środa, 6 stycznia 2016
Rozdział 15
Nie umiem się rozstawać. Z nikim i z niczym, co niechcący pokochałem.
- Mariusz Ziomecki
Nad radem Adam zszedł po schodach na parter, starając się jak najmniej przy tym hałasować. By sobie to ułatwić, trzymał buty w dłoniach i dopiero przy wyjściu planował je założyć. Niemal na palcach udał się w stronę aneksu kuchennego. Spojrzał na zegarek, na którym widniała godzina 6.05. W związku z tym, że droga do pracy w obecnych warunkach atmosferycznych powinna mu zająć jakieś pół godziny, miał więc jakieś dziesięć minut, by wypić kawę, gdyż w szpitalu należało zjawić się trochę szybciej. Stukając o porcelanę przegrzebywał półki w poszukiwaniu odpowiedniego naczynia, jednocześnie co chwilę zerkając w stronę kanapy w salonie, na której spał Andrzej.
- Na górze, pierwsza półka po prawo od okapu. - usłyszał niemrawy pomruk z salonu. Krajewski trochę speszony i zawiedziony zarazem, że nie udało mu się zachować należytej ciszy, zwrócił się w stronę brata.
- Śpij, dzisiaj masz wolne.
- I tak nie mogę zasnąć. - mężczyzna leniwie zsunął z siebie koc i podążył do kuchni. Zasiadł za stołem i wpatrywał się w okno, za którym bieliło się od szronu. Już miało być tak ciepło, a pogoda postanowiła sobie zadrwić z meteorologów i po raz kolejny zaskoczyła.
- To w takim razie kawy? - Adam znalazł wreszcie najzwyklejsze szklanki, w których - w przeciwieństwie do tych przeklętych filiżanek - mógł napić się odpowiedniej ilości kofeiny.
Andrzej zamyślił się chwilę. Kawa, której miał unikać, czy to zielone cholerstwo bez wyrazu?
- Herbata. Może się przyzwyczaję. - skrzywił się nieco, kiedy Krajewski postawił przed nim pełne naczynie. Spojrzał na pływające w gorącej wodzie liście i odruchowo zacisnął mocniej szczękę z żuchwą. Na sam ten widok jego ślinianki przeszył gorzki smak, który jeszcze podsycał drażniący zapach wydobywający się ze szklanki. Odruchowo odsunął od siebie herbatę i odetchnął "czystym" powietrzem. Choćby miał uschnąć z odwodnienia nie napije się tego świństwa.
Adam zauważył ten drobny gest, choć pozornie nieznaczący. Rodził on bowiem pewne pytania, które napędzały dziwne poczucie niepokoju w Krajewskim. Po co on tak się katuje? Przecież kocha tę swoją "czarną śmierć".
Andrzej wstał więc i nalał sobie gorącej wody do pierwszej z brzegu czystej szklanki. Z powrotem zasiadł na przeciwko brata, który obserwował niecodzienne zachowanie Falkowicza.
- O której przyjeżdżają? - zagadnął młodszy.
- Za dwie godziny. - mruknął znad szklanki.
- Myślałem, że tylko na to czekałeś. - Adamowi nie łatwo było ukryć zdziwienie. Niesłychanie dziwne było zachowanie brata, który jeszcze niedawno pragnął zobaczyć się ze swoją małą pociechą i błądził myślami tylko wokół tej niepozornej osóbki. Teraz stał się dziwnie cichy i pogrążony w zadumie.
- I dobrze myślałeś.
- Właśnie widzę. - dodał z ironią, która przyszła mu z zadziwiającą łatwością. - Nie chcesz to nie mów. Ale nie udawaj, że nic cie nie gnębi, bo przecież widzę, że tak nie jest. - Krajewski podniósł się, by włożyć brudne naczynie do zmywarki. Znał zwyczaje gosposi Andrzeja i doskonale wiedział, że ta nie cierpi, kiedy cokolwiek stoi w zlewie.
- Myślę, jak to będzie dalej wyglądać. - Andrzej powrócił do wszystkich czarnych scenariuszy, które nocą zdążył ułożyć w swojej głowie. Cały ten niepokój miał swój początek i koniec w jednym punkcie - strach przed ostatecznym pożegnaniem. Przeżył już dwa, za każdym razem było to dla niego bolesnym przeżyciem. Obawiał się, że Kasia zmieni zdanie i odsunie go od małej, była przecież nieobliczalna w swoich postanowieniach. Zagra na jego uczuciach tłumacząc, że nie jest mu niczego winna i co gorsza - że mężczyzna zasłużył sobie na takie traktowanie.
Falkowicz jednak nie przeżyłby tak wielkiego rozczarowania. Rozstanie z dziewczynką byłoby dla niego ciosem, którego jego słabe serce mogłoby nie wytrzymać.
Profesor miał w zwyczaju brać prysznic wieczorami, lecz tym razem czas niemiłosiernie mu się dłużył i dla jego zabicia postanowił udać się do łazienki. Poza tym było to wręcz wskazane choćby ze względu na to, że poprzednią noc spędził na kanapie ubrany w kompletny strój wyjściowy. Zrzucił więc z siebie przepocone ubranie i stojąc nago przed lustrem, przyjrzał się uważniej swemu odbiciu. Czas odcisnął na nim swe piętno. Kuł zmarszczki w jego skórze niczym rzeźbiarz w kamieniu. Mięśnie brzucha jakby straciły swe ostre kontury. Leniwie przeciągnął dłonią po delikatnym zaroście. Zmarszczył nieco brwi, zastanawiając się nad tym, czy może nie lepiej byłoby mu w zaroście. Badawczo jeździł opuszkami palców, wyczuwając pod nimi jeszcze niedostrzegalny gołym okiem włos. Może czas na zmianę?
