Był wieczór. Ostatnie promienie słoneczne schowały się za horyzont. Ten przeklęty czas znów zataczał koło. Wszystkie smutki i radości minionego dnia ukryte zostały za ciemnością, która spowijała mieszkanie profesora. Przeklęta ciemność.
Cisza natomiast okazała się prawdziwą zdrajczynią. Kolaborowała między wolą mężczyzny, a jego niespokojnym oddechem. Powietrze było wypuszczane z płuc jakoś niespokojnie, jak po marszu, albo silnym stresie, czy doznaniu emocjonalnym. Lecz tak naprawdę Andrzej denerwował się tym, co dopiero miało nadejść. Tyle wątpliwości kłębiło się w jego umyśle.
Jak zniesie chemioterapię? Tylko z teorii znał jej skutki, a wyobraźnia wzniecała jego strach. Dobrze wiedział, że nie będzie łatwym przypadkiem. Leki obciążą jego nerkę, którą nota bene miał tylko jedną i w dodatku przeszczepioną od brata. Istniało duże ryzyko jej uszkodzenia, dlatego jeśli terapia zakończy się na zwykłym jej zapaleniu, będzie mógł mianować się szczęściarzem.
Choroby płuc obciążały niewydolne serce. Kolejna pułapka. Już teraz odczuwał kołatanie tego niezwykle ważnego organu, a co będzie jeśli nowotwór się rozwinie?
A niewątpliwie się rozwijał. Pasożyt zagnieździł się klatce piersiowej mężczyzny i przybierał na sile. Co raz to dawał o sobie znać, męcząc profesora bezproduktywnym kaszlem, czy uczuciem ucisku u szczytu płuc. Konsekwentnie przekładało się to na przemęczenie i rozdrażnienie, które rozładowywał na najbliższych. Ale nie same wybuchy złości były tak doskwierające, bo przecież każdy, kto znał Andrzeja Falkowicza, zdawał sobie sprawę z jego bezpośredniej i złośliwej natury. Sęk w tym, że mężczyzna ich nie kontrolował, nawet przy własnym dziecku.
Siedział teraz na wiklinowej pufie w małym pokoiku na parterze. Przyglądał się spokojnie śpiącej dziewczynce, która była zupełnie nie świadoma tego, co działo się wokół niej. Pogrążona we śnie wydawała się taka niepozorna, ale mężczyzna zdążył poznać tego szkraba. To istna diablica w skórze anioła, choć tylko z pozoru. Mała była bardzo inteligentna, nawet jak na swój wiek. Z godnością potrafiła przyjąć każde niepowodzenie i z niewzruszoną miną ruszyć do przodu. Nie okazywała słabości, ale tylko wtedy, gdy nie należało tego robić. Choć w istocie cechowała ją siła, to pod maską dumnej damy kryła się krucha istotka, która jak każde dziecko potrzebowała atencji i miłości. Falkowicz dostrzegał tę rozczulającą słabość za każdym razem, kiedy Matyldzia starała się ją ukryć, choć robiła to kompletnie nieświadomie. Mężczyzna znał ten zwyczaj, sam w końcu zachowywał się podobnie przez znaczną większość swojego życia. Niesamowite jak bardzo podobni do siebie byli ci zupełnie nie spokrewnieni ze sobą ludzie. Lecz to nie miało teraz znaczenia. Zupełnie nie miało.
- Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczysz. - przerwał ciszę swym niskim głosem, tak idealnie wypełniającym zupełnie głuchą przestrzeń. Uśmiechnął się pod wpływem zalewających go uczuć, choć jego szare oczy wypełnił ból. Westchnął głośno, prowokując swe płuca do reakcji. Zdusił w sobie kaszel, przyciskając pięść do ust. Odetchnął, tym razem powoli tak niesmacznym powietrzem. Skrzywił się lekko pod wpływem gorzkiego posmaku w jego ustach.
