poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 19




- Po co ci te rzeczy? - dziewczynka przyglądała się, jak jej wujek wypakowywuje z samochodu poręczną torbę, wypchaną po same brzegi.
- A co? Nie chciałabyś ze mną trochę pomieszkać? - zarzucił bagaż na ramię, stękając przy tym prawie bezgłośnie.
- Tata wie? - Adam na chwilę przystanął i z szeroko otwartymi oczyma przyjrzał się dziewczynce dokładnie.
- Powiedział ci?
- Nie wie. - sama odpowiedziała na swoje pytanie, po czym z kamienną miną ruszyła do wejścia domu Falkowicza. Adam nadal analizował w myślach to, co przed chwilą usłyszał z ust małej złośnicy. Matylda nigdy nie dowiedziała się o domniemanym ojcostwie Andrzeja i tak miało pozostać. Chłopak był niemal pewien, że jego brat nigdy nie ujawni tego pilnie strzeżonego sekretu. Podobno nie miało to już znaczenia, jednak Adam sądził co innego. Matylda była tak podobna do profesora, że potwierdzenie ich pokrewieństwa stało się jedynie czystą formalnością. Raz odważył się napomnieć bratu o powtórzeniu badań na ojcostwo, lecz ten zbył go jakimś wyszukanym komentarzem (chłopak jedynie z kontekstu wyczytał, że miała to być obelga).
Tak więc sprawa ich powinowactwa została zamknięta i nigdy więcej nie poruszana. Ale okazuje się, że coś umknęło uwadze Adama.
Chłopak ruszył na piętro gdzie znajdował się jedyny wolny pokój gościnny w domu starszego Barana. Rzucił nieco przeładowaną torbę podróżną na łóżko i opadł bezwładnie na jego materac. Rozejrzał się po sterylnie czystym pomieszczeniu i westchnął cicho. Wyglądało na to, że trochę sobie tu pomieszka. Tak bardzo bał się o brata... gdy tylko pomyślał, że mogłoby go wtedy nie być przy Andrzeju, gdyby tylko ten odjechał i zasłabł już poza szpitalem...
Potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z głowy te wszystkie obrazy i skrył twarz w swych dłoniach.
Wtedy właśnie usłyszał sygnał telefonu.

W niewielkim pomieszczeniu siedziały naprzeciw siebie dwie kobiety. Jedna rudowłosa o rozmytym spojrzeniu, bezwiednie przygryzająca wewnętrzny policzek. Oczywistym było, że kobieta ukrywała (choć nieudolnie) swoje zdenerwowanie. Co chwilę zerkała nerwowo na kobietę siedzącą tuż obok. Ta z kolei emanowała pewnością siebie i poczuciem własnej wartości. Wiktoria kpiła z niej w myślach twierdząc, że owa towarzyszka jest nieźle doinwestowana. Te majestatyczne ruchy, nonszalanckie spojrzenie i perfekcyjne sombre...
- Wiktorio, mam dla ciebie propozycję. - lekarka odruchowo wyprostowała się nieco, gdy terapeutka zarzuciła swe zgrabne nogi jedna na drugą. - Zaczniesz pisać pamiętnik. - rudowłosa zatrzepotała rzęsami zaskoczona.
- Słucham? Jestem chirurgiem, nie mam czasu na takie...
- Więc będziesz musiała znaleźć. - przerwała jej spokojnie blond piękność. - Chodzi o to, abyś skonfrontowała ze sobą swoje myśli. - lekarka zmrużyła oczy, próbując wyciągnąć logiczne wnioski z wypowiedzi pani doktor.
- Czyli mam pisać co czuję. - to nie mogło być trudne.
- Tak - uśmiechnęła się terapeutka.
- Mhm - rudowłosa pokiwała głową, a na jej ustach już czaił się kpiący uśmieszek - Nawet kupując bochenek chleba. - blond pani doktor nie zraziła się jednak wyraźnym znieważeniem jej metod leczenia. Uniosła wyżej podbródek, a palce dłoni splotła na wypielęgnowanych kolanach.
- Lepiej. - odrzekła. - Chce wiedzieć, jak ci ten chleb smakuje i jak długo go przeżuwasz. - dodała konspiracyjnym tonem, pochylając się lekko, choć nadal będąc sztywnie wyprostowaną. Wiktoria próbowała doszukać się choć krzty żartu w jej tonie, lecz o dziwo niczego podobnego się nie doszukała. W jej podświadomości, zupełnie bez jakiejkolwiek kontroli zaczęły kształtować się skrawki zapisków do wspomnianego pamiętnika. Zaskoczona doszła do wniosku, że nie wie jak opisać smak kanapki inaczej niż dobra, czy nie dobra.

Z granatowego volvo wybiegł średniego wzrostu brunet, zupełnie zapomiając o środkach bezpieczeństwa, jakimi byłoby zamknięcie owego auta, czy choćby o dziewczynce, która próbowała dogonić swego opiekuna. Ruszył przed siebie omal nie potykając się przy tym o własne nogi, mijając po drodze zdezorientowanych pacjentów i dyrektora nadmienionej placówki. Ci kiedy dostrzegli, że za mężczyzną podąża również mała dziewczynka, wśród gapiów dało się usłyszeć niepochlebne komentarze pod adresem młodego człowieka, który to "ucieka przed odpowiedzialnością".
Szaleńczy sprint zakończył się dopiero pod salą, którą miał zajmować brat chirurga. Czym prędzej otworzył przeszklone drzwi, lecz jego oczom ukazała się już tylko młoda pielęgniarka ścieląca łóżko Andrzeja. Zdenerwowany na siebie, że nie zdążył na czas, uderzył z całej siły we framugę, a ból jaki przy tym poczuł, przyjął z radością.
Obrócił się na pięcie i dostrzegł Matyldę, która ledwie łapała oddech.
- Poczekaj, muszę poszukać jednego lekarza. - zdenerwowany ruszył korytarzem.
- Czekaj! - dziewczynka tym razem zdążyła dogonić wujka i kroczyła tuż za nim. Dotarli do pokoju lekarskiego, w którym znaleźli Agatę. Lekarka była prowadzącą Andrzeja, dlatego więc to do niej chłopak zwrócił się z prośbą o udzielenie informacji dotyczących Falkowicza.
- Wypisał się? - odezwał się lekko zdyszany.
- Kto? A, profesor. Tak, jakieś dziesięć minut temu wręczyłam mu wypis. - dziewczyna była wyraźnie bardzo zapracowana. Przegrzebywała teczki leżące na biurku w poszukiwaniu dokumentacji jednego pacjenta.
- I ty mu na to pozwoliłaś!? - krzyknął wzburzony. Agata spojrzała na przyjaciela z wyrzutem.
- A co miałam zrobić? Przecież znasz swojego brata. - uciekła poddenerwowana. Falkowicz potrafił wpływać na ludzi, swoim uporem był w stanie wywalczyć niemal wszystko. Nawet małą korektę wypisu, która miała polegać na zatajeniu pewnej informacji, która mogłaby trafić w niepowołane ręce.
- Wujku, gdzie on jest? - Adam zawiesił na chwilę wzrok na Matyldzie, która przeszywała go swoim wzrokiem. Był on tak przenikliwy, że chłopak poczuł się rozszyfrowany w ułamku sekundy.
- W swoim gabinecie. - wtrąciła się lekarka. Adam jeszcze raz spojrzał na małą. A stało się to poza jego kontrolą. Jej oczy działały na niego jak magnes, który obezwładnia i rozbraja z silnej woli. W ułamku chwili dostrzegł w tych szarych tęczówkach zmartwienie i czułość, lecz bynajmniej nie skierowana pod jego adresem. Mała może nie wie o wszystkim, ale jakimś cudem czuje co dzieje się wokół.
Krajewski pożegnał się krótko z Agatą i ruszył w kierunku gabinetu Andrzeja Falkowicza. Gdy już się tam znalazł, okazało się że profesor przeprowadza jeszcze rozmowę z Piotrem. Wyglądało to tak, jakby chłopak przerwał im jakąś bardzo ważną konwersację, bo gdy tylko otworzył drzwi, panowie nagle ucichli i spojrzeli na niego jakby w napięciu. Gawryło natomiast był dziwnie poddenerwowany, co było nie mniej zastanawiające.
- Dobrze, że jesteś. - odezwał się Andrzej, lecz gdy ujrzał nieśmiało wychylającą się zza pleców bruneta Matyldę, rozchmurzył się lekko.
- Wychodzisz już? - dziewczynka podeszła bliżej, a mężczyźni z zaskoczeniem obserwowali, jak profesor pozwala małej usiąść na swoich kolanach.
- Przecież ci mówiłem, że jak tylko poczuję się lepiej. - Adam przewrócił oczyma i założył dłoń na biodrach wyraźnie zniecierpliwiony.
- Dobra, dobra. - profesor skarcił brata krótkim, lecz wymownym spojrzeniem.
- Przemyśl to. - po krótkiej ciszy w końcu odezwał się Piotr. Mówiąc to skinął ledwo dostrzegalnie głową na Matyldę tak, że tylko Andrzej mógł się domyśleć, co chirurg miał na myśli.
- Nie zmienię zdania Piotrze. Widzimy się za tydzień.
- Przemyśl, czy nie masz za dużo do stracenia. - Piotr uniósł brwi sugestywnie i zniknął na drzwiami. Falkowicz westchnął, lecz na jego twarzy pojawił się uśmiech, choć wymuszony i nieszczery, to nikt tego nie zauważył. Jedynie oczy, teraz skierowane na dziewczynkę kryły wszystkie wątpliwości. Pierwszy raz w życiu zastanawiał się, czy warto ryzykować, czy mógł wygrać jeszcze jedną beznadziejną bitwę?

***
- Andrzej możemy pogadać? - profesor podniósł głowę i ujrzał Piotra, który wychylał się zza drzwi.
- Nie potrzebuje kazań.
- Nie zamierzam ci ich dawać. - Profesor spojrzał na przyjaciela lekko rozbawiony.
- Doprawdy? Ostatnio wszyscy mi je dajecie.
- Bo nikt nie wie, co tak naprawdę jest grane. - chirurg wszedł do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. - Nawet Adam, mam rację? - Spojrzenie Falkowicza mówiło samo za siebie. - No właśnie. Nie przyszło ci do głowy, że on się martwi? Może nawet bardziej niż powinien? - przerwał na chwilę swój wywód, lecz po chwili dodał
- Przecież masz duże szanse. Dlaczego nie chcesz od razu poddać się chemioterapii?
- A czy ty nie zaryzykowałbyś dla Tosi? Wyobraź sobie, że masz ostatnią szansę, by się z nią spotkać. Wolałbyś, żeby widziała cię półprzytomnego, czy raczej postarałbyś się, aby zapamiętała się jako tego w pełni sił?
- Jeszcze nie umierasz - Piotr pogroził profesorowi palcem, choć czuł, że rozumie Andrzeja. Co więcej - zapewne na jego miejscu postąpiłby tak samo.
- Poddam się leczeniu, ale jeszcze nie teraz.
- Dobrze, wiesz że przy twoich obciążeniach...
- Zaryzykuję. - uciął pewnie, przybierając minę pozbawioną emocji. W tym momencie do gabinetu wpadł Adam wraz z Matyldą. Falkowicz wsunął dyskretnie receptę na leki przeciwbólowe do teczki i uśmiechnął się subtelnie do córki.
***

Wiktoria znalazła miejsce, gdzie mogłaby spokojnie usiąść i zapisać krótką notkę w "dzienniku psychopatki". Był to jej ulubiony schowek na szczotki w szpitalnym zaułku. Prawie nikt tam nie zaglądał, bo dyrektor podarował sprzątaczkom nowe pomieszczenie do przetrzymywania swoich narzędzi pracy. Tak więc rudowłosa pani doktor mogła rozkoszować się samotnością, choć mimo to nadal nie potrafiła skupić myśli. Przelanie na papier swoich uczuć było znacznie trudniejsze, niż sądziła.
Może powinnam zacząć od banału, na przykład od tego, że podłoga tutaj jest bardzo twarda? - rozmyślała. Przecież miała zapisywać dosłownie wszystko. Najgorzej zacząć...
Kilka razy zamachnęła długopisem tuż nad kartką papieru, lecz nie pozostawiła na niej żadnego śladu. Zupełna pustka, czarna dziura.
"Wstałam wcześnie rano."
Nie, no przecież miała zapisywać uczucia.
"Wstałam wcześnie rano i byłam bardzo zmęczona."
Przyjrzała się literom w notatniku i czytając je po raz kolejny przewróciła oczami zdegustowana ich sensem i wykreśliła, starając się by zamazać je co do sztuki, tak by nikt nie zdołał ich rozczytać.
Ale jeśli wszystko zależy od tego, co kobieta napisze w swym zeszyciku, to znaczy że przebieg dalszej terapii zależy tylko i wyłącznie od niej samej. Terapeutka na pewno będzie starała się wyczytać jak lekarka podchodzi do problemu i życia. Może jeśli trochę podkoloruje rzeczywistość, podrasuje rozmyślenia i pokombinuje nad treścią... Może pani doktor uzna, że dalsze spotkania są zbędne?
Kobieta podciągnęła więc kolana do piersi i ułożyła na nich notatnik. Pochyliła się nad świeżą kartką i z lekkim zawahaniem nakreśliła kilka pierwszych zdań.
"Obudziłam się z myślą, że mogłabym zacząć wszystko od nowa. Może nawet potrafiłabym mu wybaczyć?..."
Gdy już skończyła, uśmiechnęła się do siebie i zatrzasnęła zeszyt w dłoniach. Schowała owy przedmiot w uścisku swych drobnych ramion, by nikt z przechodniów na szpitalnym korytarzu nie mógł go dostrzec. Może sama poradzi sobie z koszmarami, które dręczą jej podświadomość? W końcu wszystko siedzi w jej głowie. Ludzie miewają większe problemy...

- Zatrzymaj się jeszcze koło apteki. - Adam spojrzał na brata spod ściągniętych brwi.
- Leki?
- Brawo Sherlocku.
- Nie kpij. W domu masz cały zapas. - Falkowicz lekko podirytowany ciągłą podejrzliwością chłopaka, spojrzał w lusterko wsteczne, w którym widział Matyldę. Upewnił się, że mała nie jest specjalnie zainteresowana ich rozmową, tylko krajobrazem za oknem, ale mimo to postanowił zachować ostrożność w rozmowie.
- Zmieniam na inne. - odrzekł, mając nadzieje, że apteka jest już blisko.
- Silniejsze. - Krajewski nie dawał za wygarną. Czuł, że nie wie wszystkiego i to go jeszcze bardziej irytowało.
- Adam, jestem lekarzem.
- I moim bratem...
- Potrafię o siebie zadbać.
- Nawet widziałem jak. - zatrzymali się na parkingu przy bardzo ruchliwej uliczce. Andrzej jednak nie wysiadał z auta. Był lekko spięty, a świadczyć o tym mogły jedynie zaciśnięte w pięści dłonie.
- Wiem, że się martwisz. - odezwał się półszeptem, spoglądając na brata kątem oka. - To co się zdarzyło wczoraj już nigdy się nie powtórzy.
- Skąd masz taką pewność? - Adam również zniżył głos.
- To był jednorazowy incydent. Trochę przeszarżowałem i... - zawahał się, nie miał pewności, czy powinien mówić bratu o lekarstwach, które zażył przed operacją.
- To moja wina. Nie powinienem cię wtedy prosić o pomoc. - przerwał mu Adam.
- A ja brać tych tabletek. - odrzekł jak gdyby nigdy nic.
- Co? Jakich tabletek?
- Teraz to już nie istotne. - machnął ręką i pociągnął za klamkę, by udać się w końcu po zrealizowanie przepianej mu recepty.
Matylda, która w ciszy przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn rozmyślała teraz nad zasłyszanymi informacjami. Skoro Andrzej zasłabł po zażyciu jakiś lekarstw to znaczy, że nie był chory, a to co się stało było rzeczywiście tylko jednorazowe. Dziewczynka z całej siły wierzyła, że wszytko jest w porządku, albo przynajmniej wraca do normy. Zatem wnioski, jakie wysunęła uspokoiły jej myśli. Przeczuwała bowiem coś znacznie gorszego, a to że nikt jej o niczym nie informował tylko potęgowało jej niepokój, bo może była jeszcze bardzo młoda, ale rozumiała więcej, niż od niej oczekiwano.
Również Adam stał się jakby spokojniejszy. Jeśli znał przyczynę tak groźnego stanu, jakim było wczorajsze zatrzymanie akcji serca, to znaczy że można uniknąć podobnego zdarzenia w przyszłości. A co najważniejsze - jeśli Falkowicz zadba o siebie, to nic nie powinno już zagrozić jego zdrowiu. Tak więc potworne wyrzuty sumienia przerodziły się w złość na lekkomyślnego brata.
W rezultacie Andrzej Falkowicz po raz kolejny dopiął swego. Za jednym zamachem uspokoił bliskich i podarował sobie święty spokój, zarazem nie informując ich o najgorszym i właściwie najistotniejszym szczególe, jakim był nowotwór. Choć we wczesnym stadium, to szybko rozwijającym się. Ponadto profesor igrał z ogniem, odwlekając swą kurację. Postanowił zaryzykować i zabawić się ze śmiercią.
Czy nie zależało mu na życiu? Owszem, zależało. Każdego ranka, od tej feralnej wizyty kontrolnej po wypadku, kiedy to przypadkiem dowiedział się o raku trawiącym go od wewnątrz, zastanawiał się, czy dożyje następnego roku. Myślał, jak będą wyglądać jego ostatnie dni. Czy spędzi je z bliskimi, czy w samotności? W cierpieniu, czy otumaniony morfiną? A może umrze będąc już sędziwym staruszkiem u boku ukochanej kobiety po prostu zapadając w sen. Lecz takie zakończenia zdarzają się niezwykle rzadko. I na pewno nie jemu.
Pytacie dlaczego? Otóż było w tym coś na kształt szczęścia, a w życiorysie naszego bohatera nie znaleziono na nie miejsca. Jakby ból był nieodłączną częścią jego jestestwa.

Kiedy nastał wieczór, a Adam został niemal wypchnięty z domu na nocny dyżur w szpitalu, profesor postanowił poświęcić wolną chwilę na siedzenie w swoim gabinecie przy zapalonej lampce i otwartym laptopie przed sobą. Znużony przeglądał strony oferujące różnego rodzaju programy rozrywkowe. Chciał jak najbardziej urozmaicić Matyldzi pobyt u niego.
Zastanawiał się już nad kinem, ale nie będzie chodził z dzieckiem każdego wieczoru oglądać filmy. Otworzył zakładkę ze stroną parku linowego. Swego czasu biegał o poranku, a i siłownia stawała się jego ulubioną odskocznią od sztywnej rzeczywistości, więc również ze wspinaczką powinien dać sobie radę. Koniec końców wpuszczali tam nawet dzieci. Matylda powinna się ucieszyć.
Szybko też znalazł ogłoszenie planetarium, w którym miało odbywać się szkolenie dla młodych odkrywców. Zaciekawiło go to, więc wydrukował kolejną ofertę i przyjrzał się trzymanym kartkom w dłoni.
Możemy jeszcze jechać nad jezioro. - pomyślał. Gdy byli tam ostatnim razem, dziewczynce bardzo się tam spodobało. I to nie wycieczka jachtem, tak jak przypuszczał, ale najzwyklejszy w świecie kajak. Sam wtedy świetnie się bawił, więc nie było wątpliwości, że wspomniany punkt programu był tym obowiązkowym.
Zadowolony stwierdził, że ma już mnóstwo atrakcji dla małej i nie powinno powiewać nudą. Wszak profesor był człowiekiem ambitnym, a nie banalnym.
Podczas gdy miał już zamykać zakładkę stadniny koni, jego oczom ukazała się reklama. Zawahał się na chwilę, po czym niepewnie przesunął myszką na niebieski napis o treści "Hospicjum". W efekcie wyświetliła się na nowej karcie strona owej placówki, która miała swoją siedzibę ponad dwadzieścia kilometrów dalej. Przytłaczająca była wizja znalezienia się wśród tak chorych ludzi, którzy przez cierpienie pozbawieni zostali godności i radości. Bo tak właśnie profesor postrzegał znalezienie się w miejscu, gdzie jego zdaniem człowiek już tylko dogorywał, choć była to wizja nieco przekłamana przez jego pesymizm.
Czyżby to oznaczało, że Andrzej Falkowicz stracił wiarę? Niekoniecznie, choć mogło tkwić w tym ziarno prawdy. Jednakże należało być przygotowanym na każdą ewentualność. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby ktokolwiek bliski widział go w (delikatnie mówiąc) nienajlepszym stanie. Tym bardziej też nie potrafił sobie wyobrazić, że staje się uzależniony chociażby od Adama (to z resztą powód, dla którego postanowił nie odnosić się przy bracie ze swoim stanem zdrowia).
Wydrukował zatem tę ofertę i przyjrzał się jej po raz kolejny. W tej samej chwili usłyszał dźwięk skrzypiących drzwi. Odwrócił wzrok w ich stronę, uchylały się one powoli i w końcu ujrzał wysuwającą się zza nich sylwetkę małej dziewczynki. Naturalnym ruchem, tak by nie wzbudzać cienia podejrzeń, zagiął trzymaną kartkę w pół i schował do najbliżej mu leżącej książki.
- Nie śpisz jeszcze? - Matylda podeszła bliżej i palcem dłoni przesunęła widniejące na biurku oferty atrakcji. - Pomyślałem, że ci się spodoba. - dodał, widząc obiekt jej zainteresowania.
- Pojedziemy tam? - wskazała na park linowy.
- Oczywiście. - wzruszył ramieniem, uśmiechając się przy tym zawadiacko.
- Mogę cię o coś zapytać? - jej niepewne spojrzenie nie uszło uwadze profesora. Zmarszczył nieco brwi, lecz postanowił przytaknąć i poczekać, aż padnie nurtujące małą pytanie.
- Jak mam się do ciebie zwracać? - Andrzej przypomniał sobie, że przez dłuższy czas udało się jej unikać bezpośrednich zwrotów do niego, ale ostatnio nazwała go przecież ojcem.
- Myślałem, że już wiesz. - odparł ostrożnie.
- Przepraszam za wtedy. Tak mi się wyrwało. - dodała skruszona.
- Nie przepraszaj. Będzie mi bardzo miło, jeśli zaczniesz nazywać mnie "tatą", ale muszę cię uprzedzić, że nie jestem przyzwyczajony. - jego twarz przybrała całkiem zabawny wyraz, jakby wyznawał właśnie jakiś wstydliwy sekret. Udało mu się wywołać tym uśmiech u Matyldy, a to nie łatwa sztuka.
- Pozostaje też kwestia zgody twojej mamy. - dodał łagodnie.
- Wole mówić tak do ciebie, niż do tego Janka - Andrzej mógłby przysiąc, że mała niemal syknęła, wypowiadając imię tego pożal się Boże rehabilitanta. On również nie pałał miłością do Jana, ale niechęć Matyldy do niego była czymś intrygującym.
- Nie lubisz go. - stwierdził.
- Jest jakiś dziwny. I do tego bez przerwy się u nas kręci. - Dziewczynka odetchnęła z ulgą, że w końcu mogła to komuś wyjawić.
- Może z czasem się do niego przekonasz. - miał skrytą nadzieję, że jednak nie.
- Wątpię. - dodała z przekąsem, zapatrzona gdzieś przed siebie, jakby trapiło ją coś więcej, niż mogła wyjawić.





Kilka nowych zagadek. Ale czy są kwestie dla was nie jasne?









12 komentarzy:

  1. Ja się już w tym wszystkim prawie, że gubię:-) Jest tyle niewyjaśnionych spraw. Rozwijaż historie na różne tematy. Jednym z nich jest niewątpliwie sytuacja Consalidy. Nie do końca jasna z nutką tajemniczości. Podobieństwo Matyldy i Andrzeja jest widoczne ,,gołym okiem''. Młoda nie daje się strszym i mimo, iż jej nic nie mówią sama śię domyśla. No tak człowiek chce być zapamiętany jak najlepiej, dlatego profesor ma racje w tym, że bedzie czekał z leczeniem, ale czy jednak nie warto zrobić coś wcześniej, aby uczestniczyć w życiu córki jak najdłużej?
    Kolejna część, która jest owiana niejasnościami, na które mam nadzieje jak najszybciej poznać odpowiedź:-D
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak na razie najbardziej niejasny jest wątek Wiktorii. Chodzi na terapię. Dlaczego? Wątpię, żeby było to spowodowane tylko rozwodem z Tomaszem...
    Andrzej jak zwykle wszystkich zbywa, nie mówi prawdy o swoim stanie... A przynajmniej nie całą prawdę. Falkowicz nie należy do osób, które będą się użalać nad sobą, zwierzać innym, ale on ma wokół siebie bliskich, dla których tyle znaczy... I to właśnie dla nich powinien się zacząć jak najszybciej leczyć. Mam nadzieję, że on to szybko zrozumie, a ty nie uśmiercisz głównego bohatera ;-)
    Czekam na kolejną część!
    Pozdrawiam, N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, sama nie wiem jak to zakończę ;-) Jest plan, ale uśmiercenie Falkowicza jest jakby odrębną kwestią, którą mogę zmienić w każdej chwili. Ale szkopuł w tym, żeby nie wyszło science fiction i cudownie szczęśliwe zakończenie wszystkich wątków.
      Tak czy inaczej w ostatnim rozdziale chciałabym was zaskoczyć ;-)
      Pozytywnie, I hope so.

      Usuń
    2. Skoro chcesz nas zaskoczyć pozytywnie, to musi być happy end! :-D
      A ile rozdziałów ma mieć to opowiadanie? Tak mniej-więcej?
      N.

      Usuń
  3. Łał!
    No jeśli przewidujesz ok.30 części i zakończenie cały czas się w Twojej głowie zmienia to może by tak jednak happy end? Niefajnie by było gdybyś uśmierciła główną postać,teraz kiedy się tak zmienia na lepsze i zaczyna odnajdywać w sobie nieznanie dotąd uczucia.A poza tym jest Matyldzia,jak ona by to przeżyła? Zastanów się nad tym,wiadomo,że nie może wiać nudą i być za słodko ;) Tylko mam jedną prośbę-Andrzej musi żyć! Jestem fanką Twojej jakże pięknej twórczości.Nie każ długo czekać na kolejny rozdział ;) Pozdrawiam :* / Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że teraz przyśpieszę z rozdziałami ;-)

      Usuń
  4. Czas na nową część ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tworzy się ;-) Na spokojnie, jutro powinna już być ;-)

      Usuń
  5. Dziś sobota :) / Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale pilnujecie ;-) Presja jak ta lala ;-) Staram się, żeby było coś ciekawego.

      Usuń