Mijały dni, a Kasia nie dzwoniła. Profesor nawet nie widział, czy wyjechała zaraz drugiego dnia do Stanów i czy była tutaj z Matyldą. Myśl, że mała mogła być tak blisko, a on nie mógł się z nią spotkać przytłaczała go. Nie było dnia, żeby o niej nie rozmyślał, ostatnimi czasy nawet intensywniej. Miał bowiem szanse na wznowienie kontaktów z dziewczynką. Bez wątpliwości wpisała się na stałe do jego życia. Wiele go nauczyła i pokazała mu świat w innych barwach. Nigdy wcześniej nie sądził, że dziecko może dawać tyle szczęścia i że radość dziecka stanie się dla niego tak ważna. Nasz profesor odkrył siebie na nowo. Ze zdumieniem obserwował, jak inne mogą być relacje międzyludzkie, jeśli sami spojrzymy na przyjaciela z innej perspektywy. Życie przybrało łatwiejszą formę. Ale każdy miecz ma dwa ostrza. Mężczyzna spostrzegł, że potrafi również odczuwać tęsknotę - uczucie, które zdawałoby się potrafił w sobie eliminować, zdusić w zarodku. Tym razem nie było już tak łatwo. Choć usilnie wmawiał sobie, że tak wielkie pragnienie czyjejś bliskości jest tylko błędem w postrzeganiu surowej rzeczywistości, chwilową słabością... niedorzeczną słabością.
Powoli tracił już nadzieję na polubowne załatwienie tej sprawy. Fakty były takie, że Kasia miała zacięty charakter. Lubiła stawiać na swoim i tak też robiła. W sądzie jak i w życiu była waleczna. Wszak nie raz słyszał o sukcesach niejakiej Smudy, która miażdżyła jego przyjaciół po fachu. Świadomość tego napawała Andrzeja dumą, gdyż nieskromnie przypominał sobie, jak lata temu szlifował swój diament. Tak, z pewnością lubił wyzwania. W swoim życiu spotkał tylko dwie takie kobiety, które zapragnął odkryć i zdobyć.
Profesor wszedł do gabinetu lekarskiego, w którym spotkał jedynie Konicę. Uniósł jedynie nonszalancko dłoń w geście powitania i zasiadł za biurkiem.
- Kawy profesorze? - ortopeda był widocznie w wyśmienitym humorze. Za swój cel obrał więc udobruchanie nachmurzonego profesora, który dawał się szpitalnemu personelowi we znaki.
- Odzwyczajam się. - mruknął tylko znad biurka. Starał się zająć dokumentami, dotyczącymi swojego nowego projektu badawczego, lecz zachowanie kolegi wyraźnie mu to utrudniało. - Niechże się pan uspokóje. - rzucił zrezygnowany.
- Przepraszam najmocniej, ale mam do pana profesora prośbę. - Falkowicz spojrzał zaintrygowany śmiałością kolegi na mężczyznę, uniósł jedną brew i obserwował tę uśmiechniętą twarz.
- A więc?
- A tak, już mówię. Chodzi o dzisiejszą operację. Bardzo ciekawy przypadek. Niech pan zerknie. - Konica rzucił plik dokumentacji medycznej przed profesora. Falkowicz niechętnie zajrzał do wyników, w których dostrzegł to, co zapewne tak bardzo zdziwiło Konicę.
- Naprawdę ciekawe, ale niestety nie mogę panu pomóc. - profesor z udawanym żalem oddał ortopedzie wyniki. - Sam pan wie, że nie mogę jeszcze operować. - westchnął teatralnie i wrócił do papierów na biurku.
- Tak tak, oczywiście. Ja rozumię, ale mi chodziło o coś zupełnie innego.
- Tak? - profesor tym razem nie zaszczycił kolegi spojrzeniem, a w jego głosie pobrzmiewało tylko udawane zaciekawienie.
- Pan... pan profesor zdaje się ma kolegę, to znaczy... domyślam się, że zna pan wielu znakomitych specjalistów, ale mi chodzi raczej o konkretną osobę.
- Do rzeczy.
- Racja. Mógłbym prosić o kontakt do profesora Budnera? - Konica przypatrywał się profesorowi spod przymrużonych oczu. Ten przerzucił jedynie kolejne kartki papieru i odparł po chwili jakby niewzruszony.
- Oczywiście. - Konica odetchnął uradowany. - Ale wątpię żeby udało się panu z nim dojść do porozumienia.
- Możliwe, ale jeśli zobaczy wyniki badań tego pacjenta...
- Wybaczy pan śmiałość panie doktorze. - Falkowicz odłożył trzymane w dłoni kartki i spojrzał na kolegę lekko zniecierpliwiony. - Ale profesor operuje tylko z najwybitniejszymi specjalistami na świecie. Śmie wątpić, że zechce odwiedzić nasz szpital tylko po to, aby towarzyszyć panu w operacji, których on sam przeprowadził setki.
- Domyślam się. - Konica był przygotowany na trudną rozmowę, dlatego postanowił brnąć dalej. Może nie był wybitnym specjalistą, ale dobro pacjenta stawiał nade własny honor. - Dlatego chciałbym prosić pana profesora o protekcje. - Ortopeda zacięcie obserwował twarz Falkowicza, próbując wyczytać z niej, czy ma jakikolwiek cień szansy. Ich rozmowę przerwał jednak dźwięk telefonu. Profesor podniósł więc urządzenie, a na jego twarzy można było dostrzec zaskoczenie. Energicznie wstał i podszedł do okna.
- Tak?
- Tydzień. - usłyszał pewny damski głos po drugiej stronie.
- Mój warunek był inny. - odrzekł profesor. - Miesiąc i ani dnia krócej.
- Pamiętam, ale to ja jestem matką. Nie zapominaj, że tutaj to moje słowo się liczy.
- To żałosne tak się bawić kosztem małej. - prychnął
- Więc już nie graj. Matylda to nie karta przetargowa. Musisz się też liczyć z jej uczuciami.
- Czy ty siebie słyszysz? Nie widzisz, że jedyną osobą, która ją teraz krzywdzi to właśnie ty? - ciszę w telefonie zakłócały jedynie miarowe oddechy.
- Nie zamierzam ci zabraniać kontaktów z małą. - tym razem to Andrzej zamilkł. Poczuł się jakby zrzucił z pleców ciężki balast.
- Możesz jaśniej?
- Możesz ją odwiedzać kiedy tylko chcesz, ale nie zgadzam się na co weekendowe wyjazdy do Polski. Nie chcę, żeby córka była przerzucana z kraju do kraju, jak jakiś towar. - Profesor lekko się zasępił, ale właściwie i tak miał więcej niż się spodziewał. Widocznie musiał przełknąć gorycz niepełnej wygranej i cieszyć się z małego sukcesu.
- W taki razie chyba nie mam wyjścia i muszę się zgodzić, choć nie ukrywam...
- Wyświadczam ci i tak wielką przysługę. Zdaniem Jana w ogóle nie powinnam pójść z tobą na żadne kompromisy.
- Ten smarkacz...
- Ale ja sądzę inaczej. Za tydzień będę w Polsce. Zgodnie z umową zostawię ci Matyldę na tydzień. Potem zabieram ją z powrotem do Stanów. W tym czasie zdążę zająć się sprawami zawodowymi i dopiąć je do końca. - kontynuowała rzeczowym tonem.
- Dziękuję. - ciepło, którym przepełniony był ton głosu Andrzeja lekko zbił z tropu Kasię.
- Słucham?
- Dziękuję. Naprawdę jestem ci wdzięczny. - dodał łagodnie.
- Mam nadzieję, że sobie poradzisz? - oczyma wyobraźni widział, jak się uśmiecha. Na jego twarzy również pojawił się delikatny grymas radości.
- Trzymaj kciuki. - odparł, po czym oboje pożegnali się ze sobą. Mężczyzna spojrzał przez okno. Słońce, które przedzierało się przez gołe drzewa na dworze drażniło jego oczy. Zmrużył więc powieki i zastygł na chwilę w półuśmiechu.
Żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co w tej chwili czuł nasz profesor. Wszechogarniająca radość? Nie, to z pewnością zbyt płytkie. W każdym razie było to coś naprawdę głębokiego. W tym jednym momencie karta się odwróciła i to na korzyść Andrzeja.
Wszystko co do tej pory było szare, teraz nabrało różowych barw. Drzewa za oknem nie były brutalnie okaleczone przez zimowy chłód, lecz oczyszczone ze zgniłych liści. Słońce, które dopiero topiło zlodowaciały śnieg, już grzało niemiłosiernie szpitalne mury. Mężczyzna nabrał powietrza w płuca. Czuł jak wypełnia każdą szczelinę jego pęcherzyków płucnych i jak krew zarażona wiosennym oddechem szybciej płynie w żyłach.
- Wiosna. - westchnął w chytrym uśmieszku. To była pierwsza oznaka powracającego wyśmienitego humoru. Aż chciało się żyć.
- Słucham? - ...aż chciałoby się komuś uprzykrzyć popołudnie. Profesor odwrócił się nonszalancko w stronę towarzysza.
- Pan ciągle tutaj? - wraz z kącikiem ust do góry powędrowała także jego brew. Konica lekko zmieszał się, widząc nagłą zmianę nastroju lekarza.
- Coś pan... z resztą nie ważne. Co do profesora Budnera to...
- Jeszcze dzisiaj zadzwonię do Tadeusza. - profesor włożył prawą dłoń do kieszeni marynarki, a lewą co rusz to gestykulował w swych majestatycznych ruchach.
- Naprawdę? To znaczy dziękuję panie profesorze. - Konica przez chwilę był gotów podbiec do Falkowicza i uściskać mężczyznę w podzięce. Lecz to trwało tylko ułamek sekundy. Profesor zauważył ten niezręczny zaczątek ruchu, który w porę został zahamowany przez ortopedę i zaśmiał się w duchu.
- Doprawdy nie trzeba. Sam nie widziałem się z Tadeuszem lata. Jest mi winien przysługę. Mam tylko mały warunek...
- Oczywiście.
- Przyśpieszymy mój powrót do operacji, hmm? - Falkowicz udał zbolałą minę i wpatrywał się zastygły w tym sugestywnym grymasie w Konicę.
- No nie wiem profesorze. To było mocne stłuczenie. Nie jestem pewien, czy zdoła pan wystać przy stole...
- Nie jestem idiotą panie doktorze. Nie narażałbym pacjenta, gdybym nie czuł, że nie jestem gotów. - Andrzej uważnie obserwował wyraz twarzy kolegi. Nie byłby przecież sobą, gdyby nie skorzystał z takiej okazji i odrobinę nie zaszantażował lekarza. Z każdą chwilą szala zwycięstwa przechylała na jego stronę. Rafał miękł i z czasem stawało się to niezaprzeczalnym faktem.
- Najpierw jednak chciałbym zobaczyć pańskie kolano.
- Ależ naturalnie. - Falkowicz uśmiechnął się szerzej. - Zawsze byłem przekonany o solidności pańskiego warsztatu. Jestem przekonany, że mój przyjaciel będzie zadowolony ze współpracy z panem, doktorze. - dodał przesadnie uprzejmie, lecz jeszcze na granicy fałszu. Nieznacznie ukłonił się koledze i opuścił pokój lekarski.
- Ech wiosna - westchnął.
- Adam, mam sprawę. - odezwał się profesor, kiedy usłyszał w słuchawce głos brata. Wolną dłonią zabrał z kanapy płaszcz i chwycił za klamkę.
- Tylko szybko, bo prowadzę. - usłyszał w tle jakiś kobiecy głos, więc było niemal pewnym, że braciszek nie jest szczery. Ale to akurat nie miało teraz większego znaczenia.
- Za tydzień przyjeżdża Matylda...
- Matylda?
- Tak, więc...
- Ale co się stało? Przecież mówiłeś, że...
- Dasz dokończyć? - profesor skarcił brata, nie tracąc przy tym swej doskonałej dykcji. Kiedy więc usłyszał pomruk Adama, który miał świadczyć o tym, że ten się zgadza, Andrzej dokończył swój wywód. - Przyjeżdża, więc chciałem jej kupić jakiś upominek na powitanie. Ale nie mam do tego czasu ani pomysłu. Dlatego pojedziesz do jakiegoś sklepu z zabawkami i coś wybierzesz. - dodał z trudem przekręcając klucz w zamku.
- Ja?
- Byle nie to co ostatnio. - kontynuował z przekąsem. - Nie będę miał czasu, żeby w ostatniej chwili szukać czegoś odpowiedniego.
- Nie wypominaj mi. Poza tym z tego co wiem masz teraz mnóstwo wolnego czasu. Żadnych operacji, pozostają ci głównie konsultacje.
- Już niedługo.
- Co?
- Nie ważne. - profesor zarzucił płaszcz na prawe przedramię i w swym majestatycznym kroku szedł przez korytarz lesnogórskiego szpitala. - Zrobisz o co cię proszę?
- Dobra. Tylko wiesz, u mnie teraz słabo z kasą.
- O to się nie martw. - rzucił, po czym rozłączył się jednym ruchem kciuka.
Profesor miał małe obawy co do tego, czy Adam odpowiednio wywiąże się z umowy. Miał bowiem złe doświadczenia. Ale nie było wyboru. Musiał zaufać młodszemu bratu zwłaszcza, że sam zapewne nie będzie mógł zadbać o odpowiedni upominek dla jego Matyldzi.
Jako jedyny profesor, wybitny specjalista zapewne będzie teraz poświęcał wiele godzin na bloku operacyjnym, szczególnie tych nocnych. Na samą myśl o powrocie do operacji, aż serce zabiło mu szybciej. Wreszcie będzie mógł chwycić za skalpel i zatracić się w ukochanym zajęciu. Poświęcić godziny na ratowanie ludzkiego życia, wyrwać nieszczęśnika z uścisku śmierci i być świadomym własnego, namacalnego sukcesu. To właśnie kochał w chirurgii. Efekty widział natychmiast, nie musiał czekać miesiącami na odpowiedź, która mogłaby okazać się wyrokiem. Potem wychodził wykończony, ale szczęśliwy z sali operacyjnej. Tak, to z pewnością była jego miłość. Nigdy nie sądził, że może być coś, co będzie choć równać się chirurgii.
Był późny wieczór. Wigilia. W ciemnym salonie paliły się jedynie kolorowe lampki choinkowe. Matylda przyglądała się własnoręcznie przyozdobionemu drzewku. Wisiały na nim bombki we wszystkich kolorach, łańcuchy, te z kolei były niebiesko-srebrne, no i kolorowe lampki. Profesor nie protestował, gdy dziewczynka uparła się w centrum handlowym na właśnie takie ozdoby. Dziwił go jedynie ten upór. Nie zdawał sobie sprawy, że identyczne ubierała matka Matyldy każdej wigilii wraz ze swoją córką. Mała chciała mieć choć namiastkę domu.
- Jest piękna. - odezwał się Andrzej łagodnie, lecz gdy dostrzegł smutną minę małej, podszedł nieco bliżej. Chciał położyć dłoń na jej ramieniu, lecz zawahał się. Matylda nie dostrzegła tego zmieszania. On z kolei domyślił się, co tak trapiło dziewczynkę.
- Możemy do niej pojechać jeśli chcesz. - mała jednak nie reagowała na jego sugestię. Z niewzruszoną miną wpatrywała się w mieniące się kolorami drzewko. - Możemy nawet urządzić małą kolację wigilijną w szpitalu. Na pewno się ucieszy. - dodał łagodnie.
- I tak mnie nie pozna. - odezwała się ponurym tonem. Nie mogła wiedzieć, że tymi słowami rozbiła serce naszego potwora na miliony kawałeczków. Już miał przyciągną ją do siebie i przytulić, pocieszyć, może nawet skłamać, powiedzieć że niedługo wszystko wróci do normy, lecz usłyszał hałas w przedpokoju. Odwrócił się i dostrzegł brata z małą torebką w ręce. Ulżyło mu na ten widok, gdyż nie był pewny czy brat nie zapomni o tym, że obiecał kupić w jego imieniu prezent dla małej Smudy. Sam nie miał do tego głowy przez liczne dyżury i... sklerozę.
- Cześć wam! - krzyknął Adam z progu. - Sorry, że tak późno, ale ledwo wydostałem się spod szpitala przez tę śnieżycę. - podszedł bliżej i uśmiechnął się w stronę bratanicy, jak sam ją nazywał.
- Hej młoda. Mam coś dla ciebie. To znaczy MY mamy. - poprawił się, widząc spojrzenie brata. Matylda odebrała prezent i lekko zmieszana zajrzała do środka. Oboje obserwowali ją w napięciu. Andrzej był szczególnie ciekawy, co jego brat mógł wymyślić.
- Nie maluje się. - posłała Adamowi godne pożałowania spojrzenie. Młodszy z braci widząc ten wzrok, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już widział identyczny wyraz twarzy.
- Coś ty jej kupił? - Andrzej zajrzał do torebki i dostrzegł tam lakiery do paznokci, tusze i inne kosmetyki, których nie potrafił zidentyfikować. - Czyś ty zwariował? Wiesz ile ona ma lat!?
- Nie pisałaś listu do świętego Mikołaja, to święty wybrał sam.
- Nie wierzę w świętego Mikołaja. - odezwała się pewnie i wróciła do przyozdobionego drzewka.
- Jesteś pewien że to nie jest twoja córka?
- Zamilcz. - Falkowicz opadł bezsilnie na krzesło przy zastawionym już kuchennym stole. W dłoniach trzymał nietrafiony prezent. Wygiął usta w łuk i przyglądał się zrezygnowany małej, która jak zaczarowana obserwowała choinkowe światełka.
Profesor wyrwał się z zamyślenia i zastukał pewnie w drewniane drzwi przed sobą.
- Proszę! - usłyszał zmęczony głos. Pociągnął więc za klamkę i pewnie pchnął.
- Ja tylko na chwilę dyrektorze. - uśmiechnął się do granicy przesady. Tretter zmarszczył nieco brwi i gestem dłoni zaprosił Falkowicza do środka.
- Słucham pana profesora.
- Chciałbym poinformować, że za tydzień biorę tygodniowy urlop. - Tretter zdziwił się stanowczością słów profesora, ale to był Falkowicz. Człowiek, który o nic nie prosi, lecz informuje o swoich planach. Powinien był być do tego przyczajony, ale za każdym razem zuchwałość profesora wprawiała dyrektora w osłupienie.
- Mógłbym chociaż wiedzieć, czy to ma coś wspólnego z pana zdrowiem? - ciężko było mu zadać to pytanie, ale jako dyrektor słyszał od podwładnych o jego nie najlepszym samopoczuciu i tym, że stał się jeszcze bardziej nieznośny niż wcześniej. - Proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale chyba mam prawo wiedzieć, czy nasz najlepszy specjalista wróci do zawodu.
- O to się proszę nie martwić. Czuję się na tyle dobrze, by wrócić do operatywy już jutro.
- Jest pan pewien? To znaczy... zaskoczył mnie pan. - dyrektor zaśmiał się niepewnie.
- Urlop biorę z zupełnie innego powodu. - uśmiechnął się uprzejmie do mężczyzny. Skoro wszytko szło ku dobremu to dlaczego nie? Dlaczego nie przyznać się do tego, co powoli i tak stawało się faktem? - Muszę zająć się córką. - po raz kolejny tego dnia zaśmiał się w duchu. Uwielbiał obserwować zaskoczenie na twarzach swoich rozmówców. Pożegnał się i ruszył do wyjścia. Od tej pory miało być inaczej. I z pewnością tak właśnie było.
Prze-pra-szam :-\ Już nie będę obiecywać. :-)
niedziela, 27 grudnia 2015
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Rozdział 12
Falkowicz przyglądał się uważnie kobiecie, która tak namieszała w jego życiu. Była jego studentką, gdy uczył na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie. Ona była na ostatnim roku, on również zapowiedział, że to ostatni semestr, przez który zamierza wykładać. Już wtedy miał w zamiarach przeprowadzenie się do Szwajcarii i poświęcenie się badaniom nad lekiem na miażdżycę... który z czasem stał się eliksirem młodości dla chorujących na SM. Miał wrażenie, że jeszcze krok i stworzy panaceum, środek na nieśmiertelność. Był młody, już wtedy bogaty, czuł że cały świat będzie klęczeć u jego stóp. Kobiety za nim szalały, a to za sprawą jego niebywałej urody.
Mógł mieś każdą. Ale któregoś dnia spotkał pewną brunetkę. Włosy miała ścięte do ramion, a oczy... oczy zawsze roześmiane.
Gdy przebywał jak każdego wieczoru w uczelnianej bibliotece, wybierając odpowiadający mu tom na tenże wieczór, ujrzał tą właśnie kobietę. Podeszła nieśmiało i poprosiła o pomoc, gdyż nie mogła dosięgnąć najnowszej pozycji Benjamina Hooka, która leżała na szczycie regału. Uśmiechnęła się powabnie i zniknęła w labiryncie biblioteki. Zaintrygowała go. Pierwszy raz mógł dostrzec w kobiecych oczach zagadkę, którą musiał odgadnąć.
Spotkał do tej pory mnóstwo kobiet, z wieloma również sypiał, ale cóż innego mógł robić przystojny młody mężczyzna otoczony zafascynowanymi jego osobą kobietami? Niekiedy nawet zjawiskowo pięknymi. Cóż z tego, że miał żonę, skoro tak wiele kobiet go pragnęło? Nie zamierzał jej mówić o swoich zdradach, więc nie powinna się dowiedzieć. Żył w przekonaniu, że chwilowa odskocznia od małżeńskiej rutyny nie jest niczym złym, wręcz pożądanym. Dba on bowiem, aby pożycie małżeńskie było równie ciekawe, co kawalerskie, przynajmniej z jego perspektywy.
Kasia, bo tak miała na imię dziewczyna z biblioteki, była niespotykanie interesująca. Już tego wieczora zdążyli krótko porozmawiać przy książkach. Przypatrywał się jej oczom i nie potrafił rozszyfrować jej spojrzenia. To go irytowało i pociągało zarazem. Z pewnością była inna niż wszystkie jego kochanki. Wiedział, że musi być bliżej, chce być bliżej.
Dni mijały i czas nieuchronnie przybliżał go do wyprowadzki. Cieszył się, ale jednocześnie czegoś mu brakowało, nie mógł sprecyzować czego, a wszelkie próby analizowania powodu jego rozczarowania kończyły się fiaskiem.
Z dziwną radością chodził na wykłady ostatniego rocznika. Czyżby dlatego, że studenci tego roku potrafili więcej i swoją niewiedzą nie doprowadzali go do szewskiej pasji, czy dlatego, że w drugim rzędzie, delikatnie na prawo siedziała ona?
- Nie lubisz ryzyka? - spotkali się po raz ostatni dzień przed jego wyjazdem. - Obiecuję ci, że zapamiętasz ten wieczór do końca życia - pochylił się nad nią w swym samochodzie. Delikatnie całował jej szyję. Już wtedy wiedziała, że mu ulegnie. Wystarczyło jedno słowo.
Była to ich pierwsza i zarazem ostatnia wspólna noc po połowie roku znajomości. Zaryzykowała, przecież już nigdy więcej miała go nie zobaczyć. Zakochała się głupia, a on wyjechał. Sądziła, że nikogo więcej nie obdarzy tak silnym uczuciem jak Andrzeja.
Historia kochanków jednak toczyła się dalej, gdyż Kasia dowiedziała się, że zaszła w ciążę. Ojcem musiał być profesor, tak przynajmniej utrzymywała. Przepełniona szczęściem postanowiła odszukać ojca jej dziecka. Teraz musiał wrócić. Miał dla kogo. Była pewna, że gdy dowie się prawdy już nigdy jej nie opuści.
Snując odważnie plany na przyszłość postanowiła go odszukać. Pierwszym krokiem było sprawdzenie informacji dotyczącej jego pobytu w sekretariacie uniwersytetu. Zadzwoniła pod otrzymany numer, bo tylko to mogła otrzymać.
- Wanda Falkowicz, słucham? - zesztywniała na dźwięk słów usłyszanych w słuchawce. Ciągnęła jednak dalej.
- Chciałabym rozmawiać z profesorem Andrzejem Falkowiczem, to bardzo pilne.
- Mąż niestety jest w tej chwili bardzo zajęty. - odparła kobieta tonem, który odczytała za zniecierpliwienie. Zszokowana dziewczyna bez słowa rozłączyła się i rozpłakała. Znienawidziła go tak mocno jak pokochała. Znienawidziła wszystko co było z nim związane. Rzuciła więc medycynę i rozpoczęła prawo. Przyrzekła sobie, że wychowa dziecko sama, a pan profesor nigdy nie dowie się o jego istnieniu.
- Andrzej, przyszłam bo... - przyjrzała się zamyślonemu mężczyźnie, który przyglądał się obracanemu w palcach długopisowi. - Wiem, że powiedziałam parę słów za dużo. Może nawet cię one dotknęły, ale... - znów jak zahipnotyzowana zawiesiła wzrok na przedmiocie w dłoni profesora. - Zrozumiałam... Możesz przestać!? - wrzasnęła, wyrywając profesora z zamyślenia. Położył więc spokojnym ruchem owy przedmiot i oparł się o wezgłowie fotela.
- Proszę. - skinął głową, dając jej tym znak, aby kontynuowała wywód.
- Dobrze. - poprawiła się na krześle, jakby nagle zaczęło ją coś uwierać. Te niespokojne ruchy nasunęły profesorowi myśl, że sprawa z jaką Smuda u niego się zjawiła musi być niezwykle trudna do wyjawienia. Denerwowała się? - Nie potrafię porozumieć się z Matyldą. Odkąd zwróciła od ciebie jest jakaś inna. Mam wrażenie, że kompletnie jej nie rozumiem i sądzę, że ma to związek z tobą.
- Ze mną?
- Nie jesteś przecież typowym tatusiem - prychnęła z pogardą.
- Tak bardzo mnie nienawidzisz? Z resztą nie ważne. Czego ty w ogóle ode mnie oczekujesz?
- Rozmowy.
- Rozmowy? Mam porozmawiać z Matyldą, bo ty masz taki kaprys? Nie wiesz jak bardzo ją tym zranisz? Dasz jej nadzieje i zaraz odbierzesz. Nie moja droga, mnie w to nie wciągniesz. - pomachał jej malcem nad biurkiem. Przeciągnął dłońmi po materiale na udach, czując jak robią się wilgotne. Na myśl o kolejnym pożegnaniu z Matyldą poczuł krótkie ukłucie pod mostkiem.
- To twoja wina, że moje dziecko tak bardzo się zmieniło! - wrzasnęła, nie kontrolując już swoich emocji. Andrzej pochylił się nad drewnianym meblem. Jego skronie pulsowały, wybijając przy tym sekundy jak zegar.
- Nie pomyślałaś, że może to nie Matylda jest jakaś inna, tylko ty? - syknął, siląc się na opanowanie.
- Co chcesz mi wmówić!?
- To już za długo trwa Kaśka. Musisz pogadać ze specjalistą.
- Myślałam, że się dogadamy... - złapała torebkę i założyła ją na ramię.
- Tak chcesz rozwiązać problem? Wyjść? Nie unoś się honorem kobieto! - teraz on krzyczał. Nie poznawał tej dziewczyny. To nie była ta opanowana i uśmiechnięta, którą poznał dziesięć lat temu. To nie była nawet ta Katarzyna Smuda, która podeszła do niego rok temu w tym szpitalu, pewna prawniczka i spełniająca się matka.
- U ciebie za to dominuje tupet, przerastający twoje ego. - kobieta wstała i przy pomocy jednej kuli w zadziwiającym tempie opuściła gabinet.
- Kaśka! - mężczyzna wybiegł za nią ze szpitala. Parę osób zwróciło uwagę na tę niecodzienną sytuację. Między innymi Wiktoria, która przebywała w tym momencie na świeżym powietrzu. - Daj sobie pomóc. - zagrodził drogę kobiecie.
- Nie potrzebuje psychologa, ani żadnej innej pomocy. Nawet... Tym bardziej od ciebie. - poprawiła się. Mówiła pewnie i z jadem na ustach, lecz on dostrzegł ból w jej oczach.
- Daj sobie pomóc. - powtórzył. - Dlaczego tak bardzo mi nie ufasz? Czym ja ci tak zawiniłem? Przecież to wszystko dla waszego dobra. - dodał spokojnie. Kasia nigdy nie powiedziała mu o tamtym telefonie. Nie miał pojęcia, że ona wiedziała. Wiedziała, że miał żonę, którą przed nią ukrywał. Zawiodła się na nim tak bardzo, że do tej pory tkwił w niej ogromny żal.
- Nawet nie wiesz jak bardzo mnie wtedy upokorzyłeś... - jęknęła, a jej oczy zaszkliły się nieco. Falkowicz nie wiedział jak zareagować. Zaskoczyły go nie tylko słowa Kasi, ale i też nagła zmiana jej nastroju.
- Dobrze wiesz, że nie wiedziałem... - kobieta pokiwała głową, uśmiechając się żałośnie. Ból jaki na nowo poczuła sprawił, że po jej policzku spłynęła łza. Andrzej zdał sobie sprawę, że musi być coś jeszcze. Jej oczy zaprzeczały jego wszelkim wcześniejszym domysłom. Czym tak bardzo ją zranił? - O co tak naprawdę chodzi Kaśka? Nie możesz mnie winić za to, że myliłaś się co do tego, kto jest ojcem Matyldy. Nie powiedziałaś mi nic o ciąży...
- Co by to zmieniło? - mężczyzna przyjrzał się kobiecie uważniej.
- Wszystko! - nie mógł wyjść z zadziwienia. Czy to naprawdę było takie trudne? Dobrze pamiętał, w jakich nastrojach się rozstali.
- I wróciłbyś do mnie? Do ciężarnej kochanki? - zamilkł. Wiedziała. Przez tyle lat czuła do niego nienawiść z powodu Wandy. Musiała się jakoś dowiedzieć. Kobieta rzuciła na niego ostatnie spojrzenie i odeszła w stronę samochodu, w którym siedział Jan. Mężczyźni spotkali się wzrokiem i wymienili pełne napięcia spojrzenia. Nie polubił tego człowieka. Coś w środku podpowiadało mu, że nie zniósłby, gdyby ten zbliżył się choć na krok do dziewczynki. Nie ufał mu, a dziwne przeczucie kazało mu zrobić wszystko, aby trzymać Matyldę z dala od Jana.
Nie zastanawiając się wiele nad własnymi czynami, podbiegł tak sprawnie jak tylko mu na to kolano pozwalało do samochodu prawniczki.
- Zgadzam się. - zaskoczona kobieta spojrzała w uchyloną boczą szybę. - Porozmawiam z nią. - teraz Kasia lekko się zmieszała. Dopiero co przeklinała się w duchu, że dała się ponieść emocjom i dała szansę Falkowiczowi.
- Dobrze.
- Ale pod jednym warunkiem. - podirytowana kobieta spojrzała wściekle na profesora. On jeszcze ma czelność o coś prosić?
- Nie ma mowy. Żadnych warunków. Pogadasz z nią, albo nie. Jutro wyjeżdżamy. - Falkowicz omiótł wzrokiem Jana, który cały czas przysłuchiwał się ich rozmowie.
- Chcesz się z nią dogadać ,czy nie?
- Zawsze musisz postawić na swoim?
- Zostawisz ją u mnie na miesiąc. - zaproponował pewnie.
- I ty myślisz, że ja się na to zgodzę!?
- Myślę, że powinien pan już sobie pójść. - Falkowicz jednak ignorował Janka.
- Chce ci pomóc.
- Proszę stąd odejść. - odezwał się dobitniej Jan. Andrzej tym razem spojrzał na przyjaciela Kasi swym nienawistnym spojrzeniem.
- Nie wtrącaj się chłopcze! - wrzasnął. Zacisnął szczęki, mierząc rehabilitanta wzrokiem.
- Zastanowię się. - odezwała się Kasia nie zrażona wybuchem Falkowicza. Andrzej odsunął się od auta, a to po chwili odjechało spod szpitala.
Przyglądał się jeszcze przez chwilę uliczce, w której przed chwilą zginął samochód, po czym wrócił do szpitala.
Wiktoria cały czas śledziła przebieg sytuacji, obserwowała jak żwawo ze sobą rozmawiali i jak z uczuciem na siebie patrzyli. Z pewnością nie byli sobie obojętni. Takie emocje nie brały się znikąd.
Przyglądała się Andrzejowi, który jak zahipnotyzowany gapił się w jeden punkt. Stał do niej tyłem, a gdy obrócił się w stronę szpitala mogła dostrzec, jak jest zdekoncentrowany. Zupełnie jakby bał się, że może przegrać coś cennego. Domyśliła się o co grał, ale w co?
Falkowicz szedł korytarzem szpitala. A więc pozostało mu czekać. Ta niepewność strasznie uwierała. Nigdy nie postawił na tak wysoką stawkę. Ta sprawa była niczym w porównaniu do badań klinicznych jego leku, do zagrożenia bankructwem, do utraty prawa do wykonywania zawodu, rozwodu czy nawet własnej choroby. Dlaczego? Bo tym razem bał się przegrać. Jeśli straci Matyldę straci szansę na szczęście. Jeśli mała na zawsze zaszyje się na drugim kontynencie, on będzie musiał uszanować jej wolę. Ale tylko dla niej. Sam na zawsze przestanie się cieszyć z życiowych sukcesów. Czymże są one wobec zalążka miłości, którego nie potrafił wyrwać z serca i umysłu?
Sam nie wiedział kiedy znalazł się pod szpitalną kaplicą. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na skromy ołtarzyk za którym stał duży brązowy krzyż.
- Gdybym wiedział, że ktoś tam na mnie czeka, nie zawahałbym się ani chwili. - mruknął do siebie. - Chociaż już niedługo sam się przekonam, czy tam na mnie czekasz.
Krótsza, ale kolejna część będzie szybciej. :-) Zaintrygował koniec? Nowa tajemnica.
piątek, 18 grudnia 2015
Rozdział 11
Profesor Andrzej Falkowicz wrócił do Polski następnego dnia. Pierwsze miejsce, które odwiedził zaraz po powrocie to cmentarz, na którym pochowano jego rodziców. Stanął na przeciw marmurowej płyty, na której widniał wyryty napis "Anna i Leonard Baran"
- Andrzej? - usłyszał znajomy głos za plecami. Kroki zbliżającego się mężczyzny były coraz wyraźniejsze, przez śnieg który wydawał wtedy charakterystyczny dźwięk skrzypienia. - Wróciłeś? - Adam stanął obok niego, przyglądając się bratu w zaskoczeniu.
- Dzisiaj. - Rozmowa była właśnie tym, czego Andrzej teraz najmniej potrzebował. Odpowiadał więc zdawkowo na każde kolejne pytanie, choć czuł niepohamowaną chęć nawrzeszczenia na brata, aby ten dał mu w końcu święty spokój.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - Falkowicz jednak uparcie milczał. - Załatwiłeś chociaż to, po co pojechałeś? - mężczyzna nadal zachowywał milczenie. Jego klatka piersiowa uniosła się mocno, po czym z jego ust ulotniła się biała smuga wydychanego powietrza. Schylił się i położył zakupiony kwiat na marmurze, który wcześniej oczyścił z białego puchu. Zabrał skostniałą roślinę tego samego gatunku, którą owy mężczyzna zostawił tu poprzedniego razu. Wyprostował się sztucznie, a w tym samym momencie na jego twarzy pojawił się grymas bólu, choć ledwie dostrzegalny, to nie porównywalny z tym co poczuł.
- Załatwiłem. - odezwał się po chwili. Adam zebrał w sobie resztki odwagi i postanowił zapytać brata o to, co trapiło go od dłuższego czasu.
- Powiedz mi... tylko szczerze. Czy ty pojechałeś do Kasi i Matyldy? - chłopak przyjrzał się bratu, który przyglądał się tak niewzruszenie wygrawerowanym na ciemnej płycie napisom. - Cholera Andrzej, nie możesz być wiecznie taki uparty.
- Obiecuje, nie będę. Chociaż rzadko dotrzymuje słowa... - spojrzał w niebo. Dostrzegł, że było ono wyjątkowo bezchmurne. Jeszcze nigdy gwiazdy nie wydawały mu się tak interesujące. - Wszystko będzie jak dawniej. - uśmiechnął się patrząc już o oczy brata.
Adam, lekko zbity z tropu, poszedł w ślady brata i opuścił cmentarz. Do domu wrócili już razem, trwając tak w uporczywym milczeniu. Oboje rozmyślali. Każdy nad czymś innych, choć źródło leżało w tym samym punkcie.
- Mogę u ciebie przenocować? Nie zdążyłem jeszcze zabrać stąd swoich rzeczy. - Krajewski naiwnie sądził, że Falkowicz nie domyśli się prawdziwych intencji brata. Owszem domyślił się, że Adam chciał go pilnować, lecz nie miał najmniejszej ochoty przyznawać się do tego. Może nawet niewiele obchodził go cel tego podstępu, gdyż jego myśli krążyły teraz wokół zupełnie innej osoby.
Wspomnienia związane z dziewczyną stawały się jak opium dla jego skołatanych nerwów. Błądził pamięcią po wspólnie spędzonych chwilach. Im więcej sobie przypominał tym bardziej nerwowy się stawał. Tak bardzo się bał, że umknie mu jakaś ważna chwila, gdyż chciał zatrzymać je wszystkie. Powtarzał je więc w pamięci, aby żadna z nich nie uleciała.
Adam zauważył dziwne zachowanie brata, choć ten wciąż powtarzał, że wszystko jest tak jak dawniej. To zdanie musiało mieć jakieś znaczenie, którego on sam nie potrafił zrozumieć. Chłopak postanowił więc sięgnąć po wsparcie, zwrócić się do osoby, z którą kiedyś Andrzej był tak blisko, która pomogła mu podjąć decyzje o przeszczepie.
- Adaś, dobrze że cię widzę. - kobieta wpadła na chłopaka, wychodząc z gabinetu lekarskiego. - Musisz mi pomóc. Potrzebuje asysty, tętniak aorty. - Wiktoria w błagalnym geście położyła swe dłonie na barkach przyjaciela. Adam kiwnął przecząco głową. - Jak to nie? Musisz, nie mam...
- Sorry, ale ja jestem po dwóch operacjach. Od wczoraj nie wychodziłem z bloku. Finito, pani doktor. Człowiek musi też czasami spać. - minął lekarkę w drzwiach i udał się do pomieszczenia lekarskiego, by tam opaść na kanapę. - Albo chociaż siedzieć... - dokończył, stękając przy tym boleśnie.
- Adaś błagam... nie mam z kim operować. - Kobieta wbiegła za Krajewskim do pokoju.
- To jest malutki tętniak.
- Ale paskudnie umiejscowiony. - dodała odpowiedzialnym tonem. - Dobrze, zrobię co zechcesz. - Mężczyzna podniósł głowę z oparcia. Wiki uśmiechnęła się, widząc na twarzy przyjaciela zainteresowanie.
- Właściwie to miałem cię o coś prosić... dobra. Ale potem zrobisz coś dla mnie. - Consalida bez chwili zastanowienia przytaknęła, po czym oboje udali się na blok operacyjny.
- Dzięki stary, nie dałabym sobie bez ciebie rady. - kobieta oparła się o ścianę i powolnym ruchem zdjęła z głowy nakrycie ochronne.
- Teraz ty coś dla mnie zrobisz. A właściwie to nie do końca dla mnie. - Wiktoria zmarszczyła nieco brwi. Do tej pory nie zastanawiała się nad ich umową, ale teraz zrozumiała, że warunki, jakimi się związała nie mogły być tak proste do spełnienia. Adam wyglądał na zmartwionego, więc sprawa musiała być poważna. Zbliżyła się więc do niego nieco. Poczuła jak z każdą chwilą spędzoną w milczeniu, zdenerwowanie udziela się również jej.
- Co jest? - Oboje stali teraz na przeciw luster, lecz żadne nie śledziło swojego odbicia. Mężczyzna obserwował metalową strukturę zlewu, na której zaciskał swe blade dłonie, a Wiktoria przyglądała się jego twarzy. Adam zacisnął usta, po czym odezwał się do kobiety.
- Dlaczego ja się dałam w to wciągnąć. - Byli już po dyżurze, więc postanowili nie czekać dłużej, tylko od razu przejść do rzeczy. Poza tym im prędzej Wiktoria wywiąże się z umowy, tym dla niej lepiej. Była niemal pewna, że rozmowa z Falkowiczem nic nie da. Nie wiedzieć dlaczego ostatnimi czasy mężczyzna był dla niej strasznie oschły. Szczególnie po jej rozwodzie.
- Adam to nie ma sensu. Wiesz dobrze, że mnie nie posłucha. On nikogo nie słucha! - kobieta żwawo gestykulowała dłońmi. Już nie tylko jej twarz świadczyła o wielkim zdenerwowaniu. Jej ciało niemal drżało ze strachu. Czuła, że po raz kolejny usłyszy od profesora kilka niemiłych słów i to zupełnie niezasłużenie.
- Wikuś, ale jak nie ty to kto? - nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że od pewnego czasu wciąż zwracają się do siebie zdrobniale. Zaczęło się kiedyś od niewinnych żartów i pozostało tak do dziś, co zupełnie im nie przeszkadzało. Przeciwnie, znów mogli budować miedzy sobą coś na kształt cieplejszych więzi.
- Tylko nie każ mi na nowo próbować, jeśli dzisiaj nic z tego nie wyjdzie.
- Zgoda. Po prostu wyciągnij z niego ile się da.
- Wyciągnij? Zgłupiałeś? Chcesz mu pomóc, czy zaspokajać własną ciekawość? - kobieta wyszła w końcu z samochodu, który Adam zaparkował przed domem Falkowicza.
- Nie czepiaj się słówek, dobrze?
Po chwili oboje byli już w mieszkaniu. Ciszę przerwał dźwięk dochodzący z głębi domu. Podążyli więc za muzyką, którą najprawdopodobniej dobywano z pianina.
- Może nie jest tak źle, jak myślałeś. - kobieta zauważyła Andrzeja siedzącego tyłem do nich w salonie. Z głęboką fascynacją wybijał na klawiszach akordy i pojedyncze dźwięki.
Wiktoria jednak zmieniła zdanie, gdy przyjaciel odwrócił się do gości. Jego puste spojrzenie przyprawiło ją o chwilowy bezdech. Uśmiechnęła się pospiesznie i podążyła wolnym krokiem w głąb mieszkania.
- Hej. - zastanawiała się jak ma namówić przyjaciela na zwierzenia. Choć domyślała się, że Falkowicz będzie trudnym rozmówcą. Ba! Ona była o tym przekonana. Obdarzyła Adama krótkim, błagalnym spojrzeniem. Ten jednak gestem dłoni dał jej znak, że będzie w kuchni i wyszedł z pomieszczenia, by ta dwójka mogła swobodnie porozmawiać.
- Może pogadamy, jak kiedyś? - Wiktoria podparła się łokciami o białe pianino. Właśnie uświadomiła sobie, że nie widziała wcześniej tego instrumentu w domu Falkowicza.
Mężczyzna jednak nie poświęcał kobiecie większej uwagi, choć jego gra stała się jakby cichsza. Wybijał teraz pojedyncze nuty, które brzmiały jak niedokończony utwór. Czegoś tam brakowało, jakby dodatkowej pary rąk na klawiszach.
- Andrzej... - ciągnęła, lecz on nadal grał. Pchnęła więc pokrywę, która o mały włos nie spadłaby na palce mężczyzny. Spojrzał na nią i napotkał jej stanowczy wyraz twarzy.
- Dobrze. - obrócił się bokiem do instrumentu i podparł prawym łokciem o niego. - Pytaj. - Wiktoria wyprostowała się i sunąc dłońmi po lakierowanej strukturze drewna, stanęła na przeciw profesora.
- Może sam powiesz co się dzieje?
- To wszystko?
- Nie zbywaj mnie. Wszyscy widzą, że coś jest nie tak. Chodzisz jak struty...
- Tak bardzo ciekawi was moje życie, że nie widzicie własnego. - spojrzał wymownie na kobietę. Falkowicz mimo nienajlepszego stanu ciała i ducha wciąż potrafił kierować ludzi, tak jak sam tego chciał i aby oni nie mieli o tym najmniejszej świadomości.
Tym razem osiągnął spokój, odciągnął uwagę od własnego życia, a skierował temat na panią doktor.
A ta nie miała łatwego. Ostatnio po szpitalu rozniosła się plotka, że się rozwodzi. Niestety była to prawda. Wiktoria nie nosiła już obrączki od dłuższego czasu. Tomasz natomiast, jej niedługo jeszcze małżonek, wyjechał na południe Polski do kliniki dziecięcej. Najbardziej prawdopodobną wersją ich rozstania miało być to, iż Wiktoria nie chciała mieć z nim dzieci. Doszło więc pomiędzy nimi do narastających nieporozumień, których nie dało się już wyprostować. Parę razy widziano jak kobieta popłakuje w ustronnych miejscach, co tylko utwierdzało ludzi w przekonaniu, że to ona jest winna rozpadowi tego małżeństwa.
- Jak długo będziesz mi jeszcze wypominał moje małżeństwo? - zapytała zdenerwowana.
- Tak długo, jak ty będziesz wtrącała się w moje życie. - uciął i wstał by ruszyć w stronę kanapy. Zachwiał się jednak i z powrotem opadł na ławeczkę.
- Andrzej, co jest? - kobieta uklękła przed nim, próbując zmusić go, by na nią spojrzał. On jednak przymknął powieki, by uspokoić szybsze bicie serca. Usilnie starał się ignorować fakt, że czuje się coraz gorzej.
- Nic... - próbował zabrzmieć stanowczo. - Zdenerwowałem się. Tyle. - dodał już spokojniej.
- Pójdę po Adama - chciała już wstać, kiedy ten ją zatrzymał.
