wtorek, 16 lutego 2016

Rozdział 22

Tego dnia mężczyzna czuł się trochę gorzej. Męczyły go bóle w klatce piersiowej i miał nieznaczne, choć uciążliwe kłopoty ze swobodnym oddychaniem. Złe samopoczucie przekładało się na jego zdenerwowanie, które ujawniało się na każdym kroku. Sięgnął po kolejną dawkę tabletek przeciwbólowych, choć była to już druga tabletka przed południem. Należy również zaznaczyć, że leki jakie zażywał profesor były mu przepisywane na receptę przez doktora Gawryło. A więc ich działanie było dość silne.
Rozdrażniony swoją niedyspozycją mężczyzna obawiał się o powodzenie wypadu nad jezioro, który przygotował właśnie na te popołudnie. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wolno mu było nadużywać środków przeciwbólowych. Mogłoby to doprowadzić do osłabienia kondycji jego serca.
Świadomość tego nakręcała karuzelę strachu, jaka rozhulała się w jego umyśle. Jeśli nie uśmierzy bólu, będzie zdany na potworne męki w chorobie nowotworowej i w rezultacie wyjątkowo bolesną śmierć. Z drugiej zaś strony zawał mógłby równie "skutecznie" pozbawić go życia, ale ta opcja była zdecydowanie szybsza.
Zaśmiał się żałośnie. Cóż za wybór!
W najlepszym razie umrę za tydzień. A w najgorszym jeszcze dziś. - pomyślał.
Ale nie w jego stylu było rozpaczać, czy użalać się nad sobą. Jedyne co mógł zrobić, to jeszcze powalczyć i wydrzeć od życia mały bonus w postaci kilku dni. Postanowił, że jeszcze tego dnia zadzwoni do Piotra z prośbą o podjęcie się leczenia. Musiał tylko uporządkować kilka swoich spraw, tak na wszelki wypadek, gdyby już miał nie dostać takiej szansy.
Usiadł za biurkiem, znacznie zdobniejszym od tego, które miał w Leśnogórskim szpitalu. Wyjąć kartkę papieru, jeszcze nie zapisaną - idealnie czystą. Ujął w prawą dłoń ulubiony długopis i zaczął spisywać swą ostatnią wolę.
Korygował ją jeszcze kilka razy, lecz ostateczną wersję sformułował dość szybko.
"Ja, Andrzej Falkowicz (...) oświadczam, że zostawiam mojemu bratu, Adamowi Krajewskiemu dom wraz z całym jego uposażeniem i działką, matce mojego dziecka, Katarzynie Smudzie cały mój pozostały majątek, w skład którego wchodzi (...)."
Przyjrzał się jeszcze raz tak ważnemu dokumentowi, jaki właśnie sporządził. Choć dla niego nie powinno to mieć już większego znaczenia. W prawdzie Adamowi pieniądze przydałyby się bardziej, lecz zamysł profesora był bardzo dobrze wykalkulowany.
Dom profesora Adam zawsze mógł sprzedać, ale w środku było mnóstwo publikacji i medycznych periodyków, które zdecydowanie bardziej usłużne będą lekarzowi. Kasia natomiast wychowywała jego dziecko, a Matylda wymaga nakładu pieniężnego; szczególnie później, gdy będzie chciała iść na studia. Nie byłby sobą, gdyby nie zabezpieczył przyszłości swojej małej.
Jednak w całym dokumencie dostrzegł błąd. Albo właściwie niedociągnięcie. Był też Piotr i Wiktoria - osoby, które prawdopodobnie się o niego troszczyły. Nie mógł mieć pewności, lecz należało i im podarować coś na pożegnanie. Aby nie zawahały się postawić mu znicza na grobie... - westchnął z przekąsem. Tak to były osoby, które o niego walczyły, lecz on sam nie mógł zrozumieć tego iście samarytańskiego odruchu.
Na końcu kartki skreślił pare słów, lecz po "zostawiam" zatrzymał się na chwilę. Piotr był człowiekiem honorowym; znacznie lepszym upominkiem byłaby jakaś pozycja z jego domowej biblioteki aniżeli pieniądze. Wiedział z czego przyjaciel ucieszyłby się. Zadowolony z pomysłu dokończył myśl, przelewając jej treść na papier.
Wiktorii również zapisał kilka nieujawnionych dotąd pozycji, które z resztą zostały napisane przez samego Andrzeja. Wydawały mu się nie kompletne, więc miał nad nimi jeszcze popracować. Cóż, nie będzie mu dane. Może zatem Consalida wespnie się dzięki nim na piedestał chirurgii naczyniowej?
Adam nie powinien być zazdrosny - ten już otrzymał materiałów na dwa tytuły profesorskie.
Skończywszy ostateczną wersje dokumentu, rozsiadł się wygodnie na fotelu. Uśmiechnął się pod nosem, zauważając promienie słońca wypływające zza szarych chmur. Zastanawiał się, jaka pogoda będzie na jego pogrzebie. Taka byłaby idealna na umieranie. Pochmurna, więc pewna melancholijność i smutek, ale też pojedyncze promienie słoneczne - zatem nadzieja. Kolejny raz zastanowił się nad kwestią wiary. Wierzył? Bo cholernie chciałby zobaczyć kto przyszedł go pożegnać. I rodziców, tak bardzo za nimi tęsknił. Czasami bał się, że zapomni jak wyglądają, bądź jakie mieli zwyczaje. Lecz ojca nigdy nie zapomni - codziennie widuje go w lustrze. Choć może oczy są inne, takie puste, nieszczęśliwe.
Wydawałoby się, że Andrzej odnalazł w końcu swoją radość, jaką było ojcostwo. Ale jeśli nadal był nieszczęśliwy, to czego mu brakowało? A może tej pustki już nie da się niczym zastąpić?
Usłyszał pukanie. Serce zabiło mu mocniej, kiedy zorientował się, co leży na biurku. Zdenerwowany sięgnął po ową kartkę, lecz jego spokojne ruchy tego nie zdradzały.
- Proszę - odrzekł, zakładając splecione dłonie na brzuchu. Skrzypienie oznajmiło mu o wejściu gościa. Nasłuchiwał, jak zapewne Adam zbliża się niepewnym krokiem w jego stronę. - Mam raka. - powiedział, wpatrując się w chmury za oknem jego gabinetu. Gość przystanął na chwilę, nie wydając absolutnie żadnego dźwięku. Nawet oddychać jakby zaniechał. - Dowiedziałem się dwa miesiące temu. Na wizycie kontrolnej po wypadku. - kontynuował bez zająknięcia. - Rak płuc. - dodał. Gdy chłopak nadal się nie odzywał, profesor lekko zdziwiony jego postawą postanowił sprawdzić dlaczego ten tak uporczywie milczy.

Consalida miała dziś po raz kolejny spotkać się ze swoją terapeutką. Zajrzała do notesiku, w który zapisywała wszystkie swoje dotychczasowe przemyślenia. Nie miała ich zbyt wiele i nie były one nawet spisywane systematycznie. Pochodziła raczej do tego zadania z przymrożeniem oka. Nadrabiała wpisy z kilku dni, chcąc nadać im jak najbardziej beztroski ton. Bardzo się starała, aby nie można z nich było wyczytać ani odrobiny żalu. Kobieta była przekonana, że sama jest w stanie zwalczyć swoje lęki. Myślała, że to tylko kwestia czasu. Zawsze się podnosiła, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Wrzuciła do torebki zeszyt i narzuciła na plecy swój płaszcz.
- Już wychodzisz? - odwróciła się wystraszona w stronę Adama. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wiedział co kobieta chowa, lecz to było przecież nie możliwe.
- Tak, właśnie skończyłam dyżur. - wyjęła włosy zza materiału i zarzuciła je do tyłu.
- Fajnie. - podszedł bliżej, nerwowo stukając palcami po biurku.
- Adaś, jeśli czegoś chcesz to mów od razu. Trochę się spieszę. - ten niepewnie spojrzał na nią. Wiktoria zaniepokoiła się trochę jego poważnym wyrazem twarzy. Nie często go takiego ostatnio widywała. - Problemy w związku?
- Jakim związku? - odparł lekko zbity z tropu.
- No jak jej tam było... Alicja? - przełożyła gustowną torebkę do drugiej ręki.
- Alicja? To tylko znajoma. - Wiki prychnęła wyraźnie podirytowana, jak jej się wydawało, kłamstwami kolegi. - Posłuchaj, nie chciałem się kłócić.
- No to co? Jak już mówiłam bardzo się spieszę...
- Dobra, już. - uniósł ręce w geście obronnym - Chciałem tylko zapytać co u ciebie.
- Doskonale. - rzuciła ze sztucznym uśmiechem i minęła chłopaka, ruszając w stronę drzwi.
- Czy ty nie możesz tak normalnie? Pogadać? Wiesz, ludzie czasem mają większe problemy. - wyrzucił z siebie zdenerwowany.
- Skąd ty możesz wiedzieć, jakie ja mam problemy? - syknęła, zbliżając się do chłopaka.
- No właśnie. - odrzekł niemal szeptem. - Skąd? - Wiktoria popatrzyła na niego z szeroko otwartymi oczyma. Odczytała to, co miał na myśli przyjaciel. I miał racje. Lecz dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że od dłuższego czasu z nikim nie rozmawiała. Nikomu nie zwierzała się, a tak bardzo tego potrzebowała.
- Wiki porozmawiaj ze mną. Jak za starych dobrych czasów. - odparł spokojniej.
- Masz rację. Musimy pogadać. - odezwała się speszona swym wcześniejszym wybuchem - Opowiesz mi jakie to ty masz problemy. - zaśmiała się w ten swój subtelny sposób. Adam odetchnął z ulgą widząc, że dziewczyna uspokoiła się nieco.
- Tym razem to od ciebie zaczniemy. - odparł, mając w myślach swoje strapienie. Sam nie wiedział jak miałby zacząć swoje wyznanie. Wolał więc poczekać i w międzyczasie zebrać myśli.
Adam podwiózł przyjaciółkę pod wskazany adres. Zdziwił się, gdy dostrzegł szyld przed budynkiem, lecz nie skomentował tego. To mogła być przecież konsultacja. I choć protestowała to zaczekał na nią pod budynkiem w swym aucie. Ten czas spędzony na czekaniu dobrze mu zrobił.
    Rudowłosa kobieta natomiast siedziała teraz naprzeciw blond terapeutki. Po raz kolejny zirytowała Wiktorię swoim nienagannym wyglądem. Włosy zawinięte w jedną lekką falę, nawilżone dłonie ułożone na gładkich kolanach... Drogi ideał.
