wtorek, 8 marca 2016

Rozdział 25


W Leśnogórskim szpitalu panowało małe zamieszanie. Wszystko za sprawą natłoku pacjentów, jakich przyjęto na odziały. Prawie każda jednostka miała komplet leczonych, chorzy zajmowali już łóżka wyciągane z magazynów, lecz cały ten rozgardiasz omijał onkologię. Tam jakby problemów szpitalnych nie było widać. Codzienna rutyna rządziła pacjentami, którzy odbywali krótkie spacery, choć i to robili rzadko. Cisza była tak zajmująca, że gdy ktoś postanowił odbyć poranny jogging, każdy mógł usłyszeć szuranie kapci po szpitalnym linoleum.
Mimo tak popularnego rozpoznania, jakim był nowotwór, oddział specjalizujący się w opiece nad chorymi na raka nigdy nie przeżywał oblężenia. Pacjenci przychodzili i wychodzili, bądź też czekali na wymodlony koniec swej udręki.
Kostucha uwielbiała to miejsce; można powiedzieć, że miała tam swój własny pokój.
Na sali profesora panowała w końcu przyjemna cisza. Jego brat był zajęty na swoim oddziale, zatem ten miał zapewniony spokój. Tak z resztą sam sądził. Nie spodziewał się, że ostatni jego dzień w szpitalu (gdyż owa seria chemioterapii dobiegała końca) przyniesie mu tylu niespodziewanych "wrażeń".
Mężczyzna leżał z zamkniętymi oczyma, kontemplując spokój, jaki panował wokół. W wyobraźni widział powrót do domu i już snuł wizję słodkiego lenistwa, jakiemu zamierzał się poddać. Bo przetrwał. Żył. Przeszedł przez początek piekła i nadszedł czas na jego przerwę.
Nie było jednak tak źle, biorąc pod uwagę, że profesor nie miał większości skutków ubocznych chemioterapii. Zatem zachował włosy, choć i te nieco zmatowiały, nie miał też tak uciążliwych mdłości.
Przejechał kciukiem po spękanej skórze warg. Przeboleć mógł też piekącą suchość w ustach, która spowodowana była wyschnięciem ślinianek. Z tym radził sobie popijając stosowne ilości płynów. Mimo wszystko cieszył się, że to już koniec. Przynajmniej na kolejne dwa tygodnie nie będzie musiał tam wracać.
Sięgnął po leżący na nocnej szafce telefon. Szybko odnalazł jeden z częściej wybieranych numerów.
- Cześć. - usłyszał przygnębiony głos.
- A co to za smutny ton? - Andrzej zmarszczył brwi zdziwiony.
- Kiedy będę mogła cię odwiedzić? - odrzekła strapiona dziewczynka. Mężczyzna zacisnął usta, zastanawiając się co odpowiedzieć. Kasia i Adam uszanowali jego prośbę, choć z wielkim problemem, aby Matylda jednak nie pojawiała się u ojca w szpitalu. Wiedział jak bardzo martwiłaby się, gdyby tylko zobaczyła go w nienajlepszym stanie. Ponadto bał się jej spojrzeć w oczy i oznajmić, na co tak naprawdę choruje. Nie zniósłby smutku w tych dziecięcych oczach.
- Skarbie, jutro wychodzę. Nie ma potrzeby, żebyś do mnie przyjeżdżała.
- Ale ja chciałam cię odwiedzić! - był niemal przekonany, że mała tupnęła właśnie nogą.
- Tłumaczyłem ci już Matyldziu... - westchnął. Na próżno łudził się, że kontakt telefoniczny zrekompensuje dziewczynce rozłąkę. Obaj nie doceniali przywiązania, jakie między nimi urosło. Rozmowy ani trochę nie uleczyły tęsknoty, jaka tylko się potęgowała w każdym z nich.
- Wstydzisz się mnie?
- Zabraniam ci tak myśleć, słyszysz? - uciął surowo. - Musisz się teraz zająć szkołą. Pozaliczasz egzaminy wyrównawcze i dopiero będzie czas na... sentymentalne spotkania. - taka była oficjalna wymówka obu rodziców dziewczynki. Trzeba przyznać, że bardzo wiarygodna i w pewnym sensie prawdziwa, gdyż szkoła w Stanach miała znacznie niższy poziom nauczania, niż ta warszawska.
- Ale ja już wszystko umiem! No i pani powiedziała, że idzie mi bardzo dobrze. - drążyła dziewczynka. Bardzo chciała, choć raz odwiedzić ojca w szpitalu, wiedziała, że bardzo ucieszyłby się z jej odwiedzin, choć tego nie okazywał. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wszyscy tak jej tego zabraniali.
- Świetnie. Powtórz sobie jeszcze raz. - usłyszał, jak mała wzdycha. - I nie przewracaj proszę oczami. - Skarcił córkę. Był przekonany, co do swej racji. Znał zwyczaje tej młodej damy, ale również z tonu jej głosu potrafił wyczytać, jaką miała właśnie minę. I choć dziewczynkę zaskoczyła uwaga ojca, to starała się nie dać po sobie poznać tego zaskoczenia.
- Przyjedziesz jutro? - machinalnie przełożył telefon do drugiej dłoni, gdy na sali pojawiła się pielęgniarka. Teraz rękę z wenflonem miał luźno ułożoną wzdłuż ciała, tak by owa kobieta miała do niej lepszy dostęp.
- Co też pani robi!? - syknął, krzywiąc się z bólu, gdy pielęgniarka naruszyła wkłucie. Nawet nie poczuł, jak zimna ciecz rozchodzi się w jego żylastych dłoniach, był za bardzo rozproszony. Lecz znał działanie tegoż specyfiku. To kolejny lek przeciwbólowy. Miał zatem jakieś piętnaście minut, zanim poczuje doskwierające otępienie i zapadnie w sen, co było jego dobroczynnym skutkiem ubocznym.
- Tato? Jesteś tam?
- Tak... - przyjrzał się przesuszonej skórze, pod którą zaczął malować się siny krwiak. - Jestem. - dodał niezadowolony z owego widoku.
- Przyjedziesz? - dopytywała.
- Chciałbym - nie kłamał. Jednak musiał się trzymać, nie ulec emocjom. Pragnął zobaczyć swoją księżniczkę, lecz nie mógł pokazać się jej w takim stanie. Z pewnością przestraszyłby dziewczynkę samym wyglądem. Obiecał Kaśce, że przy niej będzie, dlatego postanowił, że jak tylko trochę wypocznie, pojedzie na spotkanie z małą.
- To dlaczego tego nie zrobisz? - Matyldzie głos zaczynał się łamać. Bała się, że jej tata chce o niej zapomnieć.
- Matyldziu... Przyjadę do ciebie, ale jak tylko trochę wydobrzeje, zgoda? - uniósł brwi, a na jego czole ukazały się cztery głębokie poziome bruzdy.
- Zgoda. - nie miała innego wyjścia. Zawsze to jakiś kompromis. - Zadzwonisz jeszcze dzisiaj?
- Zadzwonię. - odrzekł po chwili, uśmiechając się pod nosem.
- Tato?
- Tak skarbie?
- Kocham cię. - zamarł na chwilę. Jego płuca zatrzymały się w połowie wydechu i skamieniały tak na moment. Serce za to, aby nadrobić niedyspozycje organów wymiany gazowej, przyśpieszyło swój nerwowy rytm. Wyznanie, które właśnie usłyszał było tak zaskakujące i szczere zarazem, że nie potrafił wymyślić sensownych słów odpowiedzi na nie. Czy nie spodziewał się, że ta mała istotka, jaką miał szczęście się opiekować, pewnego dnia popełni tak karygodny błąd i pokocha profesora Andrzeja Falkowicza? Obdarzy go uczuciem, którego znaczenia on już dawno nie poznawał? Mężczyzna sądził, że nigdy już nie będzie w stanie zbliżyć się do nikogo, że wszystkie dobre uczucia zostały w nim zabite jeszcze wczesnego dzieciństwa.
Niespodzianka.
Życie u kresu jego czasu podważyło te błędne założenia. Serce profesora tylko otulił szron, w środku zaś nadal tętniło ciepłem.
- Halo? - głos dziewczynki rozbudził go nieco.