- Nie! - wpatrywał się chwilę w jej oczy, po czym spuścił wzrok na kolana kobiety. - Byłem w Nowym Jorku. - zaczął. Wiktoria przyglądała się jego błyszczącym oczom, które teraz błądziły po jej twarzy. - Chciałem zabrać stamtąd Matyldę, ale stchórzyłem. Kaśka miała rację, że w Stanach będzie im lepiej. - Wiktoria słuchała wyznania przyjaciela z szeroko otwartymi oczyma. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę Andrzej przeżywa. Tak dawno nie mieli okazji porozmawiać.
- Kim ja jestem, żeby rujnować dziecku dzieciństwo?
- Ty? Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Dałeś tej dziewczynce tyle szczęścia. A widziałam, że ona tobie również. Pomyśl, co by się z nią stało gdyby nie ty? Gdzie Matylda byłaby teraz? W pamięci miałaby traumę z pobytu u rodziny zastępczej, a nie piękne chwile spędzone z przyszywanym tatą. - zaśmiała się przez łzy. Nie mogła opanować emocji tym bardziej, że w sercu czuła potworny żal do Kasi, która nie doceniała tego co miała.
Wiktoria nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek tak pomyśli, ale nie było wątpliwości - Falkowicz to wyjątkowy facet. Jak można było go tak potraktować? Po tym co zrobił dla małej? Odsunąć go tak po prostu? Jaki miała w tym cel? Czy nie udowodnił, że jest wart naprawdę wiele?
Consalida z każdą chwilą coraz bardziej nienawidziła Smudy. Czy naprawdę można było być tak obojętnym?
- Zaczerwieniłaś się. - zauważył profesor. - Tak bardzo się mną przejmujesz?
- Pamiętaj, że jesteś moim przyjacielem. - Andrzej pokiwał głową lekko rozbawiony. Nie sądził, że Wiktoria była w stanie go jeszcze rozśmieszyć. - Poza tym, myślę, że powinieneś walczyć o kontakty z małą.
- To nie jest takie proste. - mężczyzna na nowo spochmurniał.
- I kto to mówi! Pan profesor, który miał wszytko, czego sobie życzył na już. Profesor Andrzej Falkowicz się poddaje?
- Zachowuje rozsądek. - dokończył.
- Nie poznaje cię. Zawsze walczyłeś o swoje...
- Skończmy już. Jestem zmęczony. - mężczyzna wstał i udał się na piętro. Położył się, lecz wspomnienia nie dały mu zasnąć. Po raz kolejny leżał z otwartymi oczyma do późnych godzin nocnych, gdy w końcu zmorzył go sen.
Miesiąc później, kiedy profesor wrócił do pracy po zwolnieniu lekarskim, mężczyznę czekało niemiłe rozczarowanie. A mianowicie mnóstwo operacji, lecz żadna, w której mógłby uczestniczyć. Pani ordynator oraz dyrektor zabronili mu przez najbliższy miesiąc zbliżać się do stołu operacyjnego. Najgorsze co mogło spotkać chirurga. Złość profesora była tym większa, że pozbawiono go okazji do chwili oderwania się od problemów osobistych. A to właśnie psychika profesora najbardziej potrzebowała rekonwalescencji. Lecz podporządkował się. Wypełniał papiery w zaciszu swego gabinetu. Udzielał konsultacji medycznych. Ale okropnie go to męczyło, a nieudolność niektórych kolegów po fachu potwornie irytowała.
- Hej braciszku! - do gabinetu wpadł Adam. - Mam problem z pacjentem. Możesz spojrzeć? - profesor niechętnie podniósł wyniki badań pacjenta.
- I czego tu nie rozumiesz?
- Facet ma poważne wahania ciśnienia. Nie potrafię go ustabilizować.
- Musisz operować. Jeśli ta żółć się rozleje, będzie po nim. Tak czy inaczej... jeśli nie żółć, to ciśnienie go wykończy. - Krajewski zabrał dokumentację i pokiwał głową w zamyśleniu. - To nie wszystko, prawda? - tym razem mężczyzna odłożył dokumenty i przyjrzał się uważniej bratu. - Po co tak naprawdę przyszedłeś?
- Zakochałeś się kiedyś?
- O Boże...
- Ale pytam poważnie. Czy kochałeś kiedyś jakąś kobietę tak naprawdę? - Andrzej przyjrzał się uważnie bratu, którego wyraz twarzy sugerował całkowitą powagę.
- A ty? Spotkałeś taką kobietę? - Adam zapatrzył się chwilę na twarz brata, lecz po chwili uciekł spojrzeniem.
- Sam nie wiem.
- Gdybyś spotkał, byłbyś pewien. - Młody chirurg z zaciekawieniem spojrzał na Falkowicza. Nie wątpliwie była w tej mądrości jakaś prawda, ale taka, którą wynosi się z własnego doświadczenia. Kim więc była prawdziwa miłość profesora? Bo niewątpliwie musiała taka istnieć.
- A co jeśli ona nic do mnie nie czuje?
- Wtedy nic z tego bracie. Zapomnij zanim będzie za późno. - w tym czasie zadzwonił służbowy telefon profesora. Jego osobista sekretarka poinformowała go o gościu. Taktownie wyprosił więc Adama i czekał na zapowiedzianego interesanta. Uprzątnął nieco bałagan, jaki panował na masywnym meblu przed nim i rozsiadł się wygodnie na skórzanym fotelu. Po chwili oczekiwania otworzyły się drzwi, lecz jakoś dziwnie wolno. Zmarszczył brwi zaintrygowany i czekał na wyjaśnienie tej małej zagadki. Ujrzał kasztanowy kosmyk włosów i jej twarz. Znieruchomiał, przypatrywał się kobiecie, która po chwili zajęła miejsce na przeciwko.
- Jestem w stanie pójść na kompromis.
Gdyby komuś kiedyś przyszło do głowy przeczytać to opowiadanie jeszcze raz, to mam dobrą wiadomość dla takiej osoby. Podczas pisania zostawiam jej takie małe smaczki, że tak to ujmę.
Chciałam, żeby czytelnik czytając to opowiadanie po raz kolejny, mógł powiedzieć "no tak!" albo "czyli już wtedy się zaczęło". Sami wiecie, że czytając czasami coś nam umyka. ;)
Info V
Najpewniej dziś ;)
Tak a propos waszych komentarzy - dziękuję. Już nawet nie dlatego, że dzięki Nim chce mi się pisać (bo to oczywiste), ale dlatego że to jest główne źródło weny. Gdybym pisała to opowiadanie do szuflady to prawdopodobnie nie dokończyłabym go.
Ale to dokończę. Osobiście uważam, że nie ma nic gorszego niż niedokończone opowiadanie ;)
Do... dzisiaj!
Tak a propos waszych komentarzy - dziękuję. Już nawet nie dlatego, że dzięki Nim chce mi się pisać (bo to oczywiste), ale dlatego że to jest główne źródło weny. Gdybym pisała to opowiadanie do szuflady to prawdopodobnie nie dokończyłabym go.
Ale to dokończę. Osobiście uważam, że nie ma nic gorszego niż niedokończone opowiadanie ;)
Do... dzisiaj!
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Rozdział 10
Falkowicz włożył swoją walizkę do bagażnika taksówki i rzucił ostatnie spojrzenie na zrezygnowanego Adama.
- Za kilka dni wracam. Nie zdążysz zatęsknić. - skłamał. Po pierwsze dla tego, że nie miał pewności, czy w ogóle wróci, a po drugie... sami wiecie jaki byl Adam. Martwił się za każdym razem, gdy Andrzej nie dawał znaku życia na dłużej niż dzień. Jego nadopiekuńczość szczególnie dawała się Falkowiczowi we znaki po ostatnim wypadku. Mimo iż profesor stanowczo zabronił Adamowi w jakikolwiek sposób ingerować w jego niezależność i samodzielność, to ten i tak robił swoje. Falkowicz wyrzucał mu, że w ten sposób go ośmiesza, co tylko bawiło Krajewskiego.
- A i jeszcze jedno. - odwrócił się tuż przy drzwiach, gdy już miał wsiadać do auta, czym tylko zirytował zniecierpliwionego taksówkarza. Było bowiem niesamowicie zimno jak na tę porę roku.
Mężczyzna rzucił klucze w stronę brata, a te z brzękiem wylądowały wprost na dłoni Adama. Krajewski uniósł pytająco brwi, z niepokojem przyglądając się bratu.
- Do mieszkania - odpowiedział Falkowicz beznamiętnym głosem. - Możesz podlewać kwiatki, czy co tam znajdziesz. Albo zamieszkać. Na pewno będzie ci wygodniej niż w tym waszym akademiku. - podał taksówkarzowi kulę i ostrożnie wsiadł do auta, po czym odebrał swoją własność od mężczyzny. - Tylko nie zdemoluj! - zasalutował bratu dwoma palcami, uśmiechając się przy tym sztucznie.
- Dokąd jedziesz! Powiedziałbyś chociaż... - dokończył już szepcząc do siebie. Adam przyjrzał się trzymanemu w dłoni przedmiotowi i podrzucił go raz, po czym schował do kieszeni płaszcza. Rzucił jeszcze okiem na drogę, na której gdzieś w oddali jechał samochód z jego bratem.
Po raz kolejny naszła go myśl, której się bał. Modlił się w duszy, żeby Andrzej nie zrobił niczego głupiego. Trzymał się tej naiwnej nadziei, że może rzeczywiście profesor w końcu zajął się sprawami zawodowymi i jedzie teraz na jakąś pilną konsultację medyczną. Łudził się, że ten nagły wyjazd nie ma nic wspólnego z Kasią, o której mówił z niechęcią. Przecież Falkowicz był człowiekiem rozsądnym. Nie podejmował decyzji pod wpływem emocji i jeśli rzeczywiście jechał do Stanów... oby zachował rezon i nie doprowadził do sytuacji, której będzie żałował.
Tak myśli Krajewskiego zataczały krąg. Potem na nowo miał nadzieje, że brat wyjeżdża służbowo i znów pesymizm brał górę. Niewiedza działała jak cyjanek na jego skołatane nerwy.
Falkowicz rozczarował taksówkarza, pana Zdzisława, swoim brakiem entuzjazmu. Profesor siedział w ciszy na tyle pojazdu i przyglądał się mijanym budynkom. Wszystkie były takie brudne i zagracone z zewnątrz. Nie zwracał uwagi na zadawane przez pana Zdzisława pytania, więc ten już bez sztucznych uprzejmości zostawił profesora przed gmachem lotniska. Sam musiał poradzić sobie z wyjściem z pojazdu i sam też wyjął swój bagaż. Pewnie nie zrobiłoby też na nim wrażenia to, że taksówkarz na pożegnanie mruknął do siebie pod nosem ciche "sukinsyn". I narrator jest o tym przekonany, że gdyby nawet Andrzej to dosłyszał - zupełnie nic by sobie z tego nie zrobił. Miał bowiem wprawę w ignorowaniu takich opinii o sobie.
Ten elegancki mężczyzna, podpierany kulą, która swoją drogą nie pasowała do owego wizerunku, podszedł powoli do terminala, za którym stała krągła brunetka. Obdarował ją czarującym uśmiechem, co stawało się jego niemal odruchem warunkowym. Kobieta z uprzejmości odwdzięczyła się delikatnym uśmiechem, w którym profesor dostrzegł iskrę litości. Zmieszał się lekko, zdając sobie sprawę z jego marnego wyglądu i ze spuszczonym wzrokiem powiedział krótkie "Bilet do Nowego Jorku".
- Lot w obie strony?
- Nie. Bezpowrotny poproszę. - rozejrzał się na tłumy na lotnisku. Każdy pędził, gnał na samolot, albo godzinami czekał na plastikowych krzesełkach. Za każdym razem, gdy tutaj był, zachowywał się jak ci ludzie. Albo gnał do przodu, albo czekał na zbawienie. Był jak wszyscy. Teraz wydawało mu się, że każdy na tej wielkiej hali był inny. Każdy z osobna miał jakiś plan, jakąś misje, albo marzenie, które teraz spełniał. Czuł jak miliardy myśli krążyły w powietrzu.
- Proszę pana.
- Tak? - odwrócił się do kobiety, u której dopiero teraz dostrzegł wyraźną bliznę pod łukiem brwiowym. - Ach tak. Już płacę. - wyciągnął kartę kredytową i przelał należność. Z chwilą kiedy pieniące upłynęły z jego konta poczuł, że już nie ma odwrotu. Raz jeszcze na pożegnanie wygiął usta w uśmiech i udał się do odprawy.
USA
To Nowo Jorskie lotnisko wydawało się jeszcze większe i tłoczniejsze niż Warszawskie. Poza tym ludzie byli bardziej egzotyczni. Chociaż Falkowicz już nie raz to widywał, gdyż jako ceniony w świecie specjalista, często podróżował. Dlaczego więc tym razem dostrzegał szczegóły, których wcześniej nie zauważał? Dlatego, że za chwile miał zrobić coś, co bardzo do niego nie pasowało, coś bardzo porywczego i nieodpowiedzialnego. Musiał więc zająć czymś myśli, by odpowiedzialność nie zniweczyła jego planów.
Dom, w którym zatrzymała się Smuda znalazł bez problemu. Jej przyjaciółka ze studiów nadal utrzymuje z Kasią bliskie kontakty. Nie trudno, więc było wyciągnąć od niej kilka informacji. A skąd miał namiary na jej przyjaciółkę? No cóż. Jego sekretny notatnik nadal skrywał numery telefonów do jego byłych kochanek, tak na wszelki wypadek.
Spojrzał na budynek, przed którym zatrzymała się taksówka. Był równie obskurny jak te, które mijał w drodze na warszawskie lotnisko. Białe deski ledwo trzymały się ścian, a drzwi zapewne nie domykały się, gdyż były na w pół uchylone. Poczuł wyrzuty sumienia, jakby to jego winą było to, że Matyldzia mieszka w takich warunkach.
- Wysiada pan? - zapytał kierowca w swym rodowitym języku.
- Nie. Jedziemy dalej. - Andrzej oderwał swój smętny wzrok od budynku i zainteresował się naddartym obiciem zagłówka przed nim.
- Reszty nie trzeba. - choć taksówkarz wcale nie zamierzał jej wydawać. Był przyzwyczajony do napiwków i nawet przez myśl mu nie przeszło, że tym razem mógłby go nie otrzymać. Falkowicz doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale grzeczność wymagała pewnych formułek.
Mężczyzna rzucił płaszcz na ogromne łóżko. Usiadł na brzegu mebla i spuścił głowę. Wyrzuty sumienia po raz kolejny dawały o sobie znać. Tłumił je jedynie myślą, że już następnego dnia Matylda będzie z nim, w tym pokoju. Wtedy to wyrwie córkę z nędzy, jaką jej zafundował. Nie Kasia, lecz on.
Teraz jednak musiał odpocząć. Nie czuł się najlepiej, a zmiana czasu tylko pogarszała sprawę. Poza tym czekał go dzień pełen wrażeń. W końcu nie codziennie uprowadza się cudze dziecko.
- Matylda otwórz, proszę. - Dziewczynka oderwała się od lekcji z angielskiego, przez które nie potrafiła przebrnąć i smętnym krokiem podeszła do drzwi wejściowych. Otworzyła je i ujrzała wysokiego mężczyznę.
- Kto to? - usłyszała krzyk matki dobiegający z kuchni.
- Do ciebie. - Matylda wpuściła gościa i podążyła za nim do największego pomieszczenia w mieszkaniu.
- Janek, siadaj. - był to rehabilitant Smudy, który z czasem stał się jej przyjacielem. Ich relacje nie były jednak do końca sprecyzowane. Mężczyzna bowiem nalegał, aby ta znajomość nie stała w miejscu i dążyła do czegoś poważniejszego. Kasia z kolei wolała, aby wszystko toczyło się swoim rytmem. Poza tym w Janku było coś, czego nie potrafiła nazwać, ale ją niepokoiło. Nigdy jeszcze nie zawiodła się na intuicji, dlatego wolała zachować dystans. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że mężczyzna ten bardzo jej pomagał w trudnych chwilach. Na dobrą sprawę był on jedyną osobą, którą Kasia znała w Stanach.
Matylda... z tą było gorzej. Choć Janek starał się jak tylko mógł, to nie potrafił sprostać oczekiwaniom dziewczynki, która na każdym kroku porównywała jego charakter do charyzmy Falkowicza. Jedyne uczucia, jakie w niej potęgował przyjaciel mamy, to tęsknota za profesorem.
- Jak ci idzie? - skinął głową na stertę dokumentów porozkładanych na stole.
- Powoli porządkuje. Myślę, że powinnam wygrać tę sprawę. - odpowiedziała spokojnie, stawiając czajnik na gazie.
-Świetnie, a ćwiczenia? - kobieta zagryzła dolną wargę i uśmiechnęła się niewinnie do mężczyzny. - Nie możesz zaniedbywać swoich postępów.
- Wiem, wiem. Ale miałam tyle pracy... - Kasia usiadła na swoim miejscu, oczywiście przy pomocy kul, gdyż chodzenie nadal sprawiało jej ogromny wysiłek. Janek zabrał kubki z gorącą kawą i postawił jeden przed sobą, a drugi przesunął ostrożnie na drugi koniec stołu dla Smudy. - Sam widzisz. Potrzebuje pieniędzy bardziej niż zdrowych nóg. Wiem, wiem, przepraszam. - dodała, widząc jego karcące spojrzenie. - Po prostu nie mogę tego zawalić. Nigdy nie zawalam, sam wiesz.
- Jeśli chodzi o pracę to na sto procent... - odpowiedział z przekąsem. Upił łyk czarnej cieczy i przyjrzał się Matyldzie, która siedziała nad książką w drugim pokoju.
W tym samym czasie do drzwi mieszkania mecenas Smudy podszedł Andrzej. Spojrzał z bliska na poobdzierane drzwi i zamyślił się chwilę nad tym, czy aby na pewno dobrze robi. Podniósł jednak zimną pięść i uderzył nią dwa razy w drewno. Po chwili ciszy usłyszał kroki. Wyprostował się więc, spodziewając się tego, że po chwili ujrzy Kasię. Jakież było jego rozczarowanie, kiedy stanął przed nim postawny mężczyzna o słowiańskiej urodzie.
- Tak? - odezwał się Janek. Falkowicz dopiero, gdy upewnił się, że na pewno nie pomylił adresów, odzyskał rezon.
- Witam, czy... czy tutaj mieszka mecenas Katarzyna Smuda? - mężczyzna około dziesięć lat młodszy od profesora przyjrzał się Andrzejowi spod ściągniętych brwi.
- A pan jest...?
- Profesor Andrzej Falkowicz. Mogę wejść? - Jan wpuścił gościa do mieszkania i z niejasną nawet dla narratora niechęcią odprowadził mężczyznę w głąb mieszkania.
Profesor na końcu ciemnego korytarza odnalazł pomieszczenie, które zapewne pełniło funkcję serca domu.
- Witaj Kasiu. - kobieta obróciła się wiedziona znajomym głosem. Z zaskoczenia gardło odmówiło jej posłuszeństwa. Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się również Matylda. Ona również nic nie powiedziała, lecz od razu rzuciła się na szyję mężczyźnie, na którego w tajemnicy przed mamą nazywała swoim tatą. Falkowcz przyciągnął do siebie drobne ciałko, gdy poczuł coś mokrego na karku. Domyślił się, że to łzy i pozwolił, aby Matylda jeszcze mocniej do niego przywarła.
- Co ty wyprawiasz? - powoli uwolnił się z uścisku małej dziewczynki. Podniósł się z kolan, tym samym dając wszystkim okazję do zauważenia jego kalectwa. Matylda zwróciła uwagę na stabilizator na kolanie profesora, którego wcześniej nie dostrzegła ze względu na zlewający się ze spodniami kolor.
- Odwiedzam swoją córkę. - powiedział pewnie, co zaskoczyło Kasię. Słyszała bowiem takie słowa pierwszy raz z jego ust.
- Przestań udawać! Dobrze wiem, że nie liczysz się z drugim człowiekiem.
- Więc wytłumacz mi dlaczego zająłem się Matyldą? - Kasia zamilkła na chwilę. Sama nie znała na to pytanie odpowiedzi. Smuda cały czas sądziła, że Falkowicz nie zmienił się od czasów, kiedy to był jej wykładowcą. Pamiętała jak bardzo ją zranił, kiedy okazało się, że jest szczęśliwym małżonkiem profesor Wandy Falkowicz. Nie przyjmowała do świadomości faktu, jak bardzo subiektywny był jej obraz, jak bardzo myliła się z interpretacją plotek.
- Sama prosiłaś, żebym porozmawiał... - nie dokończył, gdyż była wśród nich sama zainteresowana - Matylda.
- Nie sądziłam, że przyjedziesz. - kobieta z powrotem mogła zapanować nad emocjami. Gdy ujrzała wzrok Janka dodała jeszcze. - Właśnie, em... poznajcie się. To jest mój rehabilitant Jan Mojer, a to... Andrzej Falkowicz. Profesor. - mężczyźni podali sobie dłonie, mimo że już zdążyli się sobie przedstawić.
- Bardzo oddany rehabilitant. - zauważył profesor. W końcu pojechał za swoja podopieczną aż na drugi koniec świata.
- Bardzo. - uśmiechnął się kąśliwie Janek, a Falkowicz nie pozostawał mu dłużny.
Zasiedli więc całą czwórką do stołu, nawet Matylda im towarzyszyła, mimo protestów Kasi.
- Będzie pan tak uprzejmy i zrobi mi kawy? - Nie wiedzieć dlaczego Andrzejowi poprawił się humor. Może dlatego, że spotkał Matyldę, a może dlatego, że niesamowitą satysfakcję sprawiało mu drwienie z poznanego młodzieńca. - Z mlekiem? - dodał kiedy ten już miał siadać obok Kasi. - I z cukrem. - dodał po chwili. - Dwie płaskie. O tak. - uśmiechnął się szeroko, doprowadzając Jana do białej gorączki. - Musi Pan wybaczyć kalece, ale gdyby nie moja mała niedyspozycja z pewnością obsłużyłbym się sam. - Jan zajął w końcu miejsce obok kobiety i jak gdyby nigdy nic ujął dłoń Kasi w swoją. Nie trudno się domyślić jakie miał zamiary. Profesor jednak nie dał się wyprowadzić z równowagi. Nawet nie zaszczycił tego widoku spojrzeniem.
- No właśnie. Co ci się stało? - Kobieta korzystając z okazji uwolniła swą dłoń i upiła łyk kawy. Widok ten wywołał na twarzy Andrzeja ledwie dostrzegalny uśmiech.
- Drobna stłuczka. Nie warto wspominać. - uśmiechnął się z kolei do dziewczynki, która siedząc obok niego z zaciekawieniem przyglądała się jego twarzy. - Chciałem jednak porozmawiać o czymś innym. - spoważniał nieco.
- Matylda idź proszę na chwilę do swojego pokoju.
- Chcę zostać. - odpowiedziała pewnie.
- Matyldzia, chyba jednak będzie lepiej jeśli posłuchasz mamy. - odezwał się ciepło Andrzej. Mała przez chwilę zaskoczona wpatrywała się w jego oczy, lecz w końcu uległa. - Obiecuję, że wszystko ci opowiem. - szepnął jej do ucha. Dziewczynka rozczarowana zsunęła się z krzesła i posłusznie opuściła salon.
- Chcę zabrać Matyldę do Polski. - Falkowicz postanowił zacząć od konkretów.
- Nie ma mowy. - Kasia na nowo poczuła wzbierającą w niej złość.
- Nie proszę o zgodę.
- Chyba się pan zapomina. - wtrącił się młodzieniec.
- Proszę cię o zdrowy rozsądek. - zignorował uwagę Janka. Profesor jak nigdy dotąd był pewny swojego stanowiska. Wiele razy przeliczał w głowie każde za i przeciw. Był przekonany, że najlepszym dla dziecka będzie dorastanie wśród znanych rówieśników, w miejscu którego tradycje i zwyczaje nie były dziewczynce obce.
- I kto to mówi? - mecenas wrzasnęła na profesora, a gdy zdała sobie sprawę z niekontrolowanego wybuchu, zmieszała się lekko. - Jak to sobie wyobrażasz, hmm? Ja tutaj, a ona tam, w Polsce? Chcesz odebrać matce dziecko? Siłą?
- Nie zamierzam z tobą walczyć, choć przyznaje, miałem taki plan. Liczę jednak, że zrozumiesz bez mojej pomocy, jak bardzo ją krzywdzisz. - zerknął w stronę pokoju dziewczynki. Westchnął ciężko. Jego oczy w momencie poszarzały.
- Ty ją skrzywdzisz, jeśli odbierzesz jej matkę. Mnie miała całe życie. Ciebie przez rok. Jak myślisz, czy Matylda naprawdę byłaby zdolna pokochać kogoś takiego jak ty w tak krótkim czasie? Nie wątpię, że jest ci wdzięczna. Ja też mam wobec ciebie ogromny dług, którego nie spłacę do końca życia. Ale Andrzej... - profesor spojrzał jej w oczy. Kobieta błagalnym wzrokiem patrzyła na niego, jednocześnie przychylając się tułowiem ku mężczyźnie. - Ona kocha matkę. Nigdy ci nie wybaczy, jeśli pozbawisz jej rodziny. - Falkowicz spojrzał na parę która siedziała przed nim. Błędnie ocenił ten widok i pomyślał, że może rzeczywiście Kasię i Jana coś łączy, a jedynie starają się to przed nim ukryć. Kasi natomiast chodziło o coś innego. Mówiąc "rodzina" miała na myśli siebie, biologiczną matkę.
- Chcesz wpłynąć na moje uczucia? Podobno jestem ich pozbawiony. - rzucił, nawiązując do ich poprzedniej rozmowy. Doskonale pamiętał warunki, jakie postawiła mu kobieta.
- Może się myliłam. - zaległa cisza. Profesor nadal jednak uparcie trzymał się swojego planu, mimo że argumenty Kasi trochę go rozbiły.
- Pozwolisz mi chociaż z nią porozmawiać?
- Proszę. - Tylko ta dwójka wiedziała, co to słowo tak naprawdę oznaczało. To nie było pozwolenie, lecz wyrażenie prośby. Prośby o spełnienie pewnego życzenia, tego którego tak bardzo profesor nie chciał spełnić.
Wstał więc i udał się do pokoju Matyldy. Wszedł do malutkiego pomieszczenia, które w niczym nie przypominało pokoju małej dziewczynki. To, że mieszka tam dziecko mogłoby sugerować jedynie niewielkich rozmiarów łóżko. Nie chcąc forsować pulsującego już z bólu kolana, przysiadł na brzegu tapczanu.
- Zabierzesz mnie? - Matylda nie odrywała wzroku od książki, w której kreśliła tylko sobie znane wzory.
- Chciałabyś?
- Chciałabym, żebyśmy wrócili tam wszyscy razem. - Falkowicz, choć sam sobie z tego jeszcze do końca nie zdawał sprawy, również tego pragnął.
- Gdybym tylko mógł, porwałbym cię stąd. - Matylda zaśmiała się, na co Andrzej również uśmiechnął się, choć jego oczy wyrażały rozpacz. Gdyby tylko ta mała wiedziała, jak wiele dla niego znaczyła. Gdyby on nie uwierzył słowom Kasi...
- Kiedyś obiecałem ci, że cię nie zostawię, pamiętasz? - dziewczynka przytaknęła wyraźnie zainteresowana słowami Andrzeja. - Chyba nie dotrzymam obietnicy. - dodał cicho. Matylda oderwała wzrok od kartki, którą jeszcze przed chwilą tak uparcie malowała. Profesor wykrzywił usta w uśmiech, po raz kolejny, jeszcze bardziej żałosny niż do tej pory. Co do reakcji Matyldy... aż serce ściska, gdy widzę w wyobraźni ten obraz. Oczy jak pięciozłotówki, a na brzegach zbierały się łzy. Milczała, przecierała jedynie co chwilę cieknące po jej twarzy kropelki. Trwali tak może kilka sekund w milczeniu, po czym profesor przyciągnął małą do siebie i mocno ją uścisnął. Pierwszy raz to on wyszedł z inicjatywą przytulenia jego małej Matyldzi. Nie płakał. Nie miał już siły.
Andrzej wyszedł w końcu z małego pokoju. Zdenerwowana Kasia odetchnęła z ulgą, kiedy ujrzała długo wyczekiwanego mężczyznę.
- Jest jak chciałaś. - skinął głową na pożegnanie i zarzucił na plecy swój płaszcz, by w końcu skierować się do wyjścia.
Mimo, że Smuda właśnie tego oczekiwała, to jednak coś w niej pękło. Nie potrafiła wyjaśnić tego żalu, który ją wypełniał, drażnił jej gruczoły łzowe i ściskał gardło.
To działało trochę na zasadzie - dziecko godzinami prosi o coś rodzica, a gdy ten rzuca w końcu "a rób jak uważasz", to oto dziecko momentalnie wątpi sens swoich racji.
Tak też było w tym przypadku. Kasia zdała sobie sprawę z tego, jak wiele jest warte dla Andrzeja Falkowicza szczęście Matyldy.
Przeklinając w duchu swoje kalectwo, podeszła więc do okna, które wychodziło na ulicę. Otworzyła je i krzyknęła z całych sił imię profesora, lecz ten już wsiadł do taksówki. Nie usłyszał jej.
- Co ty robisz? - Janek próbował odciągnąć kobietę od okna, lecz ta uparcie trzymała się niego.
- Puszczaj. - strząsnęła jego dłoń z ramienia. - Obym tego nie żałowała. - odezwała się do siebie i ruszyła w stronę pokoju córki.
W końcu profesor to synonim zdrowego rozsądku. Jak mógłby postąpić inaczej? :-)
niedziela, 13 grudnia 2015
Info IV
Dziś już nie czekajcie. Jutro pojawi się okrągły dziesiąty rozdział. A więc moment zwrotny. Na przeprosiny mam mały prezent. :-)
"Mężczyzna rzucił płaszcz na ogromne łóżko. Usiadł na brzegu mebla i spuścił głowę. Wyrzuty sumienia po raz kolejny dawały o sobie znać. Tłumił je jedynie myślą, że już następnego dnia Matylda będzie z nim, w tym pokoju. Wtedy to wyrwie córkę z nędzy, jaką jej zafundował. Nie Kasia, lecz on.
Teraz jednak musiał odpocząć. Nie czuł się najlepiej, a zmiana czasu tylko pogarszała sprawę. Poza tym czekał go dzień pełen wrażeń. W końcu nie codziennie uprowadza się cudze dziecko."
czwartek, 10 grudnia 2015
Rozdział 9
To nie takie łatwe. Zaczynasz życie w momencie, kiedy chciałeś je zakończyć. Uczysz się nowych wartości. Próbujesz po raz kolejny poukładać w swojej głowie hierarchę wartości. Miłość, praca, marzenia, zdrowie... - co z tego powinno być na pierwszym miejscu?
A gdyby tak zapytać o to dziecko? Co ono by ci odpowiedziało? Że najważniejsze jest mieć rodziców. Matylda odczuwała ich brak na każdym kroku. Brakowało jej matki, kiedy chciała z nią porozmawiać. Kasia bardzo dużo czasu spędzała w pracy. Pragnęła wrócić do dawnej sprawności. Jej dawna pozycja została zachwiana w środowisku prawniczym. Potencjalni klienci obawiali się, czy mecenas po ciężkim urazie głowy podoła ciężkiemu wyzwaniu zawodowemu. Takie opinie trafiały też bezpośrednio do Smudy. Niesamowicie ją to bolało. Bywało, że siedziała do późna i recytowała regułki prawne, choć jak można się domyślić nie było to dla niej takie proste. Ćwiczyła więc też za dnia, kiedy to Matylda potrzebowała chwili atencji, choć krótkiego spojrzenia.
Matylda tęskniła też za Andrzejem. Każdego ranka zastanawiała się, co on w tej samej chwili robi. Za każdym razem, gdy spojrzała na zegarek, dodawała sześć godzin, by uzyskać czas, który aktualnie był w Polsce. Rozmyślała nad tym, z kim czułaby lepiej i gdy dochodziła do wniosku, że bardzo chciałaby być teraz z profesorem - płakała. Miała poczucie winy, że nie wybrałaby własnej matki. Kochała ją - co do tego nie ma wątpliwości, ale sama przed sobą bała się przyznać, że Andrzej był jej bliższy.
Pewnego dnia postanowiła zebrać w sobie odwagę i poważnie porozmawiać z mamą. Podeszła ostrożnie, po cichu do kobiety, która siedziała przy kuchennym stole. Nie udało się jej jednak tego dokonać bezszelestnie, gdyż potknęła się o kule, które oparte były o ścianę, tak by Kasia miała je w zasięgu ręki.
- Przepraszam - rzuciła szybko, bojąc się wybuchu złości ze strony matki, gdyż ta czasami nie panowała nad emocjami. Mogło to być pozostałością po urazie jakiego doznała, bądź też przez stres towarzyszący trudnemu powrotu do zawodu.
- Dlaczego się tak skradasz? - Kasia odebrała od dziewczynki kule i z powrotem oparła je o ścianę.
- Chciałam zapytać... - zaczęła, choć czuła, że jakakolwiek dyskusja z matką nie ma sensu. Ale zebrała powietrze w płucach, po czym z całych sił je wypuściła, aż zakręciło się jej w głowie. - Czy my jeszcze wrócimy do Polski? - uniosła nieznacznie brew, w napięciu obserwując reakcję Kasi.
- Tłumaczyłam ci już. To nie możliwe. - Smuda odpowiedziała, nawet nie patrząc na córkę. Sięgneła ogromną książkę i namiętnie w niej czegoś szukała. Dziewczynka przyglądała się dłoniom matki, zastanawiając się nad kolejnym pytaniem, które chciała zadać.
- Ale... - zaczęła nieśmiało, przyglądając się, jak Kasia zdenerwowana rzuca książkę na drugi koniec stołu - Ale zobaczymy się jeszcze z tat... z panem Andrzejem? - Matylda modliła się w duchu, aby jej pomyłka umknęła uwadze matki. Nawet bała się pomyśleć co by było, gdyby Kasia zaczęła zastanawiać się nad tym, co jeszcze jej umknęło podczas gdy była w śpiączce; gdyby choćby przez myśl jej przeszło, że jej córka stawia ją i Andrzeja niemal na równi.
- Wątpię, żeby znalazł dla nas czas. Jest bardzo zajęty. Pewnie już o nas zapomniał - Dziewczynka zamilkła więc przed tym, co chciała powiedzieć. Lecz zebrała w sobie uwagę i wypowiedziała parę słów, które zmroziły jej matkę.
- Nie prawda. - Kasia tym razem zwróciła się w stronę przestraszonej córki.
- Skąd wiesz? - Matylda spuściła na chwilę wzrok, lecz przypomniała sobie czego nauczył ją Andrzej - spełniają się tylko te marzenia, których pragniemy najbardziej. Podniosła więc głowę i pewnie spojrzała na matkę.
- Dzwoniłam do niego. Wiem, że tęskni. Dlaczego kłamałaś, że już o nas zapomniał? - odezwała się łamiącym się głosem. Smuda błądziła swoim wzrokiem po bladym obliczu Matyldy.
- Nie pozwoliłam ci. Dlaczego mnie nie słuchasz? - zaczęła zdenerwowana, choć nie krzyczała. Matylda postanowiła iść za ciosem i kontynuować. Przecież tutaj już nie chodziło tylko o jej matkę i jej zawodowe plany, o ambicje które z każdym tygodniem przeradzały się w obłęd. Mała przecież też miała swój głos, racja?
- Ale ja nie chcę tutaj mieszkać. Nikogo tutaj nie znam, nikogo nie potrafię zrozumieć... Dlaczego nie możemy wrócić? Mamusiu proszę... - zakończyła niemal piskiem ostatnie zdanie. Jej serduszko przyśpieszyło, kiedy zrozumiała jak bardzo zdenerwowała swoją matkę.
- Nie! Powiedziałam nie! - Smuda uderzyła pięścią w stół. Zapanowała cisza. Matylda ze łzami w oczach przyglądała się matce, której oczy były pełne obłędu. Były chwile, że się jej bała, choć nie powinna. Przecież Kasia bardzo ją kochała i nigdy by jej nie skrzywdziła. Dziewczynka wiedziała, że matka nigdy nie podniosłaby na nią ręki, ale ta czasami zachowywała się jak obca kobieta. Nie była już tą samą czułą matką, która panowała nad swoim gniewem. Nigdy wcześniej nie bała się jej spojrzenia, a teraz zdarzało się, że kryła się w swoim małym, obcym pokoju i czekała, aż ktoś ją stamtąd zabierze. Czekała na swojego superbohatera.
Chciałem rozpłakać się na głos, ale nie mogłem. Byłem na to za stary. Poza tym jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.
— Haruki Murakami "Koniec świata i hard-boiled wonderland"
Ze szpitala wychodziło dwóch mężczyzn. Jeden podparty o drugiego. Wyglądało, jakby dopiero co się pokłócili, gdyż miny oboje mieli potwornie zasępione. Żaden nie odważył się powiedzieć ani słowa do tego obok. Ten starszy pomrukiwał tylko niezadowolony, że w ogóle ktokolwiek musi mu pomagać przejść pare kroków. Młodszy natomiast, ten z niesłychaną naturalnością udawał, że ciężar jaki ciągnie na swym barku, nie sprawia mu żadnego wysiłku. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że ci dwaj byli sobie bliscy. Nie wątpliwie była to miłość czysto braterska. Nigdzie indziej się takiej nie znajdzie. Choć trudna, to prawdziwa. Tutaj nie ma miejsca na czułe "kocham". Tutaj przechodzi się do czynu. "Zawsze możesz na mnie polegać"- to słowa godne wyznania takiej miłości.
- Zabiorę - Adam próbował odebrać Falkowiczowi torbę z jego rzeczami, lecz ten mruknął coś niezadowolony i trzymając w jednej dłoni kulę, a w drugiej ciężką torbę, ruszył po chodniku w stronę drzwi do własnego domu. Krajewski przewrócił tylko zrezygnowany oczami i podążył za bratem. Nawet nie próbował otworzyć Andrzejowi drzwi, udał że ogląda egzotyczne krzaki w ogrodzie i dlatego idzie trochę wolniej. Należy tutaj zauważyć, że wszelka roślinność była jeszcze pokryta cieką, ale wciąż warstwą białego puchu. Wszak zima jeszcze się nie skończyła.
- Podejdziesz tu w końcu? - Falkowicz krzyknął niezadowolony, stojąc przed wejściem. Miał zajęte obie ręce i mimo że bardzo starał się być samodzielnym, nie potrafił otworzyć drzwi, jednocześnie nie tracąc równowagi.
Krajewski lekko rozbawiony, ale i zaskoczony pomógł bratu. Falkowicz spojrzał karcąco na brata i pożegnał go w progu.
- Nie mogę wejść? - Adam zatrzymał dłonią drewnianą przeszkodę.
- Nie. - Falkowicz uwolnił jedną rękę, rzucając wcześniej torbę za próg i wolną dłonią pociągnął za klamkę.
Profesor nie znosił litości. A tak właśnie odbierał zachowanie Adama. Jego duma nie zniosłaby takiego upokorzenia, jakim byłaby pomoc w każdej, nawet najprostszej czynności. Jak znał tego chłopaka, tak był przekonany, że spacery do łazienki spędzaliby razem, idąc pod rączkę.
Mężczyzna z trudem dotarł do kanapy w salonie i opadł na nią całym swym ciężarem, wydając jęk pod tytułem "mój ostatek sił". Rzucił na panele przed sobą to cholerstwo, na które nie mógł patrzeć, a bez którego teraz nie potrafil się poruszać. Wyprostował lewą nogę i zaciskając zęby, masował dłonią bolący staw kolanowy.
Spojrzał tęsknym wzrokiem na stolik dziesięć metrów dalej. Było na nim między innymi whisky, które pijał właśnie w takich sytuacjach. Beznadziejnych - nazwijmy je po imieniu.
Niestety musiał się pożegnać ze swym ulubionym trunkiem. Zdrowie już nie to, a poza tym wolał trzymać się rzeczywistości. Alkohol wcale mu nie pomagał. Po nim czuł się jeszcze gorzej fizycznie i psychicznie. Bo przecież co by sobie pomyślała Matylda, gdyby zobaczyła go pod wpływem? Co gdyby zaraz pojawiła się w progu jego domu? Potem zazwyczaj nachodził go ból, jakby płomienie rozlały się w jego wnętrznościach. Rozsądek syczał mu do ucha, że tak nigdy się nie stanie. Dobrze o tym wiedział.
Któregoś dnia z kolei, kolejnego na zwolnieniu lekarskim, Falkowicz odebrał telefon od kobiety, której połączenia ostatnimi czasy notorycznie odrzucał.
- Słucham?
- Andrzej... - kobieta wyraźnie zaskoczona, że tym razem udało jej się skontaktować z profesorem. - Nie chciałam dzwonić. - zaczęła. Andrzej z kamienną twarzą wsłuchiwał się w szmery po drugiej stronie telefonu. W jego myślach toczyła się jednak bitwa. Co ona chce mu przekazać i co on ma jej powiedzieć? Nie liczył na towarzyską rozmowę - tylko głupi po tym wszystkim zechciałby utrzymywać ze sobą przyjacielskie relacje. Dla Falkowicza sprawa wyglądała tak - ona była tą złą. Wykorzystała go i zadrwiła. Do wszystkiego posłużyła się dzieckiem. Choć gdy po raz kolejny analizował tę sytuację dochodził do wniosku, że za drugim razem postąpiłby dokładnie tak samo.
- Coś z Matyldą? - odpowiedział machinalnie, jakby zupełnie wypranym z emocji głosem. Lecz serce przyśpieszyło bicie.
- Właściwie to... sama nie wiem. - Falkowicz wyraźnie zaintrygowany początkiem rozmowy, z uwagą słuchał dalszych słów Kasi. - Jest jakaś inna. Nie mogę się z nią porozumieć.
- Nie będę cię uczył, jak masz rozmawiać z własnym dzieckiem.
- Tak, przepraszam. Nie wiem po co w ogóle zadzwoniłam. Przepraszam. - mężczyzna wyczuł jej zdenerwowanie. Mimo wszystko nie zamierzał do tego doprowadzić. Ta rozmowa była szansą na jakiekolwiek wieści o jego małej Matyldzi.
- Co u Matyldy? - cisza jaka zapanowała w słuchawce, niesamowicie mu się dłużyła.
- Nie musisz. - odezwała się niemal szeptem. - Nie udawaj, że cię to interesuje. Przecież wiem...
- Kaśka! - zaprotestował ciężkim tonem - Naprawdę myślisz, że jestem aż tak wyprany z uczuć? - zacisnął mokre od potu pięści. Z każdą chwilą serce biło rytm coraz wyraźniej i głośniej w jego uszach.
- Ludzie się nie zmieniają.
- Nie mam siły na droczenie się z tobą - mężczyzna potarł wolną dłonią skronie i przeczesał jednym ruchem włosy. - Więc jeśli to wszystko...
- Dobrze. - zaczęła pewnie, po czym zrobiła głęboki wdech. - Potrzebuje twojej pomocy. - Andrzej na te słowa uniósł swe gęste brwi. - Chciałabym, żebyś z nią porozmawiał i... - zawahała się chwilę, jakby najgorsze dopiero miała z siebie wydusić - i przekonać ją, że nie ma do czego wracać. Że NIKT na nią w Polsce nie czeka. - znieruchomiał. Jej słowa zmroziły go. Zastygł bez ruchu, analizując dopiero zasłyszane słowa.
- Żartujesz sobie? - jego głos stawał się coraz bardziej chrapliwy. Z każdym kolejnym słowem coraz szybciej poruszał klatką piersiową i jakby z wielkim trudem wydobywał z siebie powietrze. Wszystkie stare razy dały o sobie znać. Krew szybciej płynęła w jego żyłach, przez co stłuczone kolano bolało mocniej niż kiedykolwiek. Lecz on stał nieruchomo z posągową twarzą. Gdyby miał siłę płakać, zapewne zalałby się słonymi łzami, lecz już nie potrafił uronić ani jednej łzy. Było w nim tyle żalu, że po raz kolejny zabiera mu się kogoś bliskiego.
- Proszę cię o ostatnią przysługę. To dla dobra nas wszystkich. - kobieta odezwała się po chwili pozornie stanowczym tonem.
- Nie wierzę - jęknął nerwowo. - Nie wierzę, że ktoś taki jak ty może być matką Matyldy. Cale życie słyszałem, że jestem potworem. Może i mieli rację, ale wiesz co? Żałuję, że wtedy nie wiedziałem tego, co wiem teraz. Z czystym sumieniem mógłbym wtedy im mówić, że są większe. - rzucił telefonem na drugi koniec kanapy. Oddech miał niepokojąco szybki i świszczący. Zaciskając kości szczęki i żuchwy, nerwowo pocierając pulsujące z bólu kolano. W głowie rozbrzmiewały mu teraz dziesiątki zegarów.
Krajewski wychodząc ze szpitala zauważył czekającą na niego jego aktualną "tą jedyną". Szczęśliwy podszedł do dziewczyny i bez słowa pocałował wybrankę w usta. Spojrzał na ukochaną i zmrużył nieco brwi.
- Coś się stało? - kobieta zaśmiała się w głos i zatrzepotała niewinnie rzęsami.
- No pokaż. - Adam coraz bardziej zdezorientowany przyjrzał się dziewczynie uważnie. W głowie starał się sobie poukładać, czy przypadkiem nie obiecywał ukochanej zakupów.
- No mój prezent. - kobieta zaśmiała się po raz kolejny przekonana, że chłopak się z nią droczy. Lech po chwili nieco spoważniała. - Nic mi nie kupiłeś?
- A miałem? - dopytywał.
- Na moje urodziny! - blondynka tupnęła nowymi pantofelkami.
- Przecież mówiłaś, żebym niczego nie szukał! - Adam nadal miał nadzieje, że kobieta tylko sobie z niego żartuje.
- Żebyś miał okazje pokazać, jak ci zależy! - wrzasnęła niemal ze łzami w oczach. Kobieta obrzuciła Adama pełnym rozczarowania spojrzeniem i odwróciła się na pięcie. - I nie dzwoń do mnie! - krzyknęła, energicznie maszerując w stronę swojego Fiata.