Dziewczynka nadal spała, mimo hałasu, jakiego zdążył narobić. Zawsze miała twardy sen. Andrzej przyglądał się swej latorośli, którą darzył jakimś szczególnym, jeszcze niezidentyfikowanym uczuciem. Tak bardzo chciał ją jeszcze poznać, zobaczyć jak dorasta, jak zakochuje się w nieodpowiednich facetach, których on sukcesywnie do siebie zraża. Chciałby ją chronić przed niesprawiedliwością bezwzględnego świata, który na nią czyhał teraz i w dorosłym życiu.
- Andrzej? - strumień światła, który wpadł do pokoju oślepił go na moment. W centrum tego rażącego źródła dostrzegł sylwetkę mężczyzny. Przyjrzał się Adamowi chwilę spod przymrużonych oczu i niechętnie podniósł się z siedzenia. W pokoju dziewczynki rozległo się nieśmiałe skrzypienie wikliny, a po nim cisza, lecz znośniejsza niż dotychczas. Pochylił się nad córeczką i złożył na czubku jej głowy pożegnalny pocałunek. Zawisł jeszcze na chwilę nad jej ciałem i zacisnął usta, zastanawiając się nad czymś głęboko. Po walce ze samym sobą, którą profesor jednak przegrał, uniósł tułów i powrócił do wyprostowanej postawy. Bezpowrotnie stracił odwagę na szczere wyznanie, mimo że mała nie mogła go przecież usłyszeć. Strapiony rzucił ostatnie spojrzenie na Matyldzię i ruszył w stronę wyczekującego go przy drzwiach Adama.
- Spokojnie, zostanę z Matyldą do czasu, aż Adam przyjedzie. - kobieta siedziała za stołem i popijała cappuccino z mlekiem.
- Nie zgadzam się, żebyś nocowała w jakiś hotelach. - podirytowany tym pomysłem Andrzej pokręcił głową, przybierając zdegustowany wyraz twarzy. - Matylda nocuje tutaj, więc ty też powinnaś. - Kasia prychnęła zdumiona. Jego stanowczość ani trochę nie zelżała przez te lata.
- Zatrzymałam dawne mieszkanie. - oznajmiła. Rzeczywiście tak było. Kobieta chciała mieć w Polsce miejsce, w którym zawsze mogłaby się zatrzymać. Taka przystań na sentymentalne powroty do korzeni, gdyby zechciała ulec melancholijnym nastrojom. Teraz dziękowała losowi za to, że nie sprzedała tego niewielkiego lokum na drugim końcu Warszawy. Ułatwiło to jej powrót do kraju i odciążyło z problemu znalezienia czegoś nowego w przystępnej cenie. - Chyba nie myślałeś, że tak zupełnie odcięłabym się od korzeni? - dodała, widząc jego zdumione spojrzenie. Spuściła wzrok zmieszana, gdy odczytała jego prawdopodobne przypuszczenia. Pewnie myślał, że zamierzała wrócić, że do końca się wahała, jaką decyzję ma podjąć... Nie miał racji, ale dlaczego tak się tym zdenerwowała? Przecież się mylił.
- Nie ma mowy. Jest już późno, a droga do domu zajmie ci jakąś godzinę. - tłumaczył byłej kochance.
- Nie martw się o mnie. - zaśmiała się jakby kpiąco. Nie znosiła być na czyjejś łasce. A najbardziej denerwowało ją to, że Andrzej miał rację.
- Kasia może rzeczywiście będzie lepiej, jak zostaniesz. Tym bardziej, że nie wiem, kiedy wrócę... - zatrzymał się, gdy napotkał palące spojrzenie brata. - No co? - wzruszył ramionami niewinnie.
