sobota, 23 stycznia 2016
Rozdział 18
Z nicości powoli zaczynały kształtować się obrazy. Lecz tak niewyraźne i szybko przemijające, że trudno było się zorientować, co przedstawiają. Jednakże rodziło się z nich coś niepokojącego. Natłok wizji, który nijak nie mógł zebrać się w logiczną całość, powoli zaczął spowalniać. Pojedyncze obrazy nabierały wyrazu, choć nadal były rozmazane przez wybrakowaną pamięć. W myślach naszego bohatera klarowały się wspomnienia i po chwili, jak z procy wystrzeliły, by w swym seansie zaniepokoić profesora jeszcze bardziej.
***
- Andrzej, przynieś mi proszę torebkę. - kobieta w pośpiechu ubierała płaszcz i buty, podczas gdy jej mąż odpalał nowy nabytek. - Zaraz się spóźnimy...
Chłopak ocknął się i dostrzegł, że znajdują się w samochodzie, który właśnie leży kołami do góry, delikatnie przechylony pod ciężarem silnika do tyłu. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się dookoła i dostrzegł nieprzytomnych rodziców. Obok niego w prowizorycznym foteliku popłakiwał jego brat Adam. Pod wpływem chwili uwolnił się z pasów, jednocześnie asekurując się przed upadkiem na dach auta, jak nakazują prawa grawitacji. Instynktownie odpiął Adama i ostrożnie wyciągnął malca na zewnątrz. Gwałtownie odwrócił się w stronę auta, mając nadzieje, że jego rodzice również uwolnili się z pojazdu. Z bijącym sercem zrobił kilka niepewnych kroków w stronę trabanta, lecz zatoczył się lekko i padł na poboczu nieprzytomny.
- Andrzejku? - jakaś obca kobieta podeszła do niego, gdy obudził się w obcym miejscu. Nie chciał z nikim rozmawiać. Gdy tylko spojrzał jej w oczy, zrozumiał co się stało. - Zajmę się teraz tobą.
Owa kobieta zaprowadziła go do sypialni, gdzie mieszkało już kilkoro innych dzieci. Grzecznie usiadł na wskazanym łóżku, lecz wewnętrznie przeszywał go niepojęty strach. Dlaczego jeszcze nie zobaczył się ze swoim bratem? Przecież wiedział, że temu nic się nie stało, że przeżył wypadek. Dlaczego więc ukrywali przed nim Adama?
Ten niewydarzony smark był jego jedyną bliską osobą na całym Bożym świecie.
- Andrzeju, musimy porozmawiać. - zagadnęła Róża, kobieta która wraz z mężem opiekowała się jego bratem. Przerwał zabawę z Adasiem, którego tak strasznie pokochał od czasu wypadku, gdyż to jedyna osoba, która łączyła go z rodzicami. Podszedł niepewnie do małżeństwa w salonie i zasiadł na jednym z czterech krzeseł przed okrągłym stołem.
- Ze względu na dobro Adama chcieliśmy cię prosić, żebyś przestał go odwiedzać. - zdumiony obserwował twarz kobiety, która była pełna żalu. Na ten widok tylko wzbierała w nim złość.
- Słucham!?
- My chcemy mu podarować normalny dom. Żeby miał prawdziwych rodziców i szczęśliwe dzieciństwo. Bez bolesnych wspomnień o wypadku... - kobieta spojrzała kątem oka na męża, po czym obserwowała zaskoczoną, a potem już pełną bólu twarz młodzieńca przed nimi.
- Naturalnie pomożemy ci finansowo...
- Niczego od was nie chcę. - syknął, po czym zawiesił zamglony wzrok na kolanach. Po chwili ciszy bez słowa podszedł do beztrosko bawiącego się malucha, pocałował go w czubek główki, wyszeptał mu parę słów, które zdaje się były jakąś obietnicą i odszedł w stronę wyjścia.
***
Przez dziwną pustkę, która na nowo powróciła, zaczęły przedzierać się stłumione głosy, które przyprawiły profesora o potwory, wręcz nie nie do wytrzymania ból głowy. Ale były to dźwięki dziwnie nie pasujące do tych ze wspomnień. Po chwili, jakby wiedziony słyszanymi dźwiękami, poczuł jakby wynurzał się spod tafli wody w jeziorze. Desperacko łapiąc haust powietrza, pogłębił tylko palący ból płuc. Uniósł powoli powieki, rozejrzał się po bezimiennych twarzach nieprzytomnym wzrokiem.
- Wrócił. - powiedział brunet do łysego typa z przerażonym spojrzeniem. Nie rozumiał, z czego tak cieszy się ten brunet; no dlaczego on się tak do niego uśmiecha? Ale szare komórki mózgowe mężczyzny w momencie odszukały w zakamarkach swej pamięci znajomą twarz i dopasowały do niej imię tegoż człowieka.
- Adam... - wydusił z siebie. Gdy już się nieco uspokoił, rozejrzał dookoła i uświadomił sobie, że całkiem sporo osób przygląda mu się z dziwnym wyrazem twarzy, profesorowi przyszło na myśl kolejne pytanie. - Co się... - nie dokończył, bo jego głos przeistoczył się niemal w szept, co go tylko rozdrażniło. Odchrząknął i próbował po raz kolejny zadać pytanie, lecz Adam ubiegł go odpowiedzią.
- Upadłeś. Reanimowaliśmy cię, ale przez minutę... - Falkowicz pokręcił głową, jakby chciał uciszyć brata, wiedział już wystarczająco dużo. Próbował się nawet podnieść, lecz poczuł jakiś opór na klatce piersiowej.
- Leż. - surowy ton brata nawet rozbawił profesora, lecz zamiast uśmiechu jego twarz wykrzywiła się w jakiś zbolały grymas. - Za chwilę zabierzemy cię na oddział. - Głos Adam wydawał się być teraz jakiś nerwowy. - Gdzie te nosze!? - krzyknął do kogoś na drugim końcu szpitalnego korytarza.
- Matylda... - wyszeptał. Jego źrenice poszerzyły się do niebotycznych rozmiarów - Zostawiłem Matyldę... - błądził spanikowanym wzrokiem po obliczu brata, który dopiero po chwili domyślił się istoty zdenerwowania Andrzeja.
- Spokojnie, zaraz do niej pojadę.
- Nic jej nie mów. - zagroził, lecz w jego głosie nadal można było doszukać się nuty strachu. Ratownicy zabrali profesora na nosze, po czym ekspresowo przewieźli na pojedynczą sale.
Krajewski w tym czasie męczony wyrzutami sumienia zostawił brata, pod opieką internistów, którzy zabrali się do kompleksowych badań diagnostycznych i pojechał do domu Falkowicza na obrzeżach Warszawy. Wiedział, że jeśli pojawi się w sali Andrzeja i ten domyśli się, że jego dziewczynka nadal pozostaje w domu bez opieki, to Adam swoim zachowaniem zrobi jego zdrowiu więcej szkód niż pożytku.
Gdy dotarł pod dom, dopiero wtedy uświadomił sobie, że przecież będzie musiał jakoś usprawiedliwić nieobecność Andrzeja. Do głowy przychodziło mu mnóstwo kłamstw, którymi mógłby zarzucić bratanicę, lecz żadne nie wydawało się być wystarczająco dobre.
Pociągnął za klamkę, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Zadzwonił kilka razy dzwonkiem, ale z marnym skutkiem.
- Matylda! Matylda, jesteś tam? - krzyczał, lecz nikt mu nie odpowiadał. Zniecierpliwiony i lekko zaniepokojony postanowił zajrzeć przez okna.
W tym samym czasie dziewczynka siedziała w swoim pokoju i specjalnie ignorowała nachalnego gościa. Nie mógł to być jej Andrzej, bo ten posiadał klucze i na pewno nie dzwoniłby do drzwi, więc nie otwierała. Tak też z resztą uczył ją profesor, a mała nie zamierzała mu się sprzeciwiać. Ale po chwili usłyszała krzyki, które brzmiały znajomo. Oderwała się od podręcznika młodego lekarza (prezent od Andrzeja z okazji pewnej pierwszej środy miesiąca - jak sam tłumaczył, lecz prawda była taka, że mężczyzna widząc książkę na wystawie, postanowił ją po prostu podarować Matyldzi) i podeszła do drzwi frontowych, za którymi dostrzegła wujka.
Adam jednak nie potrafił okłamać dziewczynki i gdy ta tylko zapytała co się stało, on opowiedział jej o tym, co przydarzyło się Andrzejowi, choć w znacznie łagodniejszej wersji.
- Zostanie na noc w szpitalu. - podsumował swój wywód. - Spokojnie, nic mu nie będzie. To tylko tak dla bezpieczeństwa. - dodał, widząc przerażoną minę małej.
- Chce do niego jechać. - w głowie Adama zabłąkała się pojedyncza myśl - stanowcza, jak tatuś. Lecz szybko ulotniła się, kiedy naszły go znacznie poważniejsze refleksje. Jak odwieść dziewczynkę od tego pomysłu i czy w ogóle uda się mu tego dokonać.
- Pewnie już śpi. Tylko będziemy mu przeszkadzać. - chłopak rzeczywiście miał nadzieje, że jego brat najgorsze ma już za sobą i teraz zażywa spokojnego snu. Na wspomnienie nieprzytomnego brata, którego reanimował własnymi rękoma, zużywając przy tym całą swoją energię, przeszły go dreszcze. Jego blada twarz będzie śniła się chłopakowi po nocach; nadal ją widzi, kiedy tylko zamyka oczy.
- Ale ja chce do niego jechać. Nie możesz mnie tam zawieźć?
- Matylda - westchnął, załamując ręce. - Będzie się na mnie gniewał, jak zobaczy, że go nie posłuchałem. Chcesz, żebym za ciebie oberwał? - wykrzywił usta w niesforny uśmiech.
- Na chwilę? - ona również wyszczerzyła się, ukazując całe dwa rzędy już stałych zębów, patrząc na bruneta pełnym nadziei wzrokiem.
- Mały manipulator.
Mężczyzna leżał już całkowicie przytomny na swym szpitalnym łóżku. Co chwilę przychodziła do niego pielęgniarka, której z resztą miał serdecznie dość.
- Może pani w końcu zająć się innymi pacjentami? - warknął, a kobieta spojrzała na niego płochym wzrokiem. Szybko poprawiła kroplówkę z elektrolitami (zupełnie niepotrzebnie, wisiała sobie całkiem dobrze) i czym prędzej opuściła salę. Odetchnął w końcu spokojem, który sobie zapewnił, choć wymagało to nieco chamstwa.
Powietrze w tej samotni wydawało się dziwnie gęste. Gdy tylko zamierzał napełnić płuca - co do pęcherzyka - tą mieszaniną gazów, poczuł że jest ono tak gorące i ciężkie, jakby wdychał jakąś ciecz.
- Nie śpisz jeszcze? - wyrwany z myśli podążył wzrokiem za głosem brata. Zaskoczony dostrzegł również Matyldę, która podążała nieśmiało przed Adamem.
- Adam, przecież prosiłem...
- Wiem, ale się uparła. Z resztą nic się chyba nie stanie, jak chwile sobie tu u ciebie pobędzie. - Falkowicz zmroził wzrokiem niewydarzonego chłopaka.
- Nie gniewaj się na niego. Sama go prosiłam, żeby mnie tu przywiózł. - odezwała się dziewczynka. Patrzyła na niego w tak rozczulający sposób, że cała złość ulotniła się z niego w zaledwie ułamku sekundy.
- Nie gniewam się skarbie. - rzekł już łagodnie, delikatnie podnosząc się tułowiem. - Tylko mam żal do siebie. - westchnął ciężko, zawieszając spojrzenie gdzieś w oddali. Mała zaintrygowana słowami profesora delikatnie zmrużyła oczy i wyczekiwała na ciąg dalszy jego wywodu. - Zmarnowałem jeden dzień. A mamy ich tylko siedem.
- Zostało całkiem sporo. - wzruszyła ramionami beztrosko. To był moment, kiedy Falkowicz nabrał pewności, że Adam nie powiedział Matyldzie wszystkiego. Potworny żal niczym wrzątek wylał się na jego schorowane serce. Jak miał jej wytłumaczyć tak niepewną jeszcze sytuację? Jak, kiedy sam jeszcze nie był pewien czego może spodziewać się na pewno? Miał karmić dziewczynkę domysłami, czy ułożyć pełną nadziei wizję przyszłości, która była tak niepewna, że niemal fałszywa?
Faktem było jedynie to, że czuł się coraz słabszy. Przeżył w swoim życiu postrzał, zatrucie całą tablicą Mendelejewa, wypadek, ale statystycznie szanse na wyleczenie się z nowotworu były nikłe. W końcu nawet Falkowicz miał swój limit szczęścia.
Szczęścia... o ironio!
- Mama do mnie dzwoniła. - zaczęła, kiedy zostali już sami. - Ale niczego jej nie powiedziałam. - dodała szybko.
- Nie musisz jej okłamywać. - choć bardzo trudno było mu to przyznać, to nie mógł patrzeć, jak ta kruszyna robi coś wbrew sobie.
- Chcesz, żeby mnie zabrała do siebie? Przecież mogę się bawić sama w domu, potrafię o siebie zadbać. - wyprostowała się dumnie.
- W to nie wątpię.
- A jak wyzdrowiejesz pokaże ci moją gwiazdę. - kontynuowała podekscytowana. - Mówię ci, jest piękna. Taka wielka. - obserwował, jak błądziła spojrzeniem w zamyśleniu. Przyłapał się na tym, że on również chciałby, aby jego marzenia się spełniły. A pragnął wiecznie oglądać jej uśmiechniętą twarz. Banalne, ale jakie prawdziwe.
- A jak ją nazwiesz? - dziewczynka zamyśliła się na chwilę. - Skoro to twoja gwiazda, to może "Matylda"?
- Nie, to głupie. - uśmiechnęła się niepewnie.
- Dlaczego?
- Bo to moje imię. - odparła, jakby w tym zdaniu zaklęta była cała, niepodważalna istota jej argumentu. Andrzej natomiast pewny siebie pochylił się nad małą i ściszonym, lecz nadal wyraźnym głosem odparł
- Właśnie dlatego, to najlepsza nazwa. - uniósł swe kąciki ust, a Matylda jak w odbiciu lustrzanym powieliła jego wyraz twarzy.
Rozmawiali tak jeszcze chwilę, lecz nie tak jakby znali się od roku, lecz przez całe życie, jakby na przestrzeni czasu nie zdarzyło się nic przykrego, żadnej tragedii, ani przykrości.
Matylda poczuła, że Andrzej jest zdecydowanie cieplejszy w swoich gestach i mowie, niż gdy to miało miejsce na początku tego tygodnia. Próbowała dojść przyczyny tej małej przemiany, lecz doszła jedynie do wniosku, że należy cieszyć się chwilą, bo nie wiadomo czy to aby nie jest na moment.
- Kiedy stąd wyjdziesz? - zapytała nagle. Mężczyzna nie wiedział, co odpowiedzieć. To była ta chwila, w której miał skłamać, ale czy będzie potrafił?
- Jak poczuje się trochę lepiej. - odparł spokojnie.
- Ale już czujesz się lepiej, prawda? - już miał coś odpowiedzieć, lecz głos uwiązł mu w gardle, a brwi pozostały śmiesznie zawieszone, wyżej niż nakazuje to natura.
- Adam mi powiedział, że zasłabłeś, ale ja mu nie wierzę. - nie mógł patrzeć na te smutne oczy. Ten widok był dla niego niemal fizycznym cierpieniem. - Jesteś na coś chory, tak?
- Matyldziu... - westchnął swym niskim głosem - Widzisz, trochę o siebie nie dbałem.
- Poproszę mamę, żebym mogła dłużej z tobą zostać. Będę pilnowała, żebyś nie zapomniał o lekarstwach. - Andrzej po raz kolejny wpadł w zdumienie. Ta młoda dama zaskakiwała go na każdym kroku. A co za tym szło - czuł się niezręcznie w swym zakłopotaniu.
- Zbieramy się młoda. - w pomieszczeniu pojawił się Adam, był jakiś dziwny, ale może tylko mu się wydawało. To nie możliwe, aby Piotr powiedział bratu o swoich przypuszczeniach, przecież prosił o dyskrecję. - Pożegnaj się i wracamy do domu.
- No, nie uściskasz? - mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, a lewa brew bezwiednie powędrowała ku górze. Dziewczynka bez słowa przywarła do niego całym ciałem, wtulając swą główkę w zagłębienie na ramieniu mężczyzny. On natomiast zacisnął swe dłonie na tak wydawałoby się kruchych łopatkach. Mieszanka uczyć wypełniała jego wnętrze. Głos, który szeptał mu na ucho same najgorsze wizje powodował żal, a bliskość jaka wytworzyła się między tą dwójką rodziła radość, jakiej nie czuł od czasów dzieciństwa. Skrycie nosił w sobie nadzieje, że testy DNA były błędne, lecz taka opcja pozostawała nieprawdopodobna.
Późnym wieczorem zbliżał się czas wizyty Piotra. Czekał na niego w napięciu, zastanawiając się, co też takiego ważnego chciał mu powiedzieć. Może po prostu miał zamiar zrugać Falkowicza za to dziecinne zachowanie, za ucieczkę. Profesor jednak podjął głęboko przemyślaną decyzję. Nie podejmie leczenia, przynajmniej do czasu kiedy jest u niego córka. Ma tak niewiele czasu, aby się nią nacieszyć, nie może stracić ani jednego dnia.
- Cześć - Andrzej odwrócił się w stronę Gawryły. Ten obrócił krzesło w swoją stronę, by móc usiąść na nim okrakiem i oprzeć ramiona na jego oparciu. - Wiedziałem, że to się tak skończy.
- Też miałem nadzieje, że jeszcze trochę wytrzymam. - Falkowicz splótł dłonie na wysokości bioder i wlepił wzrok w szpitalny sufit. Nic interesującego tam nie znalazł, lecz to było lepsze, niż wpatrywanie się w zawiedzione spojrzenie kolegi.
- Akurat dzisiaj nagrabiłeś sobie czymś innym. Możesz mi powiedzieć, po jaką cholerę stawałeś do tego stołu?
- Po taką co zawsze, kolego. Ratowanie ludzkiego życia. Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć? - Odrzekł spokojnie, Gawryło tylko pokiwał głową podirytowany.
- Nałykałeś się jakiś wspomagaczy i omal nie wykończyłeś tym serca.
- To był lek na receptę - sprostował - A wziąłem trochę więcej, bo byłem wykończony. - dodał, jakby chciał już zakończyć męczącą rozmowę.
- Domyślam się. - Gawryło skinął głową na kroplówkę. - Twój organizm był nieźle odwodniony.
- Czego ty ode mnie chcesz? - rzucił zdenerwowany. - Tego, żebym jadł śniadania, czy żebym się leczył?
- Poprosiłeś, żebym zrobił ci badania, więc się zgodziłem. W dyskrecji - tak jak chciałeś. Ale nie licz na to, że będę bezczynnie patrzył, jak umierasz. - po chwili wzburzenia nastała chwila niezręcznej ciszy.
- Nie sądziłem, że tak się mną przejmiesz. - wyznał szczerze.
- Mam wobec ciebie dług. - Falkowicz przywołał w myślach chwilę, kiedy to uratował Hanę. Czyżby o tę sytuację chodziło Piotrowi? Lecz coś nie do końca się tutaj zgadzało. Przecież ich przyjacielskie stosunki znacznie ochłodziły się po upadku kliniki Falkowicza. Zatem nie mogło chodzić o to. Nie powinno... Sam już nie był pewien swych domysłów.
Długo jeszcze rozmyślał w swej samotni. Po raz kolejny, kiedy był gotów odejść z godnością, znalazł się ktoś, komu zależy i pokrzyżuje plany straceńca.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Już wiele spraw się wyjaśnia, ale niestety nie dokładnie wiadomo co będzie dalej. Niewątpliwie Matylda zdaje się rozumieć,że z profesorem nie jest za dobrze. Mam nadzieje, że limit szczęścia nie został przez Andrzeja przekroczony. Każdy się martwi o Falkowicza, ale on myśli, iż ta troska jest wymuszona, jakby nieszczera. Przytoczenie przeszłości to chyba ta chwila, gdy człowiek nie spodziewa sie już niczego innego. Gdy twój mózg pokazuje urywane kadry filmu, kt9ry jest twoim życiem. Moment, w ktorym możemy zobaczyć jacy naprawde byliśmy. Mam nadzieje na szybki next;-)
OdpowiedzUsuńFlorentyna
W końcu troska o profesora to dla niego rzecz nowa ;-) Dzięki za komentarz ;)
UsuńO Boże... Tego, że Falkowicz ma nowotwór się kompletnie nie spodziewałam... Mam nadzieję, że uda mu się wyleczyć... Przecież on w końcu ma dla kogo żyć.
OdpowiedzUsuńMatylda to bardzo mądra dziewczynka. Wydaje mi się, że to właśnie ona na mówi Andrzeja do leczenia. Bo ona przecież potrzebuje taty...
Czekam na next! :-)
N.
Cieszę się, że udało mi się zaskoczyć ;-)
UsuńZ części na część widać twój ewidentny postęp. Twój język jest coraz lepiej wypracowany. Świetne opowiadanie, postać Andrzeja jest bardzo realistyczne przedstawiona. Mam jednak nadzieję że Matylda jest jego biologiczną córką. Z niecierpliwością czekam na next'a.
OdpowiedzUsuńFajnie, że to dostrzegacie ;-) To naprawę motywuje.
UsuńSkoro tak cię już doceniamy i motywujemu, to może jakiś szybki next???? :D
OdpowiedzUsuńAle zaskoczenie,Andrzej ma nowotwór :( Mam nadzieję,że jednak Piotrowi uda się go wyleczyć.Faktycznie troska o prof.jest czymś nowym dla samego zainteresowanego i dla nas czytelników.Matyldzia na pewno zmotywuje Andrzeja do wyleczenia się,mimo tego,że jest małą dziewczynką wie więcej niż nam się wydaje.Andrzej ma dla kogo żyć! Nie uśmiercaj Go! Piękna część,czekam na szybki nexcik :) Pozdrawiam/ Monika
UsuńKiedy kolejna część ?
OdpowiedzUsuńTego nawet ja nie wiem. :-\ Ale mogę obiecać, że tego samego dnia, kiedy będzie miała się pojawić następna część, wstawię krótkie info (nie później niż o godz. 17)
UsuńUsycham z tęsknoty!
OdpowiedzUsuńRównież tęsknię
OdpowiedzUsuńHalo! Jesteś tam? Czekamy!
OdpowiedzUsuń