Ze specjalną dedykacją dla autorki zmian na tym blogu
Patrycji <3
Ocknął się w środku nocy na kanapie w salonie. Lekko skonsternowany rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu dookoła. Zupełna pustka i cisza. Zaskoczony był jednak najbardziej tym, że jego oddech był znacznie cięższy niż zazwyczaj, zupełnie jakby coś uciskało jego klatkę piersiową. W momencie zorientował się, że to nie jego choroba uprzykrza mu życie, tylko słodka istota, która zasnęła z głową na jego torsie. Uśmiechnął się na widok beztrosko drzemiącej Matyldy i wolną ręką podciągnął koc, którym oboje byli przykryci. Zdziwił się jedynie, że mała nie spadła z tej wąskiej wydawałoby się kanapy. Ona jednak nawet we śnie potrafiła przytrzymać się kurczowo ciała swojego przybranego ojca. Wcisnęła się w wąską przestrzeń pomiędzy oparciem mebla, a ciałem profesora i przylgnęła do Andrzeja, powodując ten właśnie ucisk na klatce piersiowej mężczyzny.
Mimo wszystko dla większej asekuracji (choć najpewniej jednak tak z potrzeby chwili) ułożył swą rękę na plecach dziewczynki. Matylda poruszyła się w efekcie i wymamrotała coś pod nosem. Andrzej znieruchomiał na moment, nawet jakby oddychać zaprzestał, byle tylko nie zbudzić małej. Gdy ta już uspokoiła się i dalej trwała w objęciach Morfeusza, Falkowicz również odprężył się, ale też wznowił swe ciężkie oddechy.
Ta chwila mogłaby trwać w nieskończoność. I gdyby tylko miał taką moc, zatrzymałby czas w tym momencie właśnie. Niczego więcej do szczęścia nie było mu potrzeba niż bliskość ukochanej córki. To ona dawała mu nadzieje na lepsze jutro. To dla niej chciał przejść przez to gorsze jutro. Wszystko dla tej małej kruszyny, która ścisnęła właśnie jego podkoszulek (zapewne śniło się jej coś interesującego). Matylda dawała mu poczucie spokoju, choć nie potrafił wytłumaczyć mechanizmu tego zjawiska. Po prostu nie mógł sobie wymarzyć lepszego potomka.
Zerknął na okładkę książki, która leżała na ławie. Była otwarta, lecz ułożona kolorową tekturą do góry. Dziewczynce tak spodobała się ich ostatnia wyprawa do kina, że zażyczyła sobie, aby Andrzej przeczytał jej "Małego księcia" na wieczór.
"Nie mogę się z tobą bawić. - odparł lis. - Nie jestem oswojony." Przeczytał kawałek tekstu, który już wczorajszego dnia wydawał mu się intrygujący. Taki prosty, lecz trafiony w punkt.
"A jeśli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować." Nigdy wcześniej nie sądził, że dziecięca lektura wyda mu się tak bardzo pasująca do niego samego.
- Oswoiłaś mnie. - westchnął, wypełniając niemym pomrukiem pomieszczenie.
Adam, który został wyrwany przez dyrektora Trettera z urlopu przemierzał teraz korytarz leśnogórskiego szpitala. Lekko poddenerwowany faktem, iż jego przełożony nie liczy się z wcześniejszymi ustaleniami. Wszak oddział chirurgi posiadał odpowiednie zaplecze specjalistów, a bywało nawet, że sam Krajewski musiał pełnić zastępstwa za swoich kolegów na urlopach. Chłopak rzadko prosił o urlop, teraz jednak przydarzyła się sytuacja wyjątkowa i nie wyobrażał sobie siedzieć na dyżurze, kiedy jego ciężko chory brat zostaje zupełnie sam w domu. Andrzej nie znosił kontroli, ale takiej potrzebował. Zawsze ktoś musiał być w pobliżu, by upewnić się, że ten nie zasłabł.
Zdenerwowany już coraz bardziej, wszedł do gabinetu dyrektora. Trzasnął drzwiami, być może trochę za mocno. Usiadł jednak nie zrażony karcącym spojrzeniem mężczyzny przed nim i oczekiwał na wyjaśnienia. Dyrektor założył na głowę wiszące wcześniej na srebrnym łańcuszku okulary, zmrużył oczy, by dokładniej zlustrować oblicze podwładnego.
- Słucham panie dyrektorze. - brunet założył nogę na nogę i oparł się wygodnie o krzesło. Był przekonany, że powód jego dzisiejszej wizyty jest zupełnie błahy i równie dobrze mógłby dowiedzieć się o tym przez telefon.
- To ja słucham doktorze. - Adam zmarszczył brwi skonsternowany.
- Nie rozumiem...
- Nie uzgodnił pan ze mną swojego urlopu, a mimo wszystko nie pojawia się w szpitalu już od trzech dni. - chłopaka lekko zaskoczyły słowa przełożonego. Przecież ten doskonale wiedział, jaka jest sytuacja, a i zorganizował za siebie zastępstwo.
- Dostarczyłem panu podanie o urlop na żądanie.
- Zgadza się. Podanie, którego nie przyjąłem. - jakiś zimny dreszcz przeszył ciało chłopaka. Nie sądził, że Tretter może mu stwarzać aż takie problemy. - Rozumiem pańską sytuację doktorze, ale ja potrzebuje specjalistów. Na oddziałach. Nie na zwolnieniach. - starszy mężczyzna pochylił się nad Adamem i odważnie patrzył w jego zszokowane oczy.
- Pan nie rozumie. Ja chyba mam prawo do wolnego... - chłopak nerwowo wiercił się na niewygodnym krześle. Cała sytuacja powoli zaczęła go piekielnie stresować.
- Nie, kiedy na chirurgii brakuje lekarzy. - odparł nisko i powoli przełożony chłopaka.
W Adamie aż kipiało ze złości. Znalazł się w potrzasku. Potrzebował tej pracy, lecz urlop był konieczny. Nie widział możliwości, aby mogło się stać inaczej. Za bardzo martwił się o Andrzeja, by zostawić go samemu sobie. Poczuł się za kogoś odpowiedzialny, a to rodziło pewne zobowiązania.
Pomyślał wtedy, że byłby nawet gotów posunąć się do radykalnego rozwiązania problemu, jeżeli takowe byłoby konieczne. Jeśli przełożony postawi mu ultimatum, chłopak poważnie zastanowiłby się nad zmianą pracy. Już od dawna o tym marzył, a teraz nadarzyłaby się ku temu okazja. Ten szpital był dla niego drugim domem, dopóki nie zaczął zmieniać się w zbieraninę przykrych wspomnień. Prawda, przeżył tam piękne chwile, ale również te najgorsze w jego życiu.
Nic go tam nie trzymało. Ludzie zaczęli się zmieniać, dawni przyjaciele odeszli, kobiety patrzą na niego wilkiem... Był gotów zrezygnować ze stanowiska, jeśli tylko znalazłby do tego pretekst.
- Proszę mówić w prost dyrektorze. Zwalnia mnie pan? - Adam był już spokojniejszy, lecz może tylko z pozoru.
- Nie. Chociaż pewnie powinienem. - mruknął, surowo lustrując podwładnego. - Co się z tobą dzieje chłopaku? - Krajewski jednak spuścił wzrok; nie miał odwagi spojrzeć dyrektorowi w twarz. Chociaż może po prostu chciał, by złość wymalowana w jego brązowych oczach tak wyraźnie, nieco zelżała.
- Dyrektor wie, jaka jest sytuacja... - zaczął niepewnie.
- Doszły mnie słuchy. - starszy mężczyzna odrzekł spokojniej. Ten teraz obserwował bruneta spod wyrazu współczucia. Z lekkim zawahaniem ułożył w głowie pytanie, lecz zastanawiał się, czy powinien je zadać. Ale jako przełożony również miał prawo wiedzieć o stanie zdrowia swych pracowników. - Jest aż tak źle? - dodał niepewnie Tretter.
- Jest... - zastanowił się na moment. - Sam pan wie, jaki on jest. Udaje silnego, a... - zamilkł. Oboje zawisnęli w ciszy. Lecz nie była to ani trochę kłopotliwa cisza, nic z tych rzeczy. Obaj panowie rozmyślali na stanem zdrowia profesora Falkowicza. Może dla dyrektora Trettera nie był on bliską osobą, być może nawet nie obdarzaną szczególną sympatią, lecz jednak człowiekiem, z którym łączyła dyrektora bliska współpraca. Po ludzku przejął go los osoby, z którą widywał się dość często, pracował, którą podziwiał za znakomity warsztat. Jednego dnia pracuje, a drugiego okazuję się, że musi walczyć o życie. To zawsze dotyka. Każdego w różnym stopniu, ale dotyka.
- Dobrze... - Adam spojrzał na dyrektora zdezorientowany - Dobrze, masz urlop do odwołania. Znajdę kogoś na twoje miejsce na ten czas. - chłopak jednak nie do końca przyjął do wiadomości to, co zostało mu powiedziane. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
- Do odwołania? - zupełna pustka w jego umyśle; jakby sparaliżowane neurony; nic nie rozumiał.
- Teraz na nic mi się nie przydasz. Więcej byłoby z ciebie szkody, niż pożytku. - łysy mężczyzna założył okulary na swój nos i złapał dokumenty, które miał pod ręką. Adam widząc jego zachowanie, wstał niepewnie, wciąż rozmyślając co oznaczają owe słowa "do odwołania". Przecież leczenie brata może potrwać lata, a żaden szpital nie czekałby tyle na swojego specjalistę.
- Czyli jednak zwolnienie? - Tretter podniósł wzrok na podwładnego.
- Urlop przymusowy. - oboje czuli, że jakieś niedopowiedzenie wkradło się do ich rozmowy. Z czego ono wynikało? Śpieszę wyjaśniać.
Otóż dyrektor mimo wszystko pozostawał twardym praktykiem, a statystyki mówiły same za siebie. Nowotwory płuc w zdecydowanej większości bywały nieuleczalne i co za tym idzie - śmiertelne. Falkowicz dodatkowo, jak powszechnie wiedziano, był obciążony innymi chorobami. Tak więc głowa szpitala nie dawała swemu wybitnemu podwładnemu wiele czasu. Jego zdaniem profesor niedługo pożegna się z życiem, a Adam może jedynie wykorzystać ten czas, czuwając przy bracie. Nie stanowiło to dla dyrektora różnicy, że nowotwór zdiagnozowany u profesora był we stosunkowo wczesnym stadium, być może nawet Stefan Tretter nie chciał brać tego pod uwagę. Tak więc dyrektor pogodził się już z myślą o zbliżającej się śmierci podwładnego, kiedy ten miał jeszcze pewną szansę na wyzdrowienie.
Spoglądał teraz wzrokiem, którego kompletnie nie rozumiał brat Falkowicza. Adam w ogóle nie pojmował litości, którą obdarzał go szef. Na co mu była ona? I dlaczego akurat Krajewskiego wspomaga on w chwilowych problemach. A chłopak wierzył, że wszystko się ułoży. Nie dopuszczał do siebie myśli o jakimkolwiek niepowodzeniu. W końcu to naturalne.
Adam zdał sobie sprawę, jak niewiele wie jeszcze o swoim bracie. Jak bardzo chciałby spędzić z nim te kilkadziesiąt, czy choćby kilkanaście lat życia; odzyskać stracony czas dzieciństwa. I już zatęsknił za tym, co zostało mu przed laty odebrane. Możliwość poznania Andrzeja, jego brata. Zawsze skrywał w sobie żal do rodziców, że ci tak odsunęli bliską mu osobę z jego życia. Teraz mogło nie starczyć czasu, by odrobić to, co bezpowrotnie utracone. A to dawało mu siłę do walki. Nawet jeśli miałby być jedyną osobą, która walczy o życie Andrzeja, nawet jeśli sam brat miałby już dość.
Wracał do auta na szpitalnym parkingu, jednak ktoś koniecznie chciał z nim porozmawiać. Odwrócił się w stronę wołającej jego imię rudowłosej lekarki. Wiktoria podbiegła do niego i stanęła przed nim. Trochę zmieszana zaczęła rozmowę, starając się zatrzeć złe wrażenie po ostatniej kłótni.
- Zobaczyłam, jak wychodzisz z gabinetu Trettera. - zaczęła, choć nadal z wątpliwą pewnością siebie.
- Tak, wezwał mnie. - przerzucił kluczyki z dłoni do dłoni. Spojrzał gdzieś w bok, nie zamierzał długo z nią rozmawiać. Jedyne na czym mu teraz zależało, to aby jak najszybciej zakończyć tę bezproduktywną dyskusję. Tym bardziej, że najpewniej skończyłaby się kolejną sprzeczką. Consalida ostatnio nie była dobrym rozmówcą. Jej wahania nastrojów potrafiły ujawnić się w najmniej odpowiednim momencie.
- Na dywanik?
- Chciał przedyskutować mój urlop. - odpowiedział warząc każde słowo. Kobieta pokiwała głową, starając się kierować rozmową tak, by przebiegła ona swobodnie.
- Znikasz na dłużej?
- A jakie to ma znaczenie? - nie mógł już znieść tej sztucznej atmosfery.
- Dla mnie ma. - uśmiechnęła się ostrożnie. - Jesteś moim przyjacielem. - dodała. Adam prychnął, kiwając przy tym głową. Trudno powiedzieć, co go tak naprawdę wtedy zirytowało, lecz jedno jest pewne - Wiktoria nadszarpnęła sobie zaufanie, jakim darzył ją kolega.
- To może też zacznij zachowywać się jak przyjaciółka. - ostatnie słowo wypowiedział jakoś z obrzydzeniem.
- Wiem, przepraszam za tamto. - Kobieta skubała nerwowo skórki przy paznokciach. Nie chciała zaprzepaścić przyjaźni, jaka połączyła ją z brunetem przez kilka słów wypowiedzianych bezmyślnie. Starała się wprowadzić ład w swe życie, ale czasami potykała się o własne nogi. Tak się właśnie złożyło, że jedyną oznaką stabilizacji w jej życiu była właśnie przyjaźń z Krajewskim. To na tego chłopaka mogła liczyć, kiedy w życiu prywatnym miała problemy. Może i nie zwierzała się z wszystkiego, ale wiedziała że miała w nim oparcie. - Nie powinnam była tak na ciebie naskoczyć. Mam nadzieje, że kiedyś mi to wybaczysz. - zerknęła nieśmiało na chłopaka, unosząc jedną brew niepewnie. Adam przestąpił z jednej nogi, by przenieś ciężar ciała na drugą. Zacisnął usta, przyglądając się rudowłosej dziewczynie.
- To nie było fair. - uniósł jedną brew ku górze. Kobieta wspominając oskarżenia, jakie niedawno kierowała w stronę chłopaka, przytaknęła od razu.
- Wiem. Jeszcze raz bardzo cię za to przepraszam. Wcale tak nie uważam. Ja po prostu... - jednak chłopak przyciągnął do siebie kobietę i objął mocno dłońmi. Uścisk zgłuszył słowa lekarki, jaki miały być jej tłumaczeniem. Nie musiała się tłumaczyć. On tego nie potrzebował, już nie.
Andrzej przebudził się po zaledwie kilku godzinach snu. Ledwie zdołał zsunąć z siebie małą dziewczynkę, która tej nocy smacznie spała nieprzerwanie w tej samej pozycji. Wtulona w tors przybranego ojca, niechętnie rozstała się z jego ciepłem. Wymamrotała coś niezrozumiałego pod nosem i wcisnęła twarz w poduszkę, która biła takim samym ciepłem jak ciało Andrzeja.
Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok, unosząc w swym charakterystycznym wyrazie jeden kącik ust go góry. Obrócił się gwałtownie w miejscu, lecz ruch ten był zdecydowanie za szybki. Pojaśniało mu przed oczami i po omacku łapiąc oparcie kanapy, przysiadł na niej ostrożnie. Szum w głowie zagłuszał jakiekolwiek dźwięki, dochodzące z otoczenia. Przymknął na chwilę powieki i starając wsłuchać się w jedyny znajomy odgłos - pukanie jego serca - uspokajał organizm. Powinien bardziej uważać. Jest lekarzem i doskonale zna konsekwencje tak mocnego osłabienia. Musi się pilnować, by kolejnym razem nie zachwiał się przy własnym dziecku.
Przeklął się w myślach.
Gdy wzrok powoli zaczął odsłaniać obraz zza białej mgły, a i słuch wrócił do normy, mężczyzna podniósł się powoli z kanapy. Kątem oka zerknął jeszcze na Matyldę, by upewnić się, czy ta w istocie nadal spała. Odetchnął z ulgą, kiedy mała nadal pozostawała niczego nieświadoma.
Ruszył do kuchni, by przygotować dla nich śniadanie. Zgrabnym ruchem pokroił pieczywo i bułki, które zaskoczony znalazł w szafce. W tej chwili postanowił, że podziękuje Adamowi, gdyż kiedy otwierał kolejne półki jego zdumienie nie miało końca. Chłopak postarał się o wszystko, choć nikt go o to nie prosił.
Odgrzał naleśniki zawinięte w aluminiowej folii i ułożył je jako ostatnie na jadalnianym stole. A było na nim wszystko, czego można sobie tylko zamarzyć. Od ciemnego i białego pieczywa, po trzy rodzaje płatków śniadaniowych, które zwykł kupować odkąd pojawiła się w jego domu ta mała dziewczynka. Chciał, by Matylda mogła wybierać i nasyciła się przed dzisiejszym dniem.
Odebrał dzwoniący telefon i usłyszał dobrze mu znany kobiecy głos.
- Będę za kwadrans. - usłyszał.
- Świetnie. Zjesz z nami śniadanie. - ułożył dodatkowe, czwarte nakrycie na stole.
- Nie, Andrzej... Zabiorę tylko Matylde. Nie zamierzam zajmować wam wiele czasu.
- Moja droga... czasu mam aż nadto. - prychnął z nutą rozgoryczenia w głosie. - Poza tym twoja kawa już stygnie na stole. - dodał nonszalancko, nasypując jednocześnie ziarenka kawy, by dopiero przygotować kofeinowy trunek dla kobiety. - To jak? Nie daj się prosić Kasiu. - uśmiechnął się do siebie, doskonale zdając sobie sprawę ze swej przewagi.
- Dobrze. Niech ci będzie. - odezwała się po chwili zastanowienia. - Wygrałeś.
Całą trójką szli brzegiem jeziora. On, Matylda i Kasia wybrali się nad pobliską wodę, by poobserwować wiosenny krajobraz tego terenu. Mimo oporów kobiety udali się tam jednak i spędzali przyjemnie ten czas. Andrzej nareszcie mógł się odprężyć i pooddychać świeżym powietrzem, Matylda goniła fale, co raz to mocząc sobie podeszwy butów, kiedy to nie zdążyła uciec przed wodą. Kasia natomiast nadal nie potrafiła wyjść z podziwu dla Andrzeja. Już śniadanie, do którego została zaproszona uświadomiło jej, jak bardzo mężczyzna musiał się starać, by przygotować dla nich taką ucztę. Do tego ta wycieczka za miasto. Co prawda jej córka była wniebowzięta, ale ta krótka podróż znaczyła znacznie więcej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Nie zdziwiło ją to, że mężczyzna wybrał właśnie tę stronę brzegu zbiornika wodnego, podczas gdy to z drugiej strony znajdowało się najwięcej atrakcji turystycznych. Lecz nie o atrakcje tutaj chodziło, lecz o przywołanie wspomnień i oboje dawni kochankowie o tym wiedzieli. To właśnie nad tym brzegiem spotkali się przed jego wyjazdem lata temu. To tutaj spędzili jedyne upojne chwile, jakie dane im było w ciągu ich krótkiego, lecz intensywnego romansu.
- Jeśli chodzi o twoje leczenie...
- Błagam cię, nie psujmy tej chwili. - wszedł jej w słowo. Zmarszczył zniesmaczony brwi, oglądając się za dziewczynką, która biegała beztrosko przed nimi. - Domyśliłem się, że planujecie wysłać mnie do kliniki w Krakowie, ale to się wam nie uda. - mężczyzna zaskoczył tymi słowami Smudę. Do tej pory nie zdołała poinformować przyjaciela o swoich i jego brata planach, ale nie sądziła, że ten sam dojdzie ich zamiarów.
- Ale się udało. - uśmiechnęła się dumnie do niego. Ten zatrzymał się na chwilę, by móc lepiej przyjrzeć się jej szczęśliwej twarzy. Nie dowierzał, choć Kasi twarz nie pozostawiała mu złudzeń.
- Ale jak? - z osłupienia nie wyrwał go nawet pisk Matyldy, która po raz kolejny nie zdążyła umknąć wdzierającej się na brzeg fali.
- Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, jak wpływowe jest twoje nazwisko. Ale ja dopiero teraz się o tym przekonałam. Pewnie liczą na twoją wdzięczność, gdy już wrócisz do operacji. - wzruszyła ramionami, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Zacisnęła swe kostki na płaszczyku, by uszczelnić swe ciało przed utratą temperatury. Ruszyła po chwili, by rozruszać schłodzony wiosennym wiatrem organizm. Mężczyzna zrównał z nią krok i w ciszy analizował przekazaną mu informację. - Naturalnie zostało jeszcze trochę pieniędzy do pełnej kwoty, ale myślę że jeśli się dorzucisz... - zerknęła na niego żartobliwie. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, cały czas niedowierzając.
- Jesteś niesamowita. - nie przekonywał go fakt, że tego cudu dokonało jego renomowane nazwisko. To upór i zdolności perswazji tej kobiety sprawiły, że niedostępna dla niego terapia będzie możliwa.
- Już kiedyś to słyszałam. - odparła, na co on uśmiechnął się lubieżnie. Doskonale pamiętał, kiedy ostatnim razem wypowiedział te słowa do Kasi.
- W takim razie ja też chciałbym ci coś oświadczyć. - przystanął na chwilę i spojrzał poważnie w oczy dawnej kochanki. - Chce adoptować Matyldę.
Tradycyjnie, proszę o opinie ;)
środa, 30 marca 2016
News
Następny rozdział zamieszczę dziś. Może nie będzie bardzo długi, ale za długo już czekacie.
Ponadto drobnymi (ale zawsze) krokami zbliżamy się do końca.
Od maja czeka mnie też urlop na blogu.
Od 6.05 będę w górach, a potem wyjazd do Anglii. Być może na kilka miesięcy.
Nie wiem jak będzie wyglądała sprawa bloga w tym czasie, dlatego postaram się dokończyć opowiadanie do tego czasu. Nie chcę Was zostawiać z niedokończonym opowiadaniem na tak długi czas.
I tego nie zrobię.
Ale myślcie, że to koniec mojej przygody z pisaniem. Jeszcze napsuje Wam krwi swoimi chorymi wymysłami.
Do zobaczenia wieczorem
Pozdrawiam ciepło!
sobota, 26 marca 2016
Życzenia
Kochani
Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam abyście odnaleźli w sobie choć odrobinę spokoju i aby towarzyszył Wam on nawet w cięższych chwilach.
A gdy zasiądziecie do stołu zastawionym po brzegi, rozejrzyjcie się wokół i zatrzymajcie ten dobry czas, nacieszcie się nim, doceńcie. Bo ci obok to ludzie, którzy są Wam najdrożsi (choćby nie wiem jakie mieli wady).
Szczęścia, zdrowia...
Życzy Wam narrator ;)
Ps. Next nie dziś, nie jutro... you know - święta.
Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam abyście odnaleźli w sobie choć odrobinę spokoju i aby towarzyszył Wam on nawet w cięższych chwilach.
A gdy zasiądziecie do stołu zastawionym po brzegi, rozejrzyjcie się wokół i zatrzymajcie ten dobry czas, nacieszcie się nim, doceńcie. Bo ci obok to ludzie, którzy są Wam najdrożsi (choćby nie wiem jakie mieli wady).
Szczęścia, zdrowia...
Życzy Wam narrator ;)
Ps. Next nie dziś, nie jutro... you know - święta.
![]() |
| Zdjęcie autorstwa K.Smuda & A.Falkowicz - FaDa (Facebook) |
poniedziałek, 21 marca 2016
Rozdział 27
Aż trudno wierzyć, że śmierć sympatycznego, choć notorycznie ignorowanego chłopaka z tej samej szpitalnej sali, towarzysza niedoli i wreszcie irytująco mądrego rozmówcę, tak bardzo dotknie profesora. A jego odejście przeszyło chirurga bezlitośnie na wskroś. Wstrząsnęło, choć nie powinno. Dlaczego więc? Kim więcej był owy Filip, niż każdy kolejny pacjent na stole operacyjnym, którego leczenie nie powiodło się? Wszak zawód, jaki Falkowicz uprawiał zaszczepił w nim znieczulicę na ludzkie odejścia. Zgon był porażką zawodową; owszem czuł się okropnie, gdy z jego winy coś poszło nie tak, lecz nigdy nie przeżywał śmierci obcego człowieka tak głęboko.
Zatem w czym tkwiła różnica?
Na to pytanie narrator postanawia nie odpowiadać wprost. Może w tym przypadku czytelnik okaże się większą spostrzegawczością, niż sam autor.
Lecz śmierć owego chłopaka wywołała lawinę myśli w głowie Andrzeja pozornie nie związanych z odejściem młodzieńca.
Kasia. Kobieta, którą tak głęboko zranił przed laty. Wdał się w romans z młodziutką studentką, który na początku miał być tylko niewinną zabawą. Ta odskocznia od małżeńskiej rutyny okazała się błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Z czasem spodobała mu się owa dziewczyna, oczarowała go, zaskoczyła swoją prostotą, lecz taką w dobrym guście. Zaskoczony odkrył, że przy Kasi czuje się swobodniej, jest mu lżej znosić osobiste problemy. A tych było co nie miara.
Wanda, była żona okazała się kobietą przesiąkniętą światem, którego nie znosił. Przyjęcia, wieczorki zapoznawcze, sympozja, wykłady... wszystko to było okazją do przebywania w środowisku burżuazji medycznej. Lecz owe środowisko okazało się skażone fałszem i podstępami. Chadzał tam z żoną, lecz im częściej to robił, tym bardziej tego nienawidził. Tam nauczył się grać. Ta maska ironisty przywarła do niego tak mocno, że z czasem sam zaczął mieć wątpliwości, kim jest tak naprawdę.
Szanował Wandę. Lecz z czasem nie łączyło ich już nic prócz wspólnych artykułów... i nazwiska. Dopiero ta młoda i (wydawać się mogło) niedoświadczona kobieta pomogła mu odkryć dawno zatracone ciepło. Polubił dziewczynę. Wtedy jeszcze nie sądził, że może to być coś znacznie więcej.
Minęły lata, a ona na nowo pojawiła się w jego życiu. Pewna siebie stanęła przed nim, lecz nieświadoma tego, jak szybko potoczą się ich dalsze losy. On poznał kilka znaczących szczegółów z jej przeszłości. Straciła męża, ma córkę.
Matyldzie. Teraz ma już pewność, że jest wdzięczny Kasi za tamto kłamstwo. Przewróciła jego poukładany świat do góry nogami, ale nadała mu sens. Zdał sobie sprawę, jak wiele stracił w swoim życiu, jak bardzo nieszczęśliwym był człowiekiem. Wiecznie sam.
Kto by pomyślał - Andrzej Falkowicz odnajdzie nadzieje na szczęście przy rodzinie. Czysta herezja. Ba! On sam by tak nie pomyślał.
Otworzył oczy i ujrzał biały sufit swej sypialni. Znów ten piekielny biały sufit. Przewrócił się na prawy bok, nogami rozkopując kołdrę. Ta jak na złość nie chciała się odpowiednio ułożyć pod stopami mężczyzny. Za twarda poduszka przelała czarę goryczy. Leniwie podniósł się na łokciu, zaś drugą dłonią podpierał się przed sobą, by nie stracić pozycji. Powoli przechylił się do przodu i przyjął postawę siedzącą. Czego się spodziewał. Że pierwszego dnia po odstawieniu chemii jego siły nagle powrócą? To wymagało czasu. Ale na całe szczęście zmęczenie powoli mijało. Nieubłaganie powoli jak dla tak temperamentnego profesora, ale mijało. Zostały jeszcze zawroty głowy i uczucie ucisku w klatce piersiowej. No cóż. Typowe dla tego nowotworu.
Zawinął dłonie w pięści i podpierając się nimi po obu swych stronach, podniósł się z łóżka. Zrzucił z siebie pidżamę i założył pierwsze z brzegu szare dresy. Instynktownie podpierając się ścian i poręczy na schodach, zszedł na parter.
Pustka. Brata nie napotkał na swojej drodze, co go lekko zdziwiło. Nie sądził, żeby Adam pojechał do domu, chociażby dlatego, że sam go zapewniał o tym, że nie zamierza ani na chwilę zostawiać starszego brata samego. Zatem chłopak na pewno gdzieś się zaszył, lecz gdzie? Nie ważne.
Wykorzystując chwilę swobody, Andrzej sięgnął swą kurtkę - dawniej służyła mu podczas biegania. Cóż, teraz zostały jedynie spacery. Zapiął biały zamek przy jaskrawo zielonej puchówce, wciągnął sportowe obuwie i wyszedł przed dom.
Wypuścił gęste powietrze i odetchnął tym rześkim, wiosennym.
- Nie za wcześnie? - odwrócił się i ujrzał Adama opartego o ścianę budynku.
- Popalasz? - mężczyzna skinął głową na papierosa trzymanego w dłoni młodszego brata. Ten tylko strzepnął spalony tytoń na trawnik, co lekko zirytowało Falkowicza.
- Tylko czasem. - chłopak ugasił i wyrzucił niedopałek na trawnik. - A ty?
- Nie pale. - odrzekł. - i trzymam porządek na swoim podwórku. - skarcił młodszego brata spojrzeniem i starając się zapomnieć o leżącym w trawie śmieciu, odwrócił się w stronę furtki. Niczego bardziej nie było mu teraz potrzeba, niż chwili spokoju.
- Nie o to pytałem. - krzyknął za nim młodszy Baran.
- Domyślam się. - mruknął pod nosem Falkowicz. - Doprawdy... jeśli zaraz nie zgasisz tego paskudztwa, to jak Bóg mi świadkiem wykreślę cię z testamentu. - Adam schował więc kolejnego papierosa z powrotem do paczki. Młodszy chłopak spojrzał na brata śmiertelnie poważnie, tak jak to Andrzej teraz na niego patrzył. Lecz złość ukryta w każdej z tych par oczu była z natury inna. Ale łączyła ich troska. Tak, te spojrzenia zdecydowanie łączyła wspólna cecha, która zrodziła się z braterskiej miłości.
- No powiesz gdzie idziesz?
- Adam... - lecz mężczyzna nie potrafił określić celu swej zachcianki. Jak miał w kilku zdaniach streścić chłopakowi natłok myśli, który kłębił się w jego głowie. Jakiś niepokój, który w nim narastał był nieznanej przyczyny i musiał znaleźć jego ujście. Jedyny dobry sposób na poukładanie sobie wszystkiego to samotna kontemplacja. - Nie no, nie będę się smarkowi tłumaczył. - ruszył w stronę ulicy, zostawiając brata w tyle.
Szedł przed siebie zabłoconym poboczem, z rękoma w kieszeniach. Zmrużył oczy przez słońce, które teraz świeciło mu w twarz. Chłodny wiatr owiewał jego poliki, a gdy słońce zaszło za deszczową chmurą, zrobiło się jeszcze chłodniej. Uroki wczesnej wiosny.
Stąpał jednak mimo chłodu nieugięcie przed siebie. Nie do wytrzymania było to uczucie żalu, które nim zawładnęło. Bał się, że teraz może stracić kobiety, które tyle dla niego znaczą. Może gdyby wtedy nie zachował się jak głupiec i rozpoczął leczenie od razu. Bądźmy szczerzy. Wszystko inne było wymówką przed terapią. Po prostu się bał. Strach nie pozwalał mu racjonalnie myśleć. Bo jak mężczyzna w sile wieku, robiący światową karierę, znakomity chirurg i wreszcie ojciec miałby pogodzić się ze śmiercią? Taką, która zapowiadała się na wyjątkowo długą i bolesną? Nigdy.
Podniósł brodę wyżej, by spojrzeć przed siebie. Z niezmiennie nachmurzonym spojrzeniem, przyglądał się idącej w oddali postaci. Była tak mała, że mogłoby się wydawać, iż odległość między nimi jest naprawdę ogromna. Lecz rytmiczne podrygiwanie owej osoby dziwnie zainteresowało Andrzeja. Spod zmrużonych oczu przyjrzał się różowej kurtce, która najbardziej rzucała się w oczy. Jednak dystans wciąż uniemożliwiał identyfikację. Zaciekawiony przyśpieszył, choć nieznacznie. Po chwili mógł już przypuszczać, że to dziewczynka, a zdradził to kucyk, który huśtał się na boki w rytm jej kroków.
Poznał te pozawijane w loki włosy. I choć sam nie chciał się do tego przyznać, to na samą myśl, że ową dziewczynką mogłaby być Matylda, jego serce zabiło mu mocniej w piersi. Wysilał zmysł wzroku, by upewnić się, potwierdzić domysły.
Po chwili młoda postać w oddali podniosła głowę i ujrzała mężczyznę z naprzeciwka. Ten znieruchomiał, a owa dziewczynka dla odmiany przyspieszyła kroku. Ta od razu zyskała pewność i moment później biegła w stronę mężczyzny szczęśliwa.
Chlapiąc sobie po drodze na czyściutkie buty, zmierzała ku sparaliżowanemu Falkowiczowi. Przywarła do niego w końca tak mocno, jak jeszcze nigdy nie ściskała swego opiekuna. Objęła go w pasie, a on ocknąwszy się z pierwszego szoku objął ją niepewnie na wysokości jej łopatek. Tęsknili.
Po twarzy małej Smudy spłynęły dwie ogromne łzy, które wchłonęły się w wydawałoby się nienasiąkalny materiał kurtki jej ojca. Andrzej w końcu klęknął, by spojrzeć córce w oczy. Odgarnął nieporadnie jej kosmyki włosów za ucho.
- Zmarzłaś. - odrzekł, gdy dotknął jej zimnej skóry. Mała zaśmiała się tylko, pociągając przy tym nosem. - Skąd się tu wzięłaś? - spytał przejęty trzęsącą się z zima małą. Ta jednak w przejęciu nie dostrzegała, jak jej ciało dygocze pod wpływem chłodnego wiatru.
- Przyjechałam autobusem. - odparła i wtuliła się w ramiona taty. Mężczyzna zacisnął swe dłonie na plecach małej. - Już myślałam, że cię nie zobaczę. - Andrzej zacisnął usta, po raz kolejny poczuł wyrzuty sumienia. Źle to wszystko rozegrał. Nie powinien narażać dziewczynki na takie cierpienia.
- Przepraszam. - jedyne co zdołał wyszeptać.
- Nie zostawiaj mnie więcej. - dodała.
- Nie zostawię.
Kobieta odbywała właśnie spotkanie w sprawie poprowadzenia przez nią sprawy rozwodowej bardzo wpływowej bogaczki. Klientka zastrzegła sobie, że wyrok ma zakończyć się tylko i wyłącznie jej wygraną, a co za tym idzie cały majątek zdobyty podczas jej jakże luksusowego pożycia małżeńskiego miał przypaść właśnie jej. Sprawa była dość skomplikowana, gdyż owa zamożna pani nie posiadała dowodów zdrady ze strony małżonka. Kasia natomiast z zacięciem wzięła się do rozwikłania trudnego procesu. Sprawa bowiem należała do tych decydujących w jej karierze. Smuda wygraną w owym procesie przypieczętowałaby swój huczny powrót na piedestały osób z branży.
- A więc wnosi pani o rozwód z winy małżonka? - Kasia otworzyła swój notes, by ustalić wszystkie szczegóły i niczego nie pominąć przy zbieraniu materiałów.
- Już niedługo. - zadrwiła kobieta. - Chce go puścić z torbami. - zapaliła jeden z cieniutkich papierosów i ze spokojem wypuściła ustami kłęby dymu.
- Rozumiem, że nie ma pani dowodów obciążających pana Korzyńskiego winą za rozpad waszego małżeństwa. - klientka spojrzała lekko zaskoczona słowami prawniczki. Wyjęła z ust dymiący zwitek tytoniu i zmrużyła ledwie dostrzegalnie nieestetycznie podkreślone kredką oczy.
- To już chyba pani interes? - pani Korzyńska założyła nogę na nogę i zaciągnęła się tytoniem.
- Nie rozumiem... - Kasia oderwała na chwilę wzrok od notesiku.
- Płacę i wymagam. Proszę zrobić tak, aby cały majątek przeszedł na mnie. Nie obchodzi mnie w jaki sposób. - wzruszyła swymi kościstymi ramionami i zajęła się dopalaniem papierosa. Kobieta w szponach nałogu wydawała się bardzo butną osobą i z każdą chwilą coraz bardziej irytowała naszą panią mecenas, jednak Kasia zachowywała zimną krew. Wszystko zależało od tej sprawy, a w swoim zawodzie nie raz miała okazję zderzyć się z cięższymi przypadkami. Była najlepsza, bo to ona się nimi zajmowała. Wygrywała sprawy, których inni bali się podjąć. Jako stara wyjadaczka założyła sobie, że wróci w dobrym stylu. Nie mogła dać się rozproszyć pewnej zmanierowanej damie, która naciągnęła bogacza na kasę.
- Przepraszam. - Smuda chwyciła za torebkę w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu. Zdenerwowana, że ktoś przerywa jej tak ważne spotkanie i lekko zażenowana tym, iż zapomniała wyłączyć komórkę, dociera w końcu do źródła hałasu i po raz kolejny przepraszając klientkę, odbiera połączenie.
- Słucham. - w słuchawce usłyszała przepraszający głos nauczycielki Matyldy.
- Pani Katarzyno, dzwonie do pani, aby poinformować o jutrzejszej wywiadówce. Nie jestem pewna czy Matylda przekazała pani tę informację.
- Rozumiem, ale córka na pewno przypomniałaby mi o tym po powrocie ze szkoły. Nie było potrzeby...
- Ale Matylda nie przyszła dzisiaj do szkoły. Pomyślałam, że jest chora więc...
- Jak to nie przyszła? - zdenerwowała się matka dziewczynki.
- No... nie było jej dziś na zajęciach...
- Nie... - wyszeptała do siebie, otwierając oczy szeroko z przerażenia.
- Słucham? Coś się stało? Pani Katarzyno?
- Tak, yyy... przepraszam zapomniałam, że Matylda została dziś u wujka.
- Na pewno? To znaczy... rozumiem. - młoda wychowawczyni dziewczynki lekko zaskoczona postawą matki jej podopiecznej postanowiła nie drążyć. Taka wymówka, choć to dziwne, wystarczyła młodziutkiej pani pedagog.
Zdenerwowana do granic możliwości Kasia nerwowo zbierała swe notatki ze stolika i w pośpiechu zakładała wiosenny płaszczyk na swe ramiona. Zdezorientowana klientka przyglądała się swej prawniczce i głośno szydziła z jej nieprofesjonalnej postawy. Kasia jednak była tak zaaprobowana sprawą dotyczącą jej córki, że kpina ze strony owej bogaczki nie robiła na niej wrażenia.
- Przepraszam. - skwitowała tylko i ruszyła pędem przed kawiarnie, w której trwało zakończone fiaskiem spotkanie.
- Mama wie, że tutaj jesteś? - Andrzej wpuścił przodem do mieszkania młodą damę i pomógł jej rozebrać kurtkę, choć dziewczynka zazwyczaj denerwowała się, kiedy ojciec to robił. Tym razem ten odruch Falkowicza nie został przez dwunastolatkę skomentowany.
- Wie. - odrzekła pewnie, a mężczyzna mierząc surowo przybraną córkę przyglądał się jej zarumienionym policzkom.
- Jasne. - mruknął, domyślając się kłamstwa. Jednak poprowadził małą do salonu i wyciągnąwszy pierwszy lepszy koc, przykrył nim małą po samą szyję. - Zrobię ci gorącą herbatę. - odrzekł i wstawił wodę. Na jego twarzy oprócz chmurnego wyrazu malowało się też zmartwienie. Skoro Matylda mogła przejechać autobusem sama przez pół miasta, to musiała się naprawdę czymś przejąć. Była zaradna i czasami porywcza, ale nigdy nie uciekłaby na drugi kraniec miasta, by odwiedzić swego staruszka. Musiało być zatem coś, co zmusiło małą do takiego postępowania. Coś czego tak naprawdę nie chciał usłyszeć, ale w głębi ducha wiedział, że to kiedyś nastąpi.
- Dziękuję. - wyciągnęła swe rączki spod brązowego koca i sięgnęła nimi kolorowego kubka z jej imieniem. Andrzej wyciągnął łyżeczkę z gorącego naczynia (obsesja każdego rodzica) i przyglądał się spod ściągniętych brwi, jak mała nabiera pierwszego łyka.
- Powiesz mi co się stało? - chowając błyszczący metal w dłoni, oparł się o miękkie oparcie kanapy i zerknął kątem oka na Matyldę.
- Miałeś zadzwonić. - odparła po chwili, a Andrzej dopiero po chwili zastanowienia przypomniał sobie niedawną obietnicę. Złożył ją jeszcze w szpitalu, podczas ich ostatniej rozmowy telefonicznej. Już nie był w stanie zadzwonić tamtego wieczoru. Wyrzuty sumienia na nowo obudziły się w ojcu dziewczynki. Czekała, na pewno zawiodła się nim, kiedy ten nie wywiązał się z danego jej słowa. Nie mógł przecież wpłynąć na to, że tamtego wieczoru jego stan pogorszył się i nie był niczego świadomy, ale i tak czuł się winny. Tak działał smutek w oczach tej młodej pociechy na naszego profesora.
- Widzisz Matyldziu, kiedy człowiek jest chory i słaby, zasypia w najmniej odpowiednim momencie. - córka spojrzała na ojca zaciekawiona. Ten splótł dłonie na brzuchu i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
- Tato? - spojrzał w jej oczy. - Powiesz mi w końcu na co jesteś chory? - dodała niezrażona jego wzrokiem. Widziała, jak walczył ze sobą, widziała jak zaciska usta i unosi brwi.
- Skarbie... - westchnął, układając słowa w jak najdelikatniejszą prawdę. - Kiedyś nawdychałem się niebezpiecznej chemii. Pamiętasz, jak ci mówiłem o tym, że wujek Adam oddał mi nerkę? - mała przytaknęła lekko zdezorientowana wyznaniem ojca. Póki co jego słowa nie łączyły się z tym, co zdołała wywnioskować ze znalezionych informacji na komputerze Kasi. - Wtedy wydawało się, że trucizny już nie ma w moim organizmie, ale okazało się, że ona już zdążyła zrobić swoje. - Matylda przyglądała się tacie, kiedy ten przyznawał się do stanu swego zdrowia. Była tak blisko, że mogła zauważyć, jak cera mężczyzny stała się niezdrowo blada i przesuszona. Gdyby żyłki były na mniejszej głębokości, była pewna, że zobaczyłaby je pod warstwą niemal przezroczystego naskórka. Do tego te zapadnięte policzki, które uwidaczniały kości twarzy. Włosy tak samo jakby zmatowiały, straciły dawny (choć niewielki) blask.
- Dlatego w płucach pojawił się guz, który trochę mi przeszkadza. - odruchowo złapał się za prawą pierś, gdzie to został zlokalizowany owy nowotwór. Jak na zawołanie poczuł lekkie ukłucie w klatce, gdy nabrał głębiej powietrza. Postarał się jednak, by ból nie uwidocznił się na jego twarzy. Ostrożnie wypuścił powietrze i spojrzał na poważne oblicze Matyldy.
- Ale już wyszedłeś ze szpitala. To znaczy, że wyzdrowiałeś, co nie? - zabrał pusty kubek, lecz był zbyt zmęczony, by podnieść się i chociażby odłożyć naczynie na stolik. Ułożył go więc tymczasowo na skórzanym boku kanapy po swej prawej stronie.
- Jeszcze tam wrócę. - odparł ciężko. - Leczenie jest bardzo długie i dlatego co jakiś czas będę musiał kłaść się w szpitalu, żeby lekarze podali mi leki. - ulżyło mu, kiedy wyznał córce całą prawdę. Na duchu podniosła go też reakcja małej, która ze zrozumieniem przyjęła wszystkie informacje. Nigdy nie wątpił w to, że to inteligentna młoda dama.
- Czyli nie wyjedziesz do Krakowa? - spojrzał na małą zaskoczony, lecz po chwili zląkł się hałasu, jaki narobił upadający na podłogę kubek. To z kolei zaalarmowało Adama, który zbiegł po schodach i wpadł do salonu przestraszony.
- Młoda? A co ty tutaj robisz? - chłopak z ulgą spojrzał na spokojnie siedzącego na kanapie profesora i podniósł kubek bratanicy, leżący na podłodze w jednym kawałku.
Po chwili rozdzwonił się telefon Falkowicza. Dostrzegł, kto pragnie z nim rozmawiać i spojrzał krótko na córkę.
- Powiedz, że jest u ciebie. - odezwała się, jak tylko odebrał połączenie.
- Właśnie weszła.
- I że o niczym nie wiedziałeś. - dodała.
- Uwierz mi, dla mnie to też była niespodzianka.
- Niespodzianka... - prychnęła kpiąco, jednak mimo wszystko z ulgą. - To dobrze. Za dużo wybaczania mój drogi. - uśmiechnęła się pod nosem. - Jeszcze niechcący skróciłabym twój żywot.
Gotowa na krytykę :-) Ach i szczerze dziękuje za każdy komentarz! Naprawdę, gdyby nie one, już dawno dałabym sobie spokój z opowiadaniem.
niedziela, 13 marca 2016
Rozdział 26
Kobieta nie mogła dłużej zostać przy swoim przyjacielu. W domu czekała na nią jej córka i opiekunka, która zapewne bardziej niecierpliwiła się na powrót Kasi, niż sama Matylda. Wyjęła z bagażnika spore siatki z zakupami i udała się w stronę klatki schodowej bloku, w którym znajdowało się jej mieszkanie. Zmęczona spojrzała na zawartość dwóch reklamówek. Przez ten czas w cieple jogurty i mleko były już pewnie do wyrzucenia. Ale co tam zakupy. Gdyby tylko one jej teraz zaprzątały głowę.
Bała się o Andrzeja. Gorączka tylko nieznacznie zelżała, a on przez większość czasu spał, albo majaczył na jawie. I trzymała go za tę lodowatą dłoń, której nijak nie mogła puścić. Ścisnął tak, że gdyby nawet próbowała się z niej wyswobodzić, zapewne szukałby jeszcze w zasięgu ręki jej dotyku.
Dziwnie się czuła, gdy napotykała ciekawskie spojrzenia kolegów z pracy Andrzeja, kiedy tak tkwiła uwięziona przy jego łóżku. Najgorsze było mordercze spojrzenie tej Wiktorii, która jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła. Dlaczego ta lekarka jest tak bardzo do niej uprzedzona? Może czuje się zazdrosna? Może kiedyś coś ją łączyło z Andrzejem? Czyżby dawne uczucia odżyły?
Smuda wcisnęła guzik do windy, która jak na złość nie chciała się otworzyć. Niecierpliwie spojrzała na świecące się numerki pięter na górze, by sprawdzić, czy ta stara machina w ogóle ruszyła. Ścisnęła reklamówki w dłoni i zerknęła jeszcze z stronę klatki schodowej.
Jeszcze minuta, ani sekundy dłużej - syknęła w myślach. Nie miała najmniejszej ochoty wnosić tych ciężkich zakupów na czwarte piętro. Już na drugim wyzionęłaby ducha.
Jak na zawołanie otworzyły się te przeklęte wrota. Przekroczyła ich próg i ułożyła wymęczona zakupy na podłodze.
A może to ona, Kasia dała się temu wiecznie aroganckiemu mężczyźnie omamić? Nie, pokiwała głową, pozbywając się tej absurdalnej myśli. Żaden tam z niego arogancki typ, już ona go znała od tej lepszej, ludzkiej strony. Dla niej maski, jakie były kochanek przywdziewał były po prostu marną próbą zakamuflowania swej pokaleczonej duszy. Im częściej starał się pokazać swoją ciemną stronę, tym bardziej ją rozczulał. Odkąd odkrył przed nią, jeszcze lata temu, tę swą czułość, kobieta zyskała pewność, że to właśnie ta cząstka profesora jest tą dominującą. Każda próba oszukania, gry chłodnego drania skazana była na niepowodzenie. Odczytała go.
- Pani Kasiu, a pani nie wychodzi? - rozkojarzona spojrzała na sąsiada, który specjalnie dla niej zatrzymał jeszcze drzwi windy. Uśmiechnęła się cierpko i ruszyła przed siebie. - Chwila! Zakupy! - obróciła się na swych cieniutkich szpilkach i odebrała od sędziwego pana swoje torby.
- Racja. - odebrała swoją własność i tym razem w skupiła się na odnalezieniu właściwych drzwi.
- Młode... a w głowie wiatr. - pokiwał głową straszy sąsiad, poprawiając w lustrze swą czapkę z daszkiem.
Matylda wbiegła do sypialni swej rodzicielki i w pośpiechu odłożyła jej laptop na odpowiednie miejsce. Zamknęła rozsuwane drzwi szafy i jeszcze raz wytarła rękawem mokre policzki i rzęsy. Ruszyła pewnie do przedpokoju, gdzie powitała ją podejrzliwym spojrzeniem jej opiekunka.
- Nie wydasz mnie, co nie? - dziewczyna zaskoczona rozwarła usta, jakby chciała wypytać młodszą Smudę o wyraźnie knutą intrygę. Jednak przerwała jej Kasia, która zdążyła rozpakować zakupy w kuchni.
- Tyle będzie dobrze? - kobieta wyjęła z gustownego portfela stuzłotowy banknot.
- Proszę pani, to za dużo... - matka Matyldy jednak pokiwała głową, po czym uśmiechnęła się do nastolatki przepraszająco.
- Należy ci się. - osiemnastolatka mimowolnie rozchyliła usta i spojrzała na małą dziewczynkę, którą opiekowała się tego dnia trochę dłużej niż zazwyczaj.
- Młoda... - jej oczy powoli rozbłysły. Dziewczyna zwinęła pieniądz i wsunęła go do tylnej kieszeni swych wytartych jeansów. - Chyba będziemy musiały się polubić. - Matylda uniosła brwi zdumiona próżnością swej niani, po czym przewróciła oczami, tak jak to ostatnio zwykła robić w obecności owej nastolatki i ruszyła do kuchni pomóc mamie w przygotowywaniu spóźnionego obiadu. Zadbała o to, by Kasia nie dostrzegła śladów małej kradzieży jej sprzętu, lecz zapomniała o uśmiechu. Jej błyszczące smutkiem oczy i zasępiona mina dawały Smudzie do myślenia. Już wtedy zaczynała podejrzewać, że coś jest nie tak.
Do gabinetu doktor Consalidy wszedł Adam, lecz gdy spostrzegł, że rudowłosa lekarka nie jest tam sama, speszył się nieco. Już miał przeprosić koleżankę za wtargnięcie, gdy ona zaprosiła go gestem dłoni do środka. Niepewnie wszedł w głąb pomieszczenia, spoglądając na Piotra, który siedział na krześle przed biurkiem pani ordynator. Młody chłopak zastanawiał się, czy powinien poruszyć nurtujący go temat, przy osobach trzecich i koniec końców zdecydował poczekać, aż Piotr jednak opuści gabinet. Sprawa była dość delikatna.
- Omawialiśmy z Piotrem projekt zmian na chirurgi. - spojrzała spokojnie na starszego kolegę, na co ten tylko pokręcił głową. - I myślę, że doszliśmy do porozumienia. - skwitowała rudowłosa. Gawryło był wyraźnie nieprzekonany do pomysłu pani ordynator, lecz jej pewność siebie nie pozostawiała żadnemu z tam obecnych złudzeń - cokolwiek postanowiła - klamka zapadła.
- Dobrze, a ciebie Adam co do mnie sprowadza? - nie lubił tego oficjalnego tonu. Ta kobieta była promienną i charyzmatyczną kobietą, a jej maska profesjonalistki zdzierała z jej tonu głosu wszystkie resztki ciepła. Krajewski wyprostował się więc, zgadzając się na stawiane przez jego przyjaciółkę niepisane warunki i beznamiętnym głosem rozpoczął referować przypadek, o który wcale nie miał zamiaru pytać pani doktor. Był to jedynie temat zastępczy, tak dla pozoru.
- Dobrze, więc co zamierzasz?
- Założyć stomię. Potem zastanowimy się nad odtworzeniem ciągłości przewodu pokarmowego. - założył dłonie za plecami, wpatrując się w skupioną minę szefowej.
- Świetnie. Nie wiem po co ci moja opinia. - zebrała w jedną kupkę dokumentację rozłożoną na swym biurku i ułożyła ją do jednej z wolnych teczek.
- Pani ordynator powinna wiedzieć, co się dzieje na jej oddziale. - odrzekł posłusznie, na co kobieta uniosła zdumiona brwi. Wygięła usta w delikatny łuk i pokiwała głową lekko zdziwiona niespotykaną pokorą podwładnego. Piotr obserwował tę sytuację uważnie i wydała mu się ona tak dziecinna, że aż nie warta komentowania. Podniósł się więc z krzesła i pożegnał z młodszymi kolegami po fachu.
- A Adam... - odwrócił się jeszcze do brata Falkowicza - Chciałem z tobą później pogadać.
- Jasne. - brunet kiwnął głową zaintrygowany tymi słowami. - Zaraz przyjdę. - Piotr opuścił gabinet, a Adam jeszcze raz spojrzał na swoją przyjaciółkę.
- Tak?
- Potrzebuję pieniędzy. - zaczął. Kobieta prychnęła zdumiona śmiałością chłopaka.
- Po podwyżkę idź do Trettera. - zajął miejsce naprzeciwko niej i wpatrywał się w nią śmiertelnie poważnie.
- Mówię serio. Potrzebuje kasy i to na już.
- Adam, nie jesteśmy instytucją charytatywną! Skąd ja ci teraz premię wynajdę!? - jednak chirurg pokiwał głową, najwyraźniej został źle zrozumiany.
- Nie proszę cię jako szefową, tylko jako przyjaciółkę.
- Aha! To teraz będziesz wykorzystywał naszą znajomość! - Krajewski zmrużył oczy i zastygł tak na chwilę obserwując, jak rudą hiszpankę ogarnia furia.
- Co? Nie! - pochylił się nad biurkiem, zakładając na nim łokcie. - O pożyczkę cię proszę. - dodał łagodnie. Był przekonany, że teraz przyjaciółka choć trochę wyzbyła się złości.
- W coś się wpakowałeś? - przez myśl przeszło jej wspomnienie dawnych porachunków z bandziorami, z którymi ona i Falkowicz musieli się rozprawić. - Czy ty nie możesz normalnie...
- O czym ty do cholery mówisz! - przerwał jej zdenerwowany. - Andrzej jest chory i...
- I co? I nie może ci tym razem pomóc? - kontynuowała wzburzona.
- Nie! Kurwa, Consalida to ja chce mu pomóc, rozumiesz!? JA! - krzyknął, tracąc nad sobą kontrolę. Nie potrafił już się uspokoić. Krew w nim zawrzała, a gdy tylko przypomniał sobie, w jakiej sprawie tutaj przyszedł, dał sobie z tym spokój. Nie będzie chciała mu pomóc, a on już nie miał zamiaru o nic prosić. Sam zorganizuje tę gigantyczną sumę, choćby nawet musiał odkładać całą swoją pensję.
Wstał gwałtownie, odsuwając z rozpędu metalowe krzesło za sobą. Nie omieszkał też dać upust swym emocjom i trzasnął drzwiami, wychodząc. Zwrócił tym uwagę wszystkich przechodniów, ale nie żałował. Choć trochę zelżała w nim złość na kobietę, która widziała w nim tylko nieodpowiedzialnego dzieciaka.
Zupełnie zapominając o Piotrku, z którym to miał się spotkać, szedł nabuzowany przed siebie. Nie zastanawiał się gdzie, jego podświadomość sama wybrała to miejsce. Skierował się do pomieszczenia na końcu korytarza i stanął w progu ciemnej sali. Spojrzał na brata, który spał już spokojnie. Oparł się o futrynę i w skupieniu liczył spokojne oddechy leżącego mężczyzny. Wyglądało na to, że wszystko wracało do porządku. Zatem kryzys zażegnany. Nieco uspokojony odwrócił się, by wrócić do lekarskiego po rzeczy. Kończył długi dyżur, więc należało tylko pojechać do domu i tam na spokojnie zastanowić się co dalej.
- Tak myślałem, że tu będziesz. - zamyślony nie spostrzegł, że korytarzem szedł do niego Gawryło. W tym jednym momencie żałował, że nie ulotnił się ze szpitala od razu. Miał już dość rozmów z kimkolwiek. Może to przez nawał pracy, albo samą Wiktorię? Odruchowo zerknął za siebie, w stronę Andrzeja. Przez pracę nawet nie miał czasu zajrzeć do brata. Znów odezwały się w nim wyrzuty sumienia. Nie wiedział, że temu się pogorszyło. Zupełny przypadek o tym zadecydował, że znalazł się wczoraj u Andrzeja. Miał oznajmić bratu, że pojawiła się dla niego szansa. Wszedł do sali razem ze Smudą... wtedy naprawdę się przestraszył.
- Sorry, zapomniałem. - mimowolnie przeczesał swą dłonią kruczoczarną czuprynę.
- Jak z nim? - Piotr skinął głową w stronę przyjaciela, marszcząc przy tym czoło. Ten też niepokoił się o stan zdrowia Falkowicza. Pod pewnymi względami byli do siebie podobni. Piotr także był człowiekiem honorowym i zawsze dążył do zrealizowania wymierzonych sobie celów. Zawsze w pełni wywiązywał się z obowiązków - ni mniej, ni więcej. Tymże razem mężczyzna za sprawę priorytetową uznał wyciągnąć przyjaciela z kłopotów zdrowotnych. Tak jak jemu pewnego dnia oznajmił - nie zamierzał spokojnie stać i patrzeć jak ten umiera. Wspomniał też, że to przez dług, jaki zamierza spłacić mężczyźnie. Po części tak było, ale nawet gdyby kiedyś zdążył już spłacić swój dług wdzięczności względem Falkowicza, to i tak zapewne zrobiłby wszystko, by ten wyszedł z choroby.
W końcu to Andrzej wyciągnął go z dołka, kiedy ten miał zamiar zaprzepaścić całe swoje małżeństwo i karierę lekarza. Do dziś pamięta jego szantarz - przyszedł do niego w dniu rozprawy z Tosią. Skubany wiedział, w który punkt uderzyć, żeby Piotrka opamiętać. Teraz, gdy wraca pamięcią wstecz uświadamia sobie, że był to moment zwrotny w jego karierze i gdyby nie Falkowicz... dziś byłby nikim.
- Lepiej. Gorączka spadła. - Gawryło ściągnął brwi, choć był to ledwie dostrzegalny odruch. Nic nie wiedział o pogorszeniu.
- Ustalili przyczynę? - dopytywał starszy chirurg.
- Przecież to oczywiste...
- Nie Adam. - oddalili się trochę, gdy towarzysz Falkowicza z sali poruszył się we śnie. - Gorączka może być spowodowana samym nowotworem, lub infekcją. Chemia osłabia układ odpornościowy, więc przy jakiejkolwiek ranie łatwo o zakażenie. - przecież to było oczywiste, dlaczego więc sam na to nie wpadł? Może oszczędziłby sobie nerwów.
- A więc to wcale nie musi być progres.
- Nie musi. - odrzekł, poklepując strapionego chłopaka po ramieniu. - Słuchaj, weź urlop, wypocznij. W tym stanie na nic się nie przydasz. - brunet spojrzał na niego wymęczonym wzrokiem. Gdyby tylko miał pewność, że to mu pomoże... - Jedź. Wszystkim się zajmę. - dodał, widząc wahanie chłopaka.
- Dobra. Ale dzwoń, gdyby coś się działo. - Gawryło skinął głową, doskonale wiedząc, że nawet gdyby chirurgia przeżywała oblężenia, Adam i tak nie powinien być potrzebny. Wcale nie miał zamiaru go wzywać. Choć swoją drogą młodszy kolega pewnie i tak w tym stanie okazałby się bezużyteczny.
Kolejnego dnia profesor Falkowicz czuł się już na tyle dobrze, by sterroryzować oddział swymi żądaniami. A mianowicie chodzi tutaj o wypis, który został niemal wystawiony pod presją - samego zainteresowanego i pielęgniarek, które nie potrafiły zdyscyplinować chirurga. Tak oto Andrzej postawił na swoim i jeszcze tego popołudnia miał udać się do własnego domu. Z ulgą odpinał wenflon (nie pozwolił na to niedoświadczonej pielęgniarce) i pozbył się założonego mu wkłucia. Z niesmakiem obserwował sine krwiaki zdobiące jego dłonie. Efekt braku profesjonalizmu personelu medycznego, niestety było to bardzo częste zaniedbanie.
Zapiął mankiety błękitnej koszuli i poprawił jeszcze kołnierzyk, który był już idealnie wywinięty. Nareszcie mógł przywdziać strój, w którym czuł się naprawdę dobrze i dystyngowanie. Ileż można chodzić w samej piżamie...
Przyszykował swe buty, układając je tuż przy łóżku i ułożył się ten ostatni raz na wysłużonym materacu. Zadowolony, że niedługo będzie mógł opuścić mury tej ponurej sali, założył obie dłonie za głową i z ulgą wpatrywał się w dobrze sobie znany biały sufit.
- Nawet Soliński jest ci posłuszny. - usłyszał ściszony głos swojego towarzysza. Zmarszczył brwi i przekręcił się powoli w stronę chorego na białaczkę młodego chłopaka. - Zawsze tak rządzisz? - blady młodzieniec zerknął na profesora z pobłażliwym uśmieszkiem. Andrzej uniósł obie brwi zdumiony szczerością sąsiada.
- Nie mów, że tobie się tutaj podoba. - prychnął, spoglądając na zegarek na swym lewym nadgarstku. Spóźniali się z tym wypisem, Adama także jeszcze nie było. Jeśli tak dalej pójdzie, to mężczyzna sam będzie musiał sobie poradzić. Nie miał zamiaru zostawać w tej umieralni ani chwili dłużej.
- Szprycują cię morfiną, tak że chodzisz... leżysz jak na haju, dbają o ciebie piękne kobiety... Niektórzy wiele by dali za takie warunki. - uśmiechnął się przez przymknięte powieki. Chłopak poruszył się o milimetr, by zmienić niecą swą pozycję, lecz skrzywił się tylko z bólu, wydając z siebie bezgłośny jęk.
- Jak mam być naćpany, to tylko w swoim własnym łóżku. - odburknął.
- Naprawdę? - chłopak odchrząknął, by jego głos mógł być wyraźniejszy - Nie zależy ci na życiu? - Andrzej po raz kolejny obdarzył towarzysza zdziwionym spojrzeniem.
- Skąd ten pomysł? - przypatrywał się już wnikliwie Białaczce. Czyżby z amoku powiedział coś, czego nie pamiętał?
- Nie starasz się specjalnie. - odrzekł zachrypnięty młodzieniec.
- A co niby powinienem robić?
- Masz dziecko, nie? - Zdezorientowany Falkowicz przytaknął tylko i czekał na dalsze wyjaśnienie. Bezwiednie przysunął się bliżej krawędzi łóżka, by lepiej słyszeć słowa chłopaka.
- I żonę. - dodał. Andrzej nie chciał zaprzeczać, mimo że młodzieniec był w ogromnym błędzie. Był zbyt ciekawy do czego zmierza owy trzydziestolatek. - Zrób coś dla nich i żyj... - zakończył szeptem. - dopóki jesteś.
- Nie jestem pewien, czy one chcą takiego życia. - To była kwintesencja jego strachu. Jedyne czego tak naprawdę się obawiał, to to czy może obarczyć te dwie najbliższe mu kobiety takim ciężarem, jakim on powoli się stawał. Jedna kobieta, jego była żona, ta która tak namiętnie deklarowała mu miłość, zostawiła mężczyznę, gdy dowiedziała się o jego chorobie. Do dziś ma w głowie jej słowa pożegnania. Fakt - nie kochał jej, ale wtedy potrzebował bliskiej mu osoby, jak nigdy wcześniej. Strach w nim wzbierał, gdy zdawał sobie sprawę ze swej samotności.
Powinien przywyknąć. Ludzie mieli w zwyczaju go zostawiać. Z czasem sam nie pozwalał im się do siebie zbliżyć. Instynkt samozachowawczy, cholerny instynkt. Działa do tej pory. Ten silny człowiek boi się odtrącenia. Kolejnego odtrącenia.
- Choroba już taka jest, że rozgrzesza egoistów. - chłopak zaśmiał się słabo, nadal nie otwierając oczu.
Gdy zarzucił płaszcz na ramiona, obdarzył Filipa, owego chłopaka z białaczką jakimś niepewnym uśmiechem. Łysy młodzieniec wodził za nim wzrokiem, gdy ten opuszczał salę. Andrzej z głową pełną myśli szedł szpitalnym korytarzem, w stronę wyjścia, gdzie powinien minąć się ze spóźnionym już całą godzinę Adamem. Zastanawiał się, czy tym razem warto zaryzykować i zaufać? Zaryzykować czyjeś cierpienie? Czy ma do tego prawo?
Wyrwany z zamyślenia przez jakąś pielęgniarkę, powiódł za nią wzrokiem. Kobieta biegła korytarzem onkologii na sam koniec korytarza. Przystanął na chwilę i przyjrzał się drzwiom sali, do której właśnie weszła. Była to jego sala. Ta, w której teraz leżał Filip. Zdał sobie sprawę z tego, co się właśnie stało i obrócił się w stronę wyjścia. Nie raz widział czyjąś śmierć, ale tym razem zbladł na moment. Zgubił własne myśli i z kompletną pustką w umyśle wyszedł przed budynek szpitala.
Hmm, mieliśmy tutaj niemal wszystkich bohaterów. Mam nadzieję, że część się podobała. Krótsza, ale zakończona w odpowiednim momencie.
Daje do myślenia?
wtorek, 8 marca 2016
Rozdział 25
W Leśnogórskim szpitalu panowało małe zamieszanie. Wszystko za sprawą natłoku pacjentów, jakich przyjęto na odziały. Prawie każda jednostka miała komplet leczonych, chorzy zajmowali już łóżka wyciągane z magazynów, lecz cały ten rozgardiasz omijał onkologię. Tam jakby problemów szpitalnych nie było widać. Codzienna rutyna rządziła pacjentami, którzy odbywali krótkie spacery, choć i to robili rzadko. Cisza była tak zajmująca, że gdy ktoś postanowił odbyć poranny jogging, każdy mógł usłyszeć szuranie kapci po szpitalnym linoleum.
Mimo tak popularnego rozpoznania, jakim był nowotwór, oddział specjalizujący się w opiece nad chorymi na raka nigdy nie przeżywał oblężenia. Pacjenci przychodzili i wychodzili, bądź też czekali na wymodlony koniec swej udręki.
Kostucha uwielbiała to miejsce; można powiedzieć, że miała tam swój własny pokój.
Na sali profesora panowała w końcu przyjemna cisza. Jego brat był zajęty na swoim oddziale, zatem ten miał zapewniony spokój. Tak z resztą sam sądził. Nie spodziewał się, że ostatni jego dzień w szpitalu (gdyż owa seria chemioterapii dobiegała końca) przyniesie mu tylu niespodziewanych "wrażeń".
Mężczyzna leżał z zamkniętymi oczyma, kontemplując spokój, jaki panował wokół. W wyobraźni widział powrót do domu i już snuł wizję słodkiego lenistwa, jakiemu zamierzał się poddać. Bo przetrwał. Żył. Przeszedł przez początek piekła i nadszedł czas na jego przerwę.
Nie było jednak tak źle, biorąc pod uwagę, że profesor nie miał większości skutków ubocznych chemioterapii. Zatem zachował włosy, choć i te nieco zmatowiały, nie miał też tak uciążliwych mdłości.
Przejechał kciukiem po spękanej skórze warg. Przeboleć mógł też piekącą suchość w ustach, która spowodowana była wyschnięciem ślinianek. Z tym radził sobie popijając stosowne ilości płynów. Mimo wszystko cieszył się, że to już koniec. Przynajmniej na kolejne dwa tygodnie nie będzie musiał tam wracać.
Sięgnął po leżący na nocnej szafce telefon. Szybko odnalazł jeden z częściej wybieranych numerów.
- Cześć. - usłyszał przygnębiony głos.
- A co to za smutny ton? - Andrzej zmarszczył brwi zdziwiony.
- Kiedy będę mogła cię odwiedzić? - odrzekła strapiona dziewczynka. Mężczyzna zacisnął usta, zastanawiając się co odpowiedzieć. Kasia i Adam uszanowali jego prośbę, choć z wielkim problemem, aby Matylda jednak nie pojawiała się u ojca w szpitalu. Wiedział jak bardzo martwiłaby się, gdyby tylko zobaczyła go w nienajlepszym stanie. Ponadto bał się jej spojrzeć w oczy i oznajmić, na co tak naprawdę choruje. Nie zniósłby smutku w tych dziecięcych oczach.
- Skarbie, jutro wychodzę. Nie ma potrzeby, żebyś do mnie przyjeżdżała.
- Ale ja chciałam cię odwiedzić! - był niemal przekonany, że mała tupnęła właśnie nogą.
- Tłumaczyłem ci już Matyldziu... - westchnął. Na próżno łudził się, że kontakt telefoniczny zrekompensuje dziewczynce rozłąkę. Obaj nie doceniali przywiązania, jakie między nimi urosło. Rozmowy ani trochę nie uleczyły tęsknoty, jaka tylko się potęgowała w każdym z nich.
- Wstydzisz się mnie?
- Zabraniam ci tak myśleć, słyszysz? - uciął surowo. - Musisz się teraz zająć szkołą. Pozaliczasz egzaminy wyrównawcze i dopiero będzie czas na... sentymentalne spotkania. - taka była oficjalna wymówka obu rodziców dziewczynki. Trzeba przyznać, że bardzo wiarygodna i w pewnym sensie prawdziwa, gdyż szkoła w Stanach miała znacznie niższy poziom nauczania, niż ta warszawska.
- Ale ja już wszystko umiem! No i pani powiedziała, że idzie mi bardzo dobrze. - drążyła dziewczynka. Bardzo chciała, choć raz odwiedzić ojca w szpitalu, wiedziała, że bardzo ucieszyłby się z jej odwiedzin, choć tego nie okazywał. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wszyscy tak jej tego zabraniali.
- Świetnie. Powtórz sobie jeszcze raz. - usłyszał, jak mała wzdycha. - I nie przewracaj proszę oczami. - Skarcił córkę. Był przekonany, co do swej racji. Znał zwyczaje tej młodej damy, ale również z tonu jej głosu potrafił wyczytać, jaką miała właśnie minę. I choć dziewczynkę zaskoczyła uwaga ojca, to starała się nie dać po sobie poznać tego zaskoczenia.
- Przyjedziesz jutro? - machinalnie przełożył telefon do drugiej dłoni, gdy na sali pojawiła się pielęgniarka. Teraz rękę z wenflonem miał luźno ułożoną wzdłuż ciała, tak by owa kobieta miała do niej lepszy dostęp.
- Co też pani robi!? - syknął, krzywiąc się z bólu, gdy pielęgniarka naruszyła wkłucie. Nawet nie poczuł, jak zimna ciecz rozchodzi się w jego żylastych dłoniach, był za bardzo rozproszony. Lecz znał działanie tegoż specyfiku. To kolejny lek przeciwbólowy. Miał zatem jakieś piętnaście minut, zanim poczuje doskwierające otępienie i zapadnie w sen, co było jego dobroczynnym skutkiem ubocznym.
- Tato? Jesteś tam?
- Tak... - przyjrzał się przesuszonej skórze, pod którą zaczął malować się siny krwiak. - Jestem. - dodał niezadowolony z owego widoku.
- Przyjedziesz? - dopytywała.
- Chciałbym - nie kłamał. Jednak musiał się trzymać, nie ulec emocjom. Pragnął zobaczyć swoją księżniczkę, lecz nie mógł pokazać się jej w takim stanie. Z pewnością przestraszyłby dziewczynkę samym wyglądem. Obiecał Kaśce, że przy niej będzie, dlatego postanowił, że jak tylko trochę wypocznie, pojedzie na spotkanie z małą.
- To dlaczego tego nie zrobisz? - Matyldzie głos zaczynał się łamać. Bała się, że jej tata chce o niej zapomnieć.
- Matyldziu... Przyjadę do ciebie, ale jak tylko trochę wydobrzeje, zgoda? - uniósł brwi, a na jego czole ukazały się cztery głębokie poziome bruzdy.
- Zgoda. - nie miała innego wyjścia. Zawsze to jakiś kompromis. - Zadzwonisz jeszcze dzisiaj?
- Zadzwonię. - odrzekł po chwili, uśmiechając się pod nosem.
- Tato?
- Tak skarbie?
- Kocham cię. - zamarł na chwilę. Jego płuca zatrzymały się w połowie wydechu i skamieniały tak na moment. Serce za to, aby nadrobić niedyspozycje organów wymiany gazowej, przyśpieszyło swój nerwowy rytm. Wyznanie, które właśnie usłyszał było tak zaskakujące i szczere zarazem, że nie potrafił wymyślić sensownych słów odpowiedzi na nie. Czy nie spodziewał się, że ta mała istotka, jaką miał szczęście się opiekować, pewnego dnia popełni tak karygodny błąd i pokocha profesora Andrzeja Falkowicza? Obdarzy go uczuciem, którego znaczenia on już dawno nie poznawał? Mężczyzna sądził, że nigdy już nie będzie w stanie zbliżyć się do nikogo, że wszystkie dobre uczucia zostały w nim zabite jeszcze wczesnego dzieciństwa.
Niespodzianka.
Życie u kresu jego czasu podważyło te błędne założenia. Serce profesora tylko otulił szron, w środku zaś nadal tętniło ciepłem.
- Halo? - głos dziewczynki rozbudził go nieco.
- Tak, em... idź się uczyć. - trochę zakłopotany zacisnął usta i ściągnął brwi. - Zadzwonię wieczorem, teraz daj mi mamę, dobrze? - tymi słowami kończył każdą rozmowę z Matyldą. Taki schemat powtarzał się każdego dnia i choć dawni kochankowie nie mieli początkowo wielu wspólnych tematów oprócz ich córki, to z czasem zaczęli ze sobą rozmawiać znacznie swobodniej. Niezwykle interesujące stały się nagłe przygody dnia codziennego, jak choćby ciekawy artykuł w sieci, czy humory młodej nastolatki. Odnaleźli między sobą nić porozumienia, którą kiedyś byli tak ściśle związani. Mężczyzna powoli pozbywał się wrażenia, że kobieta kontaktuje się z nim tylko z litości. A bardzo długo zadręczał się właśnie takimi myślami. Kobiety wszak słyną z instynktu macierzyńskiego, który nakazuje im opiekować się zniedołężniałymi, czy nieporadnymi osobnikami.
Jednak nie do końca wiedział, w którą stronę idzie cała ich znajomość. Kolejna usterka płci pięknej polegała na tym, że owe istoty nie zawsze mówiły to, co mają na myśli. Czasem rzucały słowa na wiatr, nie zdając sobie sprawy z ich wagi, bywało, że wypowiadały coś, z czym po chwili kompletnie się nie zgadzały.
Świadomość tego rodziła wiele niepewności w jego umyśle. Smuda poprosiła, a raczej postawiła warunek, że mężczyzna musi być przy swojej córce. Zawsze.
To oczywiste. Sam tak naprawdę nie potrafiłby żyć bez tej młodziutkiej złośnicy.
Ale wątpliwości narastały dalej. Czy aby na pewno kobieta chciałaby stworzyć z nim rodzinę? Czy byłaby gotowa pogrzebać zmorę przeszłości i zacząć wszystko od początku?
Co jeśli kobieta oczekiwała czysto przyjacielskich relacji? Ta myśl napawała go strachem. Ale zaskoczony odkrył, że owe wątpliwości zradzały w nim również motywację. Jakaś chęć walki obudziła się w jego umyśle.
- Będę żył. - nie spostrzegł, że już na wpół przytomny wypowiedział swoje myśli na głos. Westchnął ciężko, błądząc nieobecnym wzrokiem po pomieszczeniu.
Zwrócił tym uwagę swojego towarzysza z sali. Choć w mroku pomieszczenia chłopak ledwo dostrzegał sylwetkę profesora, to już wystarczająco zdążył go zaniepokoić ton głosu Falkowicza. Białaczka - jak Andrzej nazywał w myślach swego towarzysza - zmarszczył gołe brwi, przyglądając się podejrzliwie mężczyźnie na łóżku obok. W nikłym świetle dobiegającym zza drzwi do sali odbijały się kropelki potu na czole i skroniach profesora.
Chuda nastolatka krążyła po niewielkim salonie w mieszkaniu Katarzyny Smudy. Dziewczyna była opiekunką Matyldy. I choć tę pracę zaczęła stosunkowo niedawno, to już miała jej dosyć. Opieka nad dwunastolatką miała być zajęciem niewymagającym większego wysiłku. Przecież dziewczynka, którą odwiedzała każdego poranka, sama potrafiła się sobą zająć. Co więc trudnego mogło być w roli niani? Otóż owa nastolatka nie przewidziała, że Matylda jest dzieckiem bardzo wrażliwym, mimo ciętego charakterku, jaki zdążyła nie raz zaprezentować. Ponadto młoda Smuda przechodziła teraz bardzo trudny okres w życiu. Jak na tak młodą osóbkę życie zdążyło ją okrutnie doświadczyć. Odkąd dziewczynka sięgała pamięcią, jej matka zastępowała jej obojga rodziców. Nie pamiętała swego pierwszego taty. Podobno zmarł w wypadku, lecz nie mogła tego pamiętać. Była zbyt mała. Kolejne młode lata przyniosły straszną tragedię - wypadek jej mamy. Zagubiona dziewczynka trafiła do obcego miejsca i obcych ludzi, których nie chciałaby więcej zobaczyć. Nie dlatego, że źle się nią zajmowali. Starali się. Ale budzili przykre wspomnienia.
Potem pojawił się Andrzej. Wtedy jeszcze pan Andrzej. Ale szybko się do niego przywiązała. Stał się jej bohaterem, w końcu uratował ją przed bidulem (każde dziecko w izbie przestrzegało ją przed tym strasznym miejscem, w którym znikają starsi koledzy). W pewnym momencie bała się, że mężczyzna zechce ją oddać, lecz ich więź stała się silniejsza - wtedy to on uświadomił sobie, jak wiele dla niego znaczy ta drobina. Stało się. Pokochał. Choć długo jeszcze nie zdawał sobie sprawy z ogromu swego uczucia.
Teraz kiedy odzyskała mamę, jej tata Andrzej najprawdopodobniej ciężko zachorował. Przez łzy czytała zakładki, które zachowały się w historii internetowej przeglądarki. Wszystko składało się w całość. Ta cała protonoteriapia, która zajmowała się leczeniem nowotworów, wyświetlała się najczęściej. Poza tym wiele innych stron klinik i samych charakterystyk choroby.
Obraz zamazał się przez napływającą do jej oczu ciecz. Zebrała się na brzegach i po chwili przelała się na policzki, po których spływała już obficie strużkami.
- Matylda błagam cię, tylko nie rycz - opiekunka zapukała po raz kolejny do pokoju podopiecznej - Młoda, otwórz. Pogadaj ze mną. - Dziewczyna oparła się o ścianę i zastukała leniwie w drewno drzwi. - Młoda... twoja matka pomyśli, że się nad tobą znęcam... - po raz kolejny uderzyła kostkami w drzwi. Nic. Wzniosła oczy do góry i zamknęła je wykończona. - A mogłam być kelnerką... - jęknęła cicho.
Mecenas Smuda zakończyła właśnie spotkanie ze swym nowym klientem. Zebrała dokumenty do bordowej teczki i zarzuciła płaszcz na plecy. Tak z szykowną torebką pod ręką i ową teczką ruszyła pewnym krokiem w stronę swego auta. Stanęła przed pojazdem i rozpoczęła poszukiwania kluczyków do niego. Rozejrzała się krótko kątem oka, czy aby na pewno nie obserwuje jej jakiś mężczyzna, który ukradkiem podśmiechuje się z jej typowo kobiecych zwyczajów. Zadowolona z szybkiego odnalezienia zguby, obeszła pojazd i wsiadła do niego.
To była ta chwila, kiedy mogła rozkoszować się pierwszymi promieniami słonecznymi. Nadchodziła wiosna. Lecz moment później wyraźnie czymś zmartwiona, ściągnęła brwi i zasłoniła sobie źródło rażącego światła. Popatrzyła na komórkę i zastukała palcami w kierownicę. Zastanawiała się, czy powinna załatwić tę sprawę przez telefon. W głowie układała sobie scenariusz rozmowy z profesorem Solińskim, lekarzem prowadzącym Andrzeja, ale było zbyt wiele niejasności i wątpliwości, które musiała rozwiać w osobistym spotkaniu z lekarzem.
Mknęła już pobocznymi uliczkami Warszawy do Leśnej Góry. Zamierzała sprawdzić, w jakim stopniu realny jest plan sprowadzenia Andrzeja do kliniki w Krakowie. To właśnie tam miałby się poddać innowacyjnej terapii, która była dla niego ogromną nadzieją na wyzdrowienie. Było wiele trudności, lecz pojawiła się szansa na miejsce dla przyjaciela w tym ośrodku. Poruszyła niebo i ziemię, by cokolwiek załatwić. Okazało się, że jej znajomości nie były jednak tak silnie przekonywujące, jak nazwisko światowej sławy chirurga naczyniowego, profesora Falkowicza. Zdumiewające, jak wielką osobowością stał się on przez te lata.
Lecz mimo wszystko zostawały jeszcze kwestie finansowe. To nowa terapia i co za tym idzie - nie finansowana ze środków skarbu państwa. Więc jedyna nadzieja tkwiła w bliskich profesora. Dlatego zamierzała na samym początku o pieniądzach porozmawiać z Adamem.
Wysiadła z czerwonego fiata 500. To iście włoskie autko sprawdzało się idealnie i co najważniejsze - robiło wrażenie. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy system automatycznego zamykania zapikał, po czym obróciła się energicznie w stronę szpitala. Zachwiała się na swych wysokich czółenkach, nie sądziła, że nawet na platformach jej stopa nie będzie tak stabilna. Odzwyczaiła się od obcasów, choć kiedyś tak je uwielbiała.
Łapiąc równowagę ruszyła w końcu spokojnym, lecz pewnym krokiem do wejścia. Zamiast na onkologię, od razu udała się na oddział chirurgii, gdzie Adam odbywał właśnie dyżur. Okazało się, że chłopak od kilku godzin przebywa na bloku operacyjnym, zatem postanowiła na niego poczekać.
Chwilę oczekiwania na szpitalnym korytarzu przerwała jej jednak doktor Consalida. Rudowłosa lekarka pędziła przed siebie nie zauważając, lub nie chcąc zauważyć stojącej niedaleko Kasi. Smuda wyraźnie miała zamiar przywitać się z lekarką, lecz ta minęła ją bez słowa.
- Wiktoria! - krzyknęła zdezorientowana mecenas. Rudowłosa przeklęła się w duchu i obróciła się na pięcie w stronę byłej kochanki Andrzeja. Wymusiła przepraszający uśmiech i podeszła bliżej, lecz nadal na bezpieczną odległość do kobiety.
- Przepraszam, ale mam urwanie głowy. Coś się stało? - Consalida uniosła głowę i zmierzyła byłą kochankę przyjaciela surowym spojrzeniem. Mimo upływu czasu jej niechęć do mecenas nie zelżała. Nadal uważała ją za kobietę pozbawioną uczuć. Wszystko potęgował jeszcze fakt, że rudowłosa lekarka nie często widywała Kasię odwiedzającą na oddziale ojca jej dziecka i (podobno) dawną miłość. Wiktoria nie wierzyła w szczere uczucia Smudy. Sądziła, że ta nie doceniała poświęcenia, jakie otrzymała od Andrzeja.
Jakże opaczne było rozumowanie doktor Consalidy, która oceniała wszystko przez pryzmat swego nieudanego małżeństwa. Wiktoria widziała w przyjacielu wszystkie te cechy, których brakowało Tomaszowi. Przede wszystkim szczere uczucie.
Nie potrafiła zrozumieć, jak pani mecenas może okazać się tak próżna. Taką ją widziała. Próżną. Nie doceniała człowieka, który tyle jej poświęcił i teraz sam oczekuje pomocy.
- Chciałam się tylko przywitać. - Kasia widząc niechęć w oczach znajomej Andrzeja, postanowiła jednak wycofać się. - I porozmawiać, ale w takim razie... nie przeszkadzam. - uśmiechnęła się najszczerzej jak potrafiła, lecz Consalida zmroziła ją wzrokiem.
- Pacjenci czekają. - ruda uśmiechnęła się, ale jakoś cierpko i odwróciła się w stronę, którą przed chwilą wskazywała palcem.
Kasia jeszcze przez moment obserwowała oddalającą się Consalidę. Zamyślona gapiła się w pusty już punkt w oddali, analizując zimne powitanie znajomej, gdy od tyłu podszedł do niej Adam.
- Cześć. - zmęczony ucałował przyjaciółkę brata w policzek i zaprosił gestem dłoni do pokoju lekarskiego. - Mogłaś tutaj na mnie poczekać. - nalał sobie kawy i usiadł z kubkiem w dłoni na kanapie. Upił łyk, po czym spojrzał wyczekująco na kobietę.
- Chciałam z tobą porozmawiać o tej protonoterapii... - zaczęła.
- Protono... aaa, dla Andrzeja... - pokręcił głową wyraźnie wykończony wielogodzinną operacją. - Trudna sprawa. Wiesz jak trudno się tam dostać? Jedyny ośrodek w Polsce, do tego roczny limit trzystu osób. Nie ma co liczyć na cud Kaśka, musimy działać znanymi sposobami. - westchnął i upił kolejny łyk kawy. - Mmm... zapomniałem! Może się napijesz? - odrzekł, gdy tylko upił ogromny łyk czarnej cieczy. Nim zdążyła zaprotestować, ten już wybrał wolną filiżankę i napełnił ją tym aromatycznym napojem.
- Ale może to kogoś...
- Filiżanka? Nie, jest Andrzeja. Dla was to chyba wszystko jedno. - opadł bezsilnie na kanapę, nie zdając sobie sprawy z tego, co przed chwilą powiedział. Spojrzał wymęczonym wzrokiem na Smudę, która przyglądała się w zdumieniu chłopakowi. - Co? - Kasia wzruszyła ramionami, lecz Krajewski po chwili zdał sobie sprawę z dwuznaczności swych wcześniejszych słów.
- Sorry... jestem tak wykończony, że nie wiem co mówię. - Smuda machnęła ręką, dając mu znak na to, by wcale się tym nie przejmował. - Byłaś u Andrzeja? - zapytał, by odciąć się w końcu od kłopotliwego tematu.
- Najpierw chciałam coś ustalić z tobą. Bo... - dumna z siebie nabrała powietrza w płuca i z uśmiechem dokończyła wywód - Tak się składa, że udało mi się załatwić miejsce dla niego w krakowskiej klinice.
- Żartujesz? - kompletnie zaskoczony podniósł teraz tak żywy wzrok na kobietę.
- Ale potrzeba pieniędzy. - chciała nieco ostudzić jego zdecydowanie za duży entuzjazm.
- Ale jak ty to zrobiłaś? Dzwoniliśmy do nich, powiedzieli, że to niemożliwe. - chłopak podniósł się gwałtownie i stanął na przeciwko Smudy.
- Nazwisko Falkowicz otwiera wiele drzwi. - odwzajemniła uśmiech bruneta.
- Łał - złapał się dłonią za potylicę. - Po prostu łał. - uśmiechnął się promiennie i chwycił Kasię pewnie obiema dłońmi za przedramiona. Przyciągną do siebie zszokowaną kobietę i ucałował przeciągle w policzek. - Jesteś wielka. - skwitował, kiedy już się od niej oderwał.
Kasia jednak zachowywała większe opanowanie, gdyż zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele trudu będzie trzeba, by zorganizować leczenie przyjaciela. Cała procedura wymagała dokładnych badań pacjenta, aby sprecyzować lokalizację guza, oraz ocenić jego obecny stan zdrowia. Jeśli nie było przerzutów, a rak nie był bardzo zaawansowany, to najpewniej zostanie zakwalifikowany do kuracji.
Ale najtrudniejszą kwestią były mimo wszystko pieniądze. Obawiała się, że to właśnie przez nie na leczenie będzie już za późno. Zbiórka mogła potrwać, a Andrzej nie miał wiele czasu. Musiał jak najszybciej znaleźć się pod opieką krakowskich specjalistów.
Łysy mężczyzna obserwował swego kolegę. Ten jakby stracił kontakt z rzeczywistością, a stało się tak przez gorączkę, która przez całą noc i tenże poranek trawiła jego osłabione ciało. Na wpół przytomny wpatrywał się w sufit wymęczonym wzrokiem. Jego zarumienione policzki zdobiły wcześniej bladą skórę, a krople potu można było dostrzec już jedynie na wilgotnych włosach przy linii skroni. Rozpalona skóra nie dawała słonej cieczy utrzymać się na swej powierzchni.
Zaalarmowana pielęgniarka przybyła do sali profesora i jego kolegi.
- Ma gorączkę. - wyjaśnił szybko. Kobieta podeszła do profesora i dotknęła wierzchem dłoni gorącego czoła pacjenta. Zacmokała niezadowolona pod nosem. Postanowiła skonsultować problem z lekarzem prowadzącym.
- Wszystko będzie dobrze. - nachyliła się nad gorączkującym mężczyzną i uśmiechnęła się ciepło. - Zaraz wracam. - położyła dłoń na ramieniu Falkowicza pocieszająco i ruszyła w poszukiwaniu profesora Solińskiego.
Lekko siwawy mężczyza przybył do sali profesora. Miał już swoje lata, dlatego tempo, jakie narzuciła mu pielęgniarka było zdecydowanie nie na jego siły. Z lekką zadyszką podszedł do kolegi po fachu i przyjrzał się mu uważnie. Kobieta, która przybyła z szefem zabrała ze sobą elektroniczny termometr, więc teraz mogła sprawdzić, jaką dokładnie temperaturę miał profesor.
- 39,8 - odczytała napis na wyświetlaczu. - Co podajemy?
- Na razie standardowo pani Aniu, paracetamol. - odrzekł onkolog. Kobieta skinęła głową i pobiegła po odpowiednie leki. - Andrzeju? - starszy lekarz założył dłonie za plecami i pochylił się nad kolegą z pracy. Ten przymknął powieki i otworzył je po chwili, kierując zbolały wzrok na mężczyznę nad nim.
- Kazimierz. - wychrypiał. Dawno już nie miał wody w ustach. Jego ślinianki wyschły na amen, a jakakolwiek próba rozmowy przysparzała mu tylko niepotrzebnego bólu. Instynktownie próbował przełknąć ślinę, lecz z daremnym skutkiem. Spragniony rozwarł spierzchnięte usta, by wydać z siebie cichy jęk.
Czuł się potwornie zamroczony. Jakby połowa tego, co działo się wokół zasnuła mgła. Mokra piżama przywarła do jego klatki piersiowej, a gdy próbował zmienić pozycję, czuł jak chłód okala jego przepocone ciało, dlatego postanowił nie ruszać się. Nawet poduszka pod jego głową była nieznośnie wyżłobiona, lecz i ona musiała pozostać nieruszona.
Nagle poczuł na swoim czole coś zimnego. Stalowy dreszcz przeszył jego ciało na wskroś. Każdy chłodny dotyk działał na skórę drażniąco. Lecz po drugim głębszym wdechu, szmatka na czole zaczynała przyjemnie koić jego ciało. Kobieta, która nad nim stała, uśmiechnęła się na widok odprężającego się pacjenta. Przymknął powieki, ale zanim jeszcze zasnął, wyczuł chłodną dłoń zaciskającą się na jego dłoni. W pierwszym odruchu cofnął nieco rękę, czując porażające zimno, lecz chwilę później, gdy przyzwyczaił się do obcego dotyku, zacisnął palce na kobiecej dłoni.
czwartek, 3 marca 2016
Opóźnienie
Tak jak w tytule - następny rozdział pojawi się, ale z opóźnieniem. Mam nadzieje, że zdążę napisać do niedzieli. Postaram się.
Ps. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że Was tylu przybywa :-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