- Zatem, pani Wiktorio. Rozpocznijmy od pani wpisów. - wyciągnęła długą dłoń w stronę rudowłosej lekarki. Ta natomiast zawahała się, czy aby powinna dawać owy notatnik pod ocenę. Mimowolnie ścisnęła przedmiot i uśmiechnęła się przepraszająco do blondynki.
- To chyba nie będzie miało sensu. - odważyła się powiedzieć na jednym tchu.
- Nie rozumiem? - Terapeutka cofnęła więc rękę i przekręciła głowę na bok.
Consalida stanęła przed wyborem. Mogła stawić czoło swoim problemom, albo udawać, że nic ją nie gnębi. Pierwszy raz podziękowała w duchu swojemu tajemniczemu przyjacielowi, który pierwszy dostrzegł w niej strapienie i wyciągnął do niej pomocną dłoń. Umówił ją do swej przyjaciółki, którą była właśnie ta terapeutka. Choć Wiktoria długo się upierała, że nie potrzebuje wsparcia. Może i tak było, lecz jako lekarz powinna czym prędzej uporać się z emocjonalnymi rozterkami, by szybko wrócić do zawodowej sprawności. Wszak chłodne podejście do sprawy było w medycynie niezbędne.
- Skłamałam tam trochę. - odchrząknęła, usprawiedliwiając tym swój cichy głos. Tkwiąc w niezręcznej dla Wiktorii ciszy, kobieta czuła się niemal zmuszona do wyjaśnień. - Nie czuję się dobrze z myślą, że go zostawiłam. Mogłam walczyć o nasze małżeństwo i o poprawę naszych relacji, ale tego nie zrobiłam. - zatrzymała się na chwilę przywołując w pamięci jakąś bolesną chwilę. - Wierzę, że mogłam go zmienić. W końcu mnie kochał i zrozumiałby, że wyrządza mi krzywdę. - skrzywiła się na wspomnienie jednej z awantur, podczas której to Tomasz uderzył ją w twarz. - Zawsze przepraszał. - katowała się wyjaśnieniami. W jej oczach pojawiły się łzy, choć tak walczyła ze sobą, by nie ulegać głupim emocjom. Ale te cholerne łzy właśnie spływały po jej policzku.
- Niech to szlag. - czym prędzej wytarła mokre policzki.
- Och... - odezwała się terapeutka. Rudowłosa kobieta spojrzała zaskoczona na panią doktor, która przypatrywała się jej spod podniesionych brwi (swoją drogą miały bardzo ładny kształt). Perfekcjonistka, psia mać...
- Och? Tylko tyle? Przyznaję się do kłamstwa, opowiadam historie swojego pieprzonego małżeństwa, a pani ma mi tylko tyle do powiedzenia? Och?
- Po prostu nie sądziłam, że tak szybko dojdziesz do tego etapu. - przyznała szczerze blondynka.
- Wiedziała pani? - zdezorientowana Consalida zamrugała powiekami. Czyżby Andrzej powiedział znajomej o jej problemach? Ale skąd, przecież profesor nie znał szczegółów.
- Wiktorio... - terapeutka uśmiechnęła się czule, bądź z pożałowaniem - jeszcze nie rozgryzła tej kobiety. - Jestem cenionym w swej dziedzinie specjalistą. Pewne rzeczy były dla mnie oczywiste.
- Nic nie rozumiem. - rudowłosa pokręciła głową, próbując poukładać sobie w głowie fakty.
- Sukces terapii polegał na tym, abyś to ty sama przyznała się do swoich lęków. - tłumaczyła cierpliwie.
- Czuje się jak idiotka. - westchnęła zrezygnowana.
- Widzisz? Już mówisz o swoich uczuciach. - blondynka uniosła jedną brew, uśmiechając się do pacjentki przyjaźnie. Consalida odetchnęła głęboko i kontynuowała rozmowę z kobietą naprzeciwko niej, cały czas nieświadomie ściskając w rękach zeszyt, który miała ochotę wyrzucić przez okno.

Zaniemówił, gdy ujrzał kto pojawił się w jego gabinecie.
- Widzę, przyjechałam w samą porę. - odrzekła brunetka, starając się by jej głos, mimo właśnie usłyszanej rewelacji, brzmiał jak najbardziej naturalnie. Andrzej w swym dżentelmeńskim odruchu wstał z wcześniej zajmowanego fotela. Zapiął ruchem dłoni guzik w marynarce i przyjrzał się wyczekującej wyjaśnień Kasi. Nie potrafił powiedzieć niczego sensownego, co wyjaśniłoby jego niefortunne wyznanie.
- Mogłem się domyśleć, że będziesz chciała mnie sprawdzić. - odrzekł przestępując z nogi na nogę. W głębi ducha miał nadzieje, że wywoła tym zmianę tematu, na taki w którym miał szansę wygrać potyczkę słowną.
- Nie mogłam się dodzwonić. Chciałam cię uprzedzić, przepraszam. - odparła lekko skołowana tym, co usłyszała. Falkowicz jednak uśmiechnął się nieco spięty i zaprosił gościa do salonu.
Mężczyzna usiadł tyłem do białego pianina, kobieta zaś zajęła miejsce przy stole w jadalni. Byli wystarczająco daleko siebie, by prowadzić swobodną rozmowę i wystarczająco blisko, by czuć się przy tym niezręcznie. Falkowicz przeklinał w myśli swoją nieuwagę, przez którą Kasia dowiedziała się o jego chorobie. Ta kobieta była jedyną osobą, której za nic w świecie nie chciałby zdradzać tego sekretu. Ostatnie czego od niej chciał to właśnie litość i współczucie, a właśnie to teraz dostrzegał w jej spojrzeniu obok zmieszania.
- Matylda jeszcze śpi. Wczoraj obserwowała niebo do późna. - zirytował się trochę, gdy usłyszał swój głos, gdyż zabrzmiał on jakby się tłumaczył.
- Tak wiem, zajrzałam do niej wcześniej. - kobieta zebrała się na odwagę i spojrzała byłemu kochankowi w oczy. Czekała na słowo wyjaśnienia. Może i ich romans trwał wieki temu, ale chyba połączyło tych dwoje zbyt wiele, by teraz byli wobec siebie tak obojętni.
- Powiesz coś wreszcie? - mężczyzna uniósł pytająco brwi.
- Ja? Tobie? - odrzekł zdumiony były kochanek. - Ty i tak już postanowiłaś. - wzruszył obojętnie ramionami i obrócił się w stronę pianina, tyłem do kobiety.
- A co to za różnica? Jeśli nie ja, to ty sam ją sobie odbierzesz. Z tym, że ja wolałabym, by Matylda miała ojca. - podeszła do Andrzeja i oparła się biodrem o bok instrumentu.
Kasia przyglądała się temu mężczyźnie, który siedział tuż obok. Zawsze silny i niesłychanie pewny siebie stanął nad przepaścią, a co najgorsze - zapewne chciał w nią skoczyć. Teraz chodził na jej skraju i uśmiechał się do kobiety, kiedy ona wołała, by się opamiętał.
Potem wyobraźnia ustąpiła wspomnieniom i teraz to one ułożyły się w wywołujący skrajne emocje seans. W krótkiej chwili przywołała w pamięci kilka momentów z przeszłości.
Miała przed oczami moment, kiedy ujrzała go po raz pierwszy. A było to w uczelnianej bibliotece. Od razu jej się spodobał. W oczach miał to coś, co sprawiło, że zapragnęła go bliżej poznać. Potem już tylko zyskiwał. Niesłychanie szarmancki i inteligentny - tym jej zaimponował. Pamiętała ich wspólne spacery i wieczory przy książkach. O tym, że jest profesorem oczywiście jej powiedział. Było to kolejnym zaskoczeniem, bo mężczyzna był wtedy zaledwie jedenaście lat starszy od niej. Sprawy skomplikowały się dopiero wtedy, kiedy został jej wykładowcą. Miała zamiar zerwać z nim znajomość, ale on się temu stanowczo sprzeciwił. Tak, to była ich pierwsza poważna kłótnia. Ale stali się tak ślepo w siebie zapatrzeni, że niemal natychmiast się pogodzili.
Gdy wyjechał wszystko się skończyło. Ona przez przypadek dowiedziała się, że profesor ma żonę i najpewniej miał ją jeszcze podczas trwania ich romansu, on natomiast zmęczony udawaniem zakochanego w swej małżonce, pisał jeszcze listy do jego Kasi, lecz ta już się nie odezwała. Utwierdził się wtedy w przekonaniu, że owa kochanka nigdy niczego do niego nie czuła. Ba! Może nawet oszukała go i wcale nie była taka niewinna? Może pociągał ją tylko jego tytuł profesorski?
Jak wiele różnych wspomnień zachowało się w głowach obojga kochanków. Każde miało w swoim sercu zadrę, która tak tkwiła po dziś dzień. Może jeśli nie kilka niedomówień, niedokończonych rozmów, może dziś rzucili by się sobie w ramiona?
- Sądziłem, że masz już kandydata na jej ojca. - odrzekł, układając dłonie na klawiszach.
- Chodzi ci o Janka? - kobieta nie musiała jednak pytać. - Janek to przyjaciel, który z resztą poszedł w swoją stronę. - Falkowicz uniósł dyskretnie jedną brew, przyglądając się swym palcom, które powoli wygrywały rytm.
- Nie wyszło. - zakpił niby to z nieudanej melodii.
- Miło znów słyszeć zazdrość w twoim głosie. - ona również nie mogła się nie uśmiechnąć.
- To nie zazdrość moja droga, to Bach, Jan Sebastian. - dodał, wyjaśniając. Pokiwała głową i przysiadła się obok, gdy ten nieco zsunął się, by zrobić swej towarzyszce miejsce. Bez słowa ułożyła dłonie na białych klawiszach i odczekała na odpowiedni moment, który wskazał jej mężczyzna. Znała ten utwór na pamięć, mimo tylu lat nadal miała go w głowie. Andrzej uśmiechnął się pod nosem, kiedy zdał sobie sprawę, jak wiele oboje jeszcze pamiętają. Znów grają swój ulubiony utwór jak za starych dobrych czasów, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
- Pamiętałaś.
- Za to ty się pomyliłeś. - wtrąciła rozbawiona, lecz gdy poczuła dziwne ukłucie w podbrzuszu, spoważniała nieco. Bała się, że znów mogłaby coś poczuć do tego człowieka, a on po raz kolejny skrzywdziłby ją. Miała podejść do wszystkiego z dystansem, na chłodno, lecz nie przewidziała jak silne jest ich stare uczucie.
- Andrzej... mam nadzieje, że się leczysz. - odrzekła niepewnie, obawiając się jego zdenerwowania.
- Oczywiście. - nawet się nie zająknął. Przecież miał taki zamiar. Kasia jednak znała go bardziej niż mogło mu się wydawać.
- Mam nadzieje. Matylda cię potrzebuje. - przez moment ich spojrzenia się spotkały. On nawet miał ochotę coś powiedzieć, jednak nie zdobył się na odwagę. Andrzej zastanawiał się, czy rzeczywiście dobrze określił swoje priorytety, czy tak naprawdę wszystko to robił dla dziewczynki? Czy rzeczywiście wzbudził się w nim jakiś nagły instynkt ojcowski? Co było takiego w tej niewątpliwie wyjątkowej małej szatynce, która tak wywróciła jego życie do góry nogami? Dlaczego nie oddał jej, gdy dowiedział się, że nie jest jej biologicznym ojcem? Czy to możliwe, aby wszystko to robił tylko i wyłącznie ze względu na byłą kochankę?
- Podejmę leczenie, tylko obiecaj mi jedno. - obrócił się odrobinę w jej stronę tak, że ich kolana stykała się teraz. - Nie lituj się nade mną. - Kasia widząc jego poważną twarz, uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową.
- Mamo? - Smuda wychyliła się zza pleców Falkowicza i ujrzała zaspaną córkę. Podniosła się wiec i podeszła się z nią uściskać.
- Litość to ostatnie, czego od ciebie chce. - odrzekł już do siebie, kiedy został sam w wielkim pomieszczeniu.










10 komentarzy:

  1. Super !!!
    Napięcie rośnie czuję że oni będą razem Matylda okaże się jego córka a Andrzej na końcu jednak umrze ale liczę w końcu na jakiś happy end ale no zobaczymy czekam na net :D świetnie się czyta : ))
    KM.

    OdpowiedzUsuń
  2. PS: Ile przewidujesz cześci tego opowiadania?
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do 30 dobiję ale tak widzę, że chyba się w tylu nie zmieszczę ;)

      Usuń
  3. Czy jest może jakaś możliwość że andrzej nie umrze?> szczerze? to super rozdział ale nie rań go tak xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okey czekam na kolejny ;D kiedy się pojawi? :D

      Usuń
    2. Szczerze, nie wiem. Z tym czasem wolnym u mnie to jest jak z loterią. Piszę kiedy mogę :)

      Usuń
  4. Andrzej ma w końcu zacząć się leczyć, a nie tylko to planować! Przecież ma dla kogo żyć! Jest Matyldzia, która potrzebuje ojca. I nawet Kasia to zauważa.
    A jak już jestem przy Kasi... Między nią i Andrzejem nadal COŚ jest. Tylko co? Kochają się? Lubią? Czy mi że jest to jakiś mix tych uczuć? ;-)
    Jeszcze jakby nie do końca wiadomo, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby Andrzej był z Kasią, a przy okazji stworzył córce prawdziwą, pełną rodzinę. :-D
    Czyżby krąg osób, które wiedzą o chorobie profesora powiększył się o jeszcze jedną osobę? Czy Wiki poznała prawdę od Adama?
    I w końcu wątek Consalidy, która ma żal do siebie, że nie udało jej się uratować małżeństwa... Mam nadzieję, że szybko się pozbiera. Czyżby między nią i Adamem miało być coś więcej? ;-)
    Czekam na kolejny rozdział! :-)
    A na samym końcu na HAPPY END! Bo nie możesz uśmiercić Falkowicza!
    Pozdrawiam, N.

    OdpowiedzUsuń
  5. Super!Zakochałam się w twoim opowiadaniu i nie mogę się doczekać następnej części <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej. Dziękuję za zaproszenie.
    Muszę przyznać, że to opowiadanie mnie wciągnelo. Od dawna nie oglądam ndinz i jestem strasznie do tyłu z odcinkami. Skąd wiem o FaDzie? Z forum tvp xd tak jestem cichym podglądaczem XD
    Twoje opowiadanie jest super. Bardzo chcę, aby Falko i Kasia byli razem.
    Już widzę, jak Falko zaplata Matyldzi warkocza XDD jeju XD śmiałam się wyobrażając sobie tą scenę XD
    MAM nadzieję, że nie usmiercisz Andrzeja.
    Czekam na nn :)
    Ważka. Ta z http://fawi-opowiadaniafankifawi.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń