piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 24


Kolejna dawka chemii już spływała przezroczystą rurką wprost do jego krwiobiegu. Mężczyzna obserwował, jak ciecz powoli uchodzi z plastikowego woreczka zawieszonego na wieszaku. Za każdym razem, gdy spoglądał w górę, wydawało mu się, że cały proces będzie trwał wieczność; woreczek jakby wciąż pozostawał do połowy pełny. Ach, jak dłużył mu się ten czas, gdy to był uwiązany w szpitalnym łóżku. Przeklinał się w myślach, że nie zabrał ze sobą żadnej mądrej książki, bądź też swoich artykułów. Ale gdy tylko o nich pomyślał, od razu odrzucił ten pomysł. Nie byłby w stanie stworzyć naukowego dokumentu na poziomie, będąc przemęczonym.
A w istocie stawał się coraz słabszy. Z każdą kroplą chemii jego zmęczenie współmiernie wzrastało. Nie miał większej ochoty na wstanie z łóżka, czy rozmowę z kolegą ze sali (choć to może akurat z innych powodów). Jedyne co zajmowało mu te wszystkie bezproduktywne chwile to drzemki, które teraz wydały mu się tak bardzo potrzebne. Nigdy wcześniej nie odczuwał tak silnej potrzeby snu. Wręcz przeciwnie - odbywając nocne dyżury, czy wykonując skomplikowane operacje, przeważnie nie dosypiał nawet pięciu godzin na dobę. A teraz miał nieustanny niedosyt ucinania sobie drzemki. Jak nastolatka, która nie ma najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka i wciąż przedłuża tę chwilę. Lecz z tą różnicą, że u Andrzeja zmęczenie bierze górę i po monotonnym gapieniu się w kroplówkę, on po prostu zasypia.
Ale tu tkwi kwintesencja jego męczarni. Otóż gdy jego powieki robią się ciężkie i opadają, mimo woli mężczyzny, wtedy zjawia się ktoś, kto naruszy jego spokój. Zazwyczaj jest to pielęgniarka, ale bywa też że zbudzi go sąsiad, czy też brat. Nie muszą nic mówić, wystarczy że zjawią się, bądź poruszą. Mały szelest wystarczy, aby przywrócić jego przytomność i mroczną naturę. Brak snu bywa tak doskwierający, że Falkowicz nie potrafi już kryć swego rozdrażnienia.
Tego dnia do profesora miał dołączyć nowy kolega. Okazało się, że owy sąsiad był trzydziestoletnim mężczyzną chorującym na białaczkę. Niezwykle inteligentny chłopak, którego życie ostro doświadczyło. Nowotwór w tym wieku był dla niego ogromnym ciosem, ale strach przed chorobą pomagała mu zwalczyć bliska osoba.
Wszedł on na salę w towarzystwie właśnie swej dziewczyny. Kobieta już na pierwszy rzut oka wydawała się być bardzo ciepłą osobą. Równie młoda i tak samo rozgarnięta. Widać było, że oboje darzą się wielkim uczuciem, takim o jakim piszą tylko w książkach; taka miłość na wymarciu. Małgorzata, bo tak właśnie miała na imię, uśmiechała się co chwilę łagodnie do swego mężczyzny. Nawet Falkowicza obdarzyła swym ciepłym wyrazem, lecz on zdawał się ignorować ten dziwny ludzki odruch. Po prostu nie należał do osób, które odpowiadają na tego typu gesty.
Potem rutynowa chwila zamieszania związana z przyjęciem nowego pacjenta. Wiele nużących pytań i pielęgniarka, która oczywiście musiała podłączyć pierwszą kroplówkę z lekiem. Gdy już profesor mógł nacieszyć się odrobiną ciszy i ucieszony postanowił uciąć sobie wyczekiwaną drzemkę, jego nowy kolega zechciał przetestować cierpliwość Falkowicza.
- Ja białaczka, a ty? - podirytowany profesor westchnął ciężko z rechotem i obrócił się na plecy.
