poniedziałek, 23 maja 2016

Informacja

Ostatni rozdział planuje dodać w ten weekend. Owszem, miał być wcześniej, ale przeliczyłam swoje siły. Mam nadzieje na wolny weekend, a wtedy będę mogła się rozpisać (i wyspać) ;).

Jeśli chcielibyście mieć ze mną lepszy kontakt to możecie rozmawiać ze mną przez aplikacje Hangouts - coś w rodzaju Mesessengera, tylko dla googl.

Oraz Instagram - wiktoriaam_m


Tyle. Jeśli macie jakiekolwiek pytania to śmiało. Mogę nawet odpowiedzieć na wątpliwości co do fabuły opowiadania ;)


sobota, 14 maja 2016

Rozdział 32 cz. II



Guz okazał się być znacznie większy, niż sądzono początkowo, dlatego też po serii badań lekarze zdecydowali się na częściową eliminację guza za pomocą radioterapii protonowej, a resztę nowotworu zamierzali zwalczyć chemią. Ta ostatnia część planu leczenia przybiła profesora najbardziej, choć starał się tego nie okazywać. Z miną pokerzysty przyjął to, czego nie spodziewał się usłyszeć i oczekiwał na dalsze działania kolegów lekarzy.
- Profesor bardzo dużo mi mówił o rezultatach takiego leczenia. Daje spore szanse. - Kasia rozpakowywała zapasowe ręczniki, które zdążyła kupić w mieście. Andrzej zaś cierpliwie odbierał od kobiety nadbagaż i układał w szafce nocnej. Nie odzywał się jednak wiele. Odpłynął gdzieś zamyślony, przytakując na wszystko, lecz nie do końca uważając na słowa towarzyszki.
- Matylda? - dostrzegł w końcu, że na sali nie ma jeszcze dziewczynki.
- Kupuje sobie herbatę z automatu. - Zamyślona kobieta odparła machinalnie, zastanawiając się nad tym, czy aby na pewno wszystko zostało kupione. Mężczyzna pokiwał głową i osiadł ciężko na łóżku. Kasia dostrzegła jego zgnębienie i z zawahaniem przysiadła obok Andrzeja. Spojrzała na niego kątem oka, przygryzając delikatnie dolną wargę. W myślach ważyła słowa, które cisnęły się jej na usta.
- Nie martw się, niczego mi nie brakuje. - westchnął podpierając się dłonią o zagłówek łóżka. - Z resztą i tak nic więcej tu nie zmieszczę. - jego szafka nocna rzeczywiście była wypchana po same brzegi zbędnymi artykułami, których mężczyzna prawdopodobnie nigdy nie użyje. Smuda jednak chciała jak najlepiej zadbać o ojca jej dziecka. Zestresowana jego stanem zdrowia starała się jak najbardziej wspierać mężczyznę i dopilnować, by temu niczego nie zabrakło.
- Widzę, że się martwisz. - odrzekła w końcu. On uśmiechnął się pod nosem na pewne wspomnienie. Zawsze odgadywała jego myśli, jak też mógł zapomnieć, że Kasia potrafi go tak szybko rozszyfrować. - Wszystko będzie...
- ...dobrze. Wiem. - dokończył. Jednak ze ściągniętymi brwiami i skupionymi na czymś za oknem oczyma, zaprzeczał raczej swoim słowom.
- Andrzej... - kobieta ułożyła swą dłoń na ramieniu mężczyzny, muskając delikatnie swymi palcami jego szyję. Odwrócił swoje spojrzenie na dawną kochankę i z ciepłem bijącym z jego oczu chwycił jej drugą dłoń, która bezpiecznie spoczywała na jej kobiecym udzie. Podsunął rękę Kasi pod swe wargi i złożył na jej skórze długi pocałunek. Kobieta tylko przez chwilę była zaskoczona, później to odczucie ustąpiło i pojawiło się nowe, dziwnie przyjemne i przyprawiające o ucisk w podbrzuszu. Andrzej oderwał swe usta od kobiecej dłoni i pochylił się nad jej właścicielką. Zawisł tak chwilę nad jej twarzą, obserwując jej rozchylone wargi. Uniósł lewą dłoń, by odgarnąć kosmyk jej ciemnych włosów za ucho. Tak bardzo nie lubił, gdy piękna twarz jest nimi przysłonięta. Jej żuchwa wydała się tak idealnie zarysowana, tak delikatnie zarazem, że odważył się przesunąć po niej swymi palcami. Zareagowała. Pochyliła się nad jego dotykiem, tracąc kontrolę nad sobą. Mężczyzna dostrzegł to i zbliżył się jeszcze trochę. Czuł jej oddech na swoich zimnych, spękanych wargach. Taki ciepły.
Nie dostrzegli, że do pomieszczenia właśnie weszła mała dziewczynka, która dopiero po chwili zauważyła, co się dzieje. Zaskoczona stanęła jak wryta i z szeroko otwartymi oczyma obserwowała rodziców. To było to czego tak bardzo pragnęła, ale nie sądziła że będzie świadkiem jakiegokolwiek ich zbliżenia. Dzieci na ogół sądzą, że ich rodzice takich rzeczy nie robią. Matylda uśmiechnęła się jednak, kiedy w końcu ojciec pocałował jej mamę i tak bardzo się w tym zatracił, że nie zauważył przyglądającej się im córki. Dziewczynka wycofała się szybko z sali i wyciągnęła swój telefon, by jak najszybciej poinformować o swym odkryciu wujka Adama.

