sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 20




   Serce tłoczyło krew z całej siły, zaciskając to komory, to przedsionki. Czerwony płyn rozlewał się po całym ciele, barwiąc białkową barierę zwaną skórą na różowo, by niczym kwiat podlany wodą zachłannie zassać jego życiodajne właściwości. Lecz skąd wzięło się to ciepło, które panoszyło się w organizmie i jak zaraza przenosiło się na kolejne komórki? Z samego serca, czy mięśni, o które owa ciecz ocierała się na każdym kroku?
Krew to dosyć interesująca tkanka łączna. Specyficzna na tyle, by stać się odrębną strukturą ciała. Jest zdradziecka, można wyczytać z niej niemal wszystko. I jeszcze więcej.
Raz blada, a raz wściekle czerwona, niemal czarna. Nigdy się nie miesza. Nie u człowieka. A to za sprawą płuc jest tak różnorodna.
Te są jak gąbka, zaciskane przez mięśnie od każdej strony. Ściśnięte wydają tchnienie, a rozprężające się dopominają się o to, co straciły - powietrze. Inteligentna bestia wybiera tylko tlen, którego tylko dwadzieścia jeden procent w mieszaninie gazów. Jak to robi?
Lecz idźmy dalej. W swych najmniejszych strukturach zwanych pęcherzykami dzieli się zdobyczą z krwią. Karmi ją, a ta w rezultacie staję się tak delikatna i blada, tak niewinna i życiodajna, że zarazem silna i tak ważna.
Ten proces trwa i żadna ze stron nigdy się nie buntuje. Choć zaraz... czyżby?
Choroba potrafi popsuć idealny związek pomiędzy płucami, a sercem. Porasta jedno, a szkodzi drugiemu i całej reszcie, o której nie wspomniano. Zżera tkanki i pochłania kolejne zdrowe struktury. Rozpościera swe macki gdzie tylko się da. Zabija.
Tak jest z nowotworem, który dla przykładu zagnieździ się w płucach. Wybiera sobie miejsce pomiędzy, czy nad organami wymiany tlenowej... albo i w samych pęcherzykach płucnych. Brutal, nie pyta o zdanie. Kryje się tak podstępnie, że o jego istnieniu dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy chce on złożyć podpis pod swym dziełem; doszczętnie sponiewieranym ciałem.
Karmi się truciznami, a tych w organizmie profesora Andrzeja Falkowicza miał pod dostatkiem. Do tego tak różnorodną ich gamę, że biedny nie mógł się zdecydować, gdzie zagnieździć swe zarodki na sam początek. Padło więc na płuca - tak delikatną strukturę i tak bliską słabemu sercu.
Aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby mężczyzna nie zaniepokoił się swym niepoprawiającym się stanem zdrowia. Rak nadal gnieździłby się w swej kryjówce i jak dziecko podśmiewał się z mężczyzny, który nie zauważa jego psot. Teraz dziwnie rozzłoszczony przyśpiesza swój niecny plan, sprawia ból naszemu bohaterowi, jakby za karę, że ten zepsuł mu najlepszą kryjówkę.
Płuca mężczyzny rozprężały się teraz spokojnie, lecz oddech był już nieco płytszy. Serce pracowało, jakby zapomniało dawny uraz, choć na chwilę. I skóra była nieco bledsza, niż zazwyczaj. Matylda klęczała przed łóżkiem i z brodą opartą na założonych ramionach przyglądała się Andrzejowi. Ten jednak jakby wyczuł jej obecność i wyrwany ze spokojnego snu, przeniósł zmęczone spojrzenie na przyglądającą się mu dziewczynkę.
- Śniadanie gotowe. - odezwała się, zanim zdążył zebrać myśli.
- Liczysz mi oddechy? - odparł, sięgając po leżący na stoliku nocnym telefon.
- Nie chciałam cię obudzić. - odparła podnosząc się z kolan. Falkowicz odłożył komórkę na miejsce, po czym podniósł się tułowiem z łóżka.
- Dobrze zrobiłaś. Już późno. Nie powinienem tyle spać. - dodał już bardziej do siebie. Był zły na siebie, bo marnował czas, który był mu tak drogi. Poza tym dziewczynka nie powinna być zdana tylko na siebie, kiedy on nie wywiązywał się z rodzicielskich obowiązków takich, jak choćby przygotowanie jej zwykłego śniadania.
- Adam powiedział, że lepiej będzie jak sobie jeszcze pośpisz. - dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Adam... - no tak, zupełnie zapomniał, że teraz to jego brat pełni nad nim wartę. - Zaraz do was przyjdę. - ściągnął satynową pościel z kolan i usiadł na skraju łóżka. Przybrał lekko zgarbioną sylwetkę i zmęczone spojrzenie. - I zastanów się, gdzie chciałabyś się ze mną wybrać. - dodał z ciepłym uśmiechem.
- Dzisiaj? - odparła zaskoczona.
- No dzisiaj, dzisiaj. A kiedy? Na jutro mamy inne atrakcje. Myślałaś, że będziesz się ze mną nudzić? - udał urażonego, lecz w jego oczach zabłysły iskierki rozbawienia.
- Super! - podbiegła do niego, a mężczyzna domyślając się jej zamiarów rozpostarł ręce i pozwolił się Matyldzi do siebie przytulić. Powoli uczył się tych czułych gestów, lecz nadal nie mógł do nich przywyknąć. Choć bardzo się starał, to nadal pozostawał dziwnie spięty. W końcu nie miał doświadczenia. Nie wiedział jak długo mają trwać w uścisku i jak mocno powinien ją trzymać. I gdy w jego głowie kłębiły się wątpliwości natury technicznej uścisku, to dłonie radziły sobie znakomicie i wywoływały poczucie bezpieczeństwa u małej Matyldy utkwionej w splocie dłoni profesora.
- No, idź już. - pośpieszył małą. Ta niechętnie oderwała się do niego i szczęśliwa zeszła na parter. Mężczyzna sięgnął do nocnej szafki, w której znalazł fiolkę proszków przeciwbólowych. Potrząsnął plastikowym pudełeczkiem, a na jego dłoni pojawiły się białe podłużne tabletki. Wybrał jedną, resztę natomiast wrzucił spowrotem do środka.
Fiolkę odstawił na miejsce, choć pewnie nie była to najlepsza kryjówka dla niej. Falkowicz natomiast nie miał ochoty jej ukrywać, w końcu gdyby tak zrobił, wzbudziłby tym jeszcze większe podejrzenia. Adam wiedział co zażywa jego brat i tak mogło pozostać. Przecież zawsze pozostawało bolące kolano, którym można było się wyłgać z niewygodnych pytań.

Kasia szykowała się właśnie na spotkanie z klientem. Była to jej pierwsza sprawa, którą miała doprowadzić do szczęśliwego finału. Ambitna kobieta wzięła sobie za punkt honoru wygranie tak skomplikowanej rozprawy.
Nic tutaj nie było jasne. Klient najprawdopodobniej został wrobiony w oszustwo podatkowe i łapówkę, lecz wszystkie dowody przemawiały przeciwko niemu. Jedyna nadzieja tkwiła w świadku, którego zeznania rzucały inne światło na podejrzanego.
Mecenas Smuda poświęciła mnóstwo czasu i zdrowia, by znaleźć rozwiązanie, mimo że skutecznie jej to uniemożliwiano. Były osoby, choć co do ich nazwisk są różne koncepcje, którym uniewinnienie pana Wipplera było zdecydowanie nie na rękę. Prawdopodobnie przez zatargi, których Smuda próbowała dociec, lecz to tylko przypuszczenia. Gdy tylko docierała do jakiś dowodów, te ginęły w niejasnych okolicznościach. Tak więc jedyna nadzieja tkwiła w świadku, który miał zatrzymać tę machinę przestępstw, w której pan Wippler był jedynie pionkiem.
- Jan, widziałeś moje akta? Cholera! Zaraz się spóźnię na rozprawę!
- A na biurku? Na biurku sprawdzałaś?
- Masz mnie za idiotkę? Oczywiście, że tak! - zdesperowana po raz kolejny zaczęła przeglądać swoją aktówkę, gdzie przechowywała jeszcze dokumenty. - Szlag by to! Nie mogę tego zawalić. - jęknęła, przechylając głowę do tyłu. - Nie teraz.
- Proszę. Czerwona teczka, tak? - chłopak podszedł do niej od tyłu i podsunął jej owy przedmiot w zasięgu jej wzroku.
- Tak - złapała dokumenty jakby były największą świętością. - Dziękuję. - Jan pochylił się nad nią, oczekując na pocałunek w geście wdzięczności, lecz ta uśmiechnęła się do niego pośpiesznie i minęła, by zdążyć do czekającej przed domem taksówki.
- A proszę. - westchnął i zamknął za kobietą drzwi.

Kasia wbiegła do gmachu sądu, zwracając przy tym na siebie uwagę wszystkich przechodniów. Jej szpilki narobiły porządnego hałasu, a spódnica, którą miała na sobie pierwszy raz niemiłosiernie podnosiła się do góry, utrudniając jej jakikolwiek ruch, a co dopiero bieg.
Okazało się jednak, że kobieta stawiła się na rozprawę dziesięć minut przed czasem, więc miała jeszcze chwilę na porozmawianie z jej klientem oraz świadkiem, którego z trudem udało jej się namówić do zeznań.
- Bardzo się cieszę, że jednak zdecydował się pan przyjść. - podała rękę speszonemu blondynowi. Był jeszcze młody, bo miał zaledwie dwadzieścia pięć lat. Zwykły przypadek zadecydował o tym, że stał się światkiem szantażowania pana Wipplera.
- Sam nie wiem. - mamrotał, nerwowo rozglądając się wokoło.
- Bardzo dobrze pan zrobił. Tylko dzięki panu zeznaniom ci ludzie trafią do więzienia.
- Zgadzam się z panią mecenas. Będę panu wdzięczny do końca życia. - dołączył do nich Wippler, który uścisnął mocno dłoń chłopakowi. - Ratuje mi pan tyłek.
- Zatem jak uzgodniliśmy, proszę nie pomijać faktu gróźb pod pana adresem. Proszę powiedzieć wszystko to, co wyjawił pan mi, dobrze? - Chłopak coraz bardziej zdenerwowany pokiwał tylko głową, starając się nie patrzeć w stronę zbliżających się do nich ludzi. A byli to koledzy "poszkodowanego", którzy poprzedniego wieczoru raczyli odwiedzić młodziutką żonę chłopaka, świadka w sprawie.
- Proszę się nie dać im wyprowadzić z równowagi. Są na przegranej pozycji. - Mecenas Smuda położyła dłoń na ramieniu chłopaka, by dodać mu tym otuchy, lecz ten widocznie się jej przestraszył. Zabrała więc dłoń, a przez jej twarz przemknął cień strachu. Czyżby chłopak chciał się wycofać?
- Jest pan naszą jedyną szansą. - dodała błagalnie, lecz jej wyraz twarzy stał się już profesjonalny. Weszli do sali rozpraw, gdy zostali poproszeni i z duszą na ramieniu oczekiwali na rozwój wydarzeń.

- Co pan Wippler ma na swoją obronę? - odrzekł znużony sędzia, który wyraźnie miał wyrobioną opinie na temat oskarżonego.
- Zostałem wrobiony, wysoki sądzie. Facet szantażował mnie, że jeśli nie podpiszę tej umowy, to mnie zniszczy. No i mu się udało.
- Ma pan na to jakieś dowody? - czarnoskóry mężczyzna wyrecytował kolejną regułkę, by formalności stało się zadość.
- Tak wysoki sądzie, mam świadka. - przytaknął mężczyzna, zerkając nerwowo za siebie. Mecenas Smuda bezwiednie zaciskała dłonie, gładząc jednocześnie co chwilę ich szorstką skórę w duchu przysięgajac sobie kupno porządnego kremu nawilżającego.
- Rozumiem - westchnął sędzia. - Kim jest ten człowiek?
- Anthony Caldwell - Kasia niemal wyskoczyła z krzesła. - Był obecny w czasie, gdy poszkodowany groził mojemu klientowi. Widział całe zajście i jest w stanie potwierdzić wersję pana Wipplera.
- Dobrze. - mężczyzna zniecierpliwiony zacisnął usta i jakby z niechęcią je otworzył, by przywołać wspomnianego młodzieńca.
- Wzywam na świadka Anthoniego Caldwella - mecenas Smuda wyszła zza biurka i pewnym krokiem zbliżyła się do mężczyzny, który miał odwrócić bieg rozprawy.

Wieczorem kobieta zasiadła przed telewizorem na kanapie. W jednej dłoni trzymała kieliszek, a w drugiej tanie wino. Otworzyła butelkę i nalała sobie odrobinę trunku. Uniosła łokieć tak, by móc ułożyć go na drugiej dłoni. Teraz szklane naczynie miała na wysokości swojej twarzy. Przyjrzała się zawartości naczynia. Czerwień, która je wypełniała była tak intensywna, że gdy tylko nią trochę zawirowała, jej ślady na brzegach szkła pozostawały nadal interesująco intensywne. Zamachnęła jeszcze raz kieliszkiem, kiedy wino spłynęło po ściankach naczynia.
Strasznie głupi ruch. Tak robią wszyscy koneserzy i ci którzy chcą na nich przystać. Żałosne, przecież to niczego nie wnosi. Alkohol jest po to, aby się nim upijać. Zapominać, a nie smakować.
Przechyliła całą zawartość do ust i nawet się nie skrzywiła.
- Nie wiem, co ludzie widzą w tych alkoholach. - odstawiła butelkę i szklane naczynie na ławę.
Wspomniała rozprawę, którą dziś przegrała. Cholerny dzieciak stchórzył. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jakich kłopotów narobił tym niewinnemu człowiekowi. Bez jego zeznań na apelację nie ma co liczyć.
A może to ona zaprzepaściła sprawę i swoją szansę na powrót do zawodu w glorii i chwale? W Polsce krążyły opinie o długiej rekonwalescencji mecenas Smudy, która miała rzekomo negatywny wpływ na jej zawodowe sukcesy. Jednym słowem zapomniała jak wygrywać.
W Stanach natomiast spaliła się na pierwszej rozprawie, bo wybrała ją sobie wyjątkowo trudną. Miał być wielki powrót, a skończyło się opinią nieudacznika.
Chwyciła za leżący tuż obok na kanapie telefon. Przejrzała książkę kontaktów i zatrzymała się na jednym z nich na samym początku listy. Nie zastanawiając się wiele nad tym, co mogłaby Andrzejowi powiedzieć, wybrała jego numer.
Może "Wracam, kochany"?









Krótko ;-)  Ech... Ale ostatnio było dlużej ;)












7 komentarzy:

  1. Super :) Zapraszam :3
    http://ndinz-mylife.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasia zamierza wrócić do Polski? Do Andrzeja, do Matyldy? Tylko ona zamierza to zrobić, bo naprawdę tego chce czy dlatego, że w Stanach jej coś nie wyszło?

    Falkowicz dalej ukrywa swoją chorobę... A powinien przecież powiedzieć prawdę bliskim. Oni w końcu zauważą, że coś jest nie tak. Matylda właściwie już to widzi...
    Czekam na następny rozdział!
    N.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochany? Coś się jej nie układa to uważa, że powinna wrócić,ale czy na stałe czy tylko na moment, aby narobić nadziei, a później brutalnie jej pozbawić? No cóż życie można mieć usłane różami, ale nawet tak piękny kwiat ma kolce. Matylda coś jakby przeczuwa i stara się dla profesora tak jak potrafi. Widać jak niewiele jej do szczęścia potrzeba, tak jak każde dziecko pragnie uwagi i nieważne, iż dał je Andrzej, który z początku nie potrafił okazywać uczuć i nadal uczy się tego:-) Zastanawia mnie tylko co uczynisz z Falkowiczem, jaką tak naprawde on ma przed sobą przyszłość.
    Czekam na kontynuacje;-)
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale Ty trzymasz w napięci.Andrzej musi się leczyć i koniec kropka! Ma dla kogo żyć i z kim dzielić swoje życie.Ciekawa jestem co w głowie Kasi się kryje..? No pożyjemy zobaczymy.Mam nadzieję,że nie uśmiercisz Andrzeja,bez Niego to wszystko straci sens.Podejrzewam,że i Matylda jak i Kaśka coś przeczuwają.Całuję,Monika

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowny blog! Znalazłam go dopiero dziś i właśnie skończyłam czytać :)
    Podobają mi się relacje Andrzej-Matylda. Fajnie też przedstawiłaś Adama. Podoba mi się wątek choroby Andrzeja, zawsze chciałam przeczytać o tym jakieś dobre opowiadanie i w końcu na takie trafiłam. Bardzo ciekawie wszystko opisujesz, naprawdę masz talent. Lubię taką grę słów w opowiadaniach i różne opisy (niektóre blogi skupiają się raczej na samych dialogach, co jest wręcz nudne). Czasem wkradnie ci się jakiś błąd, ale w ogóle nie przeszkadza to w czytaniu twojego opowiadania.
    Czekam na dalszy rozwój wydarzeń, ciekawi mnie, co Kasia powie Andrzejowi. Mam nadzieję, że Adam w końcu dowie się o chorobie brata, a ten zacznie się leczyć, bo przecież ma dla kogo żyć. Zastanawia mnie też Jan, fajnie by było, gdybyś napisała o nim coś więcej.
    Naprawdę podoba mi się twoje opowiadanie, wprowadziłaś wiele ciekawych wątków (choroba, Jan, wyjazd Kasi do Stanów). Czekam na kolejne części. Pozdrawiam ;)))
    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a tak naprawdę to wczoraj, bo jest już po 24 :D

      Usuń