- Tak, em... idź się uczyć. - trochę zakłopotany zacisnął usta i ściągnął brwi. - Zadzwonię wieczorem, teraz daj mi mamę, dobrze? - tymi słowami kończył każdą rozmowę z Matyldą. Taki schemat powtarzał się każdego dnia i choć dawni kochankowie nie mieli początkowo wielu wspólnych tematów oprócz ich córki, to z czasem zaczęli ze sobą rozmawiać znacznie swobodniej. Niezwykle interesujące stały się nagłe przygody dnia codziennego, jak choćby ciekawy artykuł w sieci, czy humory młodej nastolatki. Odnaleźli między sobą nić porozumienia, którą kiedyś byli tak ściśle związani. Mężczyzna powoli pozbywał się wrażenia, że kobieta kontaktuje się z nim tylko z litości. A bardzo długo zadręczał się właśnie takimi myślami. Kobiety wszak słyną z instynktu macierzyńskiego, który nakazuje im opiekować się zniedołężniałymi, czy nieporadnymi osobnikami.
Jednak nie do końca wiedział, w którą stronę idzie cała ich znajomość. Kolejna usterka płci pięknej polegała na tym, że owe istoty nie zawsze mówiły to, co mają na myśli. Czasem rzucały słowa na wiatr, nie zdając sobie sprawy z ich wagi, bywało, że wypowiadały coś, z czym po chwili kompletnie się nie zgadzały.
Świadomość tego rodziła wiele niepewności w jego umyśle. Smuda poprosiła, a raczej postawiła warunek, że mężczyzna musi być przy swojej córce. Zawsze.
To oczywiste. Sam tak naprawdę nie potrafiłby żyć bez tej młodziutkiej złośnicy.
Ale wątpliwości narastały dalej. Czy aby na pewno kobieta chciałaby stworzyć z nim rodzinę? Czy byłaby gotowa pogrzebać zmorę przeszłości i zacząć wszystko od początku?
Co jeśli kobieta oczekiwała czysto przyjacielskich relacji? Ta myśl napawała go strachem. Ale zaskoczony odkrył, że owe wątpliwości zradzały w nim również motywację. Jakaś chęć walki obudziła się w jego umyśle.
- Będę żył. - nie spostrzegł, że już na wpół przytomny wypowiedział swoje myśli na głos. Westchnął ciężko, błądząc nieobecnym wzrokiem po pomieszczeniu.
Zwrócił tym uwagę swojego towarzysza z sali. Choć w mroku pomieszczenia chłopak ledwo dostrzegał sylwetkę profesora, to już wystarczająco zdążył go zaniepokoić ton głosu Falkowicza. Białaczka - jak Andrzej nazywał w myślach swego towarzysza - zmarszczył gołe brwi, przyglądając się podejrzliwie mężczyźnie na łóżku obok. W nikłym świetle dobiegającym zza drzwi do sali odbijały się kropelki potu na czole i skroniach profesora.

Chuda nastolatka krążyła po niewielkim salonie w mieszkaniu Katarzyny Smudy. Dziewczyna była opiekunką Matyldy. I choć tę pracę zaczęła stosunkowo niedawno, to już miała jej dosyć. Opieka nad dwunastolatką miała być zajęciem niewymagającym większego wysiłku. Przecież dziewczynka, którą odwiedzała każdego poranka, sama potrafiła się sobą zająć. Co więc trudnego mogło być w roli niani? Otóż owa nastolatka nie przewidziała, że Matylda jest dzieckiem bardzo wrażliwym, mimo ciętego charakterku, jaki zdążyła nie raz zaprezentować. Ponadto młoda Smuda przechodziła teraz bardzo trudny okres w życiu. Jak na tak młodą osóbkę życie zdążyło ją okrutnie doświadczyć. Odkąd dziewczynka sięgała pamięcią, jej matka zastępowała jej obojga rodziców. Nie pamiętała swego pierwszego taty. Podobno zmarł w wypadku, lecz nie mogła tego pamiętać. Była zbyt mała. Kolejne młode lata przyniosły straszną tragedię - wypadek jej mamy. Zagubiona dziewczynka trafiła do obcego miejsca i obcych ludzi, których nie chciałaby więcej zobaczyć. Nie dlatego, że źle się nią zajmowali. Starali się. Ale budzili przykre wspomnienia.
Potem pojawił się Andrzej. Wtedy jeszcze pan Andrzej. Ale szybko się do niego przywiązała. Stał się jej bohaterem, w końcu uratował ją przed bidulem (każde dziecko w izbie przestrzegało ją przed tym strasznym miejscem, w którym znikają starsi koledzy). W pewnym momencie bała się, że mężczyzna zechce ją oddać, lecz ich więź stała się silniejsza - wtedy to on uświadomił sobie, jak wiele dla niego znaczy ta drobina. Stało się. Pokochał. Choć długo jeszcze nie zdawał sobie sprawy z ogromu swego uczucia.
Teraz kiedy odzyskała mamę, jej tata Andrzej najprawdopodobniej ciężko zachorował. Przez łzy czytała zakładki, które zachowały się w historii internetowej przeglądarki. Wszystko składało się w całość. Ta cała protonoteriapia, która zajmowała się leczeniem nowotworów, wyświetlała się najczęściej. Poza tym wiele innych stron klinik i samych charakterystyk choroby.
Obraz zamazał się przez napływającą do jej oczu ciecz. Zebrała się na brzegach i po chwili przelała się na policzki, po których spływała już obficie strużkami.
- Matylda błagam cię, tylko nie rycz - opiekunka zapukała po raz kolejny do pokoju podopiecznej - Młoda, otwórz. Pogadaj ze mną. - Dziewczyna oparła się o ścianę i zastukała leniwie w drewno drzwi. - Młoda... twoja matka pomyśli, że się nad tobą znęcam... - po raz kolejny uderzyła kostkami w drzwi. Nic. Wzniosła oczy do góry i zamknęła je wykończona. - A mogłam być kelnerką... - jęknęła cicho.

Mecenas Smuda zakończyła właśnie spotkanie ze swym nowym klientem. Zebrała dokumenty do bordowej teczki i zarzuciła płaszcz na plecy. Tak z szykowną torebką pod ręką i ową teczką ruszyła pewnym krokiem w stronę swego auta. Stanęła przed pojazdem i rozpoczęła poszukiwania kluczyków do niego. Rozejrzała się krótko kątem oka, czy aby na pewno nie obserwuje jej jakiś mężczyzna, który ukradkiem podśmiechuje się z jej typowo kobiecych zwyczajów. Zadowolona z szybkiego odnalezienia zguby, obeszła pojazd i wsiadła do niego.
To była ta chwila, kiedy mogła rozkoszować się pierwszymi promieniami słonecznymi. Nadchodziła wiosna. Lecz moment później wyraźnie czymś zmartwiona, ściągnęła brwi i zasłoniła sobie źródło rażącego światła. Popatrzyła na komórkę i zastukała palcami w kierownicę. Zastanawiała się, czy powinna załatwić tę sprawę przez telefon. W głowie układała sobie scenariusz rozmowy z profesorem Solińskim, lekarzem prowadzącym Andrzeja, ale było zbyt wiele niejasności i wątpliwości, które musiała rozwiać w osobistym spotkaniu z lekarzem.
Mknęła już pobocznymi uliczkami Warszawy do Leśnej Góry. Zamierzała sprawdzić, w jakim stopniu realny jest plan sprowadzenia Andrzeja do kliniki w Krakowie. To właśnie tam miałby się poddać innowacyjnej terapii, która była dla niego ogromną nadzieją na wyzdrowienie. Było wiele trudności, lecz pojawiła się szansa na miejsce dla przyjaciela w tym ośrodku. Poruszyła niebo i ziemię, by cokolwiek załatwić. Okazało się, że jej znajomości nie były jednak tak silnie przekonywujące, jak nazwisko światowej sławy chirurga naczyniowego, profesora Falkowicza. Zdumiewające, jak wielką osobowością stał się on przez te lata.
Lecz mimo wszystko zostawały jeszcze kwestie finansowe. To nowa terapia i co za tym idzie - nie finansowana ze środków skarbu państwa. Więc jedyna nadzieja tkwiła w bliskich profesora. Dlatego zamierzała na samym początku o pieniądzach porozmawiać z Adamem.
Wysiadła z czerwonego fiata 500. To iście włoskie autko sprawdzało się idealnie i co najważniejsze - robiło wrażenie. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy system automatycznego zamykania zapikał, po czym obróciła się energicznie w stronę szpitala. Zachwiała się na swych wysokich czółenkach, nie sądziła, że nawet na platformach jej stopa nie będzie tak stabilna. Odzwyczaiła się od obcasów, choć kiedyś tak je uwielbiała.
Łapiąc równowagę ruszyła w końcu spokojnym, lecz pewnym krokiem do wejścia. Zamiast na onkologię, od razu udała się na oddział chirurgii, gdzie Adam odbywał właśnie dyżur. Okazało się, że chłopak od kilku godzin przebywa na bloku operacyjnym, zatem postanowiła na niego poczekać.
Chwilę oczekiwania na szpitalnym korytarzu przerwała jej jednak doktor Consalida. Rudowłosa lekarka pędziła przed siebie nie zauważając, lub nie chcąc zauważyć stojącej niedaleko Kasi. Smuda wyraźnie miała zamiar przywitać się z lekarką, lecz ta minęła ją bez słowa.
- Wiktoria! - krzyknęła zdezorientowana mecenas. Rudowłosa przeklęła się w duchu i obróciła się na pięcie w stronę byłej kochanki Andrzeja. Wymusiła przepraszający uśmiech i podeszła bliżej, lecz nadal na bezpieczną odległość do kobiety.
- Przepraszam, ale mam urwanie głowy. Coś się stało? - Consalida uniosła głowę i zmierzyła byłą kochankę przyjaciela surowym spojrzeniem. Mimo upływu czasu jej niechęć do mecenas nie zelżała. Nadal uważała ją za kobietę pozbawioną uczuć. Wszystko potęgował jeszcze fakt, że rudowłosa lekarka nie często widywała Kasię odwiedzającą na oddziale ojca jej dziecka i (podobno) dawną miłość. Wiktoria nie wierzyła w szczere uczucia Smudy. Sądziła, że ta nie doceniała poświęcenia, jakie otrzymała od Andrzeja.
Jakże opaczne było rozumowanie doktor Consalidy, która oceniała wszystko przez pryzmat swego nieudanego małżeństwa. Wiktoria widziała w przyjacielu wszystkie te cechy, których brakowało Tomaszowi. Przede wszystkim szczere uczucie.
Nie potrafiła zrozumieć, jak pani mecenas może okazać się tak próżna. Taką ją widziała. Próżną. Nie doceniała człowieka, który tyle jej poświęcił i teraz sam oczekuje pomocy.
- Chciałam się tylko przywitać. - Kasia widząc niechęć w oczach znajomej Andrzeja, postanowiła jednak wycofać się. - I porozmawiać, ale w takim razie... nie przeszkadzam. - uśmiechnęła się najszczerzej jak potrafiła, lecz Consalida zmroziła ją wzrokiem.
- Pacjenci czekają. - ruda uśmiechnęła się, ale jakoś cierpko i odwróciła się w stronę, którą przed chwilą wskazywała palcem.
Kasia jeszcze przez moment obserwowała oddalającą się Consalidę. Zamyślona gapiła się w pusty już punkt w oddali, analizując zimne powitanie znajomej, gdy od tyłu podszedł do niej Adam.
- Cześć. - zmęczony ucałował przyjaciółkę brata w policzek i zaprosił gestem dłoni do pokoju lekarskiego. - Mogłaś tutaj na mnie poczekać. - nalał sobie kawy i usiadł z kubkiem w dłoni na kanapie. Upił łyk, po czym spojrzał wyczekująco na kobietę.
- Chciałam z tobą porozmawiać o tej protonoterapii... - zaczęła.
- Protono... aaa, dla Andrzeja... - pokręcił głową wyraźnie wykończony wielogodzinną operacją. - Trudna sprawa. Wiesz jak trudno się tam dostać? Jedyny ośrodek w Polsce, do tego roczny limit trzystu osób. Nie ma co liczyć na cud Kaśka, musimy działać znanymi sposobami. - westchnął i upił kolejny łyk kawy. - Mmm... zapomniałem! Może się napijesz? - odrzekł, gdy tylko upił ogromny łyk czarnej cieczy. Nim zdążyła zaprotestować, ten już wybrał wolną filiżankę i napełnił ją tym aromatycznym napojem.
- Ale może to kogoś...
- Filiżanka? Nie, jest Andrzeja. Dla was to chyba wszystko jedno. - opadł bezsilnie na kanapę, nie zdając sobie sprawy z tego, co przed chwilą powiedział. Spojrzał wymęczonym wzrokiem na Smudę, która przyglądała się w zdumieniu chłopakowi. - Co? - Kasia wzruszyła ramionami, lecz Krajewski po chwili zdał sobie sprawę z dwuznaczności swych wcześniejszych słów.
- Sorry... jestem tak wykończony, że nie wiem co mówię. - Smuda machnęła ręką, dając mu znak na to, by wcale się tym nie przejmował. - Byłaś u Andrzeja? - zapytał, by odciąć się w końcu od kłopotliwego tematu.
- Najpierw chciałam coś ustalić z tobą. Bo... - dumna z siebie nabrała powietrza w płuca i z uśmiechem dokończyła wywód - Tak się składa, że udało mi się załatwić miejsce dla niego w krakowskiej klinice.
- Żartujesz? - kompletnie zaskoczony podniósł teraz tak żywy wzrok na kobietę.
- Ale potrzeba pieniędzy. - chciała nieco ostudzić jego zdecydowanie za duży entuzjazm.
- Ale jak ty to zrobiłaś? Dzwoniliśmy do nich, powiedzieli, że to niemożliwe. - chłopak podniósł się gwałtownie i stanął na przeciwko Smudy.
- Nazwisko Falkowicz otwiera wiele drzwi. - odwzajemniła uśmiech bruneta.
- Łał - złapał się dłonią za potylicę. - Po prostu łał. - uśmiechnął się promiennie i chwycił Kasię pewnie obiema dłońmi za przedramiona. Przyciągną do siebie zszokowaną kobietę i ucałował przeciągle w policzek. - Jesteś wielka. - skwitował, kiedy już się od niej oderwał.
Kasia jednak zachowywała większe opanowanie, gdyż zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele trudu będzie trzeba, by zorganizować leczenie przyjaciela. Cała procedura wymagała dokładnych badań pacjenta, aby sprecyzować lokalizację guza, oraz ocenić jego obecny stan zdrowia. Jeśli nie było przerzutów, a rak nie był bardzo zaawansowany, to najpewniej zostanie zakwalifikowany do kuracji.
Ale najtrudniejszą kwestią były mimo wszystko pieniądze. Obawiała się, że to właśnie przez nie na leczenie będzie już za późno. Zbiórka mogła potrwać, a Andrzej nie miał wiele czasu. Musiał jak najszybciej znaleźć się pod opieką krakowskich specjalistów.

Łysy mężczyzna obserwował swego kolegę. Ten jakby stracił kontakt z rzeczywistością, a stało się tak przez gorączkę, która przez całą noc i tenże poranek trawiła jego osłabione ciało. Na wpół przytomny wpatrywał się w sufit wymęczonym wzrokiem. Jego zarumienione policzki zdobiły wcześniej bladą skórę, a krople potu można było dostrzec już jedynie na wilgotnych włosach przy linii skroni. Rozpalona skóra nie dawała słonej cieczy utrzymać się na swej powierzchni.
Zaalarmowana pielęgniarka przybyła do sali profesora i jego kolegi.
- Ma gorączkę. - wyjaśnił szybko. Kobieta podeszła do profesora i dotknęła wierzchem dłoni gorącego czoła pacjenta. Zacmokała niezadowolona pod nosem. Postanowiła skonsultować problem z lekarzem prowadzącym.
- Wszystko będzie dobrze. - nachyliła się nad gorączkującym mężczyzną i uśmiechnęła się ciepło. - Zaraz wracam. - położyła dłoń na ramieniu Falkowicza pocieszająco i ruszyła w poszukiwaniu profesora Solińskiego.
Lekko siwawy mężczyza przybył do sali profesora. Miał już swoje lata, dlatego tempo, jakie narzuciła mu pielęgniarka było zdecydowanie nie na jego siły. Z lekką zadyszką podszedł do kolegi po fachu i przyjrzał się mu uważnie. Kobieta, która przybyła z szefem zabrała ze sobą elektroniczny termometr, więc teraz mogła sprawdzić, jaką dokładnie temperaturę miał profesor.
- 39,8 - odczytała napis na wyświetlaczu. - Co podajemy?
- Na razie standardowo pani Aniu, paracetamol. - odrzekł onkolog. Kobieta skinęła głową i pobiegła po odpowiednie leki. - Andrzeju? - starszy lekarz założył dłonie za plecami i pochylił się nad kolegą z pracy. Ten przymknął powieki i otworzył je po chwili, kierując zbolały wzrok na mężczyznę nad nim.
- Kazimierz. - wychrypiał. Dawno już nie miał wody w ustach. Jego ślinianki wyschły na amen, a jakakolwiek próba rozmowy przysparzała mu tylko niepotrzebnego bólu. Instynktownie próbował przełknąć ślinę, lecz z daremnym skutkiem. Spragniony rozwarł spierzchnięte usta, by wydać z siebie cichy jęk.
Czuł się potwornie zamroczony. Jakby połowa tego, co działo się wokół zasnuła mgła. Mokra piżama przywarła do jego klatki piersiowej, a gdy próbował zmienić pozycję, czuł jak chłód okala jego przepocone ciało, dlatego postanowił nie ruszać się. Nawet poduszka pod jego głową była nieznośnie wyżłobiona, lecz i ona musiała pozostać nieruszona.
Nagle poczuł na swoim czole coś zimnego. Stalowy dreszcz przeszył jego ciało na wskroś. Każdy chłodny dotyk działał na skórę drażniąco. Lecz po drugim głębszym wdechu, szmatka na czole zaczynała przyjemnie koić jego ciało. Kobieta, która nad nim stała, uśmiechnęła się na widok odprężającego się pacjenta. Przymknął powieki, ale zanim jeszcze zasnął, wyczuł chłodną dłoń zaciskającą się na jego dłoni. W pierwszym odruchu cofnął nieco rękę, czując porażające zimno, lecz chwilę później, gdy przyzwyczaił się do obcego dotyku, zacisnął palce na kobiecej dłoni.















15 komentarzy:

  1. Wow.. Świetny rozdział ale jak na razie z andrzejem nie jest dobrze :/ no cóż wierzę,że wyzdrowieje ! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Robi się coraz bardziej ciekawie
    czekam na ,,cudowne uzdrowienie"

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak na razie profesor sobie jakoś radzi z nowotworem. Przynosi to jakiś skutek, ale w tym momencie nie jest za dobrze. Kasia się stara jak może, aby wszystko było w porządku. Matylda się wzzyskiego dowiedziała i źle, że to oni jej tego nie powiedzieli. Consalida ocenia to przez pryzmat przeszłości, ale nie każdy potrafi się od niej odciąć.
    Czekam na kontytuacje:-!
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyrobisz się dziś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie ma takiej możliwości ;-) strasznie wolno piszę, ważę każde zdanie ;-)

      Usuń
  5. To na kiedy można się umówić na randkę z next'em?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie obiecuję, bo moja wena może nagle umrzeć śmiercią kliniczną.

      Usuń
  6. Andrzej walczy. Ale ta gorączka... Nie jest aż tak dobrze... Ale jest szansa na nową terapię. Teraz pozostaje tylko kwestia pieniędzy. Ale i one na pewno wkrótce się znajdą.
    Falkowicz nie pozwala córce, by go odwiedziła... Mała się martwi i na własną rękę próbuje docierać, co dolnego jej ojcu. I udało jej się. Tylko na pewno łatwiej (o ile to w ogóle możliwe) by jej było, gdyby prawdę poznała od rodziców, a nie z historii przeglądarki.
    I jeszcze to: "Kocham Cię." Falko, dlaczego jej nie odpowiedziałeś? ;-)
    Czyżby ta kobieca dłoń, spleciona z dłonia profesora należała do Kasi? ;-)
    Pozdrawiam, N.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie mogę się doczekać w takim razie :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Będzie next prze poniedziałkiem?

    OdpowiedzUsuń
  9. kiedy kolejna czesc

    OdpowiedzUsuń