Ze specjalną dedykacją dla autorki zmian na tym blogu
Patrycji <3
Ocknął się w środku nocy na kanapie w salonie. Lekko skonsternowany rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu dookoła. Zupełna pustka i cisza. Zaskoczony był jednak najbardziej tym, że jego oddech był znacznie cięższy niż zazwyczaj, zupełnie jakby coś uciskało jego klatkę piersiową. W momencie zorientował się, że to nie jego choroba uprzykrza mu życie, tylko słodka istota, która zasnęła z głową na jego torsie. Uśmiechnął się na widok beztrosko drzemiącej Matyldy i wolną ręką podciągnął koc, którym oboje byli przykryci. Zdziwił się jedynie, że mała nie spadła z tej wąskiej wydawałoby się kanapy. Ona jednak nawet we śnie potrafiła przytrzymać się kurczowo ciała swojego przybranego ojca. Wcisnęła się w wąską przestrzeń pomiędzy oparciem mebla, a ciałem profesora i przylgnęła do Andrzeja, powodując ten właśnie ucisk na klatce piersiowej mężczyzny.
Mimo wszystko dla większej asekuracji (choć najpewniej jednak tak z potrzeby chwili) ułożył swą rękę na plecach dziewczynki. Matylda poruszyła się w efekcie i wymamrotała coś pod nosem. Andrzej znieruchomiał na moment, nawet jakby oddychać zaprzestał, byle tylko nie zbudzić małej. Gdy ta już uspokoiła się i dalej trwała w objęciach Morfeusza, Falkowicz również odprężył się, ale też wznowił swe ciężkie oddechy.
Ta chwila mogłaby trwać w nieskończoność. I gdyby tylko miał taką moc, zatrzymałby czas w tym momencie właśnie. Niczego więcej do szczęścia nie było mu potrzeba niż bliskość ukochanej córki. To ona dawała mu nadzieje na lepsze jutro. To dla niej chciał przejść przez to gorsze jutro. Wszystko dla tej małej kruszyny, która ścisnęła właśnie jego podkoszulek (zapewne śniło się jej coś interesującego). Matylda dawała mu poczucie spokoju, choć nie potrafił wytłumaczyć mechanizmu tego zjawiska. Po prostu nie mógł sobie wymarzyć lepszego potomka.
Zerknął na okładkę książki, która leżała na ławie. Była otwarta, lecz ułożona kolorową tekturą do góry. Dziewczynce tak spodobała się ich ostatnia wyprawa do kina, że zażyczyła sobie, aby Andrzej przeczytał jej "Małego księcia" na wieczór.
"Nie mogę się z tobą bawić. - odparł lis. - Nie jestem oswojony." Przeczytał kawałek tekstu, który już wczorajszego dnia wydawał mu się intrygujący. Taki prosty, lecz trafiony w punkt.
"A jeśli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować." Nigdy wcześniej nie sądził, że dziecięca lektura wyda mu się tak bardzo pasująca do niego samego.
- Oswoiłaś mnie. - westchnął, wypełniając niemym pomrukiem pomieszczenie.
Adam, który został wyrwany przez dyrektora Trettera z urlopu przemierzał teraz korytarz leśnogórskiego szpitala. Lekko poddenerwowany faktem, iż jego przełożony nie liczy się z wcześniejszymi ustaleniami. Wszak oddział chirurgi posiadał odpowiednie zaplecze specjalistów, a bywało nawet, że sam Krajewski musiał pełnić zastępstwa za swoich kolegów na urlopach. Chłopak rzadko prosił o urlop, teraz jednak przydarzyła się sytuacja wyjątkowa i nie wyobrażał sobie siedzieć na dyżurze, kiedy jego ciężko chory brat zostaje zupełnie sam w domu. Andrzej nie znosił kontroli, ale takiej potrzebował. Zawsze ktoś musiał być w pobliżu, by upewnić się, że ten nie zasłabł.
Zdenerwowany już coraz bardziej, wszedł do gabinetu dyrektora. Trzasnął drzwiami, być może trochę za mocno. Usiadł jednak nie zrażony karcącym spojrzeniem mężczyzny przed nim i oczekiwał na wyjaśnienia. Dyrektor założył na głowę wiszące wcześniej na srebrnym łańcuszku okulary, zmrużył oczy, by dokładniej zlustrować oblicze podwładnego.
- Słucham panie dyrektorze. - brunet założył nogę na nogę i oparł się wygodnie o krzesło. Był przekonany, że powód jego dzisiejszej wizyty jest zupełnie błahy i równie dobrze mógłby dowiedzieć się o tym przez telefon.
- To ja słucham doktorze. - Adam zmarszczył brwi skonsternowany.
- Nie rozumiem...
- Nie uzgodnił pan ze mną swojego urlopu, a mimo wszystko nie pojawia się w szpitalu już od trzech dni. - chłopaka lekko zaskoczyły słowa przełożonego. Przecież ten doskonale wiedział, jaka jest sytuacja, a i zorganizował za siebie zastępstwo.
- Dostarczyłem panu podanie o urlop na żądanie.
- Zgadza się. Podanie, którego nie przyjąłem. - jakiś zimny dreszcz przeszył ciało chłopaka. Nie sądził, że Tretter może mu stwarzać aż takie problemy. - Rozumiem pańską sytuację doktorze, ale ja potrzebuje specjalistów. Na oddziałach. Nie na zwolnieniach. - starszy mężczyzna pochylił się nad Adamem i odważnie patrzył w jego zszokowane oczy.
- Pan nie rozumie. Ja chyba mam prawo do wolnego... - chłopak nerwowo wiercił się na niewygodnym krześle. Cała sytuacja powoli zaczęła go piekielnie stresować.
- Nie, kiedy na chirurgii brakuje lekarzy. - odparł nisko i powoli przełożony chłopaka.
W Adamie aż kipiało ze złości. Znalazł się w potrzasku. Potrzebował tej pracy, lecz urlop był konieczny. Nie widział możliwości, aby mogło się stać inaczej. Za bardzo martwił się o Andrzeja, by zostawić go samemu sobie. Poczuł się za kogoś odpowiedzialny, a to rodziło pewne zobowiązania.
Pomyślał wtedy, że byłby nawet gotów posunąć się do radykalnego rozwiązania problemu, jeżeli takowe byłoby konieczne. Jeśli przełożony postawi mu ultimatum, chłopak poważnie zastanowiłby się nad zmianą pracy. Już od dawna o tym marzył, a teraz nadarzyłaby się ku temu okazja. Ten szpital był dla niego drugim domem, dopóki nie zaczął zmieniać się w zbieraninę przykrych wspomnień. Prawda, przeżył tam piękne chwile, ale również te najgorsze w jego życiu.
Nic go tam nie trzymało. Ludzie zaczęli się zmieniać, dawni przyjaciele odeszli, kobiety patrzą na niego wilkiem... Był gotów zrezygnować ze stanowiska, jeśli tylko znalazłby do tego pretekst.
- Proszę mówić w prost dyrektorze. Zwalnia mnie pan? - Adam był już spokojniejszy, lecz może tylko z pozoru.
- Nie. Chociaż pewnie powinienem. - mruknął, surowo lustrując podwładnego. - Co się z tobą dzieje chłopaku? - Krajewski jednak spuścił wzrok; nie miał odwagi spojrzeć dyrektorowi w twarz. Chociaż może po prostu chciał, by złość wymalowana w jego brązowych oczach tak wyraźnie, nieco zelżała.
- Dyrektor wie, jaka jest sytuacja... - zaczął niepewnie.
- Doszły mnie słuchy. - starszy mężczyzna odrzekł spokojniej. Ten teraz obserwował bruneta spod wyrazu współczucia. Z lekkim zawahaniem ułożył w głowie pytanie, lecz zastanawiał się, czy powinien je zadać. Ale jako przełożony również miał prawo wiedzieć o stanie zdrowia swych pracowników. - Jest aż tak źle? - dodał niepewnie Tretter.
- Jest... - zastanowił się na moment. - Sam pan wie, jaki on jest. Udaje silnego, a... - zamilkł. Oboje zawisnęli w ciszy. Lecz nie była to ani trochę kłopotliwa cisza, nic z tych rzeczy. Obaj panowie rozmyślali na stanem zdrowia profesora Falkowicza. Może dla dyrektora Trettera nie był on bliską osobą, być może nawet nie obdarzaną szczególną sympatią, lecz jednak człowiekiem, z którym łączyła dyrektora bliska współpraca. Po ludzku przejął go los osoby, z którą widywał się dość często, pracował, którą podziwiał za znakomity warsztat. Jednego dnia pracuje, a drugiego okazuję się, że musi walczyć o życie. To zawsze dotyka. Każdego w różnym stopniu, ale dotyka.
- Dobrze... - Adam spojrzał na dyrektora zdezorientowany - Dobrze, masz urlop do odwołania. Znajdę kogoś na twoje miejsce na ten czas. - chłopak jednak nie do końca przyjął do wiadomości to, co zostało mu powiedziane. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
- Do odwołania? - zupełna pustka w jego umyśle; jakby sparaliżowane neurony; nic nie rozumiał.
- Teraz na nic mi się nie przydasz. Więcej byłoby z ciebie szkody, niż pożytku. - łysy mężczyzna założył okulary na swój nos i złapał dokumenty, które miał pod ręką. Adam widząc jego zachowanie, wstał niepewnie, wciąż rozmyślając co oznaczają owe słowa "do odwołania". Przecież leczenie brata może potrwać lata, a żaden szpital nie czekałby tyle na swojego specjalistę.
- Czyli jednak zwolnienie? - Tretter podniósł wzrok na podwładnego.
- Urlop przymusowy. - oboje czuli, że jakieś niedopowiedzenie wkradło się do ich rozmowy. Z czego ono wynikało? Śpieszę wyjaśniać.
Otóż dyrektor mimo wszystko pozostawał twardym praktykiem, a statystyki mówiły same za siebie. Nowotwory płuc w zdecydowanej większości bywały nieuleczalne i co za tym idzie - śmiertelne. Falkowicz dodatkowo, jak powszechnie wiedziano, był obciążony innymi chorobami. Tak więc głowa szpitala nie dawała swemu wybitnemu podwładnemu wiele czasu. Jego zdaniem profesor niedługo pożegna się z życiem, a Adam może jedynie wykorzystać ten czas, czuwając przy bracie. Nie stanowiło to dla dyrektora różnicy, że nowotwór zdiagnozowany u profesora był we stosunkowo wczesnym stadium, być może nawet Stefan Tretter nie chciał brać tego pod uwagę. Tak więc dyrektor pogodził się już z myślą o zbliżającej się śmierci podwładnego, kiedy ten miał jeszcze pewną szansę na wyzdrowienie.
Spoglądał teraz wzrokiem, którego kompletnie nie rozumiał brat Falkowicza. Adam w ogóle nie pojmował litości, którą obdarzał go szef. Na co mu była ona? I dlaczego akurat Krajewskiego wspomaga on w chwilowych problemach. A chłopak wierzył, że wszystko się ułoży. Nie dopuszczał do siebie myśli o jakimkolwiek niepowodzeniu. W końcu to naturalne.
Adam zdał sobie sprawę, jak niewiele wie jeszcze o swoim bracie. Jak bardzo chciałby spędzić z nim te kilkadziesiąt, czy choćby kilkanaście lat życia; odzyskać stracony czas dzieciństwa. I już zatęsknił za tym, co zostało mu przed laty odebrane. Możliwość poznania Andrzeja, jego brata. Zawsze skrywał w sobie żal do rodziców, że ci tak odsunęli bliską mu osobę z jego życia. Teraz mogło nie starczyć czasu, by odrobić to, co bezpowrotnie utracone. A to dawało mu siłę do walki. Nawet jeśli miałby być jedyną osobą, która walczy o życie Andrzeja, nawet jeśli sam brat miałby już dość.
Wracał do auta na szpitalnym parkingu, jednak ktoś koniecznie chciał z nim porozmawiać. Odwrócił się w stronę wołającej jego imię rudowłosej lekarki. Wiktoria podbiegła do niego i stanęła przed nim. Trochę zmieszana zaczęła rozmowę, starając się zatrzeć złe wrażenie po ostatniej kłótni.
- Zobaczyłam, jak wychodzisz z gabinetu Trettera. - zaczęła, choć nadal z wątpliwą pewnością siebie.
- Tak, wezwał mnie. - przerzucił kluczyki z dłoni do dłoni. Spojrzał gdzieś w bok, nie zamierzał długo z nią rozmawiać. Jedyne na czym mu teraz zależało, to aby jak najszybciej zakończyć tę bezproduktywną dyskusję. Tym bardziej, że najpewniej skończyłaby się kolejną sprzeczką. Consalida ostatnio nie była dobrym rozmówcą. Jej wahania nastrojów potrafiły ujawnić się w najmniej odpowiednim momencie.
- Na dywanik?
- Chciał przedyskutować mój urlop. - odpowiedział warząc każde słowo. Kobieta pokiwała głową, starając się kierować rozmową tak, by przebiegła ona swobodnie.
- Znikasz na dłużej?
- A jakie to ma znaczenie? - nie mógł już znieść tej sztucznej atmosfery.
- Dla mnie ma. - uśmiechnęła się ostrożnie. - Jesteś moim przyjacielem. - dodała. Adam prychnął, kiwając przy tym głową. Trudno powiedzieć, co go tak naprawdę wtedy zirytowało, lecz jedno jest pewne - Wiktoria nadszarpnęła sobie zaufanie, jakim darzył ją kolega.
- To może też zacznij zachowywać się jak przyjaciółka. - ostatnie słowo wypowiedział jakoś z obrzydzeniem.
- Wiem, przepraszam za tamto. - Kobieta skubała nerwowo skórki przy paznokciach. Nie chciała zaprzepaścić przyjaźni, jaka połączyła ją z brunetem przez kilka słów wypowiedzianych bezmyślnie. Starała się wprowadzić ład w swe życie, ale czasami potykała się o własne nogi. Tak się właśnie złożyło, że jedyną oznaką stabilizacji w jej życiu była właśnie przyjaźń z Krajewskim. To na tego chłopaka mogła liczyć, kiedy w życiu prywatnym miała problemy. Może i nie zwierzała się z wszystkiego, ale wiedziała że miała w nim oparcie. - Nie powinnam była tak na ciebie naskoczyć. Mam nadzieje, że kiedyś mi to wybaczysz. - zerknęła nieśmiało na chłopaka, unosząc jedną brew niepewnie. Adam przestąpił z jednej nogi, by przenieś ciężar ciała na drugą. Zacisnął usta, przyglądając się rudowłosej dziewczynie.
- To nie było fair. - uniósł jedną brew ku górze. Kobieta wspominając oskarżenia, jakie niedawno kierowała w stronę chłopaka, przytaknęła od razu.
- Wiem. Jeszcze raz bardzo cię za to przepraszam. Wcale tak nie uważam. Ja po prostu... - jednak chłopak przyciągnął do siebie kobietę i objął mocno dłońmi. Uścisk zgłuszył słowa lekarki, jaki miały być jej tłumaczeniem. Nie musiała się tłumaczyć. On tego nie potrzebował, już nie.
Andrzej przebudził się po zaledwie kilku godzinach snu. Ledwie zdołał zsunąć z siebie małą dziewczynkę, która tej nocy smacznie spała nieprzerwanie w tej samej pozycji. Wtulona w tors przybranego ojca, niechętnie rozstała się z jego ciepłem. Wymamrotała coś niezrozumiałego pod nosem i wcisnęła twarz w poduszkę, która biła takim samym ciepłem jak ciało Andrzeja.
Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok, unosząc w swym charakterystycznym wyrazie jeden kącik ust go góry. Obrócił się gwałtownie w miejscu, lecz ruch ten był zdecydowanie za szybki. Pojaśniało mu przed oczami i po omacku łapiąc oparcie kanapy, przysiadł na niej ostrożnie. Szum w głowie zagłuszał jakiekolwiek dźwięki, dochodzące z otoczenia. Przymknął na chwilę powieki i starając wsłuchać się w jedyny znajomy odgłos - pukanie jego serca - uspokajał organizm. Powinien bardziej uważać. Jest lekarzem i doskonale zna konsekwencje tak mocnego osłabienia. Musi się pilnować, by kolejnym razem nie zachwiał się przy własnym dziecku.
Przeklął się w myślach.
Gdy wzrok powoli zaczął odsłaniać obraz zza białej mgły, a i słuch wrócił do normy, mężczyzna podniósł się powoli z kanapy. Kątem oka zerknął jeszcze na Matyldę, by upewnić się, czy ta w istocie nadal spała. Odetchnął z ulgą, kiedy mała nadal pozostawała niczego nieświadoma.