- Czekaj! - kobieta zatrzymała się więc i odwróciła głowę. - To mam dzwonić, czy nie dzwonić?
Krajewski jechał do brata, zaklinając w międzyczasie wszystkie kobiety świata. Nie potrafił zrozumiec tych istot. Zastanawiał się, czy one same zastanawiają się nad logiką własnych działań. Przecież musiał być jakiś klucz do rozwiązania zagadki.
Podjechał pod posesję Falkowicza. Jeśli miałby istnieć jakiś mężczyzna, który pomógłby mu rozgryźć te skomplikowane stworzenia to tylko on. Profesor Falkowicz, jego brat.
Wszedł więc do mieszkania. Jego uwagę przykuła cisza, jaka w nim panowała. Zupełnie jakby nikogo tam nie było. Po cichu tupiąc butami po drewnianej podłodze, obszedł parter, by w końcu znaleźć się w sypialni brata. Odetchnął z ulgą, żegnając wszystkie złe przeczucia. Podszedł pewnie do mężczyzny, który siedział na łóżku tyłem do niego.
- Tu jesteś. Nie uwierzysz... - zamilkł, gdy dostrzegł wyraz jego twarzy. - Co się stało? Źle się czujesz? - Adam ostrożnie uklęknął przed bratem, jakby bał się że go spłoszyć.
- Muszę wyjechać na parę dni. - Krajewski poczuł nieprzyjemny uścisk w podbrzuszu na widok Andrzeja oczu.
- Dokąd? - zapytał ostrożnie - Falkowicz spuścił wzrok, by po chwili zupełnie spokojnym tonem dodać.
- Nie denerwuj się tak. Mam parę spraw do załatwienia. - I jak gdyby nigdy nic wstał powoli, oczywiscie uważając na bolące kolano i minął zdezorientowanego Adama, po czym zniknął w ciemnym korytarzu.
Done. Co myślicie? Szczerze.
niedziela, 6 grudnia 2015
Rozdział 8
Na sali OIOM-u leżał tylko jeden pacjent. Krajewski zaglądał co chwilę do niego, gdy w końcu czwartego dnia ten się obudził. Gadali o błahostkach w krótkich żołnierskich zdaniach. Żadne z nich nie potrafiło nawiązać do tego, co się stało. Choć Adama bardzo męczyła ta sprawa, bo Andrzej na pewno nie jechał wtedy do domu. A jeśli nie do domu to gdzie? I po co kłamał?
- Możemy pogadać? - nad rankiem w sali profesora zjawił się jego brat. Andrzej przeniósł swój smętny wzrok z sufitu na chłopaka. Domyślił się, że dłużej nie będzie mógł już uciekać od niewygodnych pytań. Nabrał powietrza w płuca do momentu, aż poczuł w nich palący ból. Zakrztusił się nim lekko, lecz po chwili oddychało mu się już lepiej. Dostrzegł maseczkę tlenową na swoim nosie i zmartwioną minę Adama, który owy przedmiot podtrzymywał.
- Zabierz... - wydusił z siebie, jednocześnie odchylając głowę w drugą stronę. Krajewski zawahał się chwilę, lecz uległ. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Andrzej zawsze musiał postawić na swoim i nigdy nie dawał za wygraną.
- Gdzie chciałeś jechać? - zapanowała niezręczna cisza. Adam bał się reakcji brata na te pytanie, a Andrzej poczuł napływającą falę gorąca.
- Do Kaszuby. - starał się mówić zwięźle, aby nie forsować układu oddechowego. Na szczęście nie miał przebitego płuca, ale za to mocno poobijane. Przez to po operacji utrzymywano go w śpiączce farmakologicznej, która miała uchronić go przed bólem. Inne obrażenia, takie jak rozbity obojczyk, czy połamane dwa żebra potrzebowały więcej czasu. Było też zbite kolano. Póki co nie doskwierało Falkowiczowi ono bardzo, gdyż od czasu wypadku był przywiązany do łóżka.
- Tego prawnika? - Adam przypomniał sobie okoliczności, w jakich słyszał o tym człowieku. Andrzej przytaknął i kontynuował. Powrócił myślami do zdarzeń sprzed roku, kiedy to zaczął się jego koszmar.
Wspomnienia
Falkowicz krzątał się po mieszkaniu w poszukiwaniu swojego ulubionego krawata. Matylda siedziała w kuchni i jedząc płatki, przyglądała się mężczyźnie, który jak na ironię losu uwielbiał porządek.
- Matylda, może jednak gdzieś go zabrałaś. - powyjmował poduszki z kanapy i nawet nie ułożył ich z powrotem na swoje miejsce. - Musi gdzieś być. Przecież się nie rozpłynął. - co chwila zerkał na złoty zegarek wiszący na lewym nadgarstku.
- W szafie masz tysiące takich samych.
- Ale ten był najlepszy.
- Bo?
- Bo... - spojrzał na kamienną twarz dziewczynki. Zdumiał się, jak bardzo byli do siebie podobni - Jedz. - uciął. Wbiegł do swej sypialni i otworzył wielką szafę, by wybrać zastępczy krawat. Ku jego zdumieniu ten, którego tak namiętnie poszukiwał do dobrych kilkudziesięciu minut, leżał sobie ot tak na swoim miejscu. Chwycił więc za niego i zgrabnym ruchem zawiązał na szyi. Zbiegł po schodach, omal nie gubiąc ostatniego stopnia i zatrzymał się nagle tuż przed nimi.
- No a ty co? Dlaczego jeszcze nie gotowa?
- Nie mam się w co ubrać. - Falkowicz zmierzył dziewczynkę wzrokiem.
- Kobiety...- westchnął i udał się do pokoju małej. - No dobrze, a to? - wyjął z szafy kostium, który kupił jej tydzień wcześniej.
- To miałam na urodzinach Felki. - opadła bezradnie na łóżko. - Nie mogę ubrać byle czego. To ważny dzień. - Andrzej przyglądał się jej chwilę. Dobrze wiedział, że z tą młodą damą nie wygra. Strach pomyśleć, co z niej wyrośnie za kilkanaście lat.
- Dobrze - wypuścił powietrze z płuc. - Dobrze. Ubierz cokolwiek i pojedziemy do centrum, tam wybierzesz sobie coś ładnego, zgoda? - uniósł brwi nieco i czekał na reakcje małej. Ta w odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko i rzuciła się mu na szyje. Mężczyzna lekko zaskoczony po chwili odwzajemnił uścisk. Nie przywykł jeszcze do tak nagłych wybuchów czułości. Zawsze gdy do tego dochodziło, płoszył się lekko i nie wiedział jak zareagować.
W centrum spędzili niewiele czasu, co niezmiernie ucieszyło profesora. Nie dlatego, że nie cierpiał zakupów w galerii, lecz z pośpiechu. Nie planował zakupu nowych ciuszków dla dziewczynki, to też nie uwzględnił tego w swoim napiętym grafiku. Na szczęście Matylda od razu zauważyła na wystawie zestaw, który z miejsca chciała mieć. Przebrała się więc w nowy nabytek, a jej "stare" ubrania niósł Andrzej.
-Gdzie teraz jedziemy? Od razu do szpitala? - odezwała się Matylda.
- Do szpitala. Ale w Leśnej Górze. - lecz gdy dostrzegł niezadowoloną minę dziewczynki, od razu dodał - Ale zaraz potem jedziemy odebrać mamę ze szpitala. - Matylda nie odezwała się ani słowem. Doskonale wiedziała, że powinna być wdzięczna Andrzejowi za to, że tak bardzo jej pomagał. Choć nie do końca rozumiała dlaczego właściwie to zrobił. Jej mama miała wielu znajomych, profesora widziała tylko raz i to on zdecydował się wydobyć małą z izby dziecka, a co najlepsze - zapewnił jej dom. Musiał być niesamowicie dobrym człowiekiem, skoro tylko on nie zostawił jej samej. Dlatego z całych sił starała się mu nie przeszkadzać. Słuchała i pomagała, nigdy nie narzekała. Choć tyle mogła dla niego zrobić.
Podczas gdy Matylda czekała w bufecie, on omawiał operację, którą tego samego dnia miał przeprowadzić z Conssalidą.
- Nie możesz wyjść w połowie operacji! Andrzej! - rudowłosa pani ordynator wbiegła do bufetu za profesorem, zwracając na siebie uwagę zebranych tam ludzi.
- Wszystko wyjaśniłem Piotrowi. Dacie sobie radę. - nie zważając na kobietę, podszedł do zaskoczonej Matyldy.
- To jest nieprofesjonalne Andrzej. Jeśli coś zaczynasz, to miej honor to skończyć.
- Pani ordynator... - zwrócił się do kobiety po cichu, lecz przez swój niski ton głosu był doskonale słyszalny - A propos nieprofesjonalizmu... - omiótł wzrokiem tłum gapiów za jej plecami - Trochę więcej pewności siebie. Tamta pomyłka zdarzyła ci się raz. Jestem pewien, że dwa razy nie powtórzysz tego samego błędu. - Trafił w punkt. Zobaczył to w jej oczach. Uśmiechnął się w duchu na dowód wygranej i chwycił małą dziewczynkę za rączkę.
- Matyldzia chodź. Mama pewnie już na nas czeka. - uśmiechnął się szelmowsko do małej i minął zaskoczoną Wiktorię, która dopiero uświadomiła sobie, kim jest mała dziewczynka, która cały czas stała za plecami Falkowicza. - W razie czegoś Piotr będzie patrzył ci na ręce - rzucił na odchodne w drzwiach, co na nowo zdenerwowało Conssalidę.
Czyli jednak! Nie dość że nie ufa to jeszcze sprawdza!
Chwilę później byli już w klinice. Czym prędzej udali się na trzecie piętro (oczywiście schodami, gdyż Matylda źle znosiła jazdę windą) i weszli do sali, gdzie miała czekać na nich Smuda. Niestety jej już tam nie było. Zdezorientowany mężczyzna ruszył w kierunku gabinetu lekarskiego, by dowiedzieć się, gdzie jest owa kobieta.
- Pani Katarzyna opuściła szpital wcześnie rano. Poinformowała nas jedynie, że udaje się do ośrodka rehabilitacyjnego.
- Powiedziała chociaż do którego?
- Niestety. - opuścili więc klinikę i udali się do samochodu. Falkowicz postanowił jechać do najlepszego ośrodka w mieście, który znajdował się na ulicy Wolskiej. Miał tam kilku znajomych lekarzy i sądził, że nie odmówią mu pomocy.
Falkowicz przekazał zdenerwowanej dziewczynce dobrą wiadomość.
- Jest tutaj. - złapał ją za rączkę i ruszyli do pokoju pani mecenas.
- Dlaczego uciekła? - zapytała mężczyznę tuż przed wejściem. Ten lekko zmieszany zamyślił się chwilę.
- Chciała być samodzielna. Jak ty. - podarował jej pstryczka w nosek i uśmiechnął się, lecz w tym grymasie twarzy ukrył ból. Wiedział, że Kasia nie była jeszcze do końca sobą. Nie miał pojęcia, czy to tylko stan przejściowy i czy Matylda wracając do matki będzie pod dobrą opieką. A może to tylko jego urojenia? Przecież wcale nie chciał oddawać Matyldzi i najzwyczajniej w świecie widział to, co chciał zobaczyć.
- Mamusiu? - Matylda jako pierwsza weszła do pomieszczenia. Falkowicz chciał zostać za drzwiami, lecz uległ namową dziewczynki. Dostrzegła matkę siedzącą na wózku inwalidzkim tyłem do nich, która jak zahipnotyzowana obserwowała świat za oknem.
- Dlaczego na nas nie poczekałaś? Przecież mieliśmy jechać do domu. - Kasia obróciła lekko głowę w stronę stojącej tuż obok córeczki.
- Weź tobołek i usiądź przy mnie. - Matylda ściągnęła lekko brwi i odwróciła się w stronę profesora, który stojąc z tyłu, przyglądał się całej tej sytuacji.
- Krzesło - podpowiedział spokojnie małej.
Smuda zapominała o wielu rzeczach. Były to nazwy kolorów, rzeczy, imiona, a nawet czasowniki. Od nowa musiała się nauczyć liczyć i pisać. Bywało, że nagle coś sobie przypominała, albo denerwowała się, że nie potrafi czegoś nazwać. Lekarze mówili, że tak bywa i że ten stan do pewnego stopnia może być odwracalny. Ale pytanie, które spędzało sen z powiek Falkowiczowi brzmiało - do jakiego stopnia?
- Nie lepiej by ci było u mnie? - odezwał się, gdy Matylda wyszła do toalety.
- Nie mogłabym mieszkać z tobą w jednym... - zacięła się i usilnie próbowała sobie coś przypomnieć.
- Domu. - dokończył za nią.
- Nie pomagaj. - syknęła przez zęby. Okropnie męczyła ją ta niepełnosprawność. Denerwowała się za każdym razem, gdy zapominała jakiegoś słowa. Ból był tym większy, gdy przypominała sobie swoje możliwości sprzed wypadku. - Nie będę dla nikogo ciężarem. Na pewno nie dla ciebie. Ale jestem ci bardzo wdzięczna za to, co zrobiłeś dla mnie i... - Falkowicz uparcie milczał, choć już dostrzegł łzy w oczach Kasi. Gdy ta zdała sobie sprawę z tego, że jednak potrzebuje pomocy Andrzeja, spojrzała na niego swymi szklanymi oczami, a ten podpowiedział jej imię córki.
- Musisz wiedzieć, że gdy tylko się pozbieram, zabiorę ją i wyjedziemy do powiatów. - Falkowicz ściągnął swe brwi i uważnie przyglądał się kobiecie, obok której siedział.
- Do Stanów? - upewnił się.
- Przecież mówię. Zwrócę ci wolność. Pewnie już nie możesz zaczekać. - zaśmiała się żałośnie, a Falkowicz jednym niespokojnym ruchem poluźnił sobie krawat przy szyi.
- Ta... - niepokój, który z każdą chwilą w nim narastał sprawił, że poczuł nieprzyjemną falę gorąca. - Na długo? - dodał, siląc się na spokojny ton.
- Na stałe. - odpowiedziała pewnie.
- Chcesz mi powiedzieć, że podrzuciłaś mi dziecko, a teraz masz zamiar mi je tak po prostu zabrać? - wrzasnął, stracił kontrolę nad swoimi emocjami. Nie był świadomy tego, że tuż za drzwiami stała Matylda. Wystarczyło, że usłyszała ostatnie zdanie wypowiedziane przez Andrzeja, by po jej policzku poleciały łzy. Zdenerwowany Falkowicz od razu wyszedł z pokoju, by nabrać świeżego powietrza, gdyż w pomieszczeniu z sekundy na sekundy było coraz mniej tlenu. Nerwy mu nie służyły, dlatego od razu udał się na korytarz. Tam ujrzał Matyldę, której mokre policzki przyprawiły go o kolejną falę gorąca. Nie znosił kiedy płakała. Nie potrafił tego racjonalnie wytłumaczyć, ale zawsze ten widok sprawiał mu ból - piekący i nieznośny, gdzieś blisko serca.
- No i spełniła groźbę. - Falkowicz wyszeptał ostatkiem sił. Krajewski ponownie założył bratu maskę tlenową na twarz, a ten tym razem już nie protestował. Zachłannie łapał każdy haust świeżego tlenu, którego już brakowało w jego płucach.