Dni mijały, a Andrzej trzymał się jedynie nadziei na wyzdrowienie. Wyniki nie były tak zadowalające, jak początkowo zakładano, dlatego też cała terapia trwała dłużej. Profesor najbardziej w tym wszystkim nie znosił samych naświetlań protonowych. Zabierali mężczyznę wtedy na cały dzień, zajmując mu tym samym cenny czas, który mógłby spędzić z bliskimi.
- Prędzej będą musieli przebić się przez wieko, niż znajdą tego guza. - powiedział którymś razem, co zmroziło tamtejszych techników. Otóż proces naświetlań bywał bardzo żmudny i męczący, szczególnie dla pacjenta, który musi godzinami leżeć na stole maszyny, łudząco przypominającej rezonans. Z tą różnicą, że tutaj technicy długo muszą szukać idealnego położenia pacjenta, manewrując nieco owym stołem, by wiązki protonów krzyżowały się idealnie w miejscu guza. Co ciekawe i najważniejsze dla pacjenta - tkanki, które otaczają nowotwór nie ulegają zniszczeniu, lecz tylko sam rak. Dlatego dla profesora tak ważne było, aby poddać się temu rodzajowi leczenia. Mężczyzna nie mógł narażać innych narządów, gdyż jego organizm przeszedł naprawdę wiele i kolejnych zmagań mógłby już nie przetrwać. To też tak bardzo zmartwiło Falkowicza, gdy dowiedział się o uzupełnieniu terapii chemią. Nie znosił także jej skutków ubocznych, lecz to już temat na oddzielny akapit.
Za każdym kolejnym dniem schemat się powtarzał. Godziny naświetlań i zmęczenie, które odrywało go od życia na jawie. Wieczory przesypiał, dlatego na chwile normalnej rozmowy z nim trzeba było czekać do rana. Wtedy to w szpitalu pojawiały się Kasia i Matylda. Na te spotkania szczególnie cieszyła się dziewczynka, gdyż przed badaniami profesor był czulszy niż zwykle. Młoda nastolatka z ulgą przyjmowała jego bezinteresowne, czasami niespodziewane objęcia. Dla niej było to oznakiem poprawiającego się jego samopoczucia i stanu zdrowia zarazem, lecz on się martwił. Wykorzystywał każdą chwilę przytomności na wyrażanie uczuć, jakie w sobie skrywał przez cały czas. Bo się bał. Że może jednak nie przetrwa. I co wtedy? Obie kobiety musiały wiedzieć, jak wile dla niego znaczą.
- Wiesz, że kiedyś byłem gotów spędzić z tobą resztę życia? - zaczął któregoś poranka.
- Tak, wiele się zmieniło od tamtego czasu. - zaśmiała się, wspominając dawne czasy. Nie do końca zrozumiała.
- Nie to miałem na myśli. - przerwał, czym zainteresował kobietę. Spojrzała na niego mrużąc swe oczy. - Dobrze wiesz, że zawsze cię kochałem. - jej spojrzenie zmieniło się. Serce przyspieszyło, a oddech jakby stracił rację bytu. - I nadal...
- Przestań. - pokręciła głową, jakby chciała wymazać z pamięci jego słowa. Już zdążyła poukładać sobie w głowie ich relacje, przynajmniej tak sądziła. To co teraz poczuła najwyraźniej przesądziło o tym, jak bardzo się myliła.
- Kocham cię. - dokończył, patrząc na nią czule. - Czy nie udowodniłem ci już jak bardzo?
- Przestań. - szepnęła.
- Nigdy nie lubiłem dzieci, a Matyldę pokochałem. Dlaczego, hm? Jest tak bardzo do ciebie podobna... - ciągnął. Kasia otarła załzawione oczy. - Dlaczego płaczesz? - nie potrafił zrozumieć jej reakcji. Spodziewał się kpiny, uśmiechu, ale nie łez. Czym zatem tak ją zasmucił?
- Tak bardzo cię nienawidziłam za to co mi zrobiłeś. - wykrztusiła z siebie. - Nie teraz, kiedyś... - dodała. - Robiłam wszystko, żeby zapamiętać krzywdy jakie mi wyrządziłeś. Złamałeś mi serce, a kiedy zaszłam w ciąże tuż po naszym rozstaniu, wiedziałam że nigdy się od ciebie nie uwolnię. Bo Matylda zawsze była twoim dzieckiem Andrzej. Matka czuje takie rzeczy. Z czasem robiła się taka do ciebie podobna... Nie dawała mi o tobie zapomnieć. - zatrzymała się na chwile w swym wyznaniu. Spojrzała na niego czule i poprawiła mu rurkę, która miała dostarczać mu tlen przez nozdrza, zakładając ją za ucho. Chwyciła za jego szczękę, gładząc kciukiem po policzku. - Obiecałam sobie, że kiedyś się na tobie zemszczę. I kiedy zobaczyłam jak bardzo się na niej przywiązałeś... - uśmiechnęła się blado, poruszając łzę, która piętrzyła się na dolnej powiece oka.
- Z nas dwóch tylko ja byłam potworem.
- Więc wszystko co robiłaś było z poczucia winy. - spojrzała na niego zaskoczona. Lecz po chwili uniosła podbródek dumnie i przytaknęła ledwie dostrzegalnie. Dla niego to było jak cios w samo serce, lecz dla niej... no właśnie?
- Rozumiem. - odparł spokojnie.
Od tamtego czasu nie rozmawiali ze sobą wiele. Właściwie nie mówili w swoim towarzystwie więcej, niż było to konieczne. Kasia niewiele też wiedziała o postępach leczenia, gdyż nie mogła uzyskać takich informacji od lekarza prowadzącego. Matylda wyczuwała dziwne napięcie między rodzicami, dlatego zaczynała obawiać się o życie ojca.
- Tato?
- Tak skarbie? - od pewnego czasu Andrzej był bardziej przygnębiony. Więc też nawet nie spojrzał na dziewczynkę, lecz nadal wpatrywał się zamyślony w sufit.
- Wszystko dobrze?
- Dlaczego pytasz Matyldziu? - zerknął skonsternowany kątem oka na dziewczynkę, leżącą tuż obok niego.
- Mama chodzi taka smutna. - mężczyzna zacisnął usta, a oczy zdradziły ból, jaki właśnie odczuwał. - Coś się stało?
- Księżniczko... - westchnął po chwili. - Nie na wszystko mamy wpływ. - odrzekł zgodnie z prawdą, lecz mała opacznie zrozumiała sens jego słów i wstrząśnięta własnymi domysłami, wtuliła się w ramię ojca.
- Nie możesz mnie zostawić. Obiecałeś.
Leczenie protonowe dobiegało końca, gdyż guz został zmniejszony do zakładanych rozmiarów. Z resztą miała poradzić sobie chemia. Temu rodzajowi terapii profesor chciał poddać się już w Leśnej Górze, a może nawet jeśli zdołałby przekonać do tego lekarzy - w jego własnym domu.
A więc wrócili wszyscy razem, lecz jakby osobno. W milczeniu przebyli długą drogę do domu, choć każdemu ta cisza była potrzebna. Zagłębili się w swych własnych gnębiących myślach i zastanawiali, czy może nadejść coś jeszcze gorszego.