Ruszył do kuchni, by przygotować dla nich śniadanie. Zgrabnym ruchem pokroił pieczywo i bułki, które zaskoczony znalazł w szafce. W tej chwili postanowił, że podziękuje Adamowi, gdyż kiedy otwierał kolejne półki jego zdumienie nie miało końca. Chłopak postarał się o wszystko, choć nikt go o to nie prosił.
Odgrzał naleśniki zawinięte w aluminiowej folii i ułożył je jako ostatnie na jadalnianym stole. A było na nim wszystko, czego można sobie tylko zamarzyć. Od ciemnego i białego pieczywa, po trzy rodzaje płatków śniadaniowych, które zwykł kupować odkąd pojawiła się w jego domu ta mała dziewczynka. Chciał, by Matylda mogła wybierać i nasyciła się przed dzisiejszym dniem.
Odebrał dzwoniący telefon i usłyszał dobrze mu znany kobiecy głos.
- Będę za kwadrans. - usłyszał.
- Świetnie. Zjesz z nami śniadanie. - ułożył dodatkowe, czwarte nakrycie na stole.
- Nie, Andrzej... Zabiorę tylko Matylde. Nie zamierzam zajmować wam wiele czasu.
- Moja droga... czasu mam aż nadto. - prychnął z nutą rozgoryczenia w głosie. - Poza tym twoja kawa już stygnie na stole. - dodał nonszalancko, nasypując jednocześnie ziarenka kawy, by dopiero przygotować kofeinowy trunek dla kobiety. - To jak? Nie daj się prosić Kasiu. - uśmiechnął się do siebie, doskonale zdając sobie sprawę ze swej przewagi.
- Dobrze. Niech ci będzie. - odezwała się po chwili zastanowienia. - Wygrałeś.
Całą trójką szli brzegiem jeziora. On, Matylda i Kasia wybrali się nad pobliską wodę, by poobserwować wiosenny krajobraz tego terenu. Mimo oporów kobiety udali się tam jednak i spędzali przyjemnie ten czas. Andrzej nareszcie mógł się odprężyć i pooddychać świeżym powietrzem, Matylda goniła fale, co raz to mocząc sobie podeszwy butów, kiedy to nie zdążyła uciec przed wodą. Kasia natomiast nadal nie potrafiła wyjść z podziwu dla Andrzeja. Już śniadanie, do którego została zaproszona uświadomiło jej, jak bardzo mężczyzna musiał się starać, by przygotować dla nich taką ucztę. Do tego ta wycieczka za miasto. Co prawda jej córka była wniebowzięta, ale ta krótka podróż znaczyła znacznie więcej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Nie zdziwiło ją to, że mężczyzna wybrał właśnie tę stronę brzegu zbiornika wodnego, podczas gdy to z drugiej strony znajdowało się najwięcej atrakcji turystycznych. Lecz nie o atrakcje tutaj chodziło, lecz o przywołanie wspomnień i oboje dawni kochankowie o tym wiedzieli. To właśnie nad tym brzegiem spotkali się przed jego wyjazdem lata temu. To tutaj spędzili jedyne upojne chwile, jakie dane im było w ciągu ich krótkiego, lecz intensywnego romansu.
- Jeśli chodzi o twoje leczenie...
- Błagam cię, nie psujmy tej chwili. - wszedł jej w słowo. Zmarszczył zniesmaczony brwi, oglądając się za dziewczynką, która biegała beztrosko przed nimi. - Domyśliłem się, że planujecie wysłać mnie do kliniki w Krakowie, ale to się wam nie uda. - mężczyzna zaskoczył tymi słowami Smudę. Do tej pory nie zdołała poinformować przyjaciela o swoich i jego brata planach, ale nie sądziła, że ten sam dojdzie ich zamiarów.
- Ale się udało. - uśmiechnęła się dumnie do niego. Ten zatrzymał się na chwilę, by móc lepiej przyjrzeć się jej szczęśliwej twarzy. Nie dowierzał, choć Kasi twarz nie pozostawiała mu złudzeń.
- Ale jak? - z osłupienia nie wyrwał go nawet pisk Matyldy, która po raz kolejny nie zdążyła umknąć wdzierającej się na brzeg fali.
- Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, jak wpływowe jest twoje nazwisko. Ale ja dopiero teraz się o tym przekonałam. Pewnie liczą na twoją wdzięczność, gdy już wrócisz do operacji. - wzruszyła ramionami, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Zacisnęła swe kostki na płaszczyku, by uszczelnić swe ciało przed utratą temperatury. Ruszyła po chwili, by rozruszać schłodzony wiosennym wiatrem organizm. Mężczyzna zrównał z nią krok i w ciszy analizował przekazaną mu informację. - Naturalnie zostało jeszcze trochę pieniędzy do pełnej kwoty, ale myślę że jeśli się dorzucisz... - zerknęła na niego żartobliwie. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, cały czas niedowierzając.
- Jesteś niesamowita. - nie przekonywał go fakt, że tego cudu dokonało jego renomowane nazwisko. To upór i zdolności perswazji tej kobiety sprawiły, że niedostępna dla niego terapia będzie możliwa.
- Już kiedyś to słyszałam. - odparła, na co on uśmiechnął się lubieżnie. Doskonale pamiętał, kiedy ostatnim razem wypowiedział te słowa do Kasi.
- W takim razie ja też chciałbym ci coś oświadczyć. - przystanął na chwilę i spojrzał poważnie w oczy dawnej kochanki. - Chce adoptować Matyldę.
Tradycyjnie, proszę o opinie ;)
Dziękuję za dedykację !!! <3 Cieszę się,że wygląd się podoba! No cóż jeżeli chodzi o rozdział.. Kasia i Andrzej..?? Czyżby? no cóż fragment,w którym matylda śpi wtulona w swojego tatę...bezcennę no i oczywiście dobra wiadomość jeżeli chodzi o leczenie naszego profesora :) zobaczymy jak to wszystko się ułoży,a teraz Andrzej chcę adoptować Matyldę? Zaskakujesz dziewczyno!! :))
OdpowiedzUsuńJestem ciekawa jak zareaguje Kasia. Matylda pewnie będzie zachwycona. Czrkam na dalszy rozwój zdarzeń
OdpowiedzUsuńPzd jul
To świetnie że Andrzej zacznie się leczyć może terapia zadziała (oby) a adopcja ? Myślę że Kasia mimo wszystko będzie zaskoczona i nie wiem czy od razu podejmie decyzje no więc opowiadanie jest świetne i czekam na next : ))
OdpowiedzUsuńMartwi mnie tytuł tego opowiadania XD
OdpowiedzUsuńCuudowny rozdział! <3
OdpowiedzUsuńTa pierwsza scena... Matylda wtulona w swojego ojca... Miód na moje serce!
Andrzej chce adoptować Matyldzię... Niby się tego nie spodziewałam, ale jakoś specjalnie zaskoczona nie jestem. Chyba przeczuwałam, że to w końcu nastąpi ;-)
Kasia przyznała się Falkowiczowi, że udało się jej załatwić dla niego leczenie w klinice w Krakowie. Jedyny problem to uzupełnienie brakujące kwoty, jednak tą sprawę zapewne da się szybko załatwić. Andrzej się dołoży, może Wiktoria też zmieni zdanie...
Ale jeśli profesor wyjedzie na leczenie, to co z jego córką? Zostanie, czy pojedzie z nim? Bo jeśli ma zostać, to jak oni przeżyją taką rozłąkę? ;-)
Jest jeszcze Adam, który troszczy się o brata; Wiktoria, która, na szczęście, pogodziła się z Krajewskim, mężczyzną, który daje jej poczucie bezpieczeństwa i Tretter, który szczerze mówiąc trochę mnie zirytował.
I co jeszcze? Część zdecydowanie za krótka! :-D
Pozdrawiam, N.
Kiedy będzie next ?
OdpowiedzUsuńJak zwykle, świetna część.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o next - nie prędzej niż w środę. Standardowo tydzień minie właśnie w ten dzień. Może pojawić się późnym wieczorem, bo piszę i poprawiam do ostatniej chwili. Żebyście wiedzieli, że nie robię tego specjalnie, gdy tak późno pojawia się część. Wena przychodzi wieczorem...
OdpowiedzUsuńO ewentualnych opóźnieniach będę tutaj informować.
Dziękuje za każdy komentarz, wierzcie czytam je po kilka razy, znam je niemal na pamięć ;)
Pozdrawiam ciepło!