piątek, 30 września 2016

Co do nexta...

Zastanawiałam się nad odpowiedzią na pytania pod epilogiem. Bo nie jest prosta, a ja sama niewiele wiem.
Zaczęłam studia po roku przerwy. Pielęniarstwo. Nie wiem jak rozłoży się mój czas wolny, bo mam zamiar uczyć się i to porządnie. (Tak wiem, każdy tak mówi. ;) Ale póki co one są priorytetem)

Nie mówię, że znikam na zawsze. O nie...
Po prostu teraz nie zacznę pisać, bo może się zdarzyć, że przyjdzie czas, w którym nie będę mogła pisać. Sama wiem jak to jest, kiedy autor ma dłuższą przerwę.
Moja zasada - nie ma nic gorszego niż niedokończone opowiadanie.

Dlatego mam plan. Zacznę pisać, ale dla siebie, w wolnej chwili. Kiedy będę miała zapas rozdziałów rozpocznę dodawanie ich na bloga.

O wszystkim będę was informowała.
Don't worry.
Tutaj i na facebook'owej stronce (tam macie nawet lepszy kontakt ze mną)

Wiktoria M. Opowiadania

Przewidywany czas? Przynajmniej miesiąc.


Mam nadzieję do... zobaczenia?



Ps. Też sie ciesze, że nie uśmierciłam Falkowicza. Ale już odkryliście we mnie sadystkę. Mam nadzieję, że zobaczycie to też w kolejnych opowiadaniach... ;)











czwartek, 29 września 2016

Epilog, seria II



- Jedziemy do taty? - Matylda stanęła w progu, założyła dłonie na piersiach. Kasia szykowała się już od godziny, a przecież nie było takiej potrzeby. W końcu w miejscach takich jak to, do którego zmierzały obie kobiety, nikt nie zwracał uwagi na ubiór. Smuda mimo wszystko pragnęła wyglądać stosownie do okazji. W końcu rocznicy nie obchodzi się codziennie.
- Już, kochanie idź już do auta. Czekaj tam na mnie. - Matylda przewróciła oczami gniewnie i skierowała się w stronę wyjścia z domu.
- I nie mów do mnie kochanie! - krzyknęła w progu. - Mam już szesnaście lat. - Kasia nie miała nawet czasu jakkolwiek zareagować na złośliwą uwagę dorastającego dziecka. Była zbyt zajęta szukaniem cholernego odcinka z kwiaciarni, gdzie miały odebrać wiązankę. Jak na złość zawieruszył się gdzieś wśród innych kwitków z pralni i notatek w małym zeszyciku podręcznym. Zrezygnowana zamknęła w końcu gabinet i ruszyła przed dom bez owego świstka. Nieświadomie przemknęło jej przez myśl, co powiedziałby na to jej Andrzej. Że nie można jej było powierzyć prostego zadania, że wszystko na jego głowie... westchnęła cicho. Nie cierpiała tego robić, ale musiała przyznać, że otwarcie nowej kancelarii prawnej, sygnowanej jej nazwiskiem, mieszczącej się w jej starym mieszkaniu okazało się nie lada wyzwaniem. Była doskonale zorganizowana, ale jedno głupie zadanie odebrania kwiatów widać przerosło ją. Przysięgła sobie w duchu, że zastanowi się nad urlopem.
Dojechały pod cmentarz na Brudnie. Bardzo stary, ale mimo to nadal przychodzili tam odwiedzający groby bliskich. Cały czas ktoś tam się kręcił, nawet gdy główną alejkę oświetlały jedynie słabe lampy.
- Wujek pewnie już jest. - mruknęła zdenerwowana Matylda. Miały być o czasie, a okazało się, że wyprzedził je nawet wiecznie spóźniający się Adam. - Ciocia też. - dodała, gdy mogła dostrzec ich sylwetki z daleka. Kasia zagryzła ledwie dostrzegalnie dolną wargę, jej niechęć do rudowłosej dziewczyny nigdy nie minęła. Obie panie traktowały się z chłodnym dystansem, nigdy nie potrafiły przeskoczyć niewidzialnej bariery, która zrodziła się właściwie z niczego.
- Idź już do taty. Ja wrócę się po jakąś wiązankę. - zaczęła Smuda, jednak Matylda ujęła matkę pod rękę. Nie potrzebowały żadnych kwiatów, w końcu ogromny znicz kupiony w przydrożnym sklepie rekompensował takie braki.
- Mamo... - Kasia niepewnie spojrzała w stronę stojącej przed grobem pary, która obwiniała ją o wszystkie nieszczęścia, które spotkały Andrzeja. - Wujek Adam już dawno odpuścił. - dziewczyna była świadoma waśni, jaka różniła jej rodzinę, ale z perspektywy jej młodego umysłu wszystko wydawało się tak... żałosne.
- Poza tym... nie będziemy same. - uśmiechnęła się do szpakowatego mężczyzny, który dopiero je dostrzegł. Uśmiechnął się z daleka, a Kasia odwzajemniła gest. Przyznając w duchu rację swojej córce, podeszła bliżej grobu jej teściów i bez słowa wtuliła się w ramię swego ukochanego.
- Skąd masz kwiaty? - zaskoczona ujrzała w dłoniach ukochanego dokładnie to, czym tak się zamartwiała przez całą drogę.
- Przecież mówiłem ci kotku, że po pracy je odbiorę. - podał je uśmiechającej się z ulgą córce, by ta swoim młodzieńczym gustem ułożyła je na grobie według swojego uznania.
- Kompletnie zapomniałam. - jęknęła cicho. Andrzej uśmiechnął się, unosząc kącik ust i obejmując jednocześnie ramieniem trzęsącą się z zimna jego kobietę.
- Za dużo pracujesz. - podjął. - Pomyślimy nad jakimś urlopem. - Adam spojrzał kątem oka na swego brata. Zaskoczony usłyszanymi słowami uniósł wysoko brwi, był przekonany, że Falkowicz żyje jedynie pracą. W końcu ostatnimi czasy każdą wolną chwilę spędzał na terroryzowaniu swoich podwładnych. Aż dziw, że personel lgnie pod jego rządy. W końcu najnowsze zabawki technologiczne i liczne szkolenia to chyba jednak nie wszystko... ostatecznie Adam sam sobie nie mógł przyznać racji. Jego brat stworzył raj dla lekarzy, w którym chciał pracować każdy.
- No młoda, jeszcze te dwa wkłady. - Matylda zmierzyła wujka morderczym spojrzeniem, lecz posłusznie odebrała od niego białą foliówkę.
- Prosiłam, żebyś tak do mnie nie mówił. - nigdy nie słuchał.
- Wujek ma zaawansowaną miażdżycę, Matyldziu. - odrzekł gardłowym głosem profesor. - Zapomina nawet imienia swojego syna. - rozbawiony kiwnął głową na brata, nie racząc go nawet spojrzeniem.
- Przesadzasz.
- Tak? To jak się zwracasz do Mateusza?
- Młody. - wzruszył ramionami Krajewski
Jednak będąc już przy najmłodszym z klanu Baranów, a mianowicie małym Mateuszku, trzeba nadmienić, że to właśnie Andrzej był jego chrzestnym i to nie byle jakim. Chłopiec uwielbiał wujka, który poświęcał mu sporo uwagi. Tak samo z powodu normalnych godzin pracy, bo jako dyrektor szpitala Falkowicz mógł sobie na takie pozwolić, bywało że mężczyzna spędzał z dzieckiem czas, przez który jego rodzice lekarze musieli zostać na dyżurze.
Andrzej, choć cały czas trzymający pozę szanowanego profesora, pozwalał sobie na chwilę luzu, tyle że nieco inaczej pojmowanego niż robi to choćby jego nastoletnia córka. Lubił rozkładać kocyk i kłaść się na nim obok rocznego chłopca, pokazywać mu zderzające się samochodziki, świecące zabawki, czy nawet demonstrować głosy zwierząt domowych. W wydaniu profesora był to absolutny luz, niezaprzeczalnie.
Bywało, że patrzył na Adama z zazdrością, nie pogodził się jednak do końca z myślą, że na kolejne dziecko było dla niego za późno. Matylda jeszcze pogłębiała jego przygnębienie, bo nie rozumiejąc oporów ojca, wspominała o młodszym rodzeństwie. Kiedyś nawet nakrzyczał na nią z tego powodu, lecz szybko się opamiętał. Strasznie ciężko mu było potem ją przepraszać.
Jedynie Kasia rozumiała swego partnera. Choć długo i jej nie chciał wyjaśnić swoich obaw. Jak miał przyznać się do takich słabości? Ale uznał, że kobieta powinna być świadoma tego, na co się zdecydowała wiążąc się z Falkowiczem. Więc któregoś wieczoru wyjaśnił jej, starając się ubrać słowa w bezemocjonalną otoczkę. Zrozumiała. A on odczuł ogromną ulgę. Może dlatego, że kobieta nie wierciła mu już dziury brzuchu? A może po prostu w końcu się komuś wygadał? Mało ważne.
Tak czy inaczej siłą rzeczy więź pomiędzy Kasią i Andrzejem zacieśniła się jeszcze bardziej. Nie mieli między sobą żadnych tajemnic, choć... właściwie jedna była, lecz usprawiedliwiona bez wątpienia.
Długo zwlekał z zadaniem tego pytania i nigdy nie był do końca na to gotowy. Nawet kiedy zostawali sami, kiedy Kasia przygotowała wytrawną kolację, kiedy wybrali się na randkę, nigdy nie potrafił ułożyć odpowiedniego pytania. Przysięgał sobie, że następnym razem wykorzysta nadarzającą się okazje i oświadczy się ukochanej. Lecz mijały kolejne randki, a on nadal obawiał się jej odpowiedzi. Kasia wszak zwykła powtarzać, że chciałaby aby tak było zawsze. Niczego więcej do pełni szczęścia nie było jej potrzeba. Na co więc miałby im być ślub? Na świecie jest mnóstwo par, które żyją bez tego sakramentu. I jest dobrze.
Mimo wszystko Andrzej pragnął poślubić swoją panią mecenas. Był do cna staromodny i nie uznawał luźnych związków. Zbyt niedojrzały wydawał się mu taki układ, choć przede wszystkim... uważał to za pewien rodzaj zniewagi dla swojej partnerki. Wszak jeśli się kocha nie ma przeszkód, by deklarować swej kobiecie miłość i wierność aż do śmierci.
- Kasiu... - zapytał któregoś jesiennego wieczoru, gdy oboje siedzieli na tarasowej ławeczce, otuleni kocem w kratę. Minęło już tyle idealnych okazji na oświadczyny, dlaczego więc nie miałby oświadczyć się jej w ich własnym ogrodzie, pod niebem pełnym gwiazd?
Odrzekła beztroskim pomrukiem, obserwując z zapartym trzem spadającą gwiazdę.
- Już dawno chciałem cię o to zapytać. - zaczął, szukając jednocześnie pierścionka w kieszeni swych szarych spodni. Przez moment przeraził się, że ten mu gdzieś wypadł, lecz w końcu odnalazł małą błyskotkę. Nie zabrał eleganckiego pudełeczka, nie pomyślał że tego wieczoru zbierze w sobie odwagę. Zwykły łut szczęścia zadecydował o tym, że oglądając swój zakup, włożył go na koniec do kieszeni. Darując sobie romantyzm, którego zabrakło razem z plastikowym serduszkiem wyściełanym elegancką gąbeczką, zaczął obracać błyskotkę w dłoniach. Zamilkł na chwilę, pełną emocji trzeba dodać. Bo kobieta dostrzegła połyskujący pierścionek, którym teraz bawił się Andrzej.
- Nie sądzisz że to już czas? - spojrzał na nią kątem oka. Uśmiechnął się pod nosem,  widząc jej zaskoczoną minę.
- O to chciałeś zapytać? - wydusiła z siebie, nie odwracając wzroku od błyszczącego srebra z cyrkonią zamkniętą w oczku.
- Wybacz, formułka. - zsunął z pleców kraciasty koc i zszedł z drewnianej ławki. Uklęknął w końcu jednym kolanem na trawie i trzymając w dłoniach tak wiele znaczącą błyskotkę zaczął.
- Czy ty Kasiu zostaniesz moją panią Falkowicz? - właściwie kobieta nie odpowiedziała do dziś na zadane jej pytanie. Ze łzami w oczach i drżącymi rękoma pozwoliła sobie założyć ów pierścionek zaręczynowy.
- Zamówiłem kościół na za miesiąc. - odrzekł rzeczowym tonem, siadając już obok niej. Przeniosła swój zaskoczony wzrok z pierścionka na obejmującego ją ramieniem narzeczonego. - Popracujemy nad twoim poczuciem humoru, kochanie. - dodał, spoglądając na nią kątem oka. Odetchnął, w końcu.
- Wiem, że byłbyś do tego zdolny. - uśmiechnął się na te słowa i przyciągnął do siebie jej drżące z zimna ciało.
Niezwykle banalna część ich życia, lecz należało o niej wspomnieć zwłaszcza, że zaręczyny stały się jednym z ostatnich szczęśliwych wydarzeń w ich wspólnej historii. Otóż z czasem, jakby problemów było im mało, zaczęły zbierać się nad narzeczeństwem kolejne czarne chmury. Kasia i Andrzej starali się wspólnie stawiać czoła przeciwnością, lecz tak jak w każdym zdrowym związku zdarzały się kłótnie.
A problem zaczął się w samym sercu ich rodziny. Otrzymali wiadomość od wychowawczyni Matyldy, że ta bardzo opuściła się w nauce i nie zjawia się na zajęciach. Profesor strasznie się wtedy zdenerwował, żadne leki uspokajające nie były w stanie złagodzić jego wzburzenia. Dał wtedy porządny wykład swojej Matyldzi, nie szczędząc jej słów o zawiedzionych uczuciach ojcowskich. A nastolatka zawsze obierała sobie ojca za wzór. Potwornie nią więc wstrząsnęło, kiedy okazało się, że przez nowych przyjaciół może stracić jego zaufanie.
Niestety czarna passa trwała dalej, bo dziewczyna mimo że już się nieco opamiętała, mogła nie przejść do następnej klasy. Kasia i Andrzej odkładali swoje mniej ważne zawodowe sprawy i na zmianę pilnowali latorośl, by ta regularnie się uczyła. Nie było to takie łatwe, jak mogło by się wydawać.
Szpital potrzebował stałej kontroli, a kancelaria uchwytnego prawnika. Nikt nie liczył się z rodziną swojego pracodawcy. Nie było litości, jeśli instytucja traciła stały nadzór. W taki sposób Kasia straciła ważnego klienta, który miał skarżyć ogromną firmę ubezpieczeniową. Podłamana i sfrustrowana wróciła po tym feralnym popołudniu do domu, szukając wsparcia u przyszłego męża, lecz znalazła go dopiero w sypialni.
- Miałam fatalny dzień. - odetchnęła, kiedy ujrzała go leżącego do niej tyłem. Zdejmując swe czarne szpilki w progu, podeszła do łóżka bliżej. - Terczyński nam się wycofał. - wspięła się na materac. - Zaniedbałam sprawę. Zupełnie zapomniałam o naszym ostatnim spotkaniu. - leżąc na swojej połowie, przestała na chwilę myśleć o problemach w pracy i puchnących od butów stóp. Spojrzała w końcu podejrzliwie na milczącego Andrzeja. - Słuchasz mnie? - po paru chwilach zupełnej ciszy, chwyciła go w końcu za ramię i potrząsnęła nim lekko. Przeraziła się gdy ten nie reagował. Zupełnie straciła poczucie kontroli nad swoimi nerwami, bo te zadziałały natychmiastowo, przyspieszając bicie serca i ujawniając drżenie rąk. Lęk, jaki w krótkiej chwili zdążyła w sobie obudzić, zadziałał na jej umysł niczym cyjanek.
Gotowa już była wzywać pomoc, lecz mężczyzna zdążył otworzyć oczy.
- Coś się stało? - odparł zmęczonym głosem. - Kasia... - zmarszczył czoło, gdy kobieta zbierała myśli.
- Przestraszyłeś mnie. - odetchnęła z ulgą.
- Śpiąc? - odrzekł z lekką ironią w głosie, lecz szybko się zreflektował, kiedy ujrzał jej poważną twarz. - Przepraszam - uspokajał. - Siedziałem z Matyldą od rana przy biologii, byłem wykończony. - zacisnął usta. - Wybaczysz... przystojnemu draniowi? - uniósł jedną brew do góry, a na ustach błąkał się już lubieżny uśmiech.

Historia ta trwała dalej, ubarwiona o porywy miłości i gorzkie chwile brutalnej rzeczywistości. Jedno i drugie było tak ze sobą ścisłe, że czasem mylone z drugim. Lecz nie wchodźmy w szczegóły. Udajmy, że powoli narastające zmęczenie mężczyzny było efektem przepracowania, bądź zmartwień ojcowskich. Zatrzymajmy się w dobrym momencie. I ten zapamiętajmy.





Koniec.





Jak wrażenia?


poniedziałek, 26 września 2016

Fragment epilogu, serii II

Fragment zamieszczony już na stronie Wiktoria M. Opowiadania

"(...)
- Idź już do taty. Ja wrócę się po jakąś wiązankę. - zaczęła Smuda, jednak Matylda ujęła matkę pod rękę. Nie potrzebowały żadnych kwiatów, w końcu ogromny znicz kupiony w przydrożnym sklepie rekompensował takie braki.
- Mamo... - Kasia niepewnie spojrzała w stronę stojącej przed grobem pary, która obwiniała ją o wszystkie nieszczęścia, które spotkały Andrzeja. - Wujek Adam już dawno odpuścił. - dziewczyna była świadoma waśni, jaka różniła jej rodzinę, ale z perspektywy jej młodego umysłu wszystko wydawało się tak... żałosne."




Dziękuję pięknie za te wszystkie komentarze ;)

Do zobaczenia niedługo!









niedziela, 25 września 2016

Rozdział 10


Kiedy bohaterami targają skrajne emocje, pojawiają się niecenzuralne słowa. Rozdział czytany na własną odpowiedzialność czytelnika.


  Nie wiadomo czyje palce zacisnęły spust broni, lecz po wystrzale obaj panowie puścili niebezpieczną zabawkę, a ta głucho opadła na drewniane panele. Zaległa cisza. Kontrastująca z hałasem, jakiego zdążyli narobić. Obezwładniająca.
Profesor nie wiedział w pierwszej chwili kto został ranny i czy w ogóle ktokolwiek ucierpiał. Obaj mężczyźni nie spodziewali się takiego obrotu spraw, obaj szukali teraz gorączkowo śladów krwi na sobie. A ta ciekła już po podłodze, brocząc coraz bardziej i barwic wściekłym kolorem starą podłogę.
Spodnie profesora także miały na sobie ciemne plamy, te zlokalizował w jednej chwili, lecz ani śladu po źródle krwawienia. Stało się jasnym, że to Janek został ranny. Chłopak próbował uciskać dziurę w udzie, lecz jego dłonie funkcjonowały wcale nie skuteczniej niż sito. Palce przemokły, a jeansy ujawniały plamiącą ranę.
- Pomóż mi. - wyszeptał chłopak, patrząc na zszokowanego Andrzeja. - Błagam... - dłonie miał umoczone w czerwonej mazi, która szybko zastygała na jego palcach i pokrywała się świeżą życiodajną cieczą.
Lecz profesor, który widywał nie jedne krwawiące rany postrzałowe, a nawet rozkawałkowane, czy zmiażdżone części ciała stał osłupiały. I gapił się.
Cofnął się o krok i spojrzał w oczy zdesperowanemu Mojerowi. Nie potrafił mu pomóc. Po tych wszystkich latach, kiedy ratował ludzi leżących na jego stole operacyjnym, czy też takich, którzy mieli poważne predyspozycje żeby na niego trafić, nie potrafił. Zdał sobie sprawę, że nie wszyscy są warci jego pomocy. Nie może uzdrawiać ludzi, którzy są oprawcami dla innych. Przestępcy, bandyci, mordercy, porywacze... oni wszyscy nie zasługiwali na życie. Nie mogli dalej chodzić po tym świecie i stwarzać zagrożenia dla całej reszty dobrych ludzi.
I dla jego Matyldzi.
Nagle w jego umyśle zabrzmiały słowa przysięgi Hipokratesa, jakie składał. Wydała mu się niesprawiedliwa. Dlaczego miał leczyć tych, którzy krzywdzą?
- Jesteś lekarzem do kurwy! Weź coś zrób człowieku! - usłyszał przeszywający wrzask chłopaka. Janek zaciskał zęby z bólu i pocił się strasznie. Stracił tak wiele krwi, że pojedyncze jej strużki docierały do czubków butów Falkowicza.
Cierpiał.
Andrzej ruszył się w końcu o krok do przodu, wdeptując w klejącą się maź. Jakiś instynkt nim kierował, bo racjonalnie nie byłby w stanie wytłumaczyć jakie miał zamiary. Lecz gdzieś w głębi ducha sądził, że postępuje zgodnie z własnym sumieniem.
W milczeniu zdjął krawat z szyi, czerwony. Odplątał węzeł, który tego ranka wywiązała jego Kasia. Niespiesznie, jakby poza własną świadomością przeciągnął materiał pod nogą siedzącego na podłodze młodzieńca. Skrzyżował oba końce i zawinął jeden pod drugim, powoli. Zacisnął pewnym ruchem nad raną postrzałową, by spowolnić wykrwawianie się.
Janek oparł głowę o książki za nim, zdyszany i wyczerpany. Już bał się, że ten profesorek go zostawi, ale został. Nie zmiękł na widok krwi, a wydawało mu się, że ten zaraz zemdleje. Nie możliwe, przecież był chirurgiem. Westchnął słabo.
Falkowicz natomiast stanął na równe nogi. Przyjrzał się chłopakowi, który jeszcze przed chwilą celował do niego z broni i ruszył w głąb mieszkania. Jego buty lepiły się do podłogi, znacząc brunatnie jego powolne kroki. Wrócił do miejsca, w którym jeszcze niedawno stał. Sięgnął po coś i zawrócił.
- Co tam masz? - wydyszał Mojer, obserwując go spod opadających powiek. Coś zabłyszczało w dłoni profesora, a moment później mężczyzna począł podwijać rękawy bawełnianej koszulki chłopaka. Falkowiczowi nie zależało nawet na odnalezieniu żyły. Wbił igłę w zagięcie ręki i wtłoczył całą zawartość ampułki w ciało chłopaka.
- Co to jest? Co mi dałeś? - majaczył Janek.
- Leki. Za chwilę przestanie cię boleć. - rzucił gdzieś niedaleko pustą strzykawkę po morfinie. I przyglądał się swemu rywalowi w skupieniu. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Bo był spokojniejszy. Musiał tak postąpić. Nie mógł inaczej.
A tracący świadomość Jan uwierzył. Przecież lekarz musiał udzielić mu pomocy. Nie wiedział, że z nikim takim nie miał już do czynienia.
Nie śpieszył się z zadzwonieniem po pogotowie. Nie wiadomo, czy w ogóle coś takiego planował. Obserwując skupionego nad czymś profesora, jego poważny wyraz twarzy, można by odnieść niepokojące wrażenie, że czeka.
Krwi było coraz więcej, czas Janka powoli się kończył, a Falkowicz zdążył pozbyć się czerwonych śladów, jakie znaczyły jego drogę do stołu. Tym samym ręcznikiem uciskał później ranę postrzałową, prawdopodobnie po to, by wyjaśnić skąd na owym materiale wzięła się czerwona plama. Nikt, kto potem znajdzie się w tym mieszkaniu nie mógł skojarzyć, że to profesor podał Mojerowi morfinę. Wszystko powinno wyglądać tak, jakby chłopak sam wstrzyknął sobie narkotyk, a cała zaistniała sytuacja była obroną konieczną. Trudno stwierdzić, czy taki zabieg w ogóle był potrzebny. Przecież Falkowicz już zeznając samą prawdę mógł dowieść, że wystrzał był z winy rehabilitanta. Lecz profesor, jak na inteligentnego człowieka przystało myślał w szerszej perspektywie. Skoro w mieszkaniu znajdywały się podejrzane ilości leków przeciwbólowych, to takie powinny także znaleźć się w organizmie Jana. W końcu to on miał zostać wrobiony w narkomanie. W efekcie zostałby skazany prawomocnym wyrokiem i odizolowany od jego rodziny. Sytuacja jednak nieco bardziej się skomplikowała. Profesor musiał zagrać w niebezpieczną grę. Nie znalazł lepszego rozwiązania niż rzucić gośćmi, zaryzykować o lepsze jutro.
 A gdy stanął w starych drzwiach wejściowych nie było już wątpliwości, że nie zamierzał być kojarzony z tym, co zaszło w mieszaniu Mojera. Chłopak okazał się kimś znacznie bardziej niebezpiecznym niż sądził, a Andrzej musiał chronić rodzinę.
Tylko czy ktokolwiek uwierzyłby, że profesor jest aż tak nieczuły? Że lata medycznej praktyki nie wyrobiły w nim choć krzty współczucia? Czy zatem tak wielkim aktem zaskoczenia byłby fakt, że Falkiwicz mimo wszystko zawahał się? Stojąc na klatce schodowej sięgnął po telefon schowany w kieszeni spodni i wybrał numer pogotowia.
- ...narkoman postrzelony w udo. - dokończył i wzdrygnął się na dźwięk upadającej komórki. Poziom adrenaliny spadał, więc wszystkie dokuczające dolegliwości wróciły. Ledwo trzymając się na drżących nogach powoli usiadł na jednym ze stopni, wspomagając się przy tym lichą poręczą. To nie tak miało wyglądać. Nikt nie mógł zorientować się, że tutaj był. Lecz zmęczenie robiło swoje. Powieki stały się ciężkie, jakby były dociążane ołowiem. Nie sposób było z nim walczyć. W końcu opadły, a profesor stracił przytomność.

