie dostrzegalnie. Lecz ujął jej twarz jedną dłonią, uśmiechając się przy tym lekko.
- Nie chcesz... - zaczął szeptem - być z kimś takim jak ja. - dodał, jakby bojąc się wypowiedzieć te słowa, patrząc jej w oczy. - Rozumiem. Sam nie wyobrażam się w związku. Nie wiem nawet, czy potrafiłbym w nim żyć. - drugą dłonią odgarnął kosmyki jej kasztanowych włosów za ucho. Delektował się tym gestem, nie spieszył się. Gdzieś w głębi duszy obawiał się, że to może być jego ostatni czuły gest.
- Nie jestem dobrym człowiekiem. A tacy jak ja tylko ranią delikatne kobiety. - zatrzymał się na chwilę, by przejrzeć się jej błyszczącym oczom. Patrzyła na niego tak pięknie, zadzierając przy tym głowę do góry. W jej spojrzeniu było coś tak niewinnego.
- Nie bój się, jesteś bezpieczna. Ten potwór sprzed lat już nie poluje. Zdechł, patrząc przez ostatnie dwa lata w oczy twojej córki. - odsunął się od niej na krok. - Tylko... - jego głos jakby załamał się, zadrżał. - Tylko nie zabieraj mi jej. - ujrzała przed sobą twarz człowieka doszczętnie zatraconego w troskach. Zniszczonego przez ostatnie doświadczenia, przygnębionego ciągłą utratą nadziei.
- Co? - prawie zapiszczała, odzyskując władze nad strunami głosowymi.
- Matylda to teraz wszystko co mam. Nie chcesz być ze mną, ale chociaż jej mi nie odbieraj. Jakoś to pogodzimy. Będę dla niej jak ojciec, bo przecież dziecko też potrzebuje męskiej ręki. Nie przerywaj mi, proszę. Nie bój się, nie będę ci się narzucał. Potrafię zachować się z klasą. Ale poczekam... ile tylko będzie trzeba, aż ty będziesz gotowa. Bo przecież... - ujął delikatnie jedną dłonią jej twarz, a oczy błyszczały mu w świetle błyskawic. - tyle już czekałem... - zacisnął wargi, czule przyglądając się oszołomionej kobiecie.
- Odejdziesz, jeśli tylko o to cię poproszę? - odrzekła po chwili spokojnie. Zdjął z jej twarzy dłoń. Zacisnął mocniej wargi, nie potrafił ukryć szoku. Zawiedziony stanął do niej bokiem nie wiedząc co odpowiedzieć.
Nie odszedłby, pomyślał.
*
Usłyszał krzyk dobiegający z góry. Oderwał wzrok, od ciemności za oknem, gdzie szalejąca burza znacznie ucichła. Zacisnął szarfy satynowego szlafroku i skierował się ku górze, wyraźnie czymś zamyślony. Żwawszym krokiem pokonał schody, by w końcu dotrzeć do jego sypialni. Przystanął zaledwie na moment w progu i uśmiechnął się subtelnie. Na skraju łóżka leżała wystraszona dziewczynka, która odkryła właśnie że jest sama w sypialni. Okropnie bała się błyskawic, więc uprosiła Andrzeja, by mogła z nim spać. Nie poyrafił odmówić, choć nie zwykł dzielić z kimś sypialni.
Po cichu podszedł do łóżka i zdjął swój szlafrok. Ostrożnie odchylił resztki kołdry, jakich Matylda nie zdołała do siebie zagarnąć i wsunął się pod nie. Choć ostatecznie i tak otulił nimi przysypiającą córkę.
Matylda wierciła się jeszcze przez chwilę zanim na nowo zapadła w głębszy i znacznie spokojniejszy sen. Andrzej westchnął tylko i poprawił rozkopaną kołdrę, zakładając ją z powrotem na ramiona dziewczynki.
Wiedział, że tej nocy prędko już nie zaśnie. Położył się na plecach i z rękoma założonymi na brzuchu przyglądał się sufitowi w zamglonym spojrzeniu.
*
Kasia podeszła do niego i objęła jego twarz obiema dłońmi. Spojrzała na niego czule i jakby z politowaniem.
- Andrzej... - westchnęła uśmiechając się delikatnie. - Sam pamiętasz, że jakiś czas temu postawiłam ci warunek. Że masz być dla Matyldy ojcem. I nigdy jej nie zostawić samej. Myślisz, że tak nagle zmieniłabym zdanie? - zdezorientowany spojrzał jej w oczy błędnym wzrokiem. Oszołomiony, nie potrafił zrozumieć o co chodzi kobiecie.
- Choćbym chciała, to nie mogę ci jej zabrać. Za wiele dla niej znaczysz. I dla mnie... dla mnie też. - uniósł zaciekawiony jedną brew ku górze.
- To dlaczego...
- Och no bo... - zauważył, że wyraźnie się zmieszała. Przewróciła oczami, a głowę opuściła w końcu, by nie patrząc mu w oczy wyznać krępujący fakt. - Z tego wszystkiego zapomniałam ogolić nóg. - Gdy dotarł do niego komizm tej sytuacji zaśmiał się perliście. Z serca spadł mu ogromny ciężar, odetchnął więc całą piersią i z szerokim, powabnym uśmiechem zbliżył się na nowo do Kasi.
Odzyskawszy rezon uniósł jej podbródek i spojrzał w pełne żalu oczy. Po raz kolejny ucałował jej usta, tym razem delikatnie.
- Andrzej... - wysapała, kiedy ten kierował nią do jej sypialni, obsypując mokrymi pocałunkami na szyi i dekolcie.
- Już nic więcej nie mów... - nie chciał, aby cokolwiek popsuło mu taką chwilę, a ta kobieta była mistrzynią psucia nawet tych najcudowniejszych.
- Mam bliznę... - jęknęła, gdy pozbywał się jej spódnicy. - po cesarce. - niepewnym wzrokiem spojrzała na niego, gdy pochylał się nad nią na łóżku.
Mężczyzna i tym razem nie skomentował. Ujął w dłonie jej biodra, odnajdując czułym wzrokiem szramę po skomplikowanym porodzie. Kobieta czuła na sobie jego palący wzrok, lecz nie mogła już zareagować. Odchyliła głowę do tyłu i poczuła coś, co przyprawiło ją o skurcze w dotykanym miejscu. Całował. Całował nawet tę okropną bliznę, której tak bardzo nie lubiła oglądać.
A potem schodził niżej... co przyprawiło ją o pierwsze tego wieczoru skórcze rozkoszy, jakich dawno nie zaznała.

Leżeli wtuleni w siebie. Ona z głową na jego klatce piersiowej, bawiąca się czarnymi włoskami, wyraźnie zamyślona, on z rękoma założonymi za głową, zdecydowanie dumniejszym wzrokiem spoglądający przed siebie.
Odetchnął głęboko i ściągnął swe dłonie bliżej swego tułowia, by jedną z nich czule objąć nagie plecy kobiety.
- Chryste, jak ja cie kocham. - zamruczał i pocałował czubek jej głowy. - To był najwspanialszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek mógłbym dostać.
Kasia spięła się wyraźnie. Zagryzła dolną wargę, po czym nieśmiało spojrzała na mężczyznę, który spoglądał na nią błogim wzrokiem.
- Zupełnie zapomniałam. - zmarszczyła brwi - To ile to już? - zamyśliła się chwilę. - Czterdzieści pięć? - pierwszy raz od jakiegoś czasu uśmiechnęła się mimowolnie pod nosem.
- Szczęśliwi czasu nie liczą. A ja jestem właśnie najszczęśliwszym człowiekiem. I wszystko dzięki tobie, Kasiu. - czule objął ją obiema dłońmi, by zamknąć ją w swym uścisku. - Coś nie tak? - zauważył jej zasępioną minę, której teraz nie potrafiła ukryć. Mężczyzna zaczął się martwić, czy to aby nie jego wina. Może nie wykrzesał z siebie wystarczających sił, by zadowolić kochankę?
- Dobrze, że Matyldy nie ma w mieszkaniu. - Andrzej uspokoił się nieco.
- Tak - zaśmiał się lekko - Nawet tego śpiocha byś zbudziła.
- Nie śmiej się, mówię poważnie. Matylda nie może się o tym dowiedzieć.
- To będzie jedyną na tym osiedlu...
- Andrzej! I na cholerę się tak cieszysz! Nikt nie ma prawa się o tym dowiedzieć. Matylda w szczególności. Nie chce dawać jej złudnych nadziei na szczęśliwą rodzinkę. Jest za mała, by to pojąć. - podniosła się i założyła swą bawełnianą białą bluzkę na nagie ciało, ledwo zakrywającą nagie pośladki. - Nic na siłę. - dodała łagodnie, stojąc przed nim.
- Chcesz się kryć. Przed trzynastolatką. - zacisnęła wargi, patrząc na Falkowicza błagającym wzrokiem.
- Sam przyznasz, że to najrozsądniejsze rozwiązanie. Przynajmniej na pewien czas.
- To dziecinne. - uśmiechnęła się dumna, że dopięła swego. Pochyliła się nad łóżkiem i skradając się subtelnie w stronę kochanka z nęcącym wyrazem twarzy, skradła mu w końcu długi pocałunek.
- Wiedziałam, że zrozumiesz.






A więc wiecie już o czym bedzie ta seria ;) Poprzednia była o drodze do odzyskania Matyldy, ta o stworzeniu związku przez tych dwoje przeznaczonych sobie ;) Naturalnie nie będzie tak łatwo, bo pojawią się poważne przeszkody.

Ponadto - DEDYKACJA dla osoby, która napisze mi, co wywołało u  profesora to wspomnienie niedawnej nocy u Kasi? Jaki bodziec? Jedno kluczowe słowo. Trudne, ale do wyhaczenia, dla wprawnego oka ;)
Mile widziane podpisy w komentarzach.










wtorek, 2 sierpnia 2016

Fragment 1. rozdziału, serii II

Ja nigdy nie zapominam ;)



"- Matylda to teraz wszystko co mam. Nie chcesz być ze mną, ale chociaż jej mi nie odbieraj. Jakoś to pogodzimy. Będę dla niej jak ojciec, bo przecież dziecko też potrzebuje męskiej ręki. Nie przerywaj mi, proszę. Nie bój się, nie będę ci się narzucał. Potrafię zachować się z klasą. Ale poczekam... ile tylko będzie trzeba, aż ty będziesz gotowa. Bo przecież... - ujął delikatnie jedną dłonią jej twarz, a oczy błyszczały mu w świetle błyskawic. - tyle już czekałem... - zacisnął wargi, czule przyglądając się oszołomionej kobiecie.
- Odejdziesz, jeśli tylko o to cię poproszę? - odrzekła po chwili spokojnie. Zdjął z jej twarzy dłoń. Zacisnął mocniej wargi, nie potrafił ukryć szoku. Zawiedziony stanął do niej bokiem, nie wiedząc co odpowiedzieć.
Nie odszedłby, pomyślał."