niedziela, 13 marca 2016
Rozdział 26
Kobieta nie mogła dłużej zostać przy swoim przyjacielu. W domu czekała na nią jej córka i opiekunka, która zapewne bardziej niecierpliwiła się na powrót Kasi, niż sama Matylda. Wyjęła z bagażnika spore siatki z zakupami i udała się w stronę klatki schodowej bloku, w którym znajdowało się jej mieszkanie. Zmęczona spojrzała na zawartość dwóch reklamówek. Przez ten czas w cieple jogurty i mleko były już pewnie do wyrzucenia. Ale co tam zakupy. Gdyby tylko one jej teraz zaprzątały głowę.
Bała się o Andrzeja. Gorączka tylko nieznacznie zelżała, a on przez większość czasu spał, albo majaczył na jawie. I trzymała go za tę lodowatą dłoń, której nijak nie mogła puścić. Ścisnął tak, że gdyby nawet próbowała się z niej wyswobodzić, zapewne szukałby jeszcze w zasięgu ręki jej dotyku.
Dziwnie się czuła, gdy napotykała ciekawskie spojrzenia kolegów z pracy Andrzeja, kiedy tak tkwiła uwięziona przy jego łóżku. Najgorsze było mordercze spojrzenie tej Wiktorii, która jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła. Dlaczego ta lekarka jest tak bardzo do niej uprzedzona? Może czuje się zazdrosna? Może kiedyś coś ją łączyło z Andrzejem? Czyżby dawne uczucia odżyły?
Smuda wcisnęła guzik do windy, która jak na złość nie chciała się otworzyć. Niecierpliwie spojrzała na świecące się numerki pięter na górze, by sprawdzić, czy ta stara machina w ogóle ruszyła. Ścisnęła reklamówki w dłoni i zerknęła jeszcze z stronę klatki schodowej.
Jeszcze minuta, ani sekundy dłużej - syknęła w myślach. Nie miała najmniejszej ochoty wnosić tych ciężkich zakupów na czwarte piętro. Już na drugim wyzionęłaby ducha.
Jak na zawołanie otworzyły się te przeklęte wrota. Przekroczyła ich próg i ułożyła wymęczona zakupy na podłodze.
A może to ona, Kasia dała się temu wiecznie aroganckiemu mężczyźnie omamić? Nie, pokiwała głową, pozbywając się tej absurdalnej myśli. Żaden tam z niego arogancki typ, już ona go znała od tej lepszej, ludzkiej strony. Dla niej maski, jakie były kochanek przywdziewał były po prostu marną próbą zakamuflowania swej pokaleczonej duszy. Im częściej starał się pokazać swoją ciemną stronę, tym bardziej ją rozczulał. Odkąd odkrył przed nią, jeszcze lata temu, tę swą czułość, kobieta zyskała pewność, że to właśnie ta cząstka profesora jest tą dominującą. Każda próba oszukania, gry chłodnego drania skazana była na niepowodzenie. Odczytała go.
- Pani Kasiu, a pani nie wychodzi? - rozkojarzona spojrzała na sąsiada, który specjalnie dla niej zatrzymał jeszcze drzwi windy. Uśmiechnęła się cierpko i ruszyła przed siebie. - Chwila! Zakupy! - obróciła się na swych cieniutkich szpilkach i odebrała od sędziwego pana swoje torby.
- Racja. - odebrała swoją własność i tym razem w skupiła się na odnalezieniu właściwych drzwi.
- Młode... a w głowie wiatr. - pokiwał głową straszy sąsiad, poprawiając w lustrze swą czapkę z daszkiem.
Matylda wbiegła do sypialni swej rodzicielki i w pośpiechu odłożyła jej laptop na odpowiednie miejsce. Zamknęła rozsuwane drzwi szafy i jeszcze raz wytarła rękawem mokre policzki i rzęsy. Ruszyła pewnie do przedpokoju, gdzie powitała ją podejrzliwym spojrzeniem jej opiekunka.
- Nie wydasz mnie, co nie? - dziewczyna zaskoczona rozwarła usta, jakby chciała wypytać młodszą Smudę o wyraźnie knutą intrygę. Jednak przerwała jej Kasia, która zdążyła rozpakować zakupy w kuchni.
- Tyle będzie dobrze? - kobieta wyjęła z gustownego portfela stuzłotowy banknot.
- Proszę pani, to za dużo... - matka Matyldy jednak pokiwała głową, po czym uśmiechnęła się do nastolatki przepraszająco.
- Należy ci się. - osiemnastolatka mimowolnie rozchyliła usta i spojrzała na małą dziewczynkę, którą opiekowała się tego dnia trochę dłużej niż zazwyczaj.
- Młoda... - jej oczy powoli rozbłysły. Dziewczyna zwinęła pieniądz i wsunęła go do tylnej kieszeni swych wytartych jeansów. - Chyba będziemy musiały się polubić. - Matylda uniosła brwi zdumiona próżnością swej niani, po czym przewróciła oczami, tak jak to ostatnio zwykła robić w obecności owej nastolatki i ruszyła do kuchni pomóc mamie w przygotowywaniu spóźnionego obiadu. Zadbała o to, by Kasia nie dostrzegła śladów małej kradzieży jej sprzętu, lecz zapomniała o uśmiechu. Jej błyszczące smutkiem oczy i zasępiona mina dawały Smudzie do myślenia. Już wtedy zaczynała podejrzewać, że coś jest nie tak.
Do gabinetu doktor Consalidy wszedł Adam, lecz gdy spostrzegł, że rudowłosa lekarka nie jest tam sama, speszył się nieco. Już miał przeprosić koleżankę za wtargnięcie, gdy ona zaprosiła go gestem dłoni do środka. Niepewnie wszedł w głąb pomieszczenia, spoglądając na Piotra, który siedział na krześle przed biurkiem pani ordynator. Młody chłopak zastanawiał się, czy powinien poruszyć nurtujący go temat, przy osobach trzecich i koniec końców zdecydował poczekać, aż Piotr jednak opuści gabinet. Sprawa była dość delikatna.
- Omawialiśmy z Piotrem projekt zmian na chirurgi. - spojrzała spokojnie na starszego kolegę, na co ten tylko pokręcił głową. - I myślę, że doszliśmy do porozumienia. - skwitowała rudowłosa. Gawryło był wyraźnie nieprzekonany do pomysłu pani ordynator, lecz jej pewność siebie nie pozostawiała żadnemu z tam obecnych złudzeń - cokolwiek postanowiła - klamka zapadła.
- Dobrze, a ciebie Adam co do mnie sprowadza? - nie lubił tego oficjalnego tonu. Ta kobieta była promienną i charyzmatyczną kobietą, a jej maska profesjonalistki zdzierała z jej tonu głosu wszystkie resztki ciepła. Krajewski wyprostował się więc, zgadzając się na stawiane przez jego przyjaciółkę niepisane warunki i beznamiętnym głosem rozpoczął referować przypadek, o który wcale nie miał zamiaru pytać pani doktor. Był to jedynie temat zastępczy, tak dla pozoru.
- Dobrze, więc co zamierzasz?
- Założyć stomię. Potem zastanowimy się nad odtworzeniem ciągłości przewodu pokarmowego. - założył dłonie za plecami, wpatrując się w skupioną minę szefowej.
- Świetnie. Nie wiem po co ci moja opinia. - zebrała w jedną kupkę dokumentację rozłożoną na swym biurku i ułożyła ją do jednej z wolnych teczek.
- Pani ordynator powinna wiedzieć, co się dzieje na jej oddziale. - odrzekł posłusznie, na co kobieta uniosła zdumiona brwi. Wygięła usta w delikatny łuk i pokiwała głową lekko zdziwiona niespotykaną pokorą podwładnego. Piotr obserwował tę sytuację uważnie i wydała mu się ona tak dziecinna, że aż nie warta komentowania. Podniósł się więc z krzesła i pożegnał z młodszymi kolegami po fachu.
- A Adam... - odwrócił się jeszcze do brata Falkowicza - Chciałem z tobą później pogadać.
- Jasne. - brunet kiwnął głową zaintrygowany tymi słowami. - Zaraz przyjdę. - Piotr opuścił gabinet, a Adam jeszcze raz spojrzał na swoją przyjaciółkę.
- Tak?
- Potrzebuję pieniędzy. - zaczął. Kobieta prychnęła zdumiona śmiałością chłopaka.
- Po podwyżkę idź do Trettera. - zajął miejsce naprzeciwko niej i wpatrywał się w nią śmiertelnie poważnie.
- Mówię serio. Potrzebuje kasy i to na już.
- Adam, nie jesteśmy instytucją charytatywną! Skąd ja ci teraz premię wynajdę!? - jednak chirurg pokiwał głową, najwyraźniej został źle zrozumiany.
- Nie proszę cię jako szefową, tylko jako przyjaciółkę.
- Aha! To teraz będziesz wykorzystywał naszą znajomość! - Krajewski zmrużył oczy i zastygł tak na chwilę obserwując, jak rudą hiszpankę ogarnia furia.
- Co? Nie! - pochylił się nad biurkiem, zakładając na nim łokcie. - O pożyczkę cię proszę. - dodał łagodnie. Był przekonany, że teraz przyjaciółka choć trochę wyzbyła się złości.
- W coś się wpakowałeś? - przez myśl przeszło jej wspomnienie dawnych porachunków z bandziorami, z którymi ona i Falkowicz musieli się rozprawić. - Czy ty nie możesz normalnie...
- O czym ty do cholery mówisz! - przerwał jej zdenerwowany. - Andrzej jest chory i...
- I co? I nie może ci tym razem pomóc? - kontynuowała wzburzona.
- Nie! Kurwa, Consalida to ja chce mu pomóc, rozumiesz!? JA! - krzyknął, tracąc nad sobą kontrolę. Nie potrafił już się uspokoić. Krew w nim zawrzała, a gdy tylko przypomniał sobie, w jakiej sprawie tutaj przyszedł, dał sobie z tym spokój. Nie będzie chciała mu pomóc, a on już nie miał zamiaru o nic prosić. Sam zorganizuje tę gigantyczną sumę, choćby nawet musiał odkładać całą swoją pensję.
Wstał gwałtownie, odsuwając z rozpędu metalowe krzesło za sobą. Nie omieszkał też dać upust swym emocjom i trzasnął drzwiami, wychodząc. Zwrócił tym uwagę wszystkich przechodniów, ale nie żałował. Choć trochę zelżała w nim złość na kobietę, która widziała w nim tylko nieodpowiedzialnego dzieciaka.
Zupełnie zapominając o Piotrku, z którym to miał się spotkać, szedł nabuzowany przed siebie. Nie zastanawiał się gdzie, jego podświadomość sama wybrała to miejsce. Skierował się do pomieszczenia na końcu korytarza i stanął w progu ciemnej sali. Spojrzał na brata, który spał już spokojnie. Oparł się o futrynę i w skupieniu liczył spokojne oddechy leżącego mężczyzny. Wyglądało na to, że wszystko wracało do porządku. Zatem kryzys zażegnany. Nieco uspokojony odwrócił się, by wrócić do lekarskiego po rzeczy. Kończył długi dyżur, więc należało tylko pojechać do domu i tam na spokojnie zastanowić się co dalej.
- Tak myślałem, że tu będziesz. - zamyślony nie spostrzegł, że korytarzem szedł do niego Gawryło. W tym jednym momencie żałował, że nie ulotnił się ze szpitala od razu. Miał już dość rozmów z kimkolwiek. Może to przez nawał pracy, albo samą Wiktorię? Odruchowo zerknął za siebie, w stronę Andrzeja. Przez pracę nawet nie miał czasu zajrzeć do brata. Znów odezwały się w nim wyrzuty sumienia. Nie wiedział, że temu się pogorszyło. Zupełny przypadek o tym zadecydował, że znalazł się wczoraj u Andrzeja. Miał oznajmić bratu, że pojawiła się dla niego szansa. Wszedł do sali razem ze Smudą... wtedy naprawdę się przestraszył.
- Sorry, zapomniałem. - mimowolnie przeczesał swą dłonią kruczoczarną czuprynę.
- Jak z nim? - Piotr skinął głową w stronę przyjaciela, marszcząc przy tym czoło. Ten też niepokoił się o stan zdrowia Falkowicza. Pod pewnymi względami byli do siebie podobni. Piotr także był człowiekiem honorowym i zawsze dążył do zrealizowania wymierzonych sobie celów. Zawsze w pełni wywiązywał się z obowiązków - ni mniej, ni więcej. Tymże razem mężczyzna za sprawę priorytetową uznał wyciągnąć przyjaciela z kłopotów zdrowotnych. Tak jak jemu pewnego dnia oznajmił - nie zamierzał spokojnie stać i patrzeć jak ten umiera. Wspomniał też, że to przez dług, jaki zamierza spłacić mężczyźnie. Po części tak było, ale nawet gdyby kiedyś zdążył już spłacić swój dług wdzięczności względem Falkowicza, to i tak zapewne zrobiłby wszystko, by ten wyszedł z choroby.
W końcu to Andrzej wyciągnął go z dołka, kiedy ten miał zamiar zaprzepaścić całe swoje małżeństwo i karierę lekarza. Do dziś pamięta jego szantarz - przyszedł do niego w dniu rozprawy z Tosią. Skubany wiedział, w który punkt uderzyć, żeby Piotrka opamiętać. Teraz, gdy wraca pamięcią wstecz uświadamia sobie, że był to moment zwrotny w jego karierze i gdyby nie Falkowicz... dziś byłby nikim.
- Lepiej. Gorączka spadła. - Gawryło ściągnął brwi, choć był to ledwie dostrzegalny odruch. Nic nie wiedział o pogorszeniu.
- Ustalili przyczynę? - dopytywał starszy chirurg.
- Przecież to oczywiste...
- Nie Adam. - oddalili się trochę, gdy towarzysz Falkowicza z sali poruszył się we śnie. - Gorączka może być spowodowana samym nowotworem, lub infekcją. Chemia osłabia układ odpornościowy, więc przy jakiejkolwiek ranie łatwo o zakażenie. - przecież to było oczywiste, dlaczego więc sam na to nie wpadł? Może oszczędziłby sobie nerwów.
- A więc to wcale nie musi być progres.
- Nie musi. - odrzekł, poklepując strapionego chłopaka po ramieniu. - Słuchaj, weź urlop, wypocznij. W tym stanie na nic się nie przydasz. - brunet spojrzał na niego wymęczonym wzrokiem. Gdyby tylko miał pewność, że to mu pomoże... - Jedź. Wszystkim się zajmę. - dodał, widząc wahanie chłopaka.
- Dobra. Ale dzwoń, gdyby coś się działo. - Gawryło skinął głową, doskonale wiedząc, że nawet gdyby chirurgia przeżywała oblężenia, Adam i tak nie powinien być potrzebny. Wcale nie miał zamiaru go wzywać. Choć swoją drogą młodszy kolega pewnie i tak w tym stanie okazałby się bezużyteczny.
Kolejnego dnia profesor Falkowicz czuł się już na tyle dobrze, by sterroryzować oddział swymi żądaniami. A mianowicie chodzi tutaj o wypis, który został niemal wystawiony pod presją - samego zainteresowanego i pielęgniarek, które nie potrafiły zdyscyplinować chirurga. Tak oto Andrzej postawił na swoim i jeszcze tego popołudnia miał udać się do własnego domu. Z ulgą odpinał wenflon (nie pozwolił na to niedoświadczonej pielęgniarce) i pozbył się założonego mu wkłucia. Z niesmakiem obserwował sine krwiaki zdobiące jego dłonie. Efekt braku profesjonalizmu personelu medycznego, niestety było to bardzo częste zaniedbanie.
Zapiął mankiety błękitnej koszuli i poprawił jeszcze kołnierzyk, który był już idealnie wywinięty. Nareszcie mógł przywdziać strój, w którym czuł się naprawdę dobrze i dystyngowanie. Ileż można chodzić w samej piżamie...
Przyszykował swe buty, układając je tuż przy łóżku i ułożył się ten ostatni raz na wysłużonym materacu. Zadowolony, że niedługo będzie mógł opuścić mury tej ponurej sali, założył obie dłonie za głową i z ulgą wpatrywał się w dobrze sobie znany biały sufit.
- Nawet Soliński jest ci posłuszny. - usłyszał ściszony głos swojego towarzysza. Zmarszczył brwi i przekręcił się powoli w stronę chorego na białaczkę młodego chłopaka. - Zawsze tak rządzisz? - blady młodzieniec zerknął na profesora z pobłażliwym uśmieszkiem. Andrzej uniósł obie brwi zdumiony szczerością sąsiada.
- Nie mów, że tobie się tutaj podoba. - prychnął, spoglądając na zegarek na swym lewym nadgarstku. Spóźniali się z tym wypisem, Adama także jeszcze nie było. Jeśli tak dalej pójdzie, to mężczyzna sam będzie musiał sobie poradzić. Nie miał zamiaru zostawać w tej umieralni ani chwili dłużej.
- Szprycują cię morfiną, tak że chodzisz... leżysz jak na haju, dbają o ciebie piękne kobiety... Niektórzy wiele by dali za takie warunki. - uśmiechnął się przez przymknięte powieki. Chłopak poruszył się o milimetr, by zmienić niecą swą pozycję, lecz skrzywił się tylko z bólu, wydając z siebie bezgłośny jęk.
- Jak mam być naćpany, to tylko w swoim własnym łóżku. - odburknął.
- Naprawdę? - chłopak odchrząknął, by jego głos mógł być wyraźniejszy - Nie zależy ci na życiu? - Andrzej po raz kolejny obdarzył towarzysza zdziwionym spojrzeniem.
- Skąd ten pomysł? - przypatrywał się już wnikliwie Białaczce. Czyżby z amoku powiedział coś, czego nie pamiętał?
- Nie starasz się specjalnie. - odrzekł zachrypnięty młodzieniec.
- A co niby powinienem robić?
- Masz dziecko, nie? - Zdezorientowany Falkowicz przytaknął tylko i czekał na dalsze wyjaśnienie. Bezwiednie przysunął się bliżej krawędzi łóżka, by lepiej słyszeć słowa chłopaka.
- I żonę. - dodał. Andrzej nie chciał zaprzeczać, mimo że młodzieniec był w ogromnym błędzie. Był zbyt ciekawy do czego zmierza owy trzydziestolatek. - Zrób coś dla nich i żyj... - zakończył szeptem. - dopóki jesteś.
- Nie jestem pewien, czy one chcą takiego życia. - To była kwintesencja jego strachu. Jedyne czego tak naprawdę się obawiał, to to czy może obarczyć te dwie najbliższe mu kobiety takim ciężarem, jakim on powoli się stawał. Jedna kobieta, jego była żona, ta która tak namiętnie deklarowała mu miłość, zostawiła mężczyznę, gdy dowiedziała się o jego chorobie. Do dziś ma w głowie jej słowa pożegnania. Fakt - nie kochał jej, ale wtedy potrzebował bliskiej mu osoby, jak nigdy wcześniej. Strach w nim wzbierał, gdy zdawał sobie sprawę ze swej samotności.
Powinien przywyknąć. Ludzie mieli w zwyczaju go zostawiać. Z czasem sam nie pozwalał im się do siebie zbliżyć. Instynkt samozachowawczy, cholerny instynkt. Działa do tej pory. Ten silny człowiek boi się odtrącenia. Kolejnego odtrącenia.
- Choroba już taka jest, że rozgrzesza egoistów. - chłopak zaśmiał się słabo, nadal nie otwierając oczu.
Gdy zarzucił płaszcz na ramiona, obdarzył Filipa, owego chłopaka z białaczką jakimś niepewnym uśmiechem. Łysy młodzieniec wodził za nim wzrokiem, gdy ten opuszczał salę. Andrzej z głową pełną myśli szedł szpitalnym korytarzem, w stronę wyjścia, gdzie powinien minąć się ze spóźnionym już całą godzinę Adamem. Zastanawiał się, czy tym razem warto zaryzykować i zaufać? Zaryzykować czyjeś cierpienie? Czy ma do tego prawo?
Wyrwany z zamyślenia przez jakąś pielęgniarkę, powiódł za nią wzrokiem. Kobieta biegła korytarzem onkologii na sam koniec korytarza. Przystanął na chwilę i przyjrzał się drzwiom sali, do której właśnie weszła. Była to jego sala. Ta, w której teraz leżał Filip. Zdał sobie sprawę z tego, co się właśnie stało i obrócił się w stronę wyjścia. Nie raz widział czyjąś śmierć, ale tym razem zbladł na moment. Zgubił własne myśli i z kompletną pustką w umyśle wyszedł przed budynek szpitala.
Hmm, mieliśmy tutaj niemal wszystkich bohaterów. Mam nadzieję, że część się podobała. Krótsza, ale zakończona w odpowiednim momencie.
Daje do myślenia?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Daje daje do myślenia rozdział cóż.. falkowicz w końcu wyszedł ze szpitala ;) To super! Ale co dalej? odwiedzi Matyldę? ;) Czekam na next ;) kiedy można się go spodziewać ;)
OdpowiedzUsuńCieszę się że dodałaś przed poniedziałkiem : ) super część
OdpowiedzUsuńCzęść taka jakby refleksyjna, opisuje to co najbardziej męczy naszych bohaterów. Matylda stara się ukrywać to czego się dowiedziła, ale zapewne jest zła na Kaśke i innych, że jej nie powiedzieli co tak naprawde dolega jej ojcu. Wiktoria chyba jednak nie radzi sobie w życiu. Praca dodaje jej sił, ale życie prywatne to klapa.
OdpowiedzUsuńMłody człowiek leżący z Andrzejem być może przemówił mu w końcu, iż ma dla kogo się wyleczyć. Nie ważne co było, liczy się tylko to co teraz.
Ciekawa jestem co zrobi Profesor po wyjściu z placówki.
Czekam na kolejną część:-! :-)
Florentyna
fajnie by było jakby poszedł od razu do swojego dziecka ;) A Matylda wydaję mi się że w internecie odnalazła chorobę swojego taty ;)
UsuńOd tego zacznę - od miejsca, które jako pierwsze odwiedzi profesor ;)
UsuńHeh ;) Jakby to sobie wyobrazić albo zobaczyć na filmie to by było piękne także czekamy :)) ;D
Usuńkiedy next ?
OdpowiedzUsuńDziś next czy weekend?
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, że dopiero teraz.
OdpowiedzUsuńPiękna część.
Andrzej wyszedł ze szpitala, na razie może wrócić do domu. Mam nadzieję, że uda się znaleźć pieniądze na tę nową terapię i profesor wyzdrowieje. W końcu ma dla kogo żyć. Jest Matylda, jest Kasia, jest Adam.
Matylda... Wie wszystko, ona nic nie powie i nikt jej nie chce nic powiedzieć, co się dzieje z jej tatą. Szkoda, wielka szkoda...
Kasia i Andrzej są coraz bliżej... Chyba coś z tego będzie ;-)
Wiktoria sobie nie radzi... Mam nadzieję, że to się zmieni i wyjdzie na prostą.
N.
Twój komentarz, nawet trochę później, zawsze jest mile widziany ;)
UsuńBędzie coś przed poniedziałkiem ? :D
OdpowiedzUsuńNiczego nie obiecuje ;)
UsuńWiesz już może kiedy dodasz next?
OdpowiedzUsuńJutro ;-)
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać 😊/ AsTo
Usuń