poniedziałek, 21 marca 2016
Rozdział 27
Aż trudno wierzyć, że śmierć sympatycznego, choć notorycznie ignorowanego chłopaka z tej samej szpitalnej sali, towarzysza niedoli i wreszcie irytująco mądrego rozmówcę, tak bardzo dotknie profesora. A jego odejście przeszyło chirurga bezlitośnie na wskroś. Wstrząsnęło, choć nie powinno. Dlaczego więc? Kim więcej był owy Filip, niż każdy kolejny pacjent na stole operacyjnym, którego leczenie nie powiodło się? Wszak zawód, jaki Falkowicz uprawiał zaszczepił w nim znieczulicę na ludzkie odejścia. Zgon był porażką zawodową; owszem czuł się okropnie, gdy z jego winy coś poszło nie tak, lecz nigdy nie przeżywał śmierci obcego człowieka tak głęboko.
Zatem w czym tkwiła różnica?
Na to pytanie narrator postanawia nie odpowiadać wprost. Może w tym przypadku czytelnik okaże się większą spostrzegawczością, niż sam autor.
Lecz śmierć owego chłopaka wywołała lawinę myśli w głowie Andrzeja pozornie nie związanych z odejściem młodzieńca.
Kasia. Kobieta, którą tak głęboko zranił przed laty. Wdał się w romans z młodziutką studentką, który na początku miał być tylko niewinną zabawą. Ta odskocznia od małżeńskiej rutyny okazała się błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Z czasem spodobała mu się owa dziewczyna, oczarowała go, zaskoczyła swoją prostotą, lecz taką w dobrym guście. Zaskoczony odkrył, że przy Kasi czuje się swobodniej, jest mu lżej znosić osobiste problemy. A tych było co nie miara.
Wanda, była żona okazała się kobietą przesiąkniętą światem, którego nie znosił. Przyjęcia, wieczorki zapoznawcze, sympozja, wykłady... wszystko to było okazją do przebywania w środowisku burżuazji medycznej. Lecz owe środowisko okazało się skażone fałszem i podstępami. Chadzał tam z żoną, lecz im częściej to robił, tym bardziej tego nienawidził. Tam nauczył się grać. Ta maska ironisty przywarła do niego tak mocno, że z czasem sam zaczął mieć wątpliwości, kim jest tak naprawdę.
Szanował Wandę. Lecz z czasem nie łączyło ich już nic prócz wspólnych artykułów... i nazwiska. Dopiero ta młoda i (wydawać się mogło) niedoświadczona kobieta pomogła mu odkryć dawno zatracone ciepło. Polubił dziewczynę. Wtedy jeszcze nie sądził, że może to być coś znacznie więcej.
Minęły lata, a ona na nowo pojawiła się w jego życiu. Pewna siebie stanęła przed nim, lecz nieświadoma tego, jak szybko potoczą się ich dalsze losy. On poznał kilka znaczących szczegółów z jej przeszłości. Straciła męża, ma córkę.
Matyldzie. Teraz ma już pewność, że jest wdzięczny Kasi za tamto kłamstwo. Przewróciła jego poukładany świat do góry nogami, ale nadała mu sens. Zdał sobie sprawę, jak wiele stracił w swoim życiu, jak bardzo nieszczęśliwym był człowiekiem. Wiecznie sam.
Kto by pomyślał - Andrzej Falkowicz odnajdzie nadzieje na szczęście przy rodzinie. Czysta herezja. Ba! On sam by tak nie pomyślał.
Otworzył oczy i ujrzał biały sufit swej sypialni. Znów ten piekielny biały sufit. Przewrócił się na prawy bok, nogami rozkopując kołdrę. Ta jak na złość nie chciała się odpowiednio ułożyć pod stopami mężczyzny. Za twarda poduszka przelała czarę goryczy. Leniwie podniósł się na łokciu, zaś drugą dłonią podpierał się przed sobą, by nie stracić pozycji. Powoli przechylił się do przodu i przyjął postawę siedzącą. Czego się spodziewał. Że pierwszego dnia po odstawieniu chemii jego siły nagle powrócą? To wymagało czasu. Ale na całe szczęście zmęczenie powoli mijało. Nieubłaganie powoli jak dla tak temperamentnego profesora, ale mijało. Zostały jeszcze zawroty głowy i uczucie ucisku w klatce piersiowej. No cóż. Typowe dla tego nowotworu.
Zawinął dłonie w pięści i podpierając się nimi po obu swych stronach, podniósł się z łóżka. Zrzucił z siebie pidżamę i założył pierwsze z brzegu szare dresy. Instynktownie podpierając się ścian i poręczy na schodach, zszedł na parter.
Pustka. Brata nie napotkał na swojej drodze, co go lekko zdziwiło. Nie sądził, żeby Adam pojechał do domu, chociażby dlatego, że sam go zapewniał o tym, że nie zamierza ani na chwilę zostawiać starszego brata samego. Zatem chłopak na pewno gdzieś się zaszył, lecz gdzie? Nie ważne.
Wykorzystując chwilę swobody, Andrzej sięgnął swą kurtkę - dawniej służyła mu podczas biegania. Cóż, teraz zostały jedynie spacery. Zapiął biały zamek przy jaskrawo zielonej puchówce, wciągnął sportowe obuwie i wyszedł przed dom.
Wypuścił gęste powietrze i odetchnął tym rześkim, wiosennym.
- Nie za wcześnie? - odwrócił się i ujrzał Adama opartego o ścianę budynku.
- Popalasz? - mężczyzna skinął głową na papierosa trzymanego w dłoni młodszego brata. Ten tylko strzepnął spalony tytoń na trawnik, co lekko zirytowało Falkowicza.
- Tylko czasem. - chłopak ugasił i wyrzucił niedopałek na trawnik. - A ty?
- Nie pale. - odrzekł. - i trzymam porządek na swoim podwórku. - skarcił młodszego brata spojrzeniem i starając się zapomnieć o leżącym w trawie śmieciu, odwrócił się w stronę furtki. Niczego bardziej nie było mu teraz potrzeba, niż chwili spokoju.
- Nie o to pytałem. - krzyknął za nim młodszy Baran.
- Domyślam się. - mruknął pod nosem Falkowicz. - Doprawdy... jeśli zaraz nie zgasisz tego paskudztwa, to jak Bóg mi świadkiem wykreślę cię z testamentu. - Adam schował więc kolejnego papierosa z powrotem do paczki. Młodszy chłopak spojrzał na brata śmiertelnie poważnie, tak jak to Andrzej teraz na niego patrzył. Lecz złość ukryta w każdej z tych par oczu była z natury inna. Ale łączyła ich troska. Tak, te spojrzenia zdecydowanie łączyła wspólna cecha, która zrodziła się z braterskiej miłości.
- No powiesz gdzie idziesz?
- Adam... - lecz mężczyzna nie potrafił określić celu swej zachcianki. Jak miał w kilku zdaniach streścić chłopakowi natłok myśli, który kłębił się w jego głowie. Jakiś niepokój, który w nim narastał był nieznanej przyczyny i musiał znaleźć jego ujście. Jedyny dobry sposób na poukładanie sobie wszystkiego to samotna kontemplacja. - Nie no, nie będę się smarkowi tłumaczył. - ruszył w stronę ulicy, zostawiając brata w tyle.
Szedł przed siebie zabłoconym poboczem, z rękoma w kieszeniach. Zmrużył oczy przez słońce, które teraz świeciło mu w twarz. Chłodny wiatr owiewał jego poliki, a gdy słońce zaszło za deszczową chmurą, zrobiło się jeszcze chłodniej. Uroki wczesnej wiosny.
Stąpał jednak mimo chłodu nieugięcie przed siebie. Nie do wytrzymania było to uczucie żalu, które nim zawładnęło. Bał się, że teraz może stracić kobiety, które tyle dla niego znaczą. Może gdyby wtedy nie zachował się jak głupiec i rozpoczął leczenie od razu. Bądźmy szczerzy. Wszystko inne było wymówką przed terapią. Po prostu się bał. Strach nie pozwalał mu racjonalnie myśleć. Bo jak mężczyzna w sile wieku, robiący światową karierę, znakomity chirurg i wreszcie ojciec miałby pogodzić się ze śmiercią? Taką, która zapowiadała się na wyjątkowo długą i bolesną? Nigdy.
Podniósł brodę wyżej, by spojrzeć przed siebie. Z niezmiennie nachmurzonym spojrzeniem, przyglądał się idącej w oddali postaci. Była tak mała, że mogłoby się wydawać, iż odległość między nimi jest naprawdę ogromna. Lecz rytmiczne podrygiwanie owej osoby dziwnie zainteresowało Andrzeja. Spod zmrużonych oczu przyjrzał się różowej kurtce, która najbardziej rzucała się w oczy. Jednak dystans wciąż uniemożliwiał identyfikację. Zaciekawiony przyśpieszył, choć nieznacznie. Po chwili mógł już przypuszczać, że to dziewczynka, a zdradził to kucyk, który huśtał się na boki w rytm jej kroków.
Poznał te pozawijane w loki włosy. I choć sam nie chciał się do tego przyznać, to na samą myśl, że ową dziewczynką mogłaby być Matylda, jego serce zabiło mu mocniej w piersi. Wysilał zmysł wzroku, by upewnić się, potwierdzić domysły.
Po chwili młoda postać w oddali podniosła głowę i ujrzała mężczyznę z naprzeciwka. Ten znieruchomiał, a owa dziewczynka dla odmiany przyspieszyła kroku. Ta od razu zyskała pewność i moment później biegła w stronę mężczyzny szczęśliwa.
Chlapiąc sobie po drodze na czyściutkie buty, zmierzała ku sparaliżowanemu Falkowiczowi. Przywarła do niego w końca tak mocno, jak jeszcze nigdy nie ściskała swego opiekuna. Objęła go w pasie, a on ocknąwszy się z pierwszego szoku objął ją niepewnie na wysokości jej łopatek. Tęsknili.
Po twarzy małej Smudy spłynęły dwie ogromne łzy, które wchłonęły się w wydawałoby się nienasiąkalny materiał kurtki jej ojca. Andrzej w końcu klęknął, by spojrzeć córce w oczy. Odgarnął nieporadnie jej kosmyki włosów za ucho.
- Zmarzłaś. - odrzekł, gdy dotknął jej zimnej skóry. Mała zaśmiała się tylko, pociągając przy tym nosem. - Skąd się tu wzięłaś? - spytał przejęty trzęsącą się z zima małą. Ta jednak w przejęciu nie dostrzegała, jak jej ciało dygocze pod wpływem chłodnego wiatru.
- Przyjechałam autobusem. - odparła i wtuliła się w ramiona taty. Mężczyzna zacisnął swe dłonie na plecach małej. - Już myślałam, że cię nie zobaczę. - Andrzej zacisnął usta, po raz kolejny poczuł wyrzuty sumienia. Źle to wszystko rozegrał. Nie powinien narażać dziewczynki na takie cierpienia.
- Przepraszam. - jedyne co zdołał wyszeptać.
- Nie zostawiaj mnie więcej. - dodała.
- Nie zostawię.
Kobieta odbywała właśnie spotkanie w sprawie poprowadzenia przez nią sprawy rozwodowej bardzo wpływowej bogaczki. Klientka zastrzegła sobie, że wyrok ma zakończyć się tylko i wyłącznie jej wygraną, a co za tym idzie cały majątek zdobyty podczas jej jakże luksusowego pożycia małżeńskiego miał przypaść właśnie jej. Sprawa była dość skomplikowana, gdyż owa zamożna pani nie posiadała dowodów zdrady ze strony małżonka. Kasia natomiast z zacięciem wzięła się do rozwikłania trudnego procesu. Sprawa bowiem należała do tych decydujących w jej karierze. Smuda wygraną w owym procesie przypieczętowałaby swój huczny powrót na piedestały osób z branży.
- A więc wnosi pani o rozwód z winy małżonka? - Kasia otworzyła swój notes, by ustalić wszystkie szczegóły i niczego nie pominąć przy zbieraniu materiałów.
- Już niedługo. - zadrwiła kobieta. - Chce go puścić z torbami. - zapaliła jeden z cieniutkich papierosów i ze spokojem wypuściła ustami kłęby dymu.
- Rozumiem, że nie ma pani dowodów obciążających pana Korzyńskiego winą za rozpad waszego małżeństwa. - klientka spojrzała lekko zaskoczona słowami prawniczki. Wyjęła z ust dymiący zwitek tytoniu i zmrużyła ledwie dostrzegalnie nieestetycznie podkreślone kredką oczy.
- To już chyba pani interes? - pani Korzyńska założyła nogę na nogę i zaciągnęła się tytoniem.
- Nie rozumiem... - Kasia oderwała na chwilę wzrok od notesiku.
- Płacę i wymagam. Proszę zrobić tak, aby cały majątek przeszedł na mnie. Nie obchodzi mnie w jaki sposób. - wzruszyła swymi kościstymi ramionami i zajęła się dopalaniem papierosa. Kobieta w szponach nałogu wydawała się bardzo butną osobą i z każdą chwilą coraz bardziej irytowała naszą panią mecenas, jednak Kasia zachowywała zimną krew. Wszystko zależało od tej sprawy, a w swoim zawodzie nie raz miała okazję zderzyć się z cięższymi przypadkami. Była najlepsza, bo to ona się nimi zajmowała. Wygrywała sprawy, których inni bali się podjąć. Jako stara wyjadaczka założyła sobie, że wróci w dobrym stylu. Nie mogła dać się rozproszyć pewnej zmanierowanej damie, która naciągnęła bogacza na kasę.
- Przepraszam. - Smuda chwyciła za torebkę w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu. Zdenerwowana, że ktoś przerywa jej tak ważne spotkanie i lekko zażenowana tym, iż zapomniała wyłączyć komórkę, dociera w końcu do źródła hałasu i po raz kolejny przepraszając klientkę, odbiera połączenie.
- Słucham. - w słuchawce usłyszała przepraszający głos nauczycielki Matyldy.
- Pani Katarzyno, dzwonie do pani, aby poinformować o jutrzejszej wywiadówce. Nie jestem pewna czy Matylda przekazała pani tę informację.
- Rozumiem, ale córka na pewno przypomniałaby mi o tym po powrocie ze szkoły. Nie było potrzeby...
- Ale Matylda nie przyszła dzisiaj do szkoły. Pomyślałam, że jest chora więc...
- Jak to nie przyszła? - zdenerwowała się matka dziewczynki.
- No... nie było jej dziś na zajęciach...
- Nie... - wyszeptała do siebie, otwierając oczy szeroko z przerażenia.
- Słucham? Coś się stało? Pani Katarzyno?
- Tak, yyy... przepraszam zapomniałam, że Matylda została dziś u wujka.
- Na pewno? To znaczy... rozumiem. - młoda wychowawczyni dziewczynki lekko zaskoczona postawą matki jej podopiecznej postanowiła nie drążyć. Taka wymówka, choć to dziwne, wystarczyła młodziutkiej pani pedagog.
Zdenerwowana do granic możliwości Kasia nerwowo zbierała swe notatki ze stolika i w pośpiechu zakładała wiosenny płaszczyk na swe ramiona. Zdezorientowana klientka przyglądała się swej prawniczce i głośno szydziła z jej nieprofesjonalnej postawy. Kasia jednak była tak zaaprobowana sprawą dotyczącą jej córki, że kpina ze strony owej bogaczki nie robiła na niej wrażenia.
- Przepraszam. - skwitowała tylko i ruszyła pędem przed kawiarnie, w której trwało zakończone fiaskiem spotkanie.
- Mama wie, że tutaj jesteś? - Andrzej wpuścił przodem do mieszkania młodą damę i pomógł jej rozebrać kurtkę, choć dziewczynka zazwyczaj denerwowała się, kiedy ojciec to robił. Tym razem ten odruch Falkowicza nie został przez dwunastolatkę skomentowany.
- Wie. - odrzekła pewnie, a mężczyzna mierząc surowo przybraną córkę przyglądał się jej zarumienionym policzkom.
- Jasne. - mruknął, domyślając się kłamstwa. Jednak poprowadził małą do salonu i wyciągnąwszy pierwszy lepszy koc, przykrył nim małą po samą szyję. - Zrobię ci gorącą herbatę. - odrzekł i wstawił wodę. Na jego twarzy oprócz chmurnego wyrazu malowało się też zmartwienie. Skoro Matylda mogła przejechać autobusem sama przez pół miasta, to musiała się naprawdę czymś przejąć. Była zaradna i czasami porywcza, ale nigdy nie uciekłaby na drugi kraniec miasta, by odwiedzić swego staruszka. Musiało być zatem coś, co zmusiło małą do takiego postępowania. Coś czego tak naprawdę nie chciał usłyszeć, ale w głębi ducha wiedział, że to kiedyś nastąpi.
- Dziękuję. - wyciągnęła swe rączki spod brązowego koca i sięgnęła nimi kolorowego kubka z jej imieniem. Andrzej wyciągnął łyżeczkę z gorącego naczynia (obsesja każdego rodzica) i przyglądał się spod ściągniętych brwi, jak mała nabiera pierwszego łyka.
- Powiesz mi co się stało? - chowając błyszczący metal w dłoni, oparł się o miękkie oparcie kanapy i zerknął kątem oka na Matyldę.
- Miałeś zadzwonić. - odparła po chwili, a Andrzej dopiero po chwili zastanowienia przypomniał sobie niedawną obietnicę. Złożył ją jeszcze w szpitalu, podczas ich ostatniej rozmowy telefonicznej. Już nie był w stanie zadzwonić tamtego wieczoru. Wyrzuty sumienia na nowo obudziły się w ojcu dziewczynki. Czekała, na pewno zawiodła się nim, kiedy ten nie wywiązał się z danego jej słowa. Nie mógł przecież wpłynąć na to, że tamtego wieczoru jego stan pogorszył się i nie był niczego świadomy, ale i tak czuł się winny. Tak działał smutek w oczach tej młodej pociechy na naszego profesora.
- Widzisz Matyldziu, kiedy człowiek jest chory i słaby, zasypia w najmniej odpowiednim momencie. - córka spojrzała na ojca zaciekawiona. Ten splótł dłonie na brzuchu i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
- Tato? - spojrzał w jej oczy. - Powiesz mi w końcu na co jesteś chory? - dodała niezrażona jego wzrokiem. Widziała, jak walczył ze sobą, widziała jak zaciska usta i unosi brwi.
- Skarbie... - westchnął, układając słowa w jak najdelikatniejszą prawdę. - Kiedyś nawdychałem się niebezpiecznej chemii. Pamiętasz, jak ci mówiłem o tym, że wujek Adam oddał mi nerkę? - mała przytaknęła lekko zdezorientowana wyznaniem ojca. Póki co jego słowa nie łączyły się z tym, co zdołała wywnioskować ze znalezionych informacji na komputerze Kasi. - Wtedy wydawało się, że trucizny już nie ma w moim organizmie, ale okazało się, że ona już zdążyła zrobić swoje. - Matylda przyglądała się tacie, kiedy ten przyznawał się do stanu swego zdrowia. Była tak blisko, że mogła zauważyć, jak cera mężczyzny stała się niezdrowo blada i przesuszona. Gdyby żyłki były na mniejszej głębokości, była pewna, że zobaczyłaby je pod warstwą niemal przezroczystego naskórka. Do tego te zapadnięte policzki, które uwidaczniały kości twarzy. Włosy tak samo jakby zmatowiały, straciły dawny (choć niewielki) blask.
- Dlatego w płucach pojawił się guz, który trochę mi przeszkadza. - odruchowo złapał się za prawą pierś, gdzie to został zlokalizowany owy nowotwór. Jak na zawołanie poczuł lekkie ukłucie w klatce, gdy nabrał głębiej powietrza. Postarał się jednak, by ból nie uwidocznił się na jego twarzy. Ostrożnie wypuścił powietrze i spojrzał na poważne oblicze Matyldy.
- Ale już wyszedłeś ze szpitala. To znaczy, że wyzdrowiałeś, co nie? - zabrał pusty kubek, lecz był zbyt zmęczony, by podnieść się i chociażby odłożyć naczynie na stolik. Ułożył go więc tymczasowo na skórzanym boku kanapy po swej prawej stronie.
- Jeszcze tam wrócę. - odparł ciężko. - Leczenie jest bardzo długie i dlatego co jakiś czas będę musiał kłaść się w szpitalu, żeby lekarze podali mi leki. - ulżyło mu, kiedy wyznał córce całą prawdę. Na duchu podniosła go też reakcja małej, która ze zrozumieniem przyjęła wszystkie informacje. Nigdy nie wątpił w to, że to inteligentna młoda dama.
- Czyli nie wyjedziesz do Krakowa? - spojrzał na małą zaskoczony, lecz po chwili zląkł się hałasu, jaki narobił upadający na podłogę kubek. To z kolei zaalarmowało Adama, który zbiegł po schodach i wpadł do salonu przestraszony.
- Młoda? A co ty tutaj robisz? - chłopak z ulgą spojrzał na spokojnie siedzącego na kanapie profesora i podniósł kubek bratanicy, leżący na podłodze w jednym kawałku.
Po chwili rozdzwonił się telefon Falkowicza. Dostrzegł, kto pragnie z nim rozmawiać i spojrzał krótko na córkę.
- Powiedz, że jest u ciebie. - odezwała się, jak tylko odebrał połączenie.
- Właśnie weszła.
- I że o niczym nie wiedziałeś. - dodała.
- Uwierz mi, dla mnie to też była niespodzianka.
- Niespodzianka... - prychnęła kpiąco, jednak mimo wszystko z ulgą. - To dobrze. Za dużo wybaczania mój drogi. - uśmiechnęła się pod nosem. - Jeszcze niechcący skróciłabym twój żywot.
Gotowa na krytykę :-) Ach i szczerze dziękuje za każdy komentarz! Naprawdę, gdyby nie one, już dawno dałabym sobie spokój z opowiadaniem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Ah, w końcu kolejna część. Cudo! Już się nie mogę doczekać następnej :)
OdpowiedzUsuńŚwietna część! Naprawdę a to jak Matylda stęskniła się za naszym profesorem... :D Czekam na next mam nadzieję,że wszystko niedługo się poukłada,zobaczymy.. ;D Czy nasz falkowicz wyzdrowieje? Czy ułoży sobie życie z Matyldą i ... Kasią? Jestem ciekawa :) :)
OdpowiedzUsuńOooo ledwo preczytalam to Część a już nie mogę się doczekać kolejnej :****
OdpowiedzUsuńIle będzie części ?
OdpowiedzUsuńMyślę, że przekrocze 30.
UsuńTo nieprawdopodobne z jaką łatwością można dostrzec twój rozwój z części na część, jestem zachwycona. Kiedy można spodziewać się next'a? Viki
OdpowiedzUsuńBardzo mi miło ;) Myśle, że w tym tygodniu pojawi się kolejny rozdział.
UsuńKocham twoje opowiadanie !!!!!
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam już wcześniej, ale dopiero teraz znalazłam czas, żeby skomentować. Co ja na to poradzę, że nienawidzę pisać jednego, dwóch zdań? ;-)
OdpowiedzUsuńAndrzej jest w domu, czeka, aż wrócą mu siły, które stracił podczas chemioterapii. Wstrząsnęła nim śmierć kolegi że szpitalnej sali, i przyznam szczerze, że mną też...
Matylda nie idzie do szkoły tylko dlatego, że pragnie zobaczyć się z tatą... Przekonać się, że wszystko z nim w porządku. Spotkanie ojca i córki... Cóż, było po prostu wzruszające. Ja je widziała, naprawdę to widziałam :-)
Profesor powiedział Matyldzi prawdę o swojej chorobie, oczywiście w odpowiedni dla niej sposób. Dobrze, bardzo dobrze, że ona w końcu to usłyszała i nie musi sama się wszystkiego domyślać. Mała wie o możliwości leczenia w Krakowie, profesor był bardzo zdziwiony. Nie dziwię się. Ale teraz przynajmniej zda sobie sprawę, że ona już na wczesniej na własną rękę próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, co się i nim dzieje. I może Andrzej zrozumie, co jego córka przez ten cały czas przeżywała.
I jeszcze jest Kasia i jej nowa sprawa... Coś czuję, że nie będzie ciekawie, a ta klientka może przysporzyć kłopotów...
Pozdrawiam i życzę weny!
N.
Będzie w sobotę next ?
OdpowiedzUsuń