Kasia nie potrafiłaby usiedzieć w domu. Nie mogłaby czekać na wiadomość od Andrzeja, w której zapewne uspokoiłby ją, ukrył istotne fakty... Jej temperament nie pozwalał na bezczynność. Co więc innego mogła zrobić jeśli nie postąpić zgodnie ze swoją porywczą naturą?
Zostawiła Matyldę w domu, wcześniej instruując ją jak ma postępować, gdyby ktoś obcy chciał dostać się na teren ich posesji. Z duszą na ramieniu wsiadła do swojego fiata i ruszyła w jedynym możliwym kierunku. Ze strachu o ukochanego zapomniała o traumie, jaką miała do prowadzenia aut od czasu wypadku. Do tej pory starała się unikać samodzielnej jazdy. Z reguły towarzyszyła Andrzejowi, kiedy ten jeździł do szpitala. Oczywiście nadrabiał spory kawałek drogi, lecz nigdy jej tego nie wypomniał. Chyba nawet cieszył się z tych wspólnych chwil spędzonych tylko we dwoje, w ciszy, na rozmowie. Uwielbiała, kiedy sięgał po jej dłoń ukradkiem. Często tak robił podczas postojów na światłach. Ujmował jej palce, nie szarpał, nie unosił, nie ciągnął... był dżentelmenem.
Nie poczuła łzy, która spływała po jej twarzy niosąc ze sobą ledwie dostrzegalny ślad tuszu do rzęs. Jakieś tanie ustroństwo...
Im bliżej znajdowała się celu, tym bardziej się denerwowała, że jest już za późno.
- A niech cie... - rozdrażniona powolną jadą pojazdu przed nią, wyprzedziła go wykonując niedozwolony na skrzyżowaniu manewr. Była przekonana, że światło żółte, na jakim ruszyła wcześniej szybko zmieniło się na czerwone i właśnie na takim szarżowała na ulicach Leśnej Góry. Dziękowała w duchu, że nie natrafiła na patrol policji, bo z takich zachowań musiałaby się gęsto tłumaczyć. I nawet urok osobisty, podkreślony rozpływającym się tuszem do rzęs i pomadką z wyprzedaży, nie pomógłby w zmanipulowaniu władz. - Szlag! - krzyknęła, uderzając w klakson, kiedy zgasła jej strzałka warunkowa, a jej samochód przekroczył już linię bezwarunkową. Stała teraz niebezpiecznie blisko skrzyżowania, nie widząc dokładnie świateł dla jej kierunku jazdy. Aż w końcu zaryzykowała i z piskiem opon wymusiła pierwszeństwo, wywołując małe zamieszanie wśród zdenerwowanych kierowców.
Kończąc tę mało znaczącą dla dalszych wydarzeń dygresję przejdę w końcu do sedna. Jednak mając nadzieję, że mimo wszystko powyższe wtrącenie wyrobiło w czytelnikach nieco niecierpliwości. Wszak należy odwzorować upływający czas w sposób wiarygodny.
Nie przeciągając... Kasia znalazła się pod blokiem, w którym miała okazje gościć tylko raz. Od razu rozpoznała tę zapuszczoną okolicę miasta. Jednak nie spodziewała się tam takiego zamieszania. Pod budynkiem stały dwie karetki oraz policja. Przerażona wypadła z czerwonego fiata, zapominając choćby o zamknięciu auta, czy torebce. W jednej chwili znalazła się przed taśmą, która miała odgradzać gapiów (dokładnie trzy osoby) od niecodziennego zdarzenia. Już miała przekraczać strzeżoną granicę, kiedy zatrzymał ją jeden z funkcjonariuszy.
- A pani dokąd? - burknął wyraźnie niezadowolony z powierzonego mu zadania. To co ciekawsze, na pewno działo się w środku.
- Tam jest mój... mój mąż! - policjant nie wyczuł tonu fałszu, jednak pozostał nieugięty. - Andrzej! - krzyknęła, gdy tylko go zobaczyła. Wychodził z budynku, był jakiś słaby. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że ten ma plamy krwi na koszuli i spodniach. Mężczyzna jednak nie zdawał sobie sprawy z obecności kobiety. Niewiele swoją drogą go obchodziło, nawet ratownik medyczny, który uparcie dotrzymywał mu kroku.
- Poradzę sobie. - warknął, kiedy ten starał się usłużyć choćby ramieniem, gdy Falkowicz pokonywał schody. Profesor posłusznie skierował się w stronę karetki, gdzie miał usiąść i pooddychać stuprocentowym tlenem.
Smuda, jednak nie dawała za wygraną i wdarła się na strzeżony teren. W płaskich butach była zdecydowanie szybsza, to oczywiste, ale także znacznie zwinniejsza, by móc niepostrzeżenie dotrzeć do partnera.
- Andrzej... - do tej pory utkwiony gdzieś między nogami, teraz tak zaskoczony wzrok spoczywał na twarzy jego kobiety. - Tak się o ciebie bałam. - szepnęła łamiącym się głosem. Przytuliła go do siebie, a on nieśmiało przywarł do jej brzucha. Niepewnie otoczył ją wolną dłonią, tą którą nie trzymał maski tlenowej. Zacisnął wargi, tak jakby na nią nie zasługiwał. Bo jeśli rzeczywiście nie zasługiwał? Dzisiejszy dzień uświadomił mu, że należy mieć co do tego wątpliwości.
- Kaśka - szepnął, skrobiąc palcami jej letnią kurtkę. Zacisnęła swój uścisk na jego ciele. Niczego więcej nie potrzebowała niż jego bezpieczeństwa.

Sprawa wydawała się być jasna. Mężczyzna pod wpływem narkotyków nachodził rodzinę Falkowicza, groził im, bo tak nazwano jego ostrzeżenia. Do tego pojawił się pod szkołą małej dziewczynki, którą najprawdopodobniej zamierzał uprowadzić. Ponadto posiadał nielegalną broń, z której celował do Andrzeja. To wszystko składało się na bardzo poważny wyrok, bynajmniej nie w zawieszeniu. Chłopak kierowany ślepą miłością okazał się szalenie niebezpieczny, może nawet nie kontrolował swoich czynów. Dlatego sąd postanowił skierować go w pierwszej kolejności na badania psychiatryczne. Jednak to miało nastąpić dopiero, gdy Jan zakończy swój pobyt w szpitalu, gdzie przeszedł operację postrzelonego uda.
Przeżył. Miał szczęście, tak można by rzec, gdyby nie szara przyszłość, którą pomógł mu zbudować (no nie ukrywajmy) Falkowicz.
Profesor za to musiał odbyć przymusowy urlop, lecz do niego nie został zmuszony przez wyrok sądu. Jego prywatna instytucja miała o wiele większy oręż w ręku. Kasia przerażona nie na żarty ostatnimi wydarzeniami zadbała, aby jej ukochany bardziej docenił swoje zdrowie. A to powoli wracało do normy. Wprawdzie Andrzej był na najlepszej drodze do anemii, częstej u ludzi po chemioterapii, jednak problem dało się w porę zauważyć. Ale mimo to jego powrót do operacji był najpewniej jedynie ulotnym marzeniem.

I tak można by zakończyć historię Falkowicza, który starał się odzyskać córeczkę, a po drodze uświadomił sobie, że wszystko co robił miało swą ukrytą motywację - miłość do matki tej małej nastolatki, Kasi.
Mówią, że bywają dobre zakończenia. Bo czy nie takie tutaj znaleźliśmy? Jednak to nie do końca prawda. Gdyż życie to ciągła walka, a walkę zawsze kończy śmierć. Wszystko inne tę walkę jedynie przerywa.
Tak więc zatrzymaliśmy się jedynie w dobrym momencie całej przygody. Wszystko co miało nadejść później... a może po prostu cieszmy się chwilą. Załóżmy, że żyli długo i szczęśliwie. Choć ani jedno ani drugie nie jest do końca prawdą.






Nie zrażajcie się końcówką ;) Nie opuszcze Was bez epilogu ;)  W końcu trzeba wspomnieć o tych chwilach z ich przyszłości... bo wiele miało być przed nimi.















sobota, 24 września 2016

Fragment rozdziału 10, serii II


"(...) zapomniała o traumie, jaką miała do prowadzenia aut od czasu wypadku. Do tej pory starała się unikać samodzielnej jazdy. Z reguły towarzyszyła Andrzejowi, kiedy ten jeździł do szpitala. Oczywiście nadrabiał spory kawałek drogi, lecz nigdy jej tego nie wypomniał. Chyba nawet cieszył się z tych wspólnych chwil spędzonych tylko we dwoje, w ciszy, na rozmowie. Uwielbiała, kiedy sięgał po jej dłoń ukradkiem. Często tak robił podczas postojów na światłach. Ujmował jej palce, nie szarpał, nie unosił, nie ciągnął... był dżentelmenem.
Nie poczuła łzy, która spływała po jej twarzy niosąc ze sobą ledwie dostrzegalny ślad tuszu do rzęs. Jakieś tanie ustroństwo..."



Aż dziw że potrafiłam wybrać jakikolwiek fragment. ;) Kiedy całość? Nie chce nic obiecywać, ale oczekujcie jej w ciągu dwóch dni ;)


Niespodzianka - Wiktoria M Opowiadania strona fb, jeszcze w fazie prób... ale znajdziecie tam fragmenty jakich tutaj nie zobaczycie.







wtorek, 20 września 2016

Rozdział 9



   Zegar wybijał sekundy, tłucząc wskazówkami nieznośny rytm, który roznosił się echem po wnętrzu auta. Czas mijał, sekundy znikały, pojawiały się minuty i zebrała się godzina. Kolejna. Ale on był cierpliwy.
Pragnął dać nauczkę temu chłopcu, który wszedł z buciorami w jego życie, siejąc niepotrzebny zamęt. Zburzył spokój, na który profesor musiał tak długo czekać, który zbudował za cenę swojej krwawicy. Nie, czegoś takiego nie mógł podarować. Zbyt cenna była jego rodzina, by zapomnieć, wybaczyć swoje znieważenie. Choć może nie o zniewagę bardziej tu chodziło. Niepokojące były domysły, jakie nasuwała wybujała wyobraźnia mężczyzny. Co mogło się stać, gdyby Matylda jednak nie postawiła się temu Jankowi? Co w takim razie stałoby się z jego dziewczynką?
Aż strach pomyśleć, ale jeśli już... jak ćma ognia, tak bardzo chciał uniknąć pesymistycznych myśli, które mimo wszystko pojawiały się w jego skołowanym umyśle.
Pamiętał przypadek dziewczynki, która trafiła na oddział intensywnej terapii, a która została bestialsko potraktowana przez swojego ojczyma, choć oprawca dopiero po pewnym czasie wyszedł na jaw. On jako dyrektor musiał zająć się tą sprawą; wezwać policję, rozmawiać z prokuraturą... i jej matką. To ostatnie wywarło na nim tak silne wrażenie, że zaczął się zastanawiać, co on by zrobił, gdyby ktoś skrzywdził jego Matyldzię. I szybko odpowiedział sobie na to pytanie. Zabiłby.
Zacisnął knykcie na materiale kierownicy, a powieki przymknął. Na jego skroni wyłoniła się pojedyncza kropla potu.
Słabnie. Przez stres, jego siły były na wyczerpaniu. Za bardzo się denerwował, nakręcał, lecz nie potrafił tego powstrzymać.
I wtedy ujrzał Jana wychodzącego z ośrodka rehabilitacji, w którym jak udało mu się ustalić pracował chłopak. Andrzej chwycił za klamkę, lecz zauważył że za Mojerem wybiegła jakaś młoda dziewczyna. Przymknął więc drzwi, bo nie miał zamiaru załatwiać takich spraw przy świadkach, a już tym bardziej przy kobietach.
Lecz ten widok zaintrygował go. W taki razie po co temu podrostkowi Kasia, jeśli sam ma kobietę? Po co deklarował jej te swoje niedorzeczne uczucia, skoro darzy nimi już kogoś innego? To tylko pogłębiało niechęć Falkowicza do niego.
- Sukińsyńskie nasienie. - zagotował się z odrazy do uśmiechającego się beztrosko Jana.
Gdy auto tego mojerskiego pomiotu odjechało, a minęło od tego czasu dobre kilkanaście minut, Andrzej zastanawiał się w ciszy nad swymi dalszymi krokami. Gdzieś w tyle głowy ciche głosy podpowiadały mu, żeby odpłacił pięknym za nadobne, lecz po stokroć. Dał nauczkę, ale taką jakiej jeszcze nigdy chłopak nie dostał. I miał parę pomysłów, które idealnie pasowałyby do tego. Ale...
No właśnie. Było pewne "ale". Czy mimo wszystko jest zdolny do tak radykalnych posunięć? Kiedyś nawet pomyślał, że jest dobrym człowiekiem. To zabawne, ale nie mógł sobie przypomnieć dlaczego.

Może to mało logiczne, lecz nie pojechał za nim. Już na pierwszym skrzyżowaniu zgubił Jana, celowo rzecz jasna. Zemsta będzie słodsza, jeśli zostanie dokonana ze smakiem. Należało mieć zimną głowę, aby nie popełnić przypadkiem błędu. Może Andrzej był pod wpływem silnych emocji, ale nie był też głupcem. Nie mógł tak po prostu obić mu mordy i wrócić do córeczki. Po pierwsze kłóciło się to z jego poziomem klasy i wychowania (o ironio!), a po drugie, jak spojrzałby w oczy swoim kobietom, gdyby nie załatwił sprawy tak jak się należy?
Gwałtownym ruchem zakręcił kierownicą pod leśnogórskim szpitalem i zajął swoje stałe miejsce. Nie pamiętał kiedy wysiadł, ani ile osób próbowało go zatrzymać na korytarzu. Coś podpisał, lecz adrenalina w jego żyłach wymazała tę niepotrzebną informację z pamięci. Mając konkretny cel, zapomniał o trawiącym go zmęczeniu, destrukcji która miała potem dać jeszcze o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie.
- Panie dyrektorze, ten remont długo jeszcze potrwa? - zatrzymał go jeden z nowych chirurgów. Młody chłopak spojrzał podejrzliwie na Falkowicza i już miał o coś zapytać, lecz profesor machnął w powietrzu ręką, skutecznie skupiając na sobie całą atencję pracownika. Powaga przełożonego wyjątkowo kontrastowała z jego bladą twarzą.
- Jaki remont? - odszukał w pamięci plany najbliższych inwestycji i dopiero przypomniał sobie, że oddział intensywnej terapii miał być powiększony, jak na szanującą się placówkę przystało. - Ach tak, OIOM. Proszę się nie głowić i odsyłaś pacjentów na Banacha.
- Ale... - chirurg uporczywie szedł za dyrektorem. - Nie możemy wysyłać tych najcięższych. Nie przeżyją transportu. - Andrzej zatrzymał się. Odwrócił swój wzrok na chłopaka, który lekko cofnął się, choć ledwie dostrzegalnie. Nie sądził, że jednym pytaniem zdoła zdenerwować przełożonego, ale przecież jego wyraz twarzy mówił sam za siebie.
- Coś kosztem wyższego dobra chłopcze. - odrzekł dziwnie spokojnie i odszedł w głąb korytarza, pozostawiając zaskoczonego pracownika w tyle.

Matylda wychyliła się zza drzwi swojego pokoju. W salonie dostrzegła swoją mamę, która nerwowo kluczyła po pomieszczeniu. Zauważyła też, że w dłoni trzyma telefon. Obracała nim nerwowo i co rusz to zaglądała przez okno w stronę podjazdu.
Dziewczynka nie wiedziała, czy może podejść. Zaryzykowała w końcu i po cichu podeszła do kobiety. Jakby niczego nie zauważyła oparła się nogami o tył kanapy i bawiła poduszkami. Jedna cecha łączyła obie kobiety - nie potrafiły ukryć zdenerwowania kryjącego się w ich oczach. Obie miały ten sam przestraszony wyraz twarzy, obie obawiały się najgorszego. Może miały rację? Może to co miało się zdarzyć będzie miało swoje konsekwencje, lecz... to od nich zależy, czy je przeskoczą. Zaakceptują zastany stan rzeczy i nauczą się żyć z tym, co od dawna takie było. Z człowiekiem, który... no właśnie, czy był zły?
- Mamo? - przełamała się Matylda. - Czy tata pojechał do Jana? - rzekła, jakby mała dziewczynka pytała o zupełnie naturalną rzecz.
- Kochanie... - Kasia jakby dopiero teraz ją zauważyła. - Na pewno zaraz wróci. - uśmiechnęła się słabo, bo sama w to nie wierzyła. Tak bardzo się bała.
- Gdybym mu nie powiedziała... - w oczach Matyldy zalśniły łzy. Obwiniała się za całą tą sytuację. Co też jej przyszło do głowy, żeby żalić się tacie, przecież doskonale wiedziała jak zareaguje. Była naiwna, bo uwierzyła temu Mojerowi w bajkę, o wyświadczanej jej Andrzejowi przysłudze. Jak można było uwierzyć w taką bzdurę? Więc jeśli teraz coś mu się stanie... wszystko od niej się zaczęło, więc to będzie tylko i wyłącznie jej wina.
Wzdrygnęła się, kiedy poczuła czyjś dotyk na swoich ramionach, lecz szybko się rozluźniła, a ciepło otulało ją coraz mocniej. Rozpłakała się, choć zupełnie niepotrzebnie. Bo przecież w niczym nie zawiniła.

Zapukał pewnie w obdarte drzwi. Przez tę chwilę czekając pod mieszkaniem zdążył się im przyjrzeć. A jeśli wnętrze wyglądało tak jak te wrota, to zapowiadała się wyjątkowo obskurna gościna.
Już zwątpił, czy w ogóle ktokolwiek mu otworzy, gdy w progu pojawił się on. Chłopiec o błędnym spojrzeniu, wysoki, szczupły, ale jeszcze taki głupi. Profesor ujrzał zaskoczenie w jego spojrzeniu, lecz ono szybko minęło. Janek spodziewał się mimo wszystko, że Falkowicz będzie chciał złożyć mu wizytę. Nie sądził tylko, że smarkula poskarży się tak szybko.
Z tego spotkania nie mogło wyniknąć nic dobrego, więc Mojer spróbował jeszcze szybkim ruchem zamknąć mieszkanie. Nieudolnie. Nie wiedział jak adrenalina krążąca w krwiobiegu profesora wpływa na jego refleks.
Na twarzy Andrzeja ujrzał kpiący uśmiech, taki który już dawno u niego nie gościł. I to był zły znak.
- Nie zaprosisz mnie na kawę? - odrzekł przeciągle, gdy jego żylasta dłoń spoczywała na podrapanym drewnie. Bez trudu pchnął lichą strukturę drzwi i wszedł do środka. Tak jak przypuszczał wnętrze nie należało do zadbanych. Bałagan - jedno słowo, którym można było opisać wszystkie pomieszczenia, a było ich zaledwie trzy. Z progu mógł ogarnąć wzrokiem je wszystkie, a to za sprawą braku drzwi w jakichkolwiek futrynach. Zaskakujący był za to widok regałów zapełnionych po brzegi w książkach, które to w większości miały medyczne tytuły. I to nie byle jakie. W końcu odnalazł tam także swoje nazwisko.
- Pomyślałem, że wpadnę... - rzucił od niechcenia, przechadzając się po małej kawalerce. - z rewizytą. - dodał z kpiną. Jan stał tuż przy wejściu i obserwował w napięciu gościa. Gorączkowo myślał nad wybrnięciem z tej patowej sytuacji, lecz z przerażeniem uświadomił sobie, że zapewne zakończy się ona podbitym okiem. No trudno, niech to się już stanie.
Naiwny był.
- No, chłopcze. - Zganił go wzrokiem profesor. - Gdzie ta kawa? - Jan spróbował więc chociaż udawać, że nie wie o co chodzi. A wiedział doskonale.
- Niech pan sobie daruje. - rzucił z zaskakującą pewnością siebie. Przypomniał sobie, że to on jest przecież u siebie. - Nie mam pojęcia po co przyszedłeś profesorku i z resztą mało mnie to obchodzi, więc wyjazd z mojego domu. - wskazał na drzwi, jedyne w zasięgu wzroku.
- Szkoda... - westchnął - Wielka szkoda. - jego wyraz twarzy zmienił się. Rysy wyostrzały, spojrzenie nabrało gniewnych ogników. Choć chłopak nie mógł dostrzec tej zmiany, profesor stał do niego plecami, to z pewnością wyczuł jakieś napięcie z zaległej ciszy. - Przy kawie lepiej by nam się rozmawiało. - odwrócił się. - Przecież mamy o czym. - dodał. - O Kasi... O Matyldzie... - wyliczał, zbliżając się o dwa kroki do gospodarza. - Nie sądzisz młodzieńcze, że powinniśmy pewne rzeczy od razu ustalić?
- Na przykład nie włażenie do cudzych mieszkań bez pozwolenia? - Jan uniósł na chwilę swe brwi.
- Ach racja, szczerze przepraszam. - Andrzej ułożył swą dłoń na piersi w geście żalu. - Ale teraz zdaje się moja kolej. - udawana skrucha natychmiast zniknęła z jego oblicza. - Nie zbliżanie się do cudzej rodziny. - warknął, nie był w stanie utrzymać nerwów na wodzy. - Słyszysz Mojer? Jeszcze raz usłyszę od Matyldy, że kręciłeś się wokół niej, to jak Bóg mi świadkiem pożałujesz.
- I mam uwierzyć, że to wszystko? Przyszedłeś tutaj tylko po to, żeby mnie ostrzec? - prychnął śmiechem. - Nie masz klasy facet.
- Odkryłeś moją tajemnicę. - wrócił do roli. - Potwornie się wstydzę zemsty. - nie można było nie odnieść wrażenia, że już czegoś dokonał, wykorzystał chwilę nieuwagi Jana i zrobił coś, co już wcześniej zaplanował. Niechcący coś zostawił, by potem odpowiednia osoba mogła to odnaleźć.
Ruszył w stronę wyjścia, lecz jakoś z wahaniem. Zatrzymał się tuż obok Jana i zrobił to, czego każdy się spodziewał. Uderzył chłopaka z całej siły w twarz, a jego zaciśnięta pięść rozłupała kość nosową. Rehabilitant wpadł na regał z cennymi publikacjami, trzymając się za krwawiący nos. Jednak jak się szybko okazało, złamany nos to nie jedyny skutek uderzenia. Młodzieniec wypluł także dwa zęby, zapewne jedynkę i dwójkę.
- Jednak mam w sobie odrobinę odwagi. - pochylił się nad Mojerem. - Ale nie zdradzisz nikomu?
Janek zaśmiał się żałośnie, wycierając usta, z których spływała zmieszana z krwią ślina. Nie dało to porządnego efektu. Falkowicz wyprostował się z mieszanką odrazy i zadowolenia na twarzy.
- To teraz jesteśmy kwita. - rzucił, lecz dostrzegł, że profesor zauważył coś ciekawego. Nie musiał się wysilać, by przypomnieć sobie co tam skrywał.
- Chryste... - szepnął szczerze zaskoczony. Od razu pojął kto zbliżał się do jego dziecka. Wyjaśniło się dlaczego od samego początku miał złe przeczucia co do tego chłopaka. W końcu nikt zdrowy na umyśle nie trzyma wciśniętej za książkami...
Poczuł silne uderzenie w plecy, przez które wylądował na drzwiach. Nie upadł, lecz zamroczyło go dość silnie. Znowu poczuł swą słabość. Na nowo dała o sobie znać. Odwrócił się i tak jak sądził, zobaczył Jana z bronią w ręku. Błyszcząca rękojeść, którą dostrzegł jako pierwszą, gdy jeszcze leżała na regale, teraz ubrudzona była krwią, z dłoni Mojera.
- A mogłeś po prostu wyjść. - jęknął zdesperowany chłopak, trzymając drżącymi rękoma broń. - Albo nie przychodzić. Po jaką cholerę wpieprzasz się pomiędzy mnie, a Kaśkę!? Bierz tą małą, ale mi zostaw Kasie. - ten błysk szaleństwa w oczach Jana nie świadczył o niczym dobrym.
- Nie jesteś w stanie pociągnąć za spust. - odrzekł profesor po chwili analizy sytuacji. Skąd ta jego pewność siebie w obliczu realnego zagrożenia ze strony szaleńca? Może stwierdził, że zdoła wywrzeć wpływ na młodzieńca? A może zauważył dla siebie jakąś szansę? Lecz idźmy dalej.
- Ręce ci drżą. - skinął głową na broń.
- Nie denerwuj mnie nawet profesorku. - syknął. Falkowicz nadal spoglądał to na broń, to na jej właściciela.
- Nikt nie uwierzy narkomanowi w obronę konieczną. - kontynuował.
- Nie jestem żadnym narkomanem! - w zagraconym mieszkaniu nie poniosło się echo. Ale w tak małym metrażu wzmocnił się hałas, drażniąc wrażliwe receptory słuchu Andrzeja. Gdy już zneutralizowały się przyprawiające o zawroty głowy decybele, Falkowicz zreflektował się spokojnym wyjaśnieniem.
- A jak nazwiesz kogoś, kto ma w swoim mieszkaniu mnóstwo leków przeciwbólowych? Zdaje się, że widziałem tam nawet morfinę... - wskazał palcem na stół stojący w oddali za nimi, gestem jak gdyby sam niedowierzał swojemu odkryciu.
Nie mógł nie wykorzystać takiej szansy na obezwładnienie Mojera. Rzucił się na odwróconego chłopaka i starał się odebrać mu broń.
Wtedy właśnie padł strzał.







No dobrze. Licze na odzew w komentarzach ;)






niedziela, 18 września 2016

Fragment 9 rozdziału, serii II



"(...) Niepokojące były domysły, jakie nasuwała wybujała wyobraźnia mężczyzny. Co mogło się stać, gdyby Matylda jednak nie postawiła się temu Jankowi? Co w takim razie stałoby się z jego dziewczynką?
Aż strach pomyśleć, ale jeśli już... jak ćma ognia, tak bardzo chciał uniknąć pesymistycznych myśli, które mimo wszystko pojawiały się w jego skołowanym umyśle.
Pamiętał przypadek dziewczynki, która trafiła na oddział intensywnej terapii, a która została bestialsko "potraktowana" przez swojego ojczyma, choć oprawca dopiero po pewnym czasie wyszedł na jaw. On jako dyrektor musiał zająć się tą sprawą; wezwać policję, rozmawiać z prokuraturą... i jej matką. To ostatnie wywarło na nim tak silne wrażenie, że zaczął się zastanawiać, co on by zrobił, gdyby ktoś skrzywdził jego Matyldzię. I szybko odpowiedział sobie na to pytanie. Zabiłby."


Zbliżamy się do końca ;)



środa, 14 września 2016

Rozdział 8


Bywały takie dni, kiedy Kasia nie chciała być już zadbaną kobietą, taką w pełnym makijażu, chyboczących się szpilkach i sukience, w której musiała wciągać brzuch. Czasem potrzebowała po prostu być sobą. Nieuczesaną, z cieniami pod oczami i wełnianymi skarpetami, które wystawały spod męskiego dresu. I co z tego, że nie wypada. Kochała ten jednoczęściowy dres Andrzeja, w którym czuła się niesamowicie swobodnie. Jedyne co jej zostawało wtedy z damskich zwyczajów, to kieliszek wina w dłoni. Tej części kobiecego życia nie mogła sobie odmówić.
Tej jesieni wieczory stawały się chłodniejsze, dlatego wychodząc na tarasowe krzesła nie zapomniała o kocu, który póki co leżał obok niej. Chłodniejsze powietrze wydawało się znacznie bardziej rześkie, niż te w ciągu dnia. Upajała się nim w spokoju, oddychając powoli, obserwując prawie bezchmurne niebo. Z radością odnalazła konstelację gwiazd, jedyną którą potrafiła sprecyzować. Mały wóz, pomyślała dumnie. Jako matka Matyldy raczej nie miała się czym hełpić, bo dziewczynka posiadała znacznie większą wiedzę na temat sfer pozaziemskich, lecz zdążyła się już pogodzić ze swą ułomnością. Lata macierzyństwa nauczyły ją pokory.
Popijała kolejny kieliszek czerwonego wina, z kolekcji swego partnera, gdy ten właśnie pojawił się w drzwiach tarasowych. Przystanął na moment, by spojrzeć na relaksującą się Kasię. Andrzej dla odmiany miał na sobie pełen garnitur. Granatowy z czerwoną poszetką, krawatem z tego samego materiału, a włosy jak zwykle perfekcyjnie ułożone. Zabawne jak w niczym do siebie akurat nie pasowali.
Mimo wszystko uśmiechnął się na jej widok, choć blado. Podszedł do niej od tyłu i ucałował gdzieś w okolicach żuchwy, muskając swym delikatnym zarostem o jej gładką skórę.
- Śpi. - rzekła, kiedy usiadł na krześle obok. Jakby chciała się usprawiedliwiać.
- Wiem. Zajrzałem do niej. - zmęczony rozluźnił krawat pod szyją, by po chwili pozbyć się go zupełnie. - Musiała być naprawdę padnięta. - dodał swobodnie, przyglądając się etykiecie na odkorkowanej butelce.
- Już zapowiedziała, że musimy jej wykupić dodatkowe lekcje pływania. - zarzuciła swymi bawełnianymi skarpetkami i ułożyła nogę na nogę, by mimo wszystko choć trochę gracji zachować. - I nie zgadniesz czego się dowiedziałam. - spojrzała na niego na chwilę spod uniesionych brwi, które nota bene także wymagały interwencji kosmetyczki. - Twój braciszek zostanie ojcem. - rzuciła informacją dnia, która wymsknęła się niechcący jej córce.
Andrzej głęboko zaszokowany uniósł swe idealnie dla odmiany wyprofilowane brwi, po czym zaśmiał się szczerze w głos.
- Adama ojcem? - powtórzył. Tak, to zdecydowanie się ze sobą gryzło, nawet w nazwie. Nie wyobrażał sobie tego młodego chłopaka w roli odpowiedzialnego tatusia. Krajewski jak nikt inny nie pasował do wizji troskliwego, czułego, zamartwiającego się faceta. Po raz kolejny w wyobraźni Andrzeja ukazał się obraz jego brata, który zmienia pampersy swemu potomkowi. Nie, to nie mogło być prawdą. A jeśli tak...
- Już współczuje temu dziecku. - podsumował, kiedy Kasia kiwnęła twierdząco na jego ostatnie pytanie. Ona także była zaskoczona. Nie miała okazji poznać zbyt dobrze Adama, tym bardziej Wiktorii, ale nigdy nie sądziła, że ci tak szybko zdecydują się na potomka. - Adam to ostatnia osoba, której można by powierzyć pod opiekę niemowlę. Nie licząc tych krótkich chwil, kiedy jest odpowiedzialny, to on jest osobą, która wymaga opieki. - zakpił, mówiąc to z nieschodzącym uśmiechem na twarzy. Choć przez chwilę zapomniał o utrapieniach dnia dzisiejszego. - A Wiktoria... - pokiwał tylko głową. - Sama sobie zrobiła psikusa. - doskonale znał tę wiecznie zapracowaną kobietę, która macierzyństwa bała się jak ognia. Jej priorytetem była kariera i nic poza tym. Aż dziw, że znalazła w życiu chwilę na seks z jej bratem, już nawet nie wspominając o związku.
Po raz kolejny pokiwał głową niedowierzając. To była wpadka, wpadka jak nic, pomyślał.
- Andrzej... - zaczęła niepewnie, lecz gdyby nie te kilka kieliszków wina, zapewne nie zadałaby tego pytania. Może to sama świadomość wypitego alkoholu tak wpłynęła na jej odwagę, bo wino nie miało wszak wielu procent, ale cofnąć się już nie mogła, skoro zaczęła.
Mruknął z westchnieniem, gdy rozbawienie ustąpiło, a jego miejsce na nowo zajęło zmartwienie, teraz tak wyraźnie wypisane na jego twarzy.
- Naprawdę nie chciałbyś mieć ze mną dziecka? - wspomniała w myślach jego ostatnie słowa, kiedy to Matylda domagała się braciszka. Do tej pory nie zastanawiała się nad kolejną ciążą, ale teraz... poczuła, że musi w końcu poruszyć ten problem.
- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - spojrzał. Sama zwątpiła co do swego stanowiska w tej sprawie.
- Nie jestem w ciąży. - zrugała go wzrokiem. - Kochany bądź poważny. - odłożyła pusty kieliszek na stół i obróciła w jego stronę, jakby gotowała się do ataku. Słownego, naturalnie, lecz i taki wymagał oprawy, aby nadać mu nuty powagi. Przecież takie kwestie należy omawiać w związkach. To naturalne. Musiała znać wyobrażenia swojego partnera na ten aspekt ich wspólnego życia.
- Mam już córkę i nie potrzeba mi więcej do szczęścia. - podjął w końcu. - Chyba nie przejęłaś się prośbami Matyldy? - westchnęła tylko. Zacisnęła wargi, nie wiedząc jak ma przez to przebrnąć.
- A gdybym zaszła w ciąże? - drążyła.
- Ale nie zaszłaś. - powoli zaczęło go to denerwować. A miał ku temu powody. Dziecku należało zapewnić godną przyszłość, a przecież on już był coraz starszy. Co więcej jego organizm tyle przeszedł, że następnym razem wyłoży się w walce o życie, łapiąc zwykłe przeziębienie.
Zamyślił się na chwilę.
Może trochę przesadził. Ale to wcale nie oznaczało, że mogli tak ryzykował. Doświadczył utraty rodziców w młodym wieku. Nie chciał by ani Matylda, ani tym bardziej jego przyszłe dziecko wychowywali się bez ojca. Nie zada swym potomkom takiego ciosu, jakiego on sam doświadczył przed laty. Póki co czuł się dobrze, lecz czas bywa zdradliwy.
- Już postanowiłeś? A moje zdanie w tym wszystkim ma jeszcze jakieś znaczenie?
- Kaśka o co ci chodzi? Zazdrościsz Wiki, czy chcesz mnie po prostu zdenerwować?
- Nie liczysz się ze mną. - syknęła. - O to mi chodzi. - zmieniła wyraz twarzy na ten z głębokim wyrzutem. Skupiła na nim te wielkie błędne oczy i wpatrywała się tak milcząc przez chwilę.
Można by rzec, że ją zawiódł. Z pewnością nie takiej reakcji się spodziewała. A jeśli była naiwna? Za daleko zabrnęła? Nagle zamarzyła o kolejnym maluszku, zapominając jednocześnie o swoim kochanku? Znała go przecież, a ludzie rzadko zmieniają podejście do pewnych spraw. Bo czy Falkowicz potrafiłby stać się czuły dla takiego maleństwa? Czy wstawałby do niego po nocach, tulił do snu? Przecież tego wymagałoby ich dziecko. A jeśli to ona jak na kobietę przystało musiałaby zarywać nocki, podczas gdy on pracowałby na utrzymanie swych pociech? A co jeśli jemu odpowiadały takie staromodne podziały?
I przestraszyła się wizji ciąży. W takim razie runęłaby jej cała kariera, którą tak bardzo starała się odbudować od czasu tego nieszczęsnego wypadku. Już na zawsze przywiązana by była do obowiązków domowych. Upadłaby na dno, a jej rola kobiety wróciłaby do stanu sprzed kilku wieków.
- Kaśka... - to zdecydowanie nie był najlepszy dzień na takie rozmowy. Każdego innego zareagowałby spokojniej, ale nie dziś. - Błagam cię, nie zaczynaj. Nie chce kolejnego, skupmy się na tym, które już przyprawia mnie o siwe włosy. - wstał z siedzenia, by obejść je w paru wolnych krokach. Zmarnowany przeszedł kawałek i zatrzymał się na chwilę za plecami swojej ukochanej. - Nie siedź za długo. - dodał po chwili i skłonił się, lecz nie po to, by pocałować ją w policzek, choć rzeczywiście był naprawdę blisko. Sięgnął koc, który został wciśnięty na siedzeniu kobiety pomiędzy jej udami, a podłokietnikiem. Jednym ruchem rozłożył go i bez słowa założył na ramiona zdenerwowanej kobiety.
I odszedł. Nie racząc jej choćby krótkim spojrzeniem.
   Każdego dnia intensywnie myślał o ich przyszłości. Dzisiejszy przygwoździł go brutalnie do rzeczywistości. W końcu zdał sobie sprawę z tego, że nie ma pojęcia jak ma wyglądać ich idealna przyszłość. Chciał być z Kasią, by wszystko nareszcie ułożyło się dobrze. Po prostu dobrze. A teraz okazało się, że "dobrze" to za mało.
Bo musiał być przecież jakiś plan, aby wszystko co przyjemne nie skończyło się jak za pstryknięciem palców. Teraz nadszedł taki dzień, kiedy jego ukochana zapytała o przyszłość. Co więc miał odpowiedzieć? Nie przewidział jej? Porwał się chwili i postanowił wejść w związek, którego przyszłość jest niepewna?
Lecz powróćmy na chwilę do źródeł owego strapienia. Andrzej był mężczyzną honorowym, a taki musiał dbać o godny byt swojej rodziny. Ta z kolei wymagała od niego deklaracji, które mogły być ponad jego siły.
Ona chciała dziecka. A on uważał, że jest na nie za stary. Hmm... inaczej. Andrzej bał się, że odejdzie z tego świata, nim jego potomek dorośnie. W końcu zdrowie już nie to, a dzisiejszego dnia dowiedział się, że najprawdopodobniej nie wróci do stołu operacyjnego. Cios dla chirurga. W sam środek słabego serca.

Lecz któregoś dnia jego lęki zostały poddane próbie. Zwyczajne popołudnie, kiedy dyrektor Leśnogórskiego szpitala klinicznego odbierał po godzinach pracy swoją nastoletnią córkę z gimnazjum. Zjawił się punktualnie, a mimo to Matylda zaskoczyła go swoim naburmuszonym wyrazem twarzy. Podeszła zła do ojca i bez słowa powitania wylała swoje żale.
- Dlaczego kazałeś po mnie przyjechać temu Jankowi? - Falkowicz zaniemówił na moment. Lecz po chwili kipiał już ze złości.
- Ten Mojer po ciebie był? - wrzasnął, tracąc nad sobą kontrolę.
- Po co go tutaj przysłałeś? Dobrze wiesz, że go nie cierpię. - Andrzej konsekwentnie nie odpowiadał na słowa córki. Bo i po co? Faktem było, że ten cały rehabilitant przekroczył wszelkie granice i zbliżył się do jego córki. Może i wcześniej Andrzej miał jakieś skrupuły, obawiał się zniszczyć chłopakowi karierę, bo przecież to nie na miejscu odgrywać się za uprzedzenia... Lecz teraz furia stała się jego jedynym odczuciem.
Ten cały Jan posunął się za daleko. O krok milowy. I pożałuje. Oj pożałuje, że zadarł z Andrzejem Falkowiczem.

Jan obawiał się, że właśnie tak zareaguje na niego dziewczynka. Kiedy grzecznie poprosił, aby wsiadła z nim do samochodu, ta zbluzgała go od imbecyli i zanim zdążył zareagować ona pobiegła z powrotem na teren szkoły. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niego, że zadziałał pochopnie i nieostrożnie. Należało całą akcję zaplanować, a tak tylko sobie zaszkodził. A wszystko przez pośpiech. Zbyt dużo emocji w nim tkwiło. Urażona duma i zranione uczucia nie były dobrymi doradcami.
A przecież wszystko miało być dobrze.
Chciał zaprosić dziewczynkę na lody i zbliżyć się do niej by ich kontakty poprawiły się choć trochę. Wszak Droga do serca jego miłości musiała wieść przez względy jej córki. Bo czy nie tak działał ten cały profesorek? Zaskarbił sobie tego rozkapryszonego dzieciaka i tym kupił Kasię.
Ale ona go nie chciała. Widział to. Musiał ją odzyskać, bo tylko jemu była przeznaczona. Falkowicz omamił ją swoimi sztuczkami i wziął na litość.
Tak, ten miał w rękawie same asy. Cóż więc mógł zrobić Janek?
Udowodnić Kasi, że on nadal ją kocha, z wzajemnością.

- Jak to był pod szkołą? - Kasia coraz bardziej panikowała. Obawiała się, że Janek mógł zrobić coś głupiego. A przecież sądziła że go zna i jej przyjaciel nigdy nie posunąłby się do czego takiego.
- Matylda idź umyj ręce przed obiadem. - zarządził Andrzej. Nie chciał zdenerwować się przy dziewczynce. I tak już była przestraszona, kiedy okazało się że ten chłopak wcale nie został przysłany przez jej ojca. Jan okłamał ją mówiąc, że przyjechał po nią na prośbę Andrzeja, bo temu przeciągnęła się operacja. Już wtedy powinna podejrzewać, że coś jest nie tak.
- Nie traktujcie mnie jak dziecko. - spojrzała na rodziców. - Widzę co się dzieję. Mamy kłopoty tak? Przez tego Janka? - zauważyła jak tata zaciska pięści. Zawsze tak robił, kiedy się denerwował. - Mamo powiedz, że do niego nie wrócimy. - jęknęła, a Kasia objęła ją czule. Splotła swe dłonie na plecach swej córeczki, tak ściśle jakby zaraz miała ją stracić.
- Kochanie, nie musisz się bać. - pocieszała, choć sama miała strach w oczach. Takim wzrokiem spojrzała na Andrzeja, który kątem oka przyglądał się swoim dziewczynom. Był cały spięty i tylko cudem jeszcze nie dał upustu swym emocjom. - Nasz dom jest tutaj i nigdzie się stąd nie wybieramy. - zmusiła się do uśmiechu, który miała dostrzec Matylda. - A teraz idź do swojego pokoju i odrób lekcje. Zaraz przyjdę je sprawdzić. - mała niechętnie pokiwała głową i opuściła salon.
- Zabije gnojka. - nie żałował sobie jadu, wypowiadając te słowa. Nienawidził chłopaka jeszcze bardziej, do granic swych możliwości. W całym jego parszywym życiu chyba jeszcze nikogo nie darzył taką odrazą. Dlatego słowa jakie wypowiedział nawet jemu wydawały się szczerą prawdą, zapowiedzią swoich zamiarów. Miał szczerą chęć pozbawić tego szczeniaka życia, bo zagroził jego rodzinie. I najchętniej zrobiłby to już teraz, ulżyłby swoim torturom. Na co jeszcze czekał? Mógł zacząć działać i dać nauczkę chłopakowi, by pozbyć się intruza.
Już się gotował, gdy poczuł jej ręce na swych ramionach. I temperatura spadła. Teraz miał ochotę tylko połamać mu wszystkie kości.
- Bądź rozsądny. - jakby czytała mu w myślach. - Nie możesz zrobić nic głupiego.
- Każdy sąd mnie uniewinni, jak zobaczą jakiej ofiary losu pozbawiłem życia. - nie potrafił zapanować nad spiętymi mięśniami, które za nic w świecie nie chciały rozluźnić się pod wpływem masażu dłoni Kasi.
- Andrzej proszę cię. - westchnęła. - Załatwmy to polubownie. - te jej prawnicze określenia. - Porozmawiam z nim.
- Mowy nie ma! - gwałtownie odwrócił się w jej stronę. Zdecydowanie łatwiej było jej wpaść na taki pomysł, nie patrząc mu w oczy. Widząc błysk złości w jego oczach sama miała ochotę wrzasnąć do siebie "No jasne!"
- Znam Janka. Kogo posłucha jeśli nie mnie? - Andrzej pokiwał głową z niedowierzaniem. - Wytłumaczę mu, że ja nic do niego nie czuje. - brnęła dalej.
- Wykluczone! Kaśka, nie zbliżysz się do tego gnojka!
- Musimy spróbować. Musze... wyprowadzić go z błędu. - przygryzła dolną wargę, patrząc błagalnie na Andrzeja. Jego także musiała przekonać do słuszności swych pomysłów. W przeciwnym razie, to on przejąłby inicjatywę, a tego się właśnie obawiała najbardziej.
- To psychopata. - złapał ją za ramiona. - Sam się nim zajmę, a ty obiecaj mi, że nie będziesz się wtrącać.
- Nie ma mowy! - teraz to ona podniosła głos. - Jesteśmy razem, czy nie? - nie było z nią łatwo.
- Kasiu... - westchnął. Miliony myśli w ułamku sekundy jak zmory męczyły jego skołowany umysł. A każda z nich zostawiała jeden ślad na twarzy profesora - strapienie.
- Nie czekaj z kolacją. - rzekł spokojnie. I pocałował ją w czoło, jak zwykł robić przed każdym wyjściem do pracy. - Kocham cię. - dodał, gdy już szedł w stronę drzwi.
- Andrzej, do cholery!








Co mogę więcej powiedzieć? Nie było sensu dodawać drugiego fragmentu.









wtorek, 13 września 2016

Fragment rozdziału 8, serii II



"Bywały takie dni, kiedy Kasia nie chciała być już tą zadbaną kobietą, taką w pełnym makijażu, chyboczących się szpilkach i sukience, w której musiała wciągać brzuch. Czasem potrzebowała po prostu być sobą. Nieuczesaną, z cieniami pod oczami i wełnianymi skarpetami, które wystawały spod męskiego dresu. I co z tego, że nie wypada. Kochała ten jednocześciowy dres Andrzeja w którym czuła się niesamowicie swobodnie. Jedyne co jej zostawało wtedy z damskich zwyczajów to kieliszek wina w dłoni. Tej części kobiecego życia nie mogła sobie odmówić."



Taka Bridget Jones trochę...






niedziela, 11 września 2016

Ważne

Ważne jest to, żebyście wiedzieli, że opowiadanie zaczęłam pisać po odcinku 612. W nim pojawił się wątek wspomnianej niebieskiej sukienki. Do tego czasu (a więc już po wynikach DNA, a przed szukaniem rodziny zastępczej dla Matyldy) jestem serialowi. Potem to już moja wizja tego co mogłoby się zdarzyć.


A co miałam przed oczami pisząc fragment ostatniego rozdziału?
Właśnie to...




czwartek, 8 września 2016

Rozdział 7

Z dedykacją dla tych, którzy dotrwali ze mną do teraz...



Ten wieczór miał być wyjątkowy. Randka, którą zaplanowali na ten czas właśnie to swego rodzaju zwieńczenie całego ich trudu powrotu do siebie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że to celebracja ich świeżego związku.
A długo musieli walczyć o siebie nawzajem. Wiele stawało na ich drodze, lecz uczucie jakim się darzyli okazało się silniejsze, niż kilkanaście lat rozłąki, śpiączka, czy śmiertelna choroba. Zatem miłość, jak ze stali. Szlachetna i niezniszczalna. Choć i taką należy pielęgnować, aby nie zardzewiała.
Dlatego teraz profesor tak bardzo nalegał na wieczór w eleganckiej restauracji, serwującej wykwintne jedzenie, o bogatym wnętrzu i profesjonalnej obsłudze kelnerów. Ten starał się jak mógł, bo czynami najlepiej wyrażał swe uczucia. Ze słowami zaś było nieco gorzej. Choć to może kwestia wprawy? Andrzej wszak nie miał najlepszych praktyk w tym kierunku.
Falkowicz naturalnie poinformował Kasię o miejscu, w jakie się wybierają. Przecież kobieta musiała z niego wydusić takie informacje, by wiedzieć jak się na taką kolację ubrać. Już osobną kwestią jest fakt, iż pani mecenas wcale to nie pomogło. Nadal stała przed swą szafą i coraz bardziej podłamana szukała odpowiedniej kreacji. Jak na kobietę przystało w żadnej jej nie wypadało iść. Bo przecież nie ten krój, kolor, a nawet materiał. Lub brak dodatków. I taki mały szczegół psuł całą budującą się w jej głowie koncepcję swej stylizacji.
Andrzej zaczynał się już niecierpliwić, kiedy zauważył małe zagniecenia na śnieżnobiałej koszuli, gdzieś w okolicy pasa. A przecież nie stałoby się tak, gdyby nie musiał czekać na swą wybrankę, przez prawie godzinę siedząc na kanapie.
- Jest już wujek! - krzyknęła Matylda, która czekała aż Adam zabierze ją do siebie. Chwyciła swój elegancki plecak, z którego nie przestawała być dumna, w końcu nie popsuł się jak ten poprzedni. A zapakowany był jej ciuchami oraz mniej lub bardziej potrzebnymi kosmetykami. Musiała być przecież przygotowana na każdą ewentualność, nawet na nagle przesuszającą się skórę dłoni.
- Tyle dobrego. - mruknął pod nosem Falkowicz. Wstał w końcu, a niezadowolony z widoku swej koszuli tylko westchnął niecierpliwiony. Z równie chmurną miną otworzył Adamowi drzwi i bez słowa wrócił z nim do salonu.
- Sory za spóźnienie, ale miałem rano małą niespodziankę. - oczy mu zabłyszczały, choć Andrzej nie miał prawa tego dostrzec, gdy stał tyłem.
- Chcesz kawy? Pewnie zdążysz jeszcze wypić. - przez ułamek sekundy spojrzał w stronę schodów. Naprawdę sądził, że Kasia tak szybko się pojawi?
  A kobieta miała ochotę wycofać się z całej tej randki. Bo po co jej ta szopka? Nie wykwintna kolacja miała być dowodem miłości, a jego starania. Przecież doskonale wiedziała, że Andrzej ją kocha. Nie była typem kobiety, dla której liczą się sztywne zasady, zachowywanie pozorów romantyzmu... No nie. Dumna ze swej logiki, nieco obawiająca się reakcji swojego partnera na nagłą zmianę planów, rozpięła w końcu spinkę we włosach i nonszalancko zarzuciła je za ramię.
- Niech mnie kocha taką jaką jestem. - rzekła, dobitnie akcentując nowo wymyśloną sentencję i lustrując swe odbicie. Zrzuciła z ramion luźną sukienkę, która wcale nie pasowała do dzisiejszej kolacji. Tak po prostu.
I już chciała zsunąć z bioder rajtuzy, gdy dostrzegła na dnie szafy pudełko. Obudziły się wspomnienia, przyjemne, a przecież działy się tuż po jej wybudzeniu ze śpiączki. Pamiętała i chciała, aby Andrzej o tym wiedział. Otworzyła znajdę i uśmiechnęła się pod nosem.
- Może jednak będzie ta randka.

Adam wykorzystał chwilę spokoju i postanowił poprosić brata o pomoc. A prośba ta nie przychodziła mu z łatwością. Podjęcie się owego czynu wymagało mimo wszystko poświęcenia czasu. Chłopak nie miał oczywiście żadnych wątpliwości co do tego, że profesor poradziłby sobie z takim wyzwaniem, lecz tutaj chodziło o coś innego. Adam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nowe stanowisko tak prestiżowe na dodatek, jakim jest zarządzanie szpitale klinicznym wymaga nie lada wysiłku. Do tego mnóstwo obowiązków w roli ojca szalonej nastolatki... To wszystko sumowało się na spore wyzwanie. A myśl, że on mógłby dołożyć Falkowiczowi kolejnych obowiązków, jedynie przyprawiała o wyrzuty sumienia. Ale nie miał wyboru.
- Budujemy dom. - wyznał. Andrzej rozluźnił krawat pod szyją, po czym spojrzał zainteresowany na gościa.
- Więc jednak... - zaintrygowany, zamieszał parę razy kawę w filiżance.
- Na razie nie wrócimy do Polski, ale już niedługo. Chce tutaj mieć jakieś swoje miejsce. - chłopak zamyślił się na moment, zmarszczył brwi po czym spojrzał na Andrzeja niepewnie.
- Pamiętasz tamtą działkę? Tę... no wiesz, którą mi kupiłeś... - nie do końca wiedział, jak ma prosić. - W przyszłym tygodniu mają ruszyć z fundamentami.
- I ja mam wszystkiego dopilnować. - dokończył za brata.
- No właśnie. Nas już tutaj nie będzie, a przydałoby się, żeby ktoś patrzył robotnikom na ręce.
- Dobrze, zajmę się tym. - westchnął profesor, siląc się na teatralną manierę. Odsunął od siebie do połowy pełne naczynie z aromatyczną kawą, już chłodną. Stracił ochotę na cokolwiek. Nie miał siły na żadne wyjścia, z resztą jego kobieta zapewne już go wystawiła. Niemożliwym było, aby tyle czasu zakładać głupią sukienkę.
Rozsiadł się więc wygodnie na krześle i uśmiechnął mimochodem, gdy Matylda podeszła go przytulić na pożegnanie.
- Bądź grzeczna. - mruknął, a ta już pognała za wujkiem do jego samochodu.
Potem już tylko wstał leniwie, stękając przy tym bezwiednie. Chwycił za brudne filiżanki i zaczął zmywać. Może przez szum wody, a może z zamyślenia, lecz nie usłyszał kroków zbliżającej się do niego kobiety. Ta podeszła powoli, uśmiechając się przy tym subtelnie. Zapewne był teraz na nią zły, ale musiała spróbować. Znieruchomiał na moment, gdy przesunęła swymi dłońmi po jego ramionach i po chwili przywarła do niego całym ciałem. Ułożyła swą głowę na jego ramieniu, a ten starał się nie zdradzać jak bardzo podobają mu się poczynania kochanki. Z miną pokerzysty pucował porcelanę.
- Przepraszam, że musiałeś na mnie tyle czekać.
- Drobiazg. - odrzekł swobodnym tonem.
- To jedziemy? - wytarł swe dłonie i nonszalancko, jak gdyby od niechcenia, bez żadnej urazy w gestach odwrócił się w końcu przodem do kobiety. I oniemiał.
Sam zastanawiał się co wywarło na nim większe wrażenie - to że tego wieczoru wyglądała wyjątkowo pięknie, czy to że miała na sobie tę niebieską sukienkę, którą sam niegdyś jej kupił.
- Pamiętam. - uśmiechnęła się, widząc jego reakcję. - Była dla mnie, prawda? W końcu jest okazja, by ją założyć. - On również sobie przypominał. Choć minęło sporo czasu, to nadal ma przed oczami sukienkę w kolorze morza, którą wybrała Matylda dla swojej mamy. Kupił ją choć wtedy nie wierzył, że Kasia wróci do zdrowia. Zwykła sukienka i jej zakup, podyktowany naiwnością nastolatki uświadomiły mu, że ta kobieta już nigdy do niego nie wróci. Że właściwie patrzy na jej powolne odejście, na jej śmierć. I zostanie sam z małą dziewczynką, która była tak podobna do matki i która do końca jego dni będzie mu przypominała jak bardzo boli utrata ukochanej osoby. Z Matyldą, która bez końca będzie uświadamiała mężczyźnie jak wiele w życiu stracił na własne życzenie. I na jak niewiele jest gotów.
A teraz patrzy na jej uśmiech, na uśmiech swojej Kasi. Stoi oto przed nim i patrzy na niego swym wiecznie bystrym spojrzeniem. I zaczął wierzyć w cuda.
- Andrzej... - szepnęła, z czułością gładząc go po policzku. Dopiero teraz dotarło do niego, że oczy zasnuła mu jakaś mgła. Otarł je szybko i poczuł wilgoć na swych palcach.
- Choćmy już, czas nagli. - odchrząknął i usłużył jej ramieniem, by udać się w końcu na wyczekaną romantyczną kolację.

Najlepszy lokal w mieście miał być otwarty jeszcze przez godzinę. Zatrzymali się na parkingu, a miejsce znaleźli tam bez problemu. Nie dlatego, że gości było wyjątkowo mało. Nie było ich w ogóle. Sława profesora Falkowicza wyprzedzała jego samego, a właścicielem tej oto restauracji okazał się być dozgonnie wdzięczny mąż pacjentki Andrzeja. Ten nie mógł wykorzystać nadarzającej się okazji i poprosić o przysługę, na którą właściciel przystał bez większych problemów.
Mimo to kochankom nie spieszyło się, by opuścić samochód. Warczenie silnika ustało i nastała głucha cisza, choć ani trochę nie krępująca. Podniecająca.
Mężczyzna ujął dłoń swej drugiej połówki i ucałował jej wierzch. Nie wypuszczał ze swego uścisku. Tak było im dobrze.
- Tak mogłoby być już zawsze. - westchnęła, załamując ciszę. - Obiecaj, że nigdy się nie wypalimy. - nie oczekiwała odpowiedzi.
- Ponoć im trudniej coś przychodzi, tym bardziej to doceniamy. - spojrzał na nią spod uniesionego łuku brwiowego. - Jedno rozstanie w ciągu roku powinno dodać nieco pikanterii naszemu związkowi. Co ty na to? - Kasia zaśmiała się w głos. Ona także odwróciła na niego wzrok, upajając się tym szczęściem, jakiego właśnie doznawała.
- Jeszcze nie masz dość? - zamyślił się. Jedenaście lat to szmat czasu. Rzeczywiście miał dość.
- Osiwiałbym do reszty. Nie chce, żeby Matylda mówiła do mnie "dziadku". - po raz kolejny po wnętrzu auta rozniósł się jej perlisty śmiech. Tak bardzo kochał ten dźwięk.
- Choć, zamówimy sobie jakieś kaloryczne ciastka. Może w końcu trochę przytyjesz.

Wiktoria rozkładała Matyldzie kanapę w salonie. Zarzuciła kołdrę na łóżko, na brzegu którego siedziała dziewczynka.
- Na pewno nie jesteś głodna? - zapytała rudowłosa, lecz nastolatka pokiwała przecząco głową. - Może jednak zjesz kanapkę? Z ogórkiem... suchą? - poddała się. Mała była nie do zgięcia, a przecież od przyjazdu zjadła jedynie kawałek pizzy. Podobno nastolatki jedzą za dwóch, a tu okazało się, że to jednak Wiktoria nadrabiała tę ponadnormę.
- No młoda kładź się spać. Gasimy światło. - z łazienki wyszedł Adam, który miał jedynie biały ręcznik zawieszony na biodrach.
- Adam!
- No co? - chłopak zgromiony wzrokiem swej partnerki postanowił na wszelki wypadek nie wchodzić do pokoju, a jedynie pozostać we wejściu.
- Idź się ubrać człowieku, tu jest dziecko! - Matylda miała okazję pierwszy raz obserwować co oznacza hiszpański temperament.
- Nie jestem już dzieckiem! - zdaje się, że Matylda miała nie mniejszy.
- No przecież, kobietko. - Chłopak musiał uchylić się przed poduszką, która właśnie uderzyła z impetem w pobliską ścianę.
- Hormony to straszna rzecz.
- Przyzwyczajaj się! - wrzasnęła, gdy ten zniknął w ich własnej sypialni. Matylda słyszała co nieco o tym, co mówił wujek. Kasia starała się jak mogła, by jej córka została uświadomiona na tak oczywiste aspekty kobiecego życia. Więc gdy po chwili ubrany już w szare dresowe spodnie i bawełnianą koszulkę, dziewczynka nie zawahała się zadać szczerego pytania.
- Będę miała kuzyna? - Krajewski zakrztusił się wodą, którą właśnie miał przełknąć, a Consalida spojrzała na Matyldę z szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka nie sadziła, że takie proste pytanie wywoła tyle zaskoczenia. Przecież dzieci to całkiem normalny temat. Zaczynała się zastanawiać, czy jej wujkowie nie wstydzą się czasem tej kwestii.
- Na miejscu Andrzeja powtórzyłbym te testy DNA... tak dla większej pewności. - mruknął do Wiktorii, będąc nadal pod wrażeniem dedukcji bratanicy.
- Zamknij się, Adaś. - hormony, tłumaczył sobie.
- Matylda, ale musisz obiecać, że nikomu nie powiesz. - pogroziła jej palcem Consalida, siląc się na uśmiech, choć wcale nie była zadowolona z faktu, że córka Andrzeja tak szybko się o tym dowiedziała. Sami przecież musieli tę informację potwierdzić.
- Okej. - przytaknęła cioci radośnie. - A będę mogła was odwiedzać w Hiszpanii?
- Jasne. - odparł swobodnie Adam. - Ale coś mi się zdaje, że twoi starzy... rodzice - poprawił się, gdy dostrzegł na sobie wzrok partnerki - sami zdążą wykombinować ci braciszka. Ała! - musiał rozmasować sobie miejsce, w które przed chwilą wbił się palec Wiktorii.
- Tata powiedział, że zostanę rozpieszczoną jedynaczką. - bez tonu żalu zacytowała zasłyszane niedawno słowa.
- Cały Andrzej. - Adma nie miał wątpliwości, że te słowa należały do jego brata. - Nie martw się młoda, tak się tylko mówi. A potem się okazuje, że od ośmiu tygodniu twój plem...
- Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że odbiorę ci prawa rodzicielskie jeszcze przed porodem. - całe szczęście zachowywał bezpieczną odległość, bo zapewne po raz kolejny zostałby zaatakowany przez rozchwianą emocjonalnie kobietę.

Kasia i Andrzej uwielbiali razem tańczyć. Ona doskonale dostosowywała się do jego kroków i tempa, a on doskonale prowadził partnerką, która tak mu się poddawała. Mógł trzymać ją pewnie, a Kasia nie bała się że upadnie, gdy pochylał się nad jej uległym ciałem. Tak niesamowicie dopasowani do siebie wirowali z gracją po parkiecie opustoszałej sali restauracji.
Stęsknieni siebie.
Jakby to było ich pierwsze spotkanie po jedenastu latach rozłąki. Aż trudno uwierzyć, że mieli za sobą tak trudne przeżycia. Nie można dać wiary także temu, że musieli w ogóle o siebie tak zaciekle walczyć; o uczucie, które jest widoczne na pierwszy rzut oka.
W końcu zmęczony tańcem profesor wrócił z partnerką do stolika.
- Chcesz wracać? - spojrzała kątem oka na jego pobladłą, lecz szczęśliwą twarz. Doskonale wiedziała, że ten cały czas powinien się oszczędzać, a zafundował jej niezły wycisk.
- Chyba żartujesz. - żachnął. - Mamy ten wieczór tylko dla siebie i nie zamierzam go kończyć tak szybko. - spragniony wypił całą szklankę wody.
- Kto powiedział, że kończyć. - wzruszyła ramionami, zarzucając odruchowo za nie swe kasztanowe kosmyki włosów. - W domu też możemy się całkiem nieźle bawić. - niby niczego nie sugerującym wzrokiem spojrzała na kochanka. Lecz była pewna swego. On także nie miał ochoty odmawiać sobie tej przyjemności.
Lecz to by było na tyle, jeśli chodzi o pasmo szczęśliwych zdarzeń w życiu Smudy I Falkowicza. Bo potem miało być już gorzej.






No dobrze, więc szczerze... co sądzicie?
Trochę się u nich pozmieniało. Adam (może nieco inny niż w serialu) zostanie ojcem i będzie musiał zmierzyć się z odpowiedzialną rolą, a Andrzeja związek rozkwita. Nareszcie łapie oddech. Dawno nie miał ku temu okazji. Ale należało mu się. Tego serialowego też chciałabym zobaczyć w końcu szczęśliwego, bo życie go nie rozpieszcza.
Tylko, że tutaj też niedługo rozpocznie się o to walka. Czy wygra? No właśnie...  pytanie, czy będzie happy end?
























piątek, 2 września 2016

Fragment rozdziału 7, serii II




"Ten wieczór miał być wyjątkowy. Randka, którą zaplanowali na ten czas właśnie to swego rodzaju zwieńczenie całego ich trudu powrotu do siebie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że to celebracja ich świeżego związku.
A długo musieli walczyć o siebie nawzajem. Wiele stawało na ich drodze, lecz uczucie jakim się darzyli okazało się silniejsze, niż kilkanaście lat rozłąki, śpiączka i śmiertelna choroba. Zatem miłość, jak ze stali. Szlachetna i niezniszczalna. Choć i taką należy pielęgnować, aby nie zardzewiała.
Dlatego teraz profesor tak bardzo nalegał na wieczór w eleganckiej restauracji, serwującej wykwintne jedzenie, o bogatym wnętrzu i profesjonalnej obsłudze kelnerów. Ten starał się jak mógł, bo czynami najlepiej wyrażał swe uczucia. Ze słowami zaś było nieco gorzej. Choć to może kwestia wprawy? Andrzej wszak nie miał najlepszych praktyk w tym kierunku. "


Ważna informacja!
Przez mój wyjazd muszę uprzedzić o opóźnieniu dodania najbliższego rozdziału. Jednak o nie dłużej niż tydzień.
Mam nadzieję wynagrodzić Wam to w emocjach. ;)