- Coś jest nie tak. - po kolejnej rozmowie z bratem (a było ich niewiele, gdyż Falkowicz nie zwykł odbierać od niego telefonów), Adam zyskał co do tego pewność.
- Jedź do niego. - Wiktoria pogładziła po plecach strapionego chłopaka. Już od dłuższego czasu widziała, jak bardzo gnębił się wyrzutami sumienia, dlatego że zostawił w Polsce chorego Andrzeja.
- Nie chce cię zostawiać. - był rozdarty pomiędzy dwoma osobami, które naprawdę kochał.
- Wracaj do brata. - przytuliła kochanka od tyłu, kładąc głowę na jego ramieniu.
- Boje się. - odwrócił się do kobiety i spojrzał na nią zbolałym wzrokiem.
- Musisz. Jeśli tego nie zrobisz, nie dowiesz się co jest grane. - uśmiechnęła się po chwili pocieszająco. - Jedź.
- Kocham cię rudzielcu. - ucałował ją w usta, czując ulgę, że Consalida tak wyrozumiale podeszła do jego wyjazdu. Ale też nie mógł zapomnieć o strachu, który nachodził go, gdy tylko wspominał brata.

Blady jak ściana podszedł do drzwi frontowych. Wspierając się o stojak do kroplówki z chemią, otworzył natrętnemu gościowi, który uparcie dobijał się do profesorskiego mieszkania.
- Jezu...
- Nie łudź się bracie. Ja pierwszy go zobaczę. - Wpuścił chłopaka do środka, obserwując ukradkiem niespodziewanego przybysza. W głębi ducha cieszył się z jego przyjazdu, lecz przygnębienie i złe samopoczucie to zła mieszanka. - Kawy, herbaty? Wiesz gdzie jest kuchnia. - wychrypiał i na tyle, na ile siły mu pozwalały wrócił w głąb mieszkania.
- Gdzie dziewczyny? - Krajewski rozejrzał się po ciemnym mieszkaniu, mimo że na zewnątrz świeciło słońce. Wszystkie zasłony były pozasuwane, gdyż jakiekolwiek promienie przedzierające się do środka drażniły zmysły wzroku profesora.
- Nie w głowie mi teraz takie zabawy braciszku. - Andrzej spojrzał na chłopaka z politowaniem, potrząsając znacząco kroplówką. - W tym momencie ratuje życie. Swoje dla odmiany. - zrozumiał, że ruch nie był najlepszym pomysłem, gdy poczuł dokuczliwe mdłości. Skierował się od razu do łazienki, by od razu siąść przy toalecie. Zmęczony opadł na podłogę w owym pomieszczeniu i nie miał ochoty ruszać się więcej stamtąd. Oparł się o porcelanę i przymknął powieki, walcząc ze wzbierającymi nudnościami. W razie potrzeby był w odpowiednim miejscu.
- Mówię o Kaśce i Matyldzie. - Krajewski podejrzewał, że przypuszczenia Consalidy sprawdziły się i Smuda zostawiła w końcu Falkowicza.
- U siebie. - odburknął w końcu dla świętego spokoju. - Całe i zdrowe.
- Czego nie można powiedzieć o tobie.
- Ja akurat mam się świetnie. - zauważył.
- Właśnie widzę.
- Nie o tym mówię Adam. Guza już prawie nie ma. Jeszcze parę chemii i... - rozmowa również nie pomogła jego samopoczuciu. Mężczyzna otworzył szybko klapę toalety i pochylił się nad nią całym ciałem, by w końcu zwymiotować. Młodszy chirurg wrócił po chwili z kuchni ze szklanką wody w ręce. Podał ją Andrzejowi, który ledwie utrzymał pełne naczynie w dłoni. Przechylił więc zawartość do ust i odetchnął z ulgą.
- Znowu zabrała ci Matyldę? - lecz on pokiwał przecząco.
- Wczoraj tu była.
- Nie rozumiem. To dlaczego tak wyglądasz? - Falkowicz uniósł brwi i mimo słabości, uśmiechnął się pod nosem, unosząc jeden kącik ust wyżej niż natura nakazuje.
- Jak na kogoś ze specjalizacją onkologiczną, zaskakująco mało wiesz o działaniu chemioterapii.
- Źle się wyraziłem. - chłopak przysiadł na brzegu wanny, opierając jednocześnie dłonie o kolana. - Jak gadaliśmy przez telefon wydawałeś się taki przybity. - Andrzej zacisnął usta. Na wspomnienie wyznania Kasi, jego twarz przybrała pusty wyraz twarzy. Zamyślony spojrzał gdzieś w przestrzeń przed sobą, katując się ową retrospekcją.

Kilka zakończonych seriach chemii, wiele spotkań z ukochaną kobietą, które okazały się torturami. Andrzej wracał do zdrowia, lecz nie dane mu było cieszyć się pełnią szczęścia. Gdy tylko nabierał sił po zakończeniu każdej chemioterapii, odwiedzał Matyldę tak często jak tylko mógł. Udawał wtedy przed Kasią, że w pełni uszanował jej uczucia, a raczej ich brak. Musiał stwarzać pozory resztek godności i nie pokazywać jak bardzo zraniły go słowa byłej kochanki.
Nic na siłę - pomyślał. - Nie można mieć w życiu wszystkiego.
Lecz nadal kochał tę jego Kasię.








Done... Co myślicie? Zawiedzeni? Muszę się wam przyznać, że miałam uśmiercić Andrzeja. Przekonała mnie dopiero siotra, która powiedziała, że lepiej pisze się złe zakończenia, ale czyta szczęśliwe.
Ta cała protonoterapia, o której też usłyszałam o przez przypadek pewnego dnia w radiu, gdy jadąc samochodem (tak, myślałam o opowiadaniu w każdym momencie) rozmyślałam nad tym, czy byłby jakikolwiek ratunek dla profesora, jeśli akcja toczyłaby się w prawdziwym życiu.
No i prosze.

Ale....


To nie koniec moi drodzy. Jak zapewne wiecie, nie można zaplanować wszystkiego. Nie można zaplanować kiedy pojawi się nowa częsć, ani ilości rozdziałów opowiadania. Dlatego też to jeszcze nie koniec historii. Co mam na myśli - przed wami kolejna - ostatnia część. Mam nadzieje, że to dobra wiadomość. :)

czwartek, 12 maja 2016

Fragment rozdziału 32 cz. II


Fragment


"(...)
- Andrzej... - kobieta ułożyła swą dłoń na ramieniu mężczyzny, muskając delikatnie swymi palcami jego szyję. Odwrócił swoje spojrzenie na dawną kochankę i z ciepłem bijącym z jego oczu chwycił jej drugą dłoń, która bezpiecznie spoczywała na jej kobiecym udzie. Podsunął rękę Kasi pod swe wargi i złożył na jej skórze długi pocałunek. Kobieta tylko przez chwilę była zaskoczona; później to odczucie ustąpiło i pojawiło się nowe, dziwnie przyjemne i przyprawiające o ucisk w podbrzuszu. Andrzej oderwał swe usta od kobiecej dłoni i pochylił się nad jej właścicielką. Zawisł tak chwilę nad jej twarzą, obserwując jej rozchylone wargi. Uniósł lewą dłoń, by odgarnąć kosmyk jej ciemnych włosów za ucho. Tak bardzo nie lubił, gdy piękna twarz jest nimi przysłonięta. Jej żuchwa wydała się tak idealnie zarysowana, tak delikatnie zarazem, że odważył się przesunąć po niej swymi palcami. Zareagowała. Pochyliła się nad jego dotykiem, tracąc kontrolę nad sobą. Mężczyzna dostrzegł, jak ona poddaje się mu, więc zbliżył się jeszcze nieco. Czuł jej oddech na swoich zimnych, spękanych wargach. Taki ciepły."


Obiecany ;)
Jak tylko napiszę resztę dodam rozdział ;) Ostatni...

News

Pisze do Was już z emigracji ;) Jednak Polska jest naprawdę ładnym krajem.
Zabrałam się też do pisania ostatniej części. Będę wykorzystywała każdą wolną chwilę i mam nadzieje, że na tę część nie będziecie musieli już długo czekać.

Fragment może się pojawić jeśli chcecie.

Pozdrawiam Was ciepło :)

piątek, 6 maja 2016

Rozdział 32 cz. I

   Wolnym krokiem podszedł do okna. Ułożył spękane dłonie na białym parapecie i zmrużył oczy, by dostrzec obraz parku na tyłach placówki szpitalnej. Strugi deszczu, tak obficie spływające po szybie okna, zniekształcały jednak owy widok. Okropna chmura deszczowa zawisła nad Krakowem i od dobrych kilkudziesięciu minut jednym szumem spuszcza hektolitry wody na ziemię. Mężczyzna jednak nadal jak zahipnotyzowany uparcie wpatrywał się w ową szybę. Przy szarych chmurach, które spowijały otoczenie, park wydawał się być jeszcze bardziej zielony i tętniący naturą. Życiem. Gdzieś na niebie, w jaskrawszych miejscach dawało o sobie znak słońce. Niby żadne promienie nie przebijały się przez szare kłęby, lecz świadomość tego, że owa gwiazda jest gdzieś właśnie w tym miejscu, była jeszcze piękniejsza niż zwykły słoneczny poranek.
I może to wszystko nie miałoby tak wielkiego znaczenia, gdyby nie strach przed utratą tego? Może gdyby Andrzeja nie czekała teraz eksperymentalna terapia, która nie dawała gwarancji na powodzenie w wyleczeniu nowotworu i może gdyby nie czekały go tygodnie agresywnej chemii, której musiałaby się poddać w razie, gdyby nowatorska metoda nie dawałaby swych rezultatów, może wtedy nie przejąłby się tym, że już nigdy nie podejdzie do okna, bo nie będzie miał na to dostatecznie wiele sił?
Wyjął telefon z kieszeni białej, jednoczęściowej, sięgającej do kolan koszuli nocnej, w której wyglądał dokładnie tak samo, jak każdy inny pacjent tejże kliniki. Chwycił pewnie urządzenie i wybrał niespiesznie numer do brata. Odczekał moment, gdy w słuchawce odezwał się zaskoczony chłopak.
- Mam mało czasu, zaraz mnie zabierają. - zaczął ochrypłym głosem. - Mówią, że jest szansa. - dodał.
- Hej, to świetnie! - Adam podniósł się z łóżka powoli, by nie zbudzić śpiącej tuż obok Consalidy. Ominął porozkładane na podłodze walizki i podszedł do okna. W Warszawie słońce przegnało deszczowe chmury i raziło chłopaka w oczy. Ten jednak uparcie stał przy nim i tak jak jego brat spoglądał na mijających się na ulicy ludzi.
- Świetnie - powtórzył. - Dojechaliście już do tej Hiszpanii? - zmienił temat. Nie potrafił rozmawiać o swoich słabościach. Lubił czynić pozory silnego człowieka, a za takiego przecież uchodził. Trudno stwierdzić, czy rzeczywiście silnym był. Która z jego stron jest tą prawdziwą? Mężczyzna przybity wieloma przejściami, czy mężczyzna, którego te przejścia zahartowały i uczyniły człowieka ze stali? Który z nich pozostanie, jeśli profesor odzieje się z wszelkich masek?
Jednak te na pozór przeciwstawne cechy potrafiły ze sobą idealnie współgrać. Dopasowały się do siebie i żadna nie mogła obejść się bez tej drugiej. Niczym dwie strony medalu - jedna i druga tworzyły całość. Jing i Jang - dobro i zło; słabość i siła.
Poprzez swe doświadczenia życiowe mężczyzna poznał kolejną stronę samego siebie. Andrzej Falkowicz zawsze miewał przebłyski dobroci, lecz sukcesywnie wypierał je ze swej świadomości i pozwolił sobie uwierzyć, że jest potworem bez serca. A to zabawne, bo chyba nikt na całym bożym świecie tak bardzo nie mylił się co do siebie, jak on właśnie.
Przenieśmy się na chwilę do momentu, kiedy Andrzej (jeszcze wtedy Baran) chodził do szkoły licealnej. Był to dokładnie czas, gdy chłopak rozpoczynał okres pełnoletności. Poczucie wolności i niezależności można by powiedzieć, lecz nie u tego młodzieńca. Jedyne co on wtedy czuł, to strach. Jako że stracił prawa do przebywania w sierocińcu, stał się wrzucony w świat dorosłych w najgorszym z możliwych sposobów. Nie było przy nim osoby, która wsparłaby go finansowo, czy choćby radą na przyszłość. Zmuszony do samozaradności chłopak, dopiął wszelkie formalności dotyczące zasiłku, z którego miał się utrzymać, oraz mieszkania socjalnego. Poczucie dumy spłynęło na niego, gdy udało się przebrnąć przez całą machinę biurokracji. Poczuł, że jeśli tylko zechce, może zdziałać naprawdę wiele.
Zaskakujący dla wielu może być fakt, że Andrzej nie uczył się wspaniale. Co więcej - w drugiej klasie ledwo zaliczył chemię, a zrobił to dopiero za drugą poprawką, którą nota bene również wyżebrał u pani profesor. Już wtedy jego urok osobisty i czar działał na kobiety. Lecz nie używał go w sposób perfidny, dla swoich korzyści wyłącznie. Adorowanie kobiet sprawiało mu ogromną przyjemność.
Lecz do rzeczy. Któregoś dnia, gdy nadszedł czas egzaminów końcowych z przedmiotu, który Andrzej upodobał sobie szczególnie. Nie trudno się domyślić, że chodziło o biologię. Coś pociągającego odnalazł w tej dziedzinie, lecz może już wtedy postanowił sobie dostać się na medycynę. Początków tej pasji nie jestem w stanie prześledzić, gdyż najprawdopodobniej istniała ona od zawsze w umyśle młodego Barana, a zacięcie jakie nim zawładnęło musiało go doprowadzić na sam szczyt w fachu.
Z niewytłumaczalnym zapałem podszedł młody wówczas chłopak do przygotowań. Uczył się całymi nocami przy świetle zwykłej latarki i wypożyczał coraz to nowsze egzemplarze podręczników. Jego mieszkanie socjalne, jakie otrzymał po odejściu z sierocińca było małe i dość obskurne, lecz w tej samotni nie znajdował innego zajęcia jak nauka i snucie marzeń o lepszej przyszłości.
Dzień przed testem przyszedł do niego jego znajomy z klasy. Jedyny kolega, z którym Baran utrzymywał względnie przyzwoity kontakt. Owy chłopak poprosił wtedy o chwilę rozmowy. Okazało się, że Tadeusz, bo tak miał na imię rówieśnik Andrzeja, stracił właśnie miłość swojego życia. Długa historia o niedopasowaniu charakterów, lecz puenta jest taka, iż dziewczyna postanowiła definitywnie zakończyć ich związek. Mężczyźni postanowili zapić smutki, a nad ranem udali się z potwornym bólem głowy do szkoły.
- Już po mnie. - Tadeusz podał swoją kartkę do przodu, a gdzie siedział Andrzej. Mężczyzna złożył testy i podał je kolejnej osobie. Obaj wiedzieli, że nie dostaną się na
wybrane kierunki studiów. Lecz gdy przyszły wyniki zaskoczeni byli obaj panowie. Otóż zdali oboje, choć Tadeusz minimalną liczbą punktów.
I mimo że Andrzej nigdy nie przyznał się do swojej małej zasługi, to skrycie tłumaczył sobie, że robił to tylko dla siebie. Tadeusz był jego jedynym kolegą, a gdyby ten nie przeszedł do następnej klasy, profesor zostałby sam.

Falkowicz ocknął się z zamysłu. Minęła zaledwie chwila, podczas której Adam zdążył wyjaśnić powody opóźnienia jego lotu do Hiszpanii. Mężczyzna przytaknął głową z telefonem w dłoni. Dostrzegł, że do jego sali weszły Kasia z Matyldą, więc postanowił zakończyć rozmowę z bratem.
- Adam, muszę kończyć. - Matylda rozsiadła się na łóżku ojca.
- Ale daj znać...
- Kaśka da. - dokończył zanim brat wymusiłby na nim obietnicę. - Na prawdę cieszę się, że ułożyłeś sobie w końcu życie. - Adam uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na śpiącą jeszcze w łóżku Wiktorię.
- Nawet jeśli to Wiki? Naprawdę nie powiesz mi, że to zły wybór? - ściszył nieco głos, by mimo wszystko dziewczyna go nie usłyszała.
- To jest twój wybór Adam. Już dawno go podjąłeś.
- Czyli mam twoje błogosławieństwo? - chłopak zaśmiał się do telefonu, doskonale znając odpowiedź.
- Do usłyszenia, bracie.







Dobrze, więc jest. Niewiele, ale zawsze.
Jak się pewnie domyślacie w następnych częściach zastosuje przeskok czasowy. Zapewne nie jeden, ale jak wielki... zobaczycie.
Chwilo niepewności trwaj ;)






środa, 4 maja 2016

Ostatni next

A więc z ostatnim rozdziałem jest trudniej. Dlatego że mam bardzo mało czasu na napisanie go. Dla mnie to wiadomość tragiczna, a dla was wręcz wspaniała.
Otóż jeśli do piątku nad ranem część się nie pojawi, to będę musiała znaleźć sposób na dodanie jej już zza granicy. Z różnych względów wole to zrobić szybciej, dlatego czeka mnie pisanie po nocach. Zatem proszę o wyrozumiałość, gdyby nie daj Boże pojawiły się błędy jak np. "rze". One zostaną prędzej czy później poprawione ;)


Fragment postaram się dziś dodać ;)


Pozdrawiam ciepło!