Adam przyglądał się w milczeniu bratu, nie wiedząc jakich słów pocieszenia użyć.
"Będzie dobrze", czy "Trzymaj się!"? Które z nich były bardziej idiotyczne?
Siedział więc w ciszy, którą raz po raz przerywały jedynie pojedyncze dźwięki aparatury medycznej rejestrującej pracę serca profesora Falkowicza. Zastanawiał się nad dopiero poznaną opowieścią. Analizując w głowie wszystkie słowa, uświadomił sobie jak bardzo różniła się ta historia widziana wcześniej z jego perspektywy. Sądził, że Matylda to przypadkowy ciężar, który spadł na Falkowicza z dnia na dzień i ten tylko czekał, aż się od niej uwolni.
Adam jednak nie miał powodu, aby się obwiniać. Każdy, kto choć trochę znał sytuację profesora, sądził tak samo. Kasia, Adam, a szczególnie doktor Conssalida. Pozostali nie rozumieli kim jest dziewczynka, która biega za profesorem po szpitalu w weekendy. Nie zdobywając żadnych informacji na ten temat stwierdzili, że prawdopodobnie ją uprowadził, albo co gorsza - przeprowadza na niej eksperymenty medyczne. Niedorzeczne, a jakże! Ale jaka może być plotka, jeśli nie taka właśnie? Niedorzeczna.
Po pewnym czasie, a trwało to przynajmniej do obchodu, Krajewski postanowił opuścić salę profesora. Podniósł się z krzesełka i zawahał się chwilę. Jednak po chwili poklepał delikatnie zdrowe ramię Andrzeja i uśmiechnął się krzepiąco do niego mówiąc:
- Pamiętaj, że jestem. - to były jedyne słowa pocieszenia, jakie zdołał wymyślić. Odwrócił się tyłem do brata i po cichu odsunął skrzydło drzwi. Kątem oka rzucił ostatnie tego dnia spojrzenie na brata i odszedł. Nie miał prawa wiedzieć, że profesor w tej chwili na nowo poczuł jak dłonie się pocą, a oddech przyśpiesza. Nie mógł wiedzieć, że po skroni brata spływa właśnie pojedyncza łza. Ta ostatnia.
To ja też poproszę o prezent mikołajkowy - Wasz komentarz ;-)
piątek, 4 grudnia 2015
Rozdział 7
Tym razem narrator zacznie od własnych spostrzeżeń. Dotyczą one muzyki. Banalny temat, ale jakże zajmujący. Pewnie doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że miewa ona zbawienne działanie. Bywa, że łagodzi napięcia, uspokaja, pomaga złapać oddech. Daje czas na spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość z innej strony. Kobiety delektują się melancholijną nutą, aby się pocieszyć, mężczyźni za to często poszukują cięższych brzmień, które oddawałoby ich nastrój.
W jakim więc nastroju był profesor Falkowicz, który na sali operacyjnej słuchał aktualnie "Marszu żałobnego" Chopina? Jako że tymczasowo sprawował funkcję ordynatora, podczas każdej operacji, jaką przeprowadzał, puszczany był zestaw utworów z jego domowej biblioteczki. Dzięki temu atmosfera na bloku stawała się "przyjemnie sztywna". Nikt nie miał ochoty na zbędne rozmowy, był tylko On i Przypadek chirurgiczny.
W takiej atmosferze Falkowicz niemal wcale nie myślał o życiu prywatnym. W pracy spędzał każdą wolną chwilę. Dom stał się dla niego tylko i wyłącznie noclegownią. Mimo wszystko jednak wolał spać we własnym łóżku. Nadal przecież był to człowiek szanujący swoją prywatność i przede wszystkim - higienę osobistą. Profesor biorący prysznic w szpitalu? Proszę, nawet nie starajcie sobie tego wyobrażać drodzy czytelnicy.
Jednak dla każdego chirurga przychodzi taki czas, że operacja przeciąga się do wczesnych godzin porannych. Wystarczą drobne komplikacje, błędy niedoświadczonego stażysty i planowane cztery godziny w magiczny sposób zamieniają się w morderczą dziewięciogodzinną walkę o życie.
Pech chciał, że tego dnia profesor miał właśnie okazję doświadczyć niekompetencji młodego chirurga. Oczywiście zdążył już zrównać młodzieńca z błotem, do tego stopnia, że ten zaczął się zastanawiać nad zmianą kierunku studiów.
- Nie przejmuj się. On już taki jest. - Krajewski poklepał chłopaka po ramieniu, kiedy już dotarła do niego wieść o tym, co się stało na sali operacyjnej.
- Już nigdy nie wejdę na salę. Tak mi powiedział. - Krajewski w momencie przypomniał sobie bardzo podobną sytuację, jaka miała miejsce, kiedy to on odbywał staż u Falkowicza. Uśmiechnął się na wspomnienie tego, jak potoczyły się ich wspólne losy. Jednak młodzieniec błędnie odczytał wyraz twarzy Adama i na jego bladym obliczu pojawił się grymas głębokiego rozczarowania. Zrozpaczony chłopak wyszedł w pośpiechu z pokoju lekarskiego, pozostawiając tam samego Adama, który zbyt późno zorientował się, jaki popełnił błąd. Westchnął tylko i podszedł do tablicy z rozkładem zabiegów. Okazało się, że kolejną operacje miał przeprowadzić z Falkowiczem właśnie.
- O jesteś. Musimy pomówić. - nagle w pomieszczeniu pojawił się Andrzej. W pośpiechu upił łyk zimnej kawy, którą zostawił tak poprzedniego wieczoru.
- Właśnie. Dlaczego rozpisałeś sobie kolejną z rzędu operacje? Wątpię żebyś to wytrzymał. Z całym szacunkiem, ale nawet człowiek w pełni zdrowy miałby trudności.
- Nie byłoby problemu gdyby nie ten dureń, przez którego pacjentka omal nie zeszła mi na stole. Teraz byłbym świeżo wyspany. - dodał zdenerwowany. Przerzucił teczki, które leżały na biurku, ale nigdzie nie mógł znaleźć dokumentacji medycznej pacjenta, którego miał zaraz operować. Krajewski przeczuwając cel poszukiwań podszedł do brata i podał mu teczkę, którą cały czas trzymał w dłoniach.
- Za dużo pracujesz ostatnio. Jedź do domu...
- Właśnie. - przerwał Adamowi. - Muszę jechać na chwilę do domu. Chciałbym się przebrać.
- Nie możesz zrobić tego tutaj?
- A czy ty przypadkiem nie wysyłałeś mnie właśnie do domu?
- Ale ty najwyraźniej masz zamiar tutaj jeszcze wrócić, a bynajmniej nie to miałem na myśli. - Falkowicz jednak wcale go nie słuchał. Żył teraz czymś innym. Okłamał brata, gdyż tak naprawdę planował spotkanie z prawnikiem. Ten miał mu przedstawić sposób, w jaki mógłby odzyskać Matyldę. Był świadomy tego, że jego szanse są bliskie zera. Obawiał się też, że jedynym rozwiązaniem może być udowodnienie Kasi, że nie potrafi odpowiednio zająć się własnym dzieckiem. Był co prawda jeszcze jeden sposób, lecz Falkowicz traktował to jako ostateczność.
- Jest... dwadzieścia po szóstej - oznajmił, spoglądając na zegarek na swym lewym nadgarstku, zaś na prawym przedramieniu zawieszony miał zimowy płaszcz. - Wrócę za trzy godziny. - wyszedł, zanim Adam zdążył zaprotestować.
Był grudzień. Na dworze panowała potworna śnieżyca. Mężczyzna postawił więc kołnierz swojego płaszcza i zanurzył się w nim, by osłonić się przed arktycznym wiatrem. Wsiadł do białego auta i powoli ruszył na wstecznym. Na całe szczęście pługi pracowały nawet w niedzielny poranek, więc drogi były przejezdne. Profesor miał dotrzeć do restauracji o nazwie "Finezja". Tam powinien czekać na Andrzeja prawnik, który kiedyś pomógł mu wyciągnąć jego dziewczynkę z izby dziecka. Znał sprawę no i przede wszystkim - był dobry.
Prowadząc swe auto rozmyślał nad całą sprawą. Obawiał się, że jego przypuszczenia potwierdzą się. Nie chciał zabierać dziecku matki, ale jakiś głos w jego głowie podpowiadał mu, że musi o nią walczyć. Jeśli nie ona, to co mogłoby być dla niego większym szczęściem? Chirurgia? Już od dawna nie wystarczała. Rodzicielstwo było jak narkotyk. Wpadł w nałóg i nie znalazł drogi powrotnej. Uzależniało mocniej niż chirurgia, która również działała niczym opium, lecz słabszej mocy.
Warunki na drodze były względnie dobre, jednak boczna uliczka, w którą teraz skręcił pokryta była świeżym śniegiem. Widoczność utrudniała mu dodatkowo ciężarówka jadąca przed nim, która swoimi kołami wzbijała w powietrze drobinki białego puchu.
Poddenerwowany utratą cennego czasu, który wyznaczył sobie na dojazd, co chwila odbijał w stronę środkowego pasa, by wyprzedzić wlekący się pojazd.
Gdy po raz kolejny zjechał na lewą stronę, nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie z naprzeciwka, dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej nadjeżdżał inny pojazd, który również miał utrudnioną widoczność, tym bardziej że w śnieżycy trudno mu było dostrzec białe auto Falkowicza.
W ostatniej chwili Andrzej dostrzegł światła samochodu z naprzeciwka. Poczuł, jak pot spływa mu po skroni i odruchowo szarpnął kierownicą w prawo. Niestety było zbyt ślisko i auto tylko obróciło się prostopadle do kierunku jazdy. Nadjeżdżający z naprzeciwka samochód również nie zdążył wyhamować i z impetem uderzyło w biały pojazd.
Falkowicz po chwili odzyskał przytomność, lecz jedyne co widział, to oślepiającą biel. Nie miał pojęcia czy to śnieżyca, poduszka powietrzna czy pośmiertne światło niebiańskie. Ta ostatnia opcja raczej odpadała, gdyż czuł narastający ból. Szczególnie z lewej strony ciała.
Przymknął na chwilę powieki i zauważył przed sobą postać. Miała na sobie jaskrawo pomarańczowy mundur i coś do niego mówiła, lecz ten nie rozumiał ani słowa. Denerwowało go to, że przeszkadza mu zasnąć. Co chwila klepała go w polik, bądź otwierała oczy. Potrzeba snu była jednak silniejsza. Przymknął wiec po raz kolejny powieki i odpłynął.
Krajewski z niecierpliwością obserwował zegar. Czas dłużył mu się niesamowicie, a pomiędzy operacjami nie miał nic ciekawszego do roboty niż bezczynne czekanie. Wyjął z szafki najnowszy magazyn motoryzacyjny i raz po raz wzdychając, przyglądał się cackom, o których marzył. W głowie układał sobie ranking aut, którymi najbardziej chciałby się przejechać.
Przechodził różne fale fascynacji. Kiedyś, jeszcze na studiach jego miłością były motoryzacyjne antyki. Kolekcjonował pocztówki i plakaty z takimi okazami, jak Syrenka czy choćby zwykły Fiat. Dziś przyszła kolej na nowoczesne modele. Z pensji lekarza mógł sobie w końcu zacząć na taki odkładać.
Z myśli o zakupie wymarzonego auta wyrwała go pielęgniarka, która zdyszana wbiegła do lekarskiego.
- Panie doktorze... przywieźli nam... z wypadku... profesora. - Adam nieświadomy tego, że chodzi właśnie o Andrzeja, spokojnie podniósł się z kanapy, rzucił na nią magazyn, po czym udał się za kobietą na izbę.
Zdziwił się nieco, gdy ujrzał jakie panowało tam zamieszanie. Wszyscy byli czymś zdenerwowani. Dostrzegł Rafała, który tego dnia sprawował dyżur. Kierowany dziwnym przeczuciem podszedł bliżej. Podążył za wzrokiem tam zebranych i poczuł nieprzyjemny uścisk w żołądku.
Musiał być niesamowicie blady, gdyż czuł jakby cała krew odpłynęła mu z twarzy. Jedyne co zdołał wydusić, to imię brata, którego twarz była brudna od strupów krwi.
- Zabieramy go na blok.- oznajmił Konica, oglądając wyniki Falkowicza.
- Zaraz, to niebezpieczne. Nie w jego stanie. - Krajewski oprzytomniał nieco i zaczął na szybko rozmyślać co będzie najlepsze dla ratowania życia brata.
- Nie możemy czekać. Ma rozbity obojczyk, połamane żebra, boję się, że doszło do przebicia płuca. - ortopeda spojrzał na profesora wzrokiem, który zazwyczaj przeznaczał dla tych trudnych przypadków.
- Z jego sercem podczas operacji może dojść do zatrzymania!
- A bez niej do śmierci w wyniku krwotoku wewnętrznego. - odparł Konica poważnym tonem. Adam wiedział, że kolega miał racje, co tylko jeszcze bardziej go zdenerwowało.
- Pomogę ci.
- Więc wiesz co możesz zrobić. - odparł, po czym popędził personel, który miał zabrać pacjenta na blok. Adam stał tak dłuższy moment bez ruchu, lecz po chwili puścił się biegiem na blok.
- Pozwól mi asystować. - Konica pokręcił głową, kończąc myć dłonie.
- Jeśli chcesz się do czegoś przydać to oddaj krew. Na pewno będzie potrzebna. - i wszedł na salę operacyjną jako ostatni. Była tam już Klaudia, Ruth, a nawet Zapała. Adam uderzył pięścią w umywalkę, co tylko przysporzyło mu bólu i podszedł do okna, by przyjrzeć się zwiotczałej twarzy, która ledwo przypominała twarz Falkowicza.
Jak się pewnie domyślacie operacja, którą bracia mieli wspólnie przeprowadzić nie odbyła się. Pacjent opuścił więc szpital z umówionym nowym terminem zabiegu, szczęśliwy, że wyrok został odroczony.
Krajewski ślęczał w profesorskim gabinecie, bo tylko tam mógł zaznać chwili spokoju. Nikt mu się nie przyglądał, ani nie próbował pocieszać. Poprosił Alicję, sekretarkę na chirurgii, do której miał jeszcze zaufanie, żeby powiadomiła go, gdy operacja Andrzeja dobiegnie końca.
Potwornie bał się o niego. Doskonale zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie ze sobą operacja. Choć starszy brat zapewne sądził, że tego po nim nie widać, to Adam zauważył jego gorsze samopoczucie. Bał się, że nadszedł ten czas, kiedy to profesor będzie musiał odejść od stołu operacyjnego. W końcu wątroba nie odrosła, nowa nerka cały czas jest ciałem obcym i ma swoją datę przydatności, serce również dawało o sobie znać po postrzale.
Siedział więc tak z duszą na ramieniu, miąc paznokciami swe wargi, tak intensywnie, że nabrały one krwistoczerwonego koloru. Spoglądał co chwila na wyświetlacz telefonu, odnotowując w myślach upływający czas.
Coś za długo to trwa.
Po czterech godzinach ciągłego wiercenia się w skórzanym fotelu, postanowił sprawdzić, na jakim etapie są jego koledzy. Pojawił się po chwili pod drzwiami bloku operacyjnego. Jednym ruchem pchnął je i udał się pod odpowiednie pomieszczenie.
Konica zauważył kolegę za szybą i podniósł tylko kciuka w górę. Adamowi kamień spadł z serca. Odetchną z ulgą, choć wiedział, że to jeszcze nie koniec.
No. I co teraz?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)