- Falkowicz. Profesor Falkowicz. - odrzekł, wciąż mając przymknięte powieki.
- Pierwszy raz? - kontynuował chłopak. Chirurg znużony rozmową postanowił zrazić do siebie kolegę.
- Z koleżanką na studiach. - odparł spokojnie, lecz z przekąsem. Towarzysz jednak roześmiał się serdecznie i również przewrócił się na plecy. Teraz tak jak profesor patrzył na czyściutki sufit w kolorze białym, który zdobiły jedynie szpitalne lampy.
- W końcu ktoś z poczuciem humoru. - westchnął, gdy już ustąpiło jego rozbawienie. - Ja za to już piąty rok. Szpital to mój drugi dom, a właściwie to głównie dom. Spędzimy tu razem sporo czasu, może jednak trochę ze sobą pogadamy? - chłopak spojrzał kątem oka na profesora. Ten nadal z niewzruszoną miną leżał na szpitalnym łóżku. Jego klatka piersiowa uniosła się raz jakby wyżej, a potem kontynuowała swój rytmiczny, ledwie dostrzegalny ruch. Uznał, że nie pozbędzie się natręta, więc musiał dać za wygraną. Może rzeczywiście rozmowa z kimś zabije trochę czasu?
- Ta kobieta, to twoja żona? - odezwał się profesor. Jego towarzysz spojrzał w kierunku korytarza, gdzie jego wybranka rozmawiała z lekarzem prowadzącym. Uśmiechnął się na sam jej widok i z takim samym wyrazem twarzy odparł
- Gosia to moja dziewczyna.
- To wiele wyjaśnia. - nie wiedzieć dlaczego profesor był trochę rozczarowany jego odpowiedzą.
- Ty pewnie z tych co uważają, że małżeństwo zabija miłość. - Andrzej nie odpowiedział, bo tak naprawdę nie wiedział co. Na początku miał zaprzeczyć, lecz może rzeczywiście? Sam miał złe doświadczenia, lecz nie tylko o tamtych kobietach akurat rozmyślał.
- Znamy się od piętnastu lat. Już w podstawówce skradła mi serce. Ale nigdy nie mieliśmy potrzeby przysięgania sobie wierności. Uznaliśmy, że to oczywiste. Tak żyliśmy sobie w szczęściu, aż przyszła choroba. Teraz bardzo chciałbym jej to przysiąc, w końcu każda kobieta marzyła kiedyś o ślubie. Dobrze wiem, że tego pragnie. Ja też uświadomiłem sobie, jak ważna jest ta przysięga. Taki następny level. - z uśmiechem spojrzał na profesora, który słuchał go uważnie spod ściągniętych brwi. - Ale obiecałem sobie, że jak wyzdrowieje. Wtedy się jej oświadczę.
- Niezła motywacja. Co z miłością? - zakpił.
- A jeśli nawet to co? - chłopak wzruszył ramionami, gapiąc się w pojawiające się przejaśnienie słońca na suficie. - To źle, że uczucie motywuje? - dodał, gdy promienie zniknęły. Profesor zaczął żałować, że wdał się z nim w dyskusję. Liczył na niewinną pogawędkę o pogodzie, nie chciał sprowokować chłopaka do tak głębokich wyznań. Głos chłopaka powoli zaczął denerwować Falkowicza. Robił się coraz bardziej zmęczony, a rozmowa zdawała się nie mieć końca, wbrew zamiarom profesora.
- A ciebie co tu trzyma? - profesor po raz pierwszy spojrzał na chłopaka. Lekko zszokował go jego wygląd, lecz nie dał tego po sobie poznać. Mężczyzna nie miał włosów ani na głowie,  brwiach, czy choćby brak mu było rzęs. Skóra, choć bez zmarszczek, stała przezroczysta jak u staruszka. Miejscami sina, lecz przede wszystkim blada. Spoglądał na profesora ciekawie wyblakłymi oczami, które mimo wszystko nie straciły błysku inteligencji.
- Chęć życia. - odparł, jakby to było zupełnie oczywiste. W myślach profesora zaczęły pojawiać się pełne niepokoju obrazy, w których to on o wyglądzie tego chłopaka poddaje się chemii po raz nasty (nie wierzył, że dożyłby setnego).
- Akurat. - prychnął młodszy mężczyzna. - Nie wierzę, że nie masz dla kogo walczyć. - W wyobraźni Falkowicza pojawiła się tajemnicza postać u jego boku, ta która się nim opiekuje, nawilża spierzchnięte usta, podaje szklankę wody, gdy ten nie ma już siły wyciągnąć dłoni. Zaniepokojony zaczął szukać w myślach osoby, która mogłaby nią być. Każdy z jego bliskich miał swoje życie. Adam był zbyt młody, by wiedzieć jak wymagający jest obłożnie chory człowiek, jak wiele sił i czasu trzeba mu poświęcić. Dlatego wtedy zatrzymał tę ulotkę z hospicjum. Musiał mieć zabezpieczenie i jednocześnie być pewnym, że w razie pogorszenia nie pozostanie na barkach młodego chłopaka.
- Andrzej? - poczuł szarpnięcie za ramię i spojrzał zdezorientowany na gościa. Stał przed nim Adam w służbowym fartuchu. Ten gdy dostrzegł, że brat się przebudził, uśmiechnął się szeroko. - W końcu się zdrzemnąłeś. - Falkowicz ściągnął brwi zdziwiony. Nie zauważył kiedy zasnął.
- To dlaczego mnie budziłeś? - starszy mężczyzna spojrzał przelotnie na swego sąsiada. Musiał się upewnić, czy ten młody chłopak chory na białaczkę nie był tylko jego imaginacją. Ale gdy dojrzał śpiącego chorego, łysego jak zapałka i kobietę tuż obok, tę Małgorzatę, zdał sobie sprawę z tego, że nic mu się nie przyśniło. Zatem usnął jeszcze w czasie ich rozmowy. Ale jak to możliwe, skoro od trzech dni nie zmrużył oka?
- Dostałeś leki nasenne. - wyjaśnił Adam, siadając na krześle tuż obok. Brat czytał mu w myślach. - Spokojnie, jeszcze zdążysz sobie pospać. - czy osłabiony był aż tak przewidywalny? Teraz z jego twarzy można było odczytać każdą skrywaną myśl?
- No więc po co przyszedłeś? - Falkowicz skupił wzrok gdzieś w przestrzeni, by wyglądać na zamyślonego, ale rozmowa z bratem jedynie przeszkadza mu w tym.
- Mówiłem ci, że będę cię często odwiedzać. - odparł zadowolony.
- I to mnie boli. - burknął pod nosem.
- Ej! Przestań się w końcu zachowywać jakbyś...
- No jak? - Andrzej spojrzał podirytowany na brata. - Jakbym zdychał? Rozczaruje cię mój drogi, ale tak właśnie wygląda rzeczywistość. Im prędzej to sobie uświadomisz, tym lepiej.
- ...jakbyś był sam! - dokończył Krajewski, dobitnie artykułując każde słowo. - Weź rozejrzyj się wokół. Masz mnie, Matyldę, Kaśkę... - Andrzej prychnął zdenerwowany. Jak mało rozumiał ten chłopak, jak mało wiedział. Gdy życie brutalnie wystawia do próby, tylko nieliczni występują przed szereg. A znał je zbyt dobrze, zbyt wiele razy musiał liczyć sam na siebie. To czego doświadczenie go nauczyło, to aby liczyć tylko i wyłącznie na własne możliwości. - Wszyscy cię wspierają. Ale nikt nie będzie tego robił na siłę. Prędzej czy później stracisz ich wszystkich na własne życzenie.
- To gdzie oni wszyscy są, hm? - odparł półszeptem po chwili ciszy.
- No właśnie. Po to tutaj przyszedłem. - Adam wyprostował się na niewygodnym krześle. Minę miał poważną, lecz jakby z przebłyskiem dumy. - Masz gościa.

Do sali weszła elegancko ubrana kobieta. Zawsze lubiła spódnice do kolan i luźno zawieszone na ramionach płaszcze. Kasztanowe włosy swobodnie opierały się na jej barkach, a na twarzy widniał pewny uśmiech. Miłość do czerwonej pomadki również nie mijała.
- Cześć - odrzekła beztrosko, gdy zyskała pewność, że zaskoczyła swym przybyciem Andrzeja. Pan Białaczka również był zdumiony przybyciem owej kobiety. Sądził, że jego sąsiad nie ma bliższej rodziny, poza bratem. Falkowicz w końcu nie był zbytnio towarzyski.
Kobieta z gracją wysunęła krzesło przed łóżko przyjaciela i równie elegancko zasiadła na nim. Założyła nogę na nogę i dumnie uśmiechnęła się do profesora.
- Jak widzisz jestem bardzo zajęty, więc jakbyś mogła przejść do rzeczy... - odparł znad krzyżówki.
- Och tak - udała poważną. - Prowadzę tutaj sprawę przeciwko jednemu lekarzowi i pomyślałam, że wpadnę. - wyjęła ze swej pojemnej torebki małą reklamówkę z owocami i karton soku jabłkowego. Andrzej spojrzał na te rzeczy i w myślach zadrwił z jej tłumaczeń. Nie mogło być przypadkiem, że znalazła się dziś u niego. I oboje dobrze o tym wiedzieli.
- Pani mecenas znów szturmuje mój szpital. - dodał jakby zaczepnie. - A jeśli można wiedzieć... - zamknął książeczkę wypełnioną co do rubryczki rozwiązaniami owych zagadnień i spojrzał na Kasię. - Jakie ma zarzuty? - Smuda westchnęła przesadnie i z udawanym żalem odpowiedziała
- Nieprzyjemna sprawa. Kazał mojej córce mówić do siebie "tato". - Falkowicz zbladł na moment. Jakoś nie przewidział, że tak szybko będzie musiał stawić temu czoła. Ale naturalnym było, że Kasia w końcu dowie się o tym drobnym szczególe.
- Zapomniałem ci powiedzieć. - odrzekł w końcu. Szukał jeszcze w głowie argumentu, którym mógłby się obronić, lecz żaden nie był wystarczająco mocny.
- Może najlepiej było to zrobić zanim jej na to pozwoliłeś? - kobieta pochyliła się nad Andrzejem i zawiesiła na nim swój wymowny wzrok. Mężczyzna przeszyty tym ostrym spojrzeniem zmieszał się lekko, lecz postanowił nie tracić rezonu. Podciągnął się na łokciach trochę wyżej i przybrał pewny wyraz twarzy.
- No to pytam teraz. Chcesz jej tego zabronić? Kim ja właściwie dla niej jestem? - w swym charakterystycznym wyrazie uniósł jedną brew do góry i przypatrywał się jej zdziwionej twarzy. Kasia nie była przygotowana na tak pewne postawienie sprawy. Niewątpliwie Falkowicz był dla obu dziewczyn kimś ważnym. Zbyt wiele dla nich też zrobił, by stać się tylko dobrym wujkiem. Z pewnością zasługiwał na coś więcej, lecz co mogła mu Kasia ofiarować? Czy było coś pomiędzy? Coś więcej niż przyjaciel, lecz niekoniecznie ojciec?
- Nie zabronię. - odparła. Nagle jej pewność jakby ulotniła się w powietrzu. Nie potrafiła spojrzeć Andrzejowi w twarz, w jego zawiedzione oczy. Dlaczego mężczyzna nie był zadowolony z jej odpowiedzi? On również zawiesił spojrzenie gdzieś poza swoją towarzyszką. Czekał na coś więcej, chciał rozwiązać tę dziwną sytuację, w jaką oboje się wplątali. - Wiem, że masz do mnie żal. Ale nie miałam wyboru, musiałam mieć pewność, że Matylda nie zostanie sama. - przypomniała sobie chwilę, kiedy to wyznała Andrzejowi, że mają razem dziecko. To był impuls, przypływ adrenaliny i chęć ochrony własnej córki. Ale gdy teraz o tym myślała, to uświadomiła sobie fakt, że będąc na granicy życia, ani przez chwilę nie zwątpiła w przyjaciela. Wiedziała, że ten świetnie się sprawdzi w roli opiekuna. Intuicja, czy resztki sympatii - do tej pory nie potrafiła tego rozgryźć.
- Nie powiem, zaskoczyłaś mnie. - odparł, gdy jego sąsiad postanowił opuścić salę. Rozmowa pomiędzy Andrzejem, a Kasią stała się zbyt intymna, by mógł jej dalej słuchać. Młody chłopak zdecydował dać więc swojemu koledze z sali więcej swobody i w przerwie pomiędzy dawkami leków postanowił przespacerować się krótko korytarzem.
- A jeszcze bardziej, gdy się okazało, że to wcale nie jest moja córka. - mimo, że mogli już swobodnie rozmawiać, jego głos nadal był cichy.
- Przestań. - przerwała mu niemal szeptem. Zacisnęła powieki i robiąc głębszy wdech, spróbowała rozluźnić spięte mięśnie. - Dobrze wiesz, że nie miałam pojęcia.
- To już nie ma znaczenia. - machnął dłonią w powietrzu, wykonując jakiś bliżej nieokreślony ruch. Lecz to co czuł, nijak miało się do tego, co właśnie powiedział. Choć starał się wyrzec żalu, to nadal go odczuwał. Jakieś szczątki jego podświadomości zastanawiały się, jakby to wszystko wyglądało, gdyby Kasia go nie okłamała. Jednak idąc tym tokiem rozumowania, za każdym razem dochodził do wniosku, że nie może niczego żałować. Być może niechcący znalazł w swoim życiu szczęście? A może całkiem przypadkiem podsunęła mu je była kochanka?
- Andrzej... wysłuchaj mnie. - zdjęła nogę z drugiego kolana i nerwowym ruchem dłoni wyprasowała marszczenia materiału. - Naprawdę dziękuje ci za to, co dla mnie... dla nas zrobiłeś. Wiesz, że nigdy ci się za to nie odpłacę. Dlatego też nie chce, żebyś zniknął z naszego życia. - "z mojego" chciała dodać, lecz zabrakło jej odwagi.
- Często zmieniasz zdanie. - żachnął, uśmiechając się zawadiacko. Ten nikły, lecz dostrzegalny grymas świadczył o tym, że usłyszał więcej, niż kobieta wypowiedziała na głos. Mimo wszystko starał się trzymać na dystans, zobaczyć jak sytuacja się rozwinie. Wiedział już, że Kasia daje ich relacjom zielone światło. Zatem była nadzieja na szczęśliwe zakończenie.
Mężczyzna zdobył swoją motywację.
- I może do ciebie mówić "tato". Ale pod jednym warunkiem. - dodała pewniej. Mężczyzna spojrzał zainteresowany jej słowami, unosząc swą prawą brew do góry.
- Tak?
- Że zawsze przy niej będziesz. - z mocniej bijącym sercem postawiła warunek. Patrzyła teraz wyczekująco na mężczyznę.
- Rozumiem, że dajesz nam wspólne weekendy? - lecz kobieta pokiwała przecząco głową.
- Zawsze. - powtórzyła wyraźnie artykułując te kluczowe słowo. - Nie chce tatusia na dwa dni w tygodniu. - wstała, zaciskając szczęki, by nie powiedzieć więcej, niż zamierzała. Zatrzymała się na chwilę, stojąc nad swym byłym kochankiem. Wiedziała, że jej uczucia do niego nadal pozostawały żywe, choć tak starała się je wyprzeć ze świadomości. Nie chciała robić niczego na siłę. Musiała czekać, zobaczyć jak Andrzej zareaguje na jej propozycję. Czy się postara? Poświęci dla ich córki? W głębi ducha wiedziała, że Matylda była jego dzieckiem; czuła to. Jeśli mężczyzna sprosta wyzwaniu, ona zyska pewność, że może mu zaufać.
- I lepiej, żeby Matylda się na tobie nie zawiodła. - dodała na odchodne. - Trzymaj się. - uśmiechnęła się blado i zniknęła za ścianą, pozostawiając zaskoczonego Falkowicza. To już niemal deklaracja ze strony kobiety. Fala szczęścia zalała jego serce i przywołała uśmiech na jego usta. Miał szansę stworzyć coś na kształt rodziny z kobietą, która nadal była dla niego ważna. Lecz musiał się bardziej postarać, gdyż Kasia należy do tych, o które należy zabiegać nieustannie. Jak już wspomniał w ich rozmowie, to kobieta zmienna. A on musiał być pewien jej uczuć.
Zatem zawalczy. O nią i o siebie.









No dobrze, co myślicie?






8 komentarzy:

  1. Jeest wyczekiwany mój rozdział :D Świetny,Andrzej zaczyna mieć chęć do leczenia? Hmm ciekawe co dalej ;D Czekam na Next ;DD

    OdpowiedzUsuń
  2. ooooooooo ta czesc swietna po prostu super, cos zaczyna sie dziac na lini FaDy, ale mysle ze Andrzej jednak umrze bo ostatnio wszystkie opowiadania koncza sie zle XD btw uwielbiam twoj styl pisania i czekam na kolejna czesc moglabys napisac mniej wiecej oczywiscie kiedy mozna sie spodziewc nexta? pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno w przyszłym tygodniu. A kiedy dokładnie? Myśle, że we wtorek można już zacząć tu zaglądać :) Ale niczego nie obiecuje.

      Usuń
  3. Cuuudo :) Jestem pewna, że będę tu regularnie zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie!
    Andrzej ma szansę na stworzenie Matyldzi normalnej, pełnej rodziny.
    Dobrze, że Kasia nie robiła Falkowiczowi awantury za to, że pozwolił mówić ICH córce do siebie "tato". A jej warunek... W sumie, to dobrze, że go postawiła. Matylda i tak nigdy by się zapewne nie zawiodła na swoim tacie, ale on przynajmniej wie, na czym stoi. Wie, że zawsze musi być przy niej, bo tego oczekuje nie tylko dziewczynka, ale także jej mama.
    A relacje Smudy z profesorem coraz bardziej się ocieplają... Mam nieodparte wrażenie, że między nimi będzie coś więcej. Że oni w końcu będą razem. Będą prawdziwą rodziną.
    Mam nadzieję, że Andrzej wyzdrowieje, zwłaszcza teraz, kiedy ma pewność, że ma dla kogo żyć, że ma dla kogo walczyć, że jest ktoś, przy kim zawsze musi być. Jego córka.
    To może teraz Matylda odwiedzi ojca w szpitalu? Oni oboje na pewno bardzo tego potrzebują...
    Czekam (nie)cierpliwie na kolejny rozdział ;-)
    Pozdrawiam, N.

    OdpowiedzUsuń
  5. W końcu Andrzej wie na czym stoi. Warunek Kasi na pewno wiele mu uświadomił. Prędzej wiedział, że Matylda go potrzebuje, ale nie zdawał sobie sprawy jak ich dalsza przyszłość miałaby wyglądać. Adam jak to on stara się o brata jak tylko może.
    Czekam na kolejną cześć:-$
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej :D Miałam chwilę wolnego czasu i zaczęłam "nadrabiać" twoje opowiadanie :D Jestem pod ogromnym wrażeniem ! Jak na razie utknęłam na jednej z początkowych części, a już jestem urzeczona ! Bardzo podoba mi się Twój styl <3
    Postaram się o godny komentarz, kiedy już nadrobię wszystkie braki.
    Pozdrawiam serdecznie !
    Marta :D
    P.S Standardowo, moja droga - duuuuużo weny ! :D

    OdpowiedzUsuń