Wolnym krokiem podszedł do okna. Ułożył spękane dłonie na białym parapecie i zmrużył oczy, by dostrzec obraz parku na tyłach placówki szpitalnej. Strugi deszczu, tak obficie spływające po szybie okna, zniekształcały jednak owy widok. Okropna chmura deszczowa zawisła nad Krakowem i od dobrych kilkudziesięciu minut jednym szumem spuszcza hektolitry wody na ziemię. Mężczyzna jednak nadal jak zahipnotyzowany uparcie wpatrywał się w ową szybę. Przy szarych chmurach, które spowijały otoczenie, park wydawał się być jeszcze bardziej zielony i tętniący naturą. Życiem. Gdzieś na niebie, w jaskrawszych miejscach dawało o sobie znak słońce. Niby żadne promienie nie przebijały się przez szare kłęby, lecz świadomość tego, że owa gwiazda jest gdzieś właśnie w tym miejscu, była jeszcze piękniejsza niż zwykły słoneczny poranek.
I może to wszystko nie miałoby tak wielkiego znaczenia, gdyby nie strach przed utratą tego? Może gdyby Andrzeja nie czekała teraz eksperymentalna terapia, która nie dawała gwarancji na powodzenie w wyleczeniu nowotworu i może gdyby nie czekały go tygodnie agresywnej chemii, której musiałaby się poddać w razie, gdyby nowatorska metoda nie dawałaby swych rezultatów, może wtedy nie przejąłby się tym, że już nigdy nie podejdzie do okna, bo nie będzie miał na to dostatecznie wiele sił?
Wyjął telefon z kieszeni białej, jednoczęściowej, sięgającej do kolan koszuli nocnej, w której wyglądał dokładnie tak samo, jak każdy inny pacjent tejże kliniki. Chwycił pewnie urządzenie i wybrał niespiesznie numer do brata. Odczekał moment, gdy w słuchawce odezwał się zaskoczony chłopak.
- Mam mało czasu, zaraz mnie zabierają. - zaczął ochrypłym głosem. - Mówią, że jest szansa. - dodał.
- Hej, to świetnie! - Adam podniósł się z łóżka powoli, by nie zbudzić śpiącej tuż obok Consalidy. Ominął porozkładane na podłodze walizki i podszedł do okna. W Warszawie słońce przegnało deszczowe chmury i raziło chłopaka w oczy. Ten jednak uparcie stał przy nim i tak jak jego brat spoglądał na mijających się na ulicy ludzi.
- Świetnie - powtórzył. - Dojechaliście już do tej Hiszpanii? - zmienił temat. Nie potrafił rozmawiać o swoich słabościach. Lubił czynić pozory silnego człowieka, a za takiego przecież uchodził. Trudno stwierdzić, czy rzeczywiście silnym był. Która z jego stron jest tą prawdziwą? Mężczyzna przybity wieloma przejściami, czy mężczyzna, którego te przejścia zahartowały i uczyniły człowieka ze stali? Który z nich pozostanie, jeśli profesor odzieje się z wszelkich masek?
Jednak te na pozór przeciwstawne cechy potrafiły ze sobą idealnie współgrać. Dopasowały się do siebie i żadna nie mogła obejść się bez tej drugiej. Niczym dwie strony medalu - jedna i druga tworzyły całość. Jing i Jang - dobro i zło; słabość i siła.
Poprzez swe doświadczenia życiowe mężczyzna poznał kolejną stronę samego siebie. Andrzej Falkowicz zawsze miewał przebłyski dobroci, lecz sukcesywnie wypierał je ze swej świadomości i pozwolił sobie uwierzyć, że jest potworem bez serca. A to zabawne, bo chyba nikt na całym bożym świecie tak bardzo nie mylił się co do siebie, jak on właśnie.
Przenieśmy się na chwilę do momentu, kiedy Andrzej (jeszcze wtedy Baran) chodził do szkoły licealnej. Był to dokładnie czas, gdy chłopak rozpoczynał okres pełnoletności. Poczucie wolności i niezależności można by powiedzieć, lecz nie u tego młodzieńca. Jedyne co on wtedy czuł, to strach. Jako że stracił prawa do przebywania w sierocińcu, stał się wrzucony w świat dorosłych w najgorszym z możliwych sposobów. Nie było przy nim osoby, która wsparłaby go finansowo, czy choćby radą na przyszłość. Zmuszony do samozaradności chłopak, dopiął wszelkie formalności dotyczące zasiłku, z którego miał się utrzymać, oraz mieszkania socjalnego. Poczucie dumy spłynęło na niego, gdy udało się przebrnąć przez całą machinę biurokracji. Poczuł, że jeśli tylko zechce, może zdziałać naprawdę wiele.
Zaskakujący dla wielu może być fakt, że Andrzej nie uczył się wspaniale. Co więcej - w drugiej klasie ledwo zaliczył chemię, a zrobił to dopiero za drugą poprawką, którą nota bene również wyżebrał u pani profesor. Już wtedy jego urok osobisty i czar działał na kobiety. Lecz nie używał go w sposób perfidny, dla swoich korzyści wyłącznie. Adorowanie kobiet sprawiało mu ogromną przyjemność.
Lecz do rzeczy. Któregoś dnia, gdy nadszedł czas egzaminów końcowych z przedmiotu, który Andrzej upodobał sobie szczególnie. Nie trudno się domyślić, że chodziło o biologię. Coś pociągającego odnalazł w tej dziedzinie, lecz może już wtedy postanowił sobie dostać się na medycynę. Początków tej pasji nie jestem w stanie prześledzić, gdyż najprawdopodobniej istniała ona od zawsze w umyśle młodego Barana, a zacięcie jakie nim zawładnęło musiało go doprowadzić na sam szczyt w fachu.
Z niewytłumaczalnym zapałem podszedł młody wówczas chłopak do przygotowań. Uczył się całymi nocami przy świetle zwykłej latarki i wypożyczał coraz to nowsze egzemplarze podręczników. Jego mieszkanie socjalne, jakie otrzymał po odejściu z sierocińca było małe i dość obskurne, lecz w tej samotni nie znajdował innego zajęcia jak nauka i snucie marzeń o lepszej przyszłości.
Dzień przed testem przyszedł do niego jego znajomy z klasy. Jedyny kolega, z którym Baran utrzymywał względnie przyzwoity kontakt. Owy chłopak poprosił wtedy o chwilę rozmowy. Okazało się, że Tadeusz, bo tak miał na imię rówieśnik Andrzeja, stracił właśnie miłość swojego życia. Długa historia o niedopasowaniu charakterów, lecz puenta jest taka, iż dziewczyna postanowiła definitywnie zakończyć ich związek. Mężczyźni postanowili zapić smutki, a nad ranem udali się z potwornym bólem głowy do szkoły.
- Już po mnie. - Tadeusz podał swoją kartkę do przodu, a gdzie siedział Andrzej. Mężczyzna złożył testy i podał je kolejnej osobie. Obaj wiedzieli, że nie dostaną się na
wybrane kierunki studiów. Lecz gdy przyszły wyniki zaskoczeni byli obaj panowie. Otóż zdali oboje, choć Tadeusz minimalną liczbą punktów.
I mimo że Andrzej nigdy nie przyznał się do swojej małej zasługi, to skrycie tłumaczył sobie, że robił to tylko dla siebie. Tadeusz był jego jedynym kolegą, a gdyby ten nie przeszedł do następnej klasy, profesor zostałby sam.
Falkowicz ocknął się z zamysłu. Minęła zaledwie chwila, podczas której Adam zdążył wyjaśnić powody opóźnienia jego lotu do Hiszpanii. Mężczyzna przytaknął głową z telefonem w dłoni. Dostrzegł, że do jego sali weszły Kasia z Matyldą, więc postanowił zakończyć rozmowę z bratem.
- Adam, muszę kończyć. - Matylda rozsiadła się na łóżku ojca.
- Ale daj znać...
- Kaśka da. - dokończył zanim brat wymusiłby na nim obietnicę. - Na prawdę cieszę się, że ułożyłeś sobie w końcu życie. - Adam uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na śpiącą jeszcze w łóżku Wiktorię.
- Nawet jeśli to Wiki? Naprawdę nie powiesz mi, że to zły wybór? - ściszył nieco głos, by mimo wszystko dziewczyna go nie usłyszała.
- To jest twój wybór Adam. Już dawno go podjąłeś.
- Czyli mam twoje błogosławieństwo? - chłopak zaśmiał się do telefonu, doskonale znając odpowiedź.
- Do usłyszenia, bracie.
Dobrze, więc jest. Niewiele, ale zawsze.
Jak się pewnie domyślacie w następnych częściach zastosuje przeskok czasowy. Zapewne nie jeden, ale jak wielki... zobaczycie.
Chwilo niepewności trwaj ;)
Super cześć!! Jak zawsze z resztą ale jestem ciekawa co wyniknie dalej.. Andrzej się leczy i wspomina..to się bardzo fajnie czytało przyznam ale jestem ciekawa w jakim odskoku pojawi się druga część!! :))
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem! Brawo!
OdpowiedzUsuńFaktycznie, część poświęcona głównie wspomnieniom Andrzeja, ale wydaje mi się, że tak robi każdy człowiek przed śmiercią. Natomiast mam nadzieję, że Go nie uśmiercisz :) Czekam na drugą część niecierpliwie ponieważ tą rozbudziłaś we mnie apetyty i chęci na więcej. Trudno mi uwierzyć, że to już ostatnia część :(
Pozdrawiam Cię cieplutko! Dziś czy jutro? ;)Udanej podróży!
Przepraszam, że dopiero teraz :-)
OdpowiedzUsuńWspaniały rozdział!
Andrzej... Nie wiadomo, co z nim będzie, ale jestem dobrej myśli. Nie możesz nam głównego bohatera uśmiercić! ;-)
Powoli wszystko się układa, jak to na koniec opowiadania. Adam jest szczęśliwy, Andrzej też jest na dobrej drodze do tego, Matylda ma i mamę, i tatę...
Czekam (nie)cierpliwie na kolejną część! :-D I życzę dużo weny, a przede wszystkim wolnego czasu na pisanie! :-)
N.
A kiedy możemy się spodziewać drugiej części? :)))
OdpowiedzUsuń