- No dobrze. Może tak będzie lepiej. Strasznie się za nią stęskniłam. - kiwnęła głową w stronę pokoju dziewczynki. Falkowicz sposępniał, gdy uświadomił sobie, że już nigdy nie zobaczy swojej Matyldzi. Nie chciał, żeby odwiedzała go w szpitalu i miał zamiar to jasno zakomunikować swoim najbliższym. Może mała z czasem zapomni i to przywiązanie do niego zelżeje? Łatwiej jej wtedy będzie pogodzić się z odejściem mężczyzny. Sam wiedział ile cierpienia przysparza "pogodzenie się" z czyjąś śmiercią. Doświadczył tego lata temu i nie miał zamiaru tak ranić podopiecznej.
- Więc postanowione. Adam. - pośpieszył chłopaka znaczącym spojrzeniem i ruszył przed siebie.
Podążając wąskim chodnikiem swego podwórza, chłonął niczym gąbka otaczający go krajobraz. W krótkiej chwili chciał zapamiętać jak najwięcej. Wszystko wokół - mury, zieleń ogrodu, wyboista droga przed domem - należało do monotonnej codzienności, za którą już tak potwornie tęsknił.
- Za dwa tygodnie będziemy z powrotem. - młodszy Baran poklepał brata po ramieniu krzepiąco. Ten wyrwał się z namysłu i spojrzał na chłopaka, który od dłuższego czasu przyglądał mu się jakoś dziwnie.
- Adam - zaczął, gdy już zajął miejsce pasażera. - Pamiętaj, że zawsze będę ci wdzięczmy. Podarowałeś mi pięć lat życia. Gdyby nie ty nie poznałbym...
- Nie rób tego. - syknął zdenerwowany Krajewski. Chłopak przymknął na chwilę powieki, po czym do cna opróżnił płuca w wydechu. - Nie żegnaj się. Ze mną ci tak łatwo nie pójdzie. - Andrzej zacisnął usta, powstrzymując się przed dodaniem czegoś. Tak bardzo chciał załatwić wszystko, co niezałatwione zanim jego czas dobiegnie końca. Czuł się coraz słabiej i obawiał się, że to już niedługo.
Dojechali do celu, pod szpital w Leśnej Górze. Oczywiście miejsce hospitalizacji Falkowicza było kwestią sporną, gdyż profesor stanowczo opierał się położeniu w swym miejscu pracy. Nie chciał być skazanym na fałszywe poklepywanie po plecach i nieszczere wyznania współczucia. Jeden ostatni raz pragnął stać się anonimowym. Ponadto (a może przede wszystkim) nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek z tamtejszego personelu mógłby oglądać go w takim stanie. Leżenie w agonii nie miało nic wspólnego z twardym wizerunkiem, jaki zdążył sobie wykreować. Bo a nóż wyzdrowieje?
Falkowicz chciał, aby zapamiętano go, jako tego niepokonanego i silnego człowieka o wielu talentach; jako mistrza chirurgii.
Adam jednak nalegał, by brat wybrał właśnie ten szpital. Wiązało to się z zaufaniem do specjalistów, jakich mieli na tamtejszym oddziale onkologicznym. Co więcej Krajewski mógł tak odwiedzać Andrzeja znacznie częściej, niż gdyby ten zdecydował się na inny szpital w centrum Warszawy, który oczywiście profesor brał pod uwagę. Ta kwestia, jak zapewne się domyślacie, była wielką bolączką naszego Falkowicza, gdyż ten najchętniej zrezygnowałby z jakichkolwiek odwiedzin. Dlaczego? O tym decydowała już jego duma.
Przed wejściem czekał na niego Piotr, którego od razu dostrzegł Falkowicz. Podszedł do niego i przywitał się uściśnięciem dłoni.
- Mój poczet powitalny? - zakpił, oglądając się za bratem, który zgubił się na chwilę w tyle.
- Chciałem przypilnować, żebyś nie uciekł. - Gawryło podał rękę nieco zasapanemu Adamowi, który trzymał w dłoni torbę podróżną brata.
- Adam cie zmieni. - skinął głową na brata, który w odpowiedzi tylko przewrócił oczyma. Andrzej nie miał najmniejszej ochoty na ckliwe rozmowy i słowa otuchy. Żenujące więc było w jego ocenie zachowanie obu mężczyzn, którzy tak zawzięcie mu towarzyszyli. Podirytowany ruszył w stronę oddziału z torbą w dłoni, którą zdążył odebrać młodszemu chirurgowi, zostawiając w tyle obu towarzyszy niedoli. Zatrzymał się przy rejestracji, gdzie młoda pielęgniarka wskazała mu numer sali, która - jak to określił w myślach - będzie miejscem jego dogorywania. Dotarł pod wskazany numer i obrzucił pomieszczenie krótkim spojrzeniem. Była to niewielka sala, utrzymana w bladoniebieskiej kolorystyce, skąpo naświetlona. Po lewej stronie, pod oknami stały dwa łóżka. Z godnością przyjął fakt, że będzie miał towarzysza, choć po cichu liczył jednak na wpływ jego znajomości i salę jednoosobową. To miał być jedyny plus jego leczenia w Leśnej Górze.
Gdy pogodził się ze świeżo wysnutymi wnioskami, przysiadł na jednym z łóżek. A stało ono dalej od drzwi, w końcu sali. Nie będzie więc napotykał ciekawskiego spojrzenia kolegi, gdy ten wchodziłby bądź wychodziłby ze sali. Taka odrobina prywatności.
Mimo wszystko szczęściarz - to było jedyne wolne łóżko. Sądząc po rozgrzebanej pościeli na tym drugim, jego sąsiad już gdzieś krzątał się po szpitalu. Zatem korzystając z wolnej chwili, sięgnął po najpotrzebniejsze rzeczy, które będą w ciągłym użytku i poukładał je ładnie w swej szafce nocnej. Na skraju pościeli położył zaś ulubioną piżamę. Zdjął buty, płaszcz i wyciągnął się wygodnie z rękoma pod głową. Założył nogę na nogę i wpatrując się w promienie księżyca, tworzące geometryczny wzór na suficie, wyczekiwał pielęgniarki, która miała mu wykonać wkłucie.
Nad ranem Kasia obudziła się na kanapie w salonie. Przysłoniła dłonią oczy, by uchronić je przed rażącym światłem słonecznym. Rozejrzała się dookoła i oprzytomniała, gdy dostrzegła, że znajduje się w obcym miejscu. Podniosła się i tupiąc bosymi stopami zajrzała do śpiącej w swoim pokoju Matyldy. Uśmiechnęła się na widok jej spokojnej twarzy. Wycofała się najdyskretniej jak potrafiła i gdy chciała zrobić krok w tył, wpadła na coś. Ze świstem nabrała powietrza w płuca i spojrzała w oczy chłopakowi z kamienną miną.
- Kiedy wróciłeś? - kobieta przeczesała kasztanowe włosy i starając się opanować bicie serca, rozpoczęła nurtujący ją temat.
- Nad ranem. Chciałem jeszcze złapać profesora Solińskiego przed odprawą. - odrzekł Adam. Widać było, że tej nocy nie zmrużył oka. Ciężkie powieki, zmarszczki w kącikach oczu i sine cienie pod nimi zdradzały jego zmęczenie.
- Mhm, a to kto? - minęła brata Andrzeja i ruszyła w stronę kuchni zaciskając w talii pasek szlafroka.
- Ordynator onkologii. - odrzekł znużony. Kasia ścisnęła mocniej słoiczek z kawą, który przed chwilą o mało nie wypadłby jej z rąk.
- Zdecydował się na chemioterapię? - naprawdę bardzo się starała, by ton jej głosu wydawał się zupełnie naturalny. Prawda była jednak taka, że wstrząsnęła nią wiadomość o chorobie Andrzeja. On też się bał, widziała to w jego oczach, czy nawet zachowaniu. Tym razem nie miał nad niczym kontroli, a to czy wyzdrowieje zależy tylko i wyłącznie od głupiego szczęścia i woli walki.
Właśnie - od woli walki. Tej jakby zabrakło temu wiecznie walecznemu mężczyźnie. Bała się, że przez to pesymistyczne nastawienie do terapii, leczenie się nie powiedzie. A przecież to podświadomość odgrywała kluczową rolę w pokonywaniu nowotworów, czyż nie? Bez niej, mogli tylko bezczynnie czekać na najgorsze. Dlatego zamierzała Andrzeja zmotywować, przypomnieć mu złote czasy profesora Falkowicza, który już nie zdobywał celi, a kolekcjonował sukcesy.
- To ryzykowne... - westchnął, sięgając po kubek ze świeżo zaparzoną kawą. - Biorąc pod uwagę jego obciążenia. Ale będziemy próbować wszystkiego. Radioterapii i chemioterapii. - upił łyk gorącego trunku, krzywiąc się, gdy poczuł piekący ból na końcu języka.
- A operacyjne wycięcie guza? - Adam pokręcił przecząco głową.
- Nie wytniemy mu całego płata płucnego. Tyle szczęścia, że to rak niedrobnokomórkowy, łagodniejsza forma. - Ten typ nowotworu dawał prawdopodobieństwo powodzenia leczenia, w przeciwieństwie do typu drobnokomórkowego, który pozwalałby jedynie na opiekę paliatywną w przypadku tak doświadczonego organizmu.
- Całe szczęście... - powtórzyła jak złą mantrę.
- Szczęście, że Gawryło zauważył problem. Jeszcze miesiąc i nie byłoby ratunku. - chłopak potarł dłonią zaspane oczy. - Jest jeszcze terapia protonowa. - dodał, patrząc przez okno i mrużąc oczy przez jasne promienie słoneczne wpadające do środka.
- Protonowa? Nie słyszałam.
- Bo to nowość. I w dodatku najbezpieczniejszy i najskuteczniejszy wariant w leczeniu nowotworów złośliwych. - kobieta otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. A więc była nadzieja.
- To dlaczego się nie cieszysz? - Adam zaśmiał się nerwowo, upijając kolejny spory łyk czarnej kawy.
- W Polsce jest tylko jeden taki ośrodek. Metoda jest w fazie eksperymentu. W dodatku opracowana na podstawie leczenia nowotworów głowy i podstawy czaszki. Jak dotąd tylko zamierzają zająć się leczeniem innych jego odmian. - zdumiona kobieta wpatrywała się w tego chłopaka małej wiary.
- Skoro jest nadzieja, to trzeba się jej chwytać. Walczyć! - pochyliła się nad stołem.
- Tak? To powiedz to Andrzejowi. Bo to chyba właśnie jemu powinno zależeć najbardziej. - zdenerwowany wstał, z rozpędu odsuwając krzesło i zniknął za ścianą prowadzącą na klatkę schodową.
Smuda została sama. Przygryzła dolną wargę zamyślona. Zastanawiała się nad nowo poznaną opcją. Postanowiła porozmawiać o tym z samym Andrzejem. Była pewna, że jeśli ten zapozna się z nową możliwością, odzyska wiarę w wyzdrowienie. Wieść o nowej terapii dodała jej nadziei, mimo że ta była bardzo trudno dostępna. Ale była! Zawsze należało chwytać się tej przysłowiowej brzytwy, jeśli tylko takowa była w zasięgu ręki.
Kobieta chwyciła więc za swój laptop, który zdążyła poprzedniego wieczoru wypakować i zostawić na ławie. Postanowiła dowiedzieć się jak najwięcej o protonoterapii i o klinikach badających tę innowacyjną metodę.
Najmłodsza latorośl naszych bohaterów zbudziła się niedługo po swojej mamie. Ucieszona z niespodziewanego powrotu mamy, postanowiła wstać czym prędzej i powitać ją filiżanką czegoś dobrego. Podekscytowana zsunęła kołdrę z kolan i wsunęła na stopy łapcie. Pociągnęła za klamkę i zaskoczona ujrzała swoją rodzicielkę przed włączonym laptopem. Podeszła do niej dyskretnie i zajrzała przez ramie.
- Pro-tono-te-rapia - odczytała na głos sylabizując. Kasia wzdrygnęła się wystraszona i czym prędzej zamknęła urządzenie.
- Matko, ale mnie wystraszyłaś. - uśmiechnęła się wymuszenie do dziewczynki, jednak widać było, że jest czymś mocno zdenerwowana.
- Co robiłaś? - mała przysiadła się tuż obok kobiety.
- Co? Ja? Em... nic. To znaczy... - dodała szybko, gdy Matylda ściągnęła brwi. - Praca, kochanie. Zbieram materiały. - dziewczynka pokiwała głową. Takie wytłumaczenie jej wystarczyło, choć nadal dziwnym dla niej było to zdenerwowanie Kasi.
- Zrobić ci coś do picia? - wstała i spojrzała na matkę wyczekująco.
- Nie, już piłam.
- To zapytam taty. - oznajmiła, po czym ruszyła biegiem po schodach, zostawiając za sobą osłupiałą Smudę. Ta pierwszy raz usłyszała, żeby jej córka tak nazwała Andrzeja. Nie sądziła, że ten mężczyzna w ogóle mógł na to pozwolić. Gdy pierwszy szok ustąpił, na policzki kobiety wystąpiły rumieńce. Krew w niej zawrzała, gdy dotarło do niej, że były kochanek ustala za jej plecami tak ważne kwestie. W głowie szykowała sobie obelgi, jakimi obrzuci tego iście niereformowalnego faceta.
- Gdzie on pojechał? - knucie zemsty przerwała jej jednak córka. Spojrzała na nią, przez chwilę zastanawiając się nad jej pytaniem, aż w końcu dotarło do niej, że nadszedł ten czas, aby Matylda poznała prawdę, choć może ubarwiona nutką (ewentualnie całym akordem) optymizmu.
- Do szpitala, kotku. - zaczęła nieco neutralnie. Matylda podeszła bliżej, przyglądając się matce podejrzliwie.
- Ma wolne. Sam mówił. - usiadła po turecku na drugim końcu kanapy, garbiąc się przy tym. Założyła łokcie na kolanach i skubała skórki przy paznokciach, w głębi przeczuwając coś niedobrego. Była w końcu dzieckiem z ogromną wyobraźnią i niesamowitą intuicją, której mógł jej pozazdrościć nie jeden dorosły. Mimo przedstawianych jej wcześniej wyjaśnień, które miały chronić ją przed zmartwieniami, Matyldzia czuła, że wszyscy coś przed nią ukrywają, coś co w jej głowie urosło do rangi tragedii. Dorośli nie zdawali sobie sprawy, że odcinając małą od jakichkolwiek informacji, dodatkowo potęgują w dziecku lęk przed nieznanym.
- Kochanie, Andrzej jest w szpitalu, bo jest chory. - dziewczynka poczuła niemiły uścisk w żołądku, a jej twarz zalała nagła fala gorąca. Sprawdziło się jedno z jej najgorszych przypuszczeń.
- Źle się poczuł? - dopytywała.
- Pewnie już długo czuł się nienajlepiej. - odparła kobieta spokojnie.
- Ale wyzdrowieje, prawda? - mała podniosła wzrok na matkę i spojrzała na nią zaszklonymi od łez oczami. Po jej zarumienionym policzku powoli spłynęła pojedyncza kropelka, a tuż za nią poleciała kolejna, ta już szybciej ześlizgnęła się po wyrobionym sobie szlaku.
- Choć tu... - kobieta wyciągnęła dłonie do zapłakanej córki, która po chwili uścisnęła ją mocno. Przywierając tak do ciała matki, łkała bezgłośnie, a jej klatka piersiowa co raz to unosiła się gwałtownie w spazmach płaczu. - Będzie dobrze. - odrzekła szczerze w to wierząc. - To najsilniejszy facet jakiego znam. Jak nie on to kto? - uśmiechnęła się, głaszcząc rozdygotaną dziewczynkę po plecach. - Zobaczysz, jeszcze cię będzie nosił na rękach... ten twój tata.
A więc nadzieja.
<3 Kocham twoje opowiadanie,codziennie zaglądam tutaj z nadzieją że jest nowy rozdział i dzisiaj byłam mile zaskoczona :-) Super rozdział i mam nadzieję że Andrej wyzdrowieje
OdpowiedzUsuńNa pewno choć część problemów rozwiąże się szczęśliwie.
UsuńAle...
Mam nadzieje, że uda mi się zaskoczyć.
Super że tak szybko pojawiła się nowa część a czy kolejna pojawi się przed weekendem? Może po? W każdym razie czekam i mam nadzieję że wszystko dobrze się skończy
OdpowiedzUsuńKolejna musi pojawić się w tym tygodniu.
UsuńW nocy przez przypadek natrafiłam na tego bloga i się zakochałam.. czytałam wszystko do 5 rano.. Cudo! Masz talent! Jak czytam, to jakbym widziała i słyszała Andrzeja i Adama..
OdpowiedzUsuńMam jedynie nadzieję, że nam tu nie uśmiercisz Andrzejka :)
Pozdrawiam i czekam na kolejną część :)
Miło mi czytać :-)
UsuńTak... Jak przeczytałam za pierwszym razem, byłam tak zmęczona, że nim doszłam do końca, już nie pamiętałam, co było na początku. Za drugim razem nie miałam możliwości skomentowania. I przypomniało mi się o tym teraz ;-)
OdpowiedzUsuńAndrzej zaczyna się leczyć. W końcu. Jest też jakaś nowa terapia. Nadzieja, której warto się chwycić. Może to właśnie ta eksperymentalna metoda uratuje Falkowiczowi życie? Bo on przeżyje, prawda?
Kasia... Martwi się o Andrzeja. I tu nie chodzi tylko o to, że jej córką może stracić ojca. Na pewno nie chodzi tylko o to. Może właśnie dzięki tej chorobie zbliżą się do siebie?
I jeszcze pretensje, że Matylda mówi do Falkowicza "tato" a Kasia o niczym nie ma pojęcia... A może profesor pytał się jej, kiedy ona była jeszcze w śpiączce, czy Matyldzia może do niego tak mówić? A że milczenie jest podobno znakiem zgody... ;-)
I jeszcze Matylda. Szkoda, że wcześniej nie wiedziała, że jej tata trafi do szpitala... Ona rozumie dużo. Naprawdę dużo. I okropnie się martwi... Ona nie chce stracić ojca... I mam nadzieję, że nie straci.
N.
Zgoda, wymęczyłam was trochę tym ubarwionym językiem. Muszę ciut przystopować.
UsuńNie, nie wymęczyłaś! Ja po prostu byłam strasznie zmęczona i nie za bardzo ogarniałam, co ja w ogóle robię ;-)
UsuńN.
Ej proszę cię nie rób tego żeby Andrzej umarł niech wyzdrowieje :))
OdpowiedzUsuńTo jak,next dziś? Proszę!
OdpowiedzUsuńO niee ;-) Dziś już nie dam rady.
Usuńbędzie dziś next? :)
OdpowiedzUsuńUsycham z tęsknoty!!!!
OdpowiedzUsuńBędzie dziś rozdział? :_)
OdpowiedzUsuńJutro będzie ;-) Miałam chwilowy brak weny. Dzieci (siostrzeńcy) potrafią wyssać wszystkie siły.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuńa o której dziś będzie rozdział? :))
UsuńHalo, my tu czekamy !!!!!
OdpowiedzUsuń