czwartek, 11 lutego 2016
Rozdział 21
- Matyldziu nie wierć się proszę. - Falkowicz przyjrzał się misternemu warkoczowi, jaki zdążył upleść na głowie dziewczynki. Niezadowolony z efektu zacisnął usta i westchnął z rechotem.
- No przecież był idealny. - Adam co chwilę zerkał na dzieło Andrzeja, cały czas podśmiewając się pod nosem ze zdolności brata. Po cichu jednak podziwiał nowo odkryte zdolności mężczyzny, gdyż sam nigdy nie potrafiłby uczesać choćby kucyka, a był przecież chirurgiem; jego zdolności manualne powinny być również zauważalne poza salą operacyjną. Pech jednak chciał, że biednemu Krajewskiemu poskąpiono pewnych talentów.
- Już? - mała strasznie się niecierpliwiła. Chciała jak najszybciej dotrzeć na miejsce, do ZOO, które było pierwsze na liście dzisiejszych atrakcji, jakie przygotował dla niej Andrzej.
- Matylda jesteś pewna, że masz jeszcze włosy? - zaśmiał się Adam, drapiąc się przy tym po nosie.
- Proszę. - dziewczynka wybadała dłonią idealnie splecione włosy i zadowolona pobiegła do swojego pokoju.
- Wzorowo. - ciągnął Krajewski. - Powiem ci, że zaczynam się czuć zazdrosny.
- Masz za mało włosów. - Andrzej sięgnął za puszkę z kawą, lecz po chwili odłożył ją i sięgnął po słoiczek z sypaną czarną herbatą. Odkrył, że ten rodzaj paskudztwa jest zdecydowanie bardziej znośny. Wspomnienie zielonego trunku do tej pory wywołuje u niego gorycz w ustach.
- Spędzasz z nią mnóstwo czasu. Zabierzecie mnie chociaż do tego ZOO?
- Nie martw się, pozdrowimy od ciebie przyjaciół. Chociaż... małpki będą niepocieszone. - Falkowicz westchnął teatralnie i wrócił do krojenia w plasterki ogórków na kanapki. Tutaj po raz kolejny chirurg mógł się wykazać niezwykłą precyzją. Każdy kawałeczek zielonego warzywa był tych samych wymiarów, idealny co do milimetra. Aż trudno uwierzyć, że robił to zupełnie bezwiednie.
Adam zapatrzył się przez chwilę na zapełniający się pojemnik z prowiantem na wycieczkę. Jego uśmiech powoli łagodniał, aż w końcu ustąpił miejsce zmartwieniu, teraz tak wyraźnie malującemu się na twarzy chłopaka. Nie chciał się narzucać, by nie dać po sobie znać, jak bardzo chciałby być razem z nimi. Lecz wcale nie z zazdrości, był przecież dużym chłopcem. Najzwyczajniej w świecie się martwił. Bał się o brata, mimo że kolejny atak nie miał prawa się już zdarzyć, jeśli Falkowicz rzeczywiście nie zażywał więcej tabletek pobudzających pracę serca. Tak też z resztą było, lecz pozostawał dziwny niepokój. Przecież wszystko działo się jeszcze wczorajszego poranka. Mężczyzna powinien o siebie dbać, oszczędzać siły. Lawina czarnych myśli spłynęła w umyśle młodszego chirurga, porywając po drodze wszystkie optymistyczne wizje i niszcząc je tak szybko, jak się zrodziły. Przestraszony obrazem nieprzytomnego brata natychmiast potrząsnął głową i gdy tylko ujrzał w zasięgu wzroku Matyldę, postanowił próbować dalej.
- Młoda! - krzyknął trochę za głośno w stronę dziewczynki, która pojawiła się w salonie.
- Nie mów tak do mnie. - Odrzekła spod przymkniętych powiek, przechodząc obok.
- Nie zabierzecie mnie ze sobą... kobietko? - dodał po chwili, rozkładając ręce i patrząc na dziewczynkę pytająco. Matylda usiadła przy stole, posyłając wujkowi pełne politowania spojrzenie. Zabrała tyle kanapek, ile zdołała zmieścić do swego plecaka, po czym zasunęła zgrabnym ruchem zamek. Uśmiechnęła się na widok idealnie dopasowanych ząbków suwaka. Niestety w poprzednim plecaku bez przerwy coś się nie domykało, albo roztwierało.
Kiedy pewnego dnia dziewczynka wyszła ze szkoły cała zapłakana, Falkowicz czym prędzej postanowił dowiedzieć się od swojej pociechy, co było powodem jej zmartwienia. Zdezorientowany kilka razy sprawdził, czy aby na pewno nie spóźnił się ją odebrać, lecz po dość lakonicznych wyjaśnieniach okazało się, że mała zgubiła piórnik i telefon, który w nim trzymała, właśnie przez roztwarty zamek w plecaku. Szczerze przejęty płaczem dziewczynki Andrzej, postanowił od razu udać się do centrum handlowego w poszukiwaniu najlepszego modelu plecaka, piórnika oraz oczywiście telefonu. Matyldzia miała oczywiście wolną rękę, choć profesor nalegał, by zastanowiła się nad wyborem najdroższych produktów. Ostatecznie osiągnęli kompromis, który polegał na tym, że nowy telefon nie kosztował majątku, a to z obawy (ze strony Matyldy naturalnie) przed ponownym zaginięciem. Tornister i piórnik - tutaj profesor mógł wykazać się swoimi... zerami na koncie. Jeden i drugi artykuł musiał być koniecznie markowy, wytrzymały i przede wszystkim lekki, gdyż mała nie powinna nabawić się przez nie skoliozy. Mogła ona jedynie wybrać ich model i kolor. Ot taki przyjemny układ.
Lecz wracając do sytuacji środowego poranka...
Matylda zwróciła swe oczy na Adama i z obojętnym wyrazem twarzy wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz. Zapytaj taty. - złapała plecak i ruszyła do salonu, by zostawić pełną już torbę przed wyjściem z mieszkania.
- Taty... - powtórzył Adam wyraźnie coś sugerując bratu, na którego patrzył teraz wyczekując wyjaśnień.
- Taty. - powtórzył sam zainteresowany, wzruszając ramionami beznamiętnie, choć w kącikach jego ust błagał się dumny uśmieszek.
Jan wpatrywał się jak otępiały w kobietę, która właśnie mu oznajmiła, że zamierza wracać do Polski. Powiedzieć, że był zaskoczony to lekkie nieporozumienie. Planował zbliżyć się do niej i poświęcić jej resztę swojego czasu. Planował z nią wspólną przyszłość. A teraz kiedy miał jej oznajmić, że znalazł pracę ona chciała wszystko popsuć.
- To nie fair. - odrzekł zdenerwowany.
- Na nic się nie umawialiśmy. Nie prosiłam cię, żebyś za mną jechał. - wzruszyła ramionami, pośpiesznie chowając ubrania do walizki.
- Poświęciłem wszystko, co miałem w Polsce, żeby z tobą być.
- Niczego ci nie obiecywałam. - Kasia próbowała dopiąć pękatą torbę, dociskając ją kolanem.
- Nie rozumiesz, że jestem już po wstępnych rozmowach!? - rzucił podirytowany
- To zostań. Wcale cię nie ciągnę ze sobą. To ty się mnie uczepiłeś. - odetchnęła z ulgą, kiedy udało się jej zapiąć zamek.
- A może to chodzi o tego Andrzejka, co? Zadzwonił i teraz jedziesz, bo nie może sobie dać rady z Matyldą, hm? - podszedł bliżej, zaciskając szczęki ze złości. - Powiedz, to o niego chodzi!
- Bredzisz. - rzuciła, co raz to zerkając na torbę, która wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć. Minęła więc czerwonego ze złości Jana i otworzyła szafę w poszukiwaniu kolejnej walizki.
- Facet się tobą bawi, a ty tego nie widzisz. - ciągnął rehabilitant. - Naiwna jesteś i głupia, że tak za nim biegasz.
- A kim ty jesteś, żeby mnie oceniać? - Kasia odwróciła wzrok w stronę mężczyzny. Dotąd pochylona, teraz ze złością wpatrywała się w przyjaciela. Podniosła się z kolan i przybliżyła o krok do niego. - Zrobił dla mnie więcej, niż ktokolwiek inny. Nawet jeśli miał w tym jakiś cholerny interes, to będę mu za to wdzięczna dopóki żyję. I żaden pieprzony gówniarz tego nie zmieni. - syknęła wściekła.
- Gówniarz? Wczoraj śpiewałaś co innego. - na policzku chłopaka pojawił się niemal purpurowy ślad po uderzeniu.
- Trzeźwa widzę wyraźniej. - skwitowała w półszepcie, po czym wyrzuciła mężczyznę z mieszkania.
Czuła się zagubiona. Zaufała temu chłopakowi i nawet zastanawiała się, czy mogłaby z nim wiązać swoją przyszłość. Dlaczego tak zabolały ją słowa Jana? Może miał rację? Jest naiwna i daje sobą manipulować? Może sama manipulowała tym chłopakiem? Dlaczego pozwoliła mu rzucić całe swoje życie w ojczyźnie?
Sfrustrowana własnymi wnioskami opadła z sił na kanapę i zakryła dłońmi zapłakane oczy. Miała świadomość, że utknęła i nie potrafiła iść dalej. Zawodowo była zrujnowana, bo istniała jakaś bariera psychiczna, której nie potrafiła przeskoczyć. Zdawała sobie sprawę, że powinna dawać z siebie więcej, ale nie mogła. Irytujące było to, że przed wypadkiem należała do najlepszych w branży i żadne granice nie stanowiły dla niej problemu.
W jej życiu prywatnym istniała tylko Matylda. To jej poświęcała całą swoją uwagę i stracone siły. Wszystko co robiła, dedykowała szęściu swojej córeczki. Tu z kolei frustrowało ją, że na każdym kroku udowadniała sobie, iż to wciąż za mało. Zawsze mogła być ta minuta więcej z nią spędzona, jedna rozmowa więcej przeprowadzona, kilka uśmiechów więcej w jej stronę, jeden ojciec na resztę życia...
Tak, ojciec dla jej słoneczka i miłość dla niej samej. Jak każda kobieta chciała kochać, mieć kogoś zaufanego u boku, być szczęśliwą. Bo pod tym względem stanęła pod ścianą. Nie wiedziała, czy cokolwiek jeszcze należy się od życia takiej nieszczęśnicy, jak ona.
Chodzili całą trójką po chodnikach warszawskiego ZOO. Co chwilę zatrzymywali się przy zagrodach tych największych maskotek placówki. Dziewczynka była podekscytowana nowymi nabytkami - między innymi lwem Franciszkiem i jego partnerką Adą. Nie mogła się nadziwić, jak wiele się zmieniło od jej ostatniego pobytu tam z Andrzejem. Zaciekawiona czytała (nawet po kilkanaście minut) tabliczki informacyjne.
- Wiesz, że tego przywieźli prosto z Australii? - pokazała na osamotnionego w swej zagrodzie kangura.
- To ich naturalne pochodzenie, Matyldziu. - Tłumaczył cierpliwie profesor. Wiele radości sprawiało mężczyźnie oglądanie zachwyconej dziewczynki, która z zapartym tchem przyswajała kolejne zoologiczne ciekawostki. Mała naprawdę kochała czerpać wiedzę.
Adam jedynie jakby udawał zainteresowanie. Niby dotrzymywał tempa, ale wciąż był o pół kroku za profesorem. Zamyślony ślepo krążył za towarzyszami i rozmyślał o czymś zacięcie. Czasem, choć pewnie tylko z grzeczności, zapytał o cel dalszej wędrówki. Może tylko dla pozoru, lecz jedynie on sam znał powód swej zadumy.
- Matylda! - krzyknął profesor, kiedy ta oddaliła się zdecydowanie za bardzo. - Wracaj! - dodał. Dziewczynka po chwili posłusznie wykonała polecenie ojca. Spojrzała na niego niewinnie, gotowa zaraz przepraszać, lecz temu ani w głowie było ganić małą.
- Idziemy coś zjeść, a potem do kina. Nie możemy spóźnić się na seans. Tylko nie biegaj, proszę cię, bo się zgrzejesz. - poinformował najmłodszą towarzyszkę, która po chwili pędziła już do pobliskiej kawiarni, tuż przy bramie obiektu. - Sama energia. - westchnął straszy chirurg, z tęsknotą patrząc na oddalającą się córkę.
- Andrzej? - targany wątpliwościami chłopak postanowił przełamać się w końcu.
- Tak? - odrzekł beztrosko sam zainteresowany, kontynuując spacer w stronę kawiarni.
- Możesz mi coś wytłumaczyć? - Adam zagrodził bratu drogę i spojrzał na niego spod przymrużonych oczu.
- A czego nie rozumiesz, mój ty bracie? - Falkowicz zatrzymał się, spoglądając w niebo i łapiąc powiew świeżego powierza, który przyszedł z pojedynczym podmuchem wiatru.
- Na przykład tego, skąd się u ciebie wzięła ulotka hospicjum? - chłopak przestąpił z nogi na nogę, przenosząc tak swój ciężar ciała na drugą kończynę. Falkowicz znieruchomiał na moment. Dziwna cisza nastała między nimi - tak absorbująca, że aż nie do zniesienia. Ojciec Matyldzi założył zaciśnięte dłonie za siebie. Przypatrywał się napiętej minie Adama. Mężczyzna zacisnął usta, walcząc z chęcią odezwania się. Właściwie co miał powiedzieć, skoro stało się jasnym, że umiera? Jedyne czego teraz chciałby uniknąć, to wyjaśnianie oczywistego.
- Nie psuj tak pięknego dnia. - odrzekł w końcu, wywołując tymi słowami wyraz goryczy u brata. Falkowicz odwrócił się tym razem w stronę słońca, by złapać odrobinę ciepła dla bladej twarzy.
- Andrzej... - zawołał za bratem groźnie, lecz przerażenie nadało nieco żałosny ton jego głosowi. Oddalający się profesor jednak nie reagował na krzyk brata. Może dlatego, aby naprawdę nie psuć sobie tak szczególnego dnia? A może po prostu, aby w końcu usiąść i odpocząć, gdyż zdenerwowanie jakie zaczynał odczuwać, dawało o sobie znać.
Był już wieczór, kiedy wrócili ze swej całodziennej wyprawy. Wszyscy zmęczeni, ale w dobrych humorach (przynajmniej większość z nich) dotarli do domu profesora Falkowicza. Dziewczynka całą drogę powrotną recenzowała obejrzaną w kinie ekranizację "Małego księcia". Zachwycona cytowała mądrości zaczerpnięte z filmu, które wydawały jej się wyjątkowo trafne. Andrzej cierpliwie słuchał jej wywodu, ale też rzucał własne spostrzeżenia, co tylko nakręcało rezolutną dziewczynkę.
- Ja też lubię zachody słońca - westchnęła, siedząc po turecku na podłodze przed tarasowym oknem. Rozmarzona i zamyślona, mając jeszcze przed oczami ujęcia z obejrzanego filmu, obserwowała jak ziemia pochłania pomarańczową łunę nad chowającym się słońcem. Andrzej przyzwyczajony do zachowań dziewczynki podszedł do niej i podał jej cienką poduszkę. Ta bez słowa podniosła się lekko i usiadła na niej.
- Podobno w przyszłym tygodniu będzie można obejrzeć całe pięć planet układu słonecznego. I to tylko za pomocą lornetki. - uniósł brwi, przekazując jej tę niecodzienną informację. Lecz mała tylko posmutniała. Zaskoczony zmarszczył brwi i kucnął przed nią. - Matyldziu?
- No bo wtedy będę już w Ameryce. - dotąd rozmarzona, teraz nieco sposępniała. Andrzej nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. - Tato?
- Tak, Matyldziu? - opuścił jedno kolano na drewniane panele. Lewe kolano trochę zdrętwiało, a poza tym tak łatwiej było mu utrzymać równowagę.
- Mogę tu u ciebie jeszcze trochę zostać?
- Na razie nigdzie się nie wybierasz. - uśmiechnął się czule.
- Ale potem. No wiesz, jak mama przyjedzie. Może mogłabym tak zostać... z tydzień dłużej? - mężczyzna zaczerpnął powietrza i wstrzymał je na moment. Skonsternowany przygryzł skórkę dolnej wargi i wodził po błękitnych oczach dziewczynki.
- Chciałbym. - odrzekł, ze świstem wypuszczając powietrze. Przygnębiony zgarbił się nieco i spuścił wzrok na drewnianą podłogę. Nagle jej delikatny wzór wydał się mu bardzo interesujący. Wodził wzrokiem po delikatnych rysach słoi drewna i krawędziach desek, choć nadal trudno dostrzegalnych.
- Mama się zgodzi. To jak? - spojrzała na niego tymi hipnotyzującymi oczyma, a w nich jak w szklankach odbijało się zgnębione oblicze ojca.
- Porozmawiam z nią. - odrzekł, zaciskając dolną wargę. - Ale teraz idź już spać. - chciałby, żeby to zgoda Kasi była jedyną przeszkodą miedzy nim, a Matyldą.
Bał się, jak ognia się bał następnego tygodnia. Nie wiedział co z nim będzie, w końcu nie leczył się, dla nich zaryzykował... dla niej. Tydzień zwłoki to i tak wiele dla jego doświadczonego przez choroby organizmu. Czy mógł postawić na jedną kartę jeszcze więcej?
Tak bardzo chciał żyć. W końcu miał dla kogo. Czasami gdy ponosiła go fantazja, oczyma wyobraźni widział kobietę i dziecko - oboje dla niego tak ważni - do których wracał do domu, z którymi podróżował, którym opowiadał...
Bajki. Czy miał w nie wierzyć? Mógł? Bo nie potrafił. Lekarz to twardy realista. A okrutne fakty mówiły same za siebie - rak płuc to najczęstsza przyczyna zgonów w dzisiejszych czasach.
Starał się, ale nadal nie mógł się z tym pogodzić.
Gdy światła w domu pogasły, a cisza jaka w nim nastała oznajmiała wszem i wobec, że wszyscy jego mieszkańcu udali się na spoczynek, jeden z domowników ukradkiem przemieszczał się korytarzem do pokoju profesora. Tupiąc bosymi stopami po panelach (zostawiając na nich przy okazji paskudne plamy) osobnik zbliżył się do ciężkich drzwi. Pociągnął za mosiężną klamkę i wychylił się zza prawdziwego (a nie jakiejś wiórowej podróbki) drewna.
Chłopak zawiesił wzrok na Andrzeju. Kołdra nad nim unosiła się miarowo pod wpływem ruchów klatki piersiowej owego mężczyzny. Zapewne spał. Adam przeanalizował wszystkie za i przeciw w ekspresowym tempie i postanowił wejść do wcześniej wspomnianego pomieszczenia. Chciał porozmawiać z bratem, lecz obserwowanie jego spokojnego snu również by go uspokoiło.
Młodszy Baran podszedł na palcach ciut bliżej, a zdradzić ten ruch mógł jedynie odgłos odrywanej od podłogi skóry jego stóp. Złapał dłonią jedyny fotel, który stał na przeciwko łóżka, lecz nieco z ukosa, tak że chłopak mógł widzieć zwróconą do okna bladą (zapewne przez białe światło księżyca) twarz.
Patrzył tak na jego oblicze spod ściągniętych brwi i lekko pochylonej w dół głowy.
- Wiem, że nie śpisz. - odezwał się zachrypniętym głosem, gdy cisza w pokoju stała się zbyt nienaturalna. Obudził się. Mężczyzna na łóżku jednak ani drgnął. Wciąż miał ten sam znieruchomiały wyraz twarzy i pochyloną na skraju poduszki głowę.
- Znowu masz jakieś problemy ze zdrowiem. - kontynuował swój monolog. Starszy chirurg oddychał miarowo, a ciało nadal jakby zastygło w nienaturalnym bezruchu. Lecz Krajewski miał niemal pewność, że ten go słucha. - Musisz być taki uparty, nie? Wiecznie uparty... - westchnął, przesuwając piętą tuż nad powierzchnią włochatego dywaniku. - Nie zostaniesz z tym sam, rozumiesz? Bo od tego jest rodzina. Żeby wspierać. - przechylił głowę na zagłówek fotela, rozmyślając nad czymś głęboko. - Znajdziemy jakieś rozwiązanie. Poszukamy lekarzy, może za granicą. Będziemy walczyć. Słyszysz? - uniósł głowę, by spojrzeć na posągową twarz Andrzeja. - Jasne, że słyszysz. - wrócił do poprzedniej pozycji. - I nie pójdziesz do żadnego hospicjum. - chłopak zmarszczył brwi, gdy przez chwilę klatka piersiowa brata wydawała się nie ruszać. Tylko mu się wydawało. Ignorując szybsze bicie serca, po raz kolejny położył głowę na wezgłowiu. - Zajmę się tobą. - ucichł na chwilę. Zamyślony patrzył w sufit, gdy przez jego twarz przemknął grymas uśmiechu. Rozbawiony jakąś myślą, zaśmiał się niedyskretnie i spojrzał po raz kolejny na wiernego rozmówce. - Tylko zakręć się przy Kaśce, bo sam z tobą nie wytrzymam. - mimo, że Andrzej starał się jak mógł, by zachowywać się naturalnie, jak przystało na człowieka pogrążonego we śnie i był przekonany, że doskonale mu to wychodzi, to jego uszu dobiegł jeszcze głośniejszy śmiech Adama. - Wiedziałem, że udajesz.
Ciąg dalszy nastąpi niebawem...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Falkowicz plecie warkocze? Nie, jako ś nie umiem sobie tego wyobrazić :-D
OdpowiedzUsuńRodzinne wycieczki baardzo udane. Tatuś robi wszystko dla swojej córeczki.
Niech Matylda zostanie u Andrzeja dłużej! Ale niech on zacznie się leczyć. Ma brata, ma córkę, która potrzebuje ojca... O musi żyć! A ty nie możesz co uśmiercić! On może umrzeć dopiero jako staruszek, który ma kochającą żonę (może Kasię?), dzieci (na czele z Matyldzią) i wnuki. Jak będzie inaczej, to się obrażę, jasne? ;-)
A Kasia sama nie wie czego chce. Jeśli chcę wrócić do Polski, do Andrzeja, to niech to zrobi. Ale niech to zrobi, bo naprawdę tego pragnie, niech zrobi to z miłości, bo inaczej to nie będzie miało sensu.
I już dawno nie było Wiktorii... Ostatnio była jakąś wizyta u terapeuty, ale nie wiadomo dlaczego... Długo zamierzasz trzymać mnie w niepewności? :-)
Pozdrawiam, N.
Dlaczego? Andrzej był przez rok (jak mogliście wcześniej przeczytać) samotnie wychowującym ojcem. Przez ten czas musiał się pewnych rzeczy nauczyć. Matylda w końcu chodzi w warkoczykach, a ktoś je plecie ;-)
UsuńKasia - cieszę się, że wywołuje emocje - to dobry znak.
A co do Wiktorii - pojawi się, ale to nadal wątek poboczny.
Chyba nie będzie to spoilerem jeśli powiem, że Falkowicz będzie się leczył (bo on sam to deklarował)
Nie wiem dlaczego, ale po prostu ' nie widzę' profesora Andrzeja Falkowicza, który plecie warkoczyki :-)
UsuńN.
A robiącego na drutach? ;)
UsuńDopóki nie zobaczyłam tego na własne oczy, jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić ;-)
UsuńN.
Taak ;-) pamiętam moją reakcje
UsuńAndrzej jako tatuś na wszystko:-D Wizyta w zoo i kino widać udały się naszym bohaterom. Nawet Adam do nich dołączył i towarzyszył im cały dzień. Kasia jak dla mnie sama nie wie czego chce. Ona uciekła do Ameryki, bo czuła się spalona tutaj, a teraz jak jej się tam nie powodzi to nagle pidejmuje decyzje o powrocie. Niech ona się zastanowi nad swoim życiem, bo takie przeprowadzki nie są dobre dla dziecka.
OdpowiedzUsuńCzekam na kontynuacje:-)
Florentyna
Kobieta błądzi...
UsuńW imieniu Kasi obiecuję że się zastanowi ;-)
No jestem pod wrażeniem..... Choć zawsze tak mam kiedy czytam Twoje dzieła,tak,tak bo tak to trzeba nazwać :) Kasia chce zmiany i mam nadzieję,że wyjdzie jej to na dobre.W końcu zauważyła co dla Niej Andrzej zrobił i robi.No,madra decyzja Andrzeja,w końcu zacznie się leczyć bo ma dla kogo! Mam tylko nadzieję,że nie jest juz za późno...Ale na pewno nie!!!! Czekam na szybki next,może dziś? Całuję,Monika
Usuńkiedy next? zawsze czytam twoje opowiadania uwazam ze sa swietnie niestety rzadko zostawiam komentarz
OdpowiedzUsuńpuk,puk bedzie nowa część
OdpowiedzUsuńBędzie, oczywiście że będzie :) tyle że nie dzisiaj
Usuńa kiedy ?
Usuńkiedy next
OdpowiedzUsuńNajpóźniej we wtorek
UsuńOoo to pięknieB-)
OdpowiedzUsuńFlorentyna
uuuu dzisiaj next
OdpowiedzUsuńDokładnie ;)
Usuń