Z westchnieniem opuścił dłoń i oparł ją razem ze swoją lewą bliźniaczką na krawędzi umywalki. Uniósł głowę i w lekkim profilu lustrował linie żuchwy. Ta też jakby zatraciła kąty proste. Bezwiednie po raz kolejny przejechał dłonią po skórze szyi, szukając dowodu dawnego ideału.
Całe szczęście nie miał jeszcze zakoli, ani całkowicie siwych włosów. Jego ojciec również nie miał, ale po chwili z niepokojem stwierdził, że ten zmarł, kiedy był dokładnie rok starszy od Andrzeja.
- Urodziny ojca. - zdumiał się, jak mógł o tym zapomnieć. Postanowił, że nie będzie ciągnął Matyldy na cmentarz i pojedzie tam jeszcze przed ich przylotem. Zatem miał niewiele czasu.
Zbliżył się do kabiny i sięgnął słuchawkę, zaś drugą ręką odkręcił staromodny kurek. Zamyślił się, lejąc coraz cieplejszą wodę na skórę dłoni.
- Cholera! - syknął, krzywiąc się z bólu. Obejrzał poparzoną rękę i ignorując palące uczucie, wszedł pod odpowiedni strumień wody, co raz to zadając sobie cierpienie, gdy przypadkiem oblał gorącą wodą wrażliwe miejsce.
Szedł aleją wzdłuż marmurowych pomników, która wiodła do grobu jego rodziców. Zimno panujące na dworze działało kojąco na jego poparzoną dłoń, dlatego nie spieszył się jak inni odwiedzający, których swoją drogą było tam niewielu. Mróz okazał się silniejszy niż tęsknota za bliskimi. Takiego dnia jak dziś nachodziły go myśli godne filozofa. Czym jest tęsknota i czy są jej rozmiary? Albo czy odwiedziny grobu bliskich są miarą uczucia, jakim ich darzyliśmy? W każdym razie profesor starał się zdążać z nawiedzeniem grobu przed wyschnięciem kwiatów, które latami kładł na rodzinny pomnik. Przynosiło mu to coś na kształt ulgi, a może było to już po prostu zwykłym przyzwyczajeniem? Może szary marmur wyglądał pusto bez czerwonych kwiatów na nagrobnej płycie?
Spojrzał na zegarek na lewym nadgarstku. Miał dość czasu, aby dojechać na lotnisko, więc przeżegnał się jeszcze i odszedł w stronę bramy.
- Jak myślisz, przyjedzie po nas? - dziewczynka targając za sobą niewielką torbę na kółkach, próbowała dorównać tempie swojej matki. Kobieta zmieszała się lekko przypominając sobie, że rzeczywiście Andrzej obiecywał jej odebrać ich z lotniska w Warszawie.
- Nie możemy tego od niego oczekiwać. - dziewczynka z przykrością musiała przyznać jej rację. Niechętnie przestać snuć coraz to nowsze wersje pierwszego po tak długim czasie powitania przez mężczyznę, którego w myślach nazywała ojcem.
Dotarli już do jakiegoś miejsca, które zapewne prowadziło prosto do samolotu. Matylda była zbyt mała wzrostem, aby orientować się gdzie tak na prawdę się teraz znajdują. Uniemożliwiał to jej okropny tłok, który zgniatał jej drobne ciałko z każdej strony, jakby nikt nie zauważał jej istnienia.
Po chwili matka zginęła z zasięgu jej wzroku. Małe serduszko niemal nie wyskoczyło z piersi, gdy z żadnej strony nie mogła dostrzec nikogo znajomego. Przycisnęła do swych nóg walizkę i ścisnęła kostki na plastikowej rączce.
Jedyne co widziała, to blaszana konstrukcja dachu, który z każdej strony był dokładnie taki sam. Znikąd wskazówki, nie wiedziała nawet w którą stronę się zwrócić, ani z której przybyli. Jej oczka zaszkliły się, gdy spanikowany głos w jej głowie krzyczał, że się zgubiła.
- Matylda choć, bo się spóźnimy. - nagle znikąd pojawiła się postać jej mamy, która chwyciła ją za rękę i pociągnęła do pewnego tunelu, na końcu którego znajdował się samolot. Zajęli swoje miejsce, a Matylda dopiero teraz uspokoiła swój przyśpieszony oddech i szalone bicie serca. Kasia spojrzała jedynie kątem oka na dziwne zachowanie córki. Wzięła to za zdenerwowanie związane z pobytem u Andrzeja. W końcu to naturalne. Kasia również zastanawiała się, czy aby na pewno postąpiła słusznie, zostawiając córkę na tydzień pod opieką Falkowicza.
Dziewczynka obserwowała, jak ciemny asfalt lądowiska staje się coraz mniejszy i prawie niedostrzegalny z tak ogromnej wysokości. Aż po pewnym czasie wtulili się w chmury i płynęli po ich puszystej powierzchni, gubiąc szary krajobraz aglomeracji. Widok ten zapierał dech w piersiach, mimo iż podróż samolotem zdarzyła się jej już drugi raz. Poczuła niesamowitą ekscytację na myśl, że spotkanie z tatą będzie czymś jeszcze lepszym, niż lot w chmurach. Uśmiechnęła się i wbiła głębiej w fotel, myślami krążąc wokół dobrze rozpoczętego tygodnia.
Adam ten dzień spędził na bloku operacyjnym. Niespodziewanie okazało się, że brakuje specjalistów nawet do planowych operacji, a wszystko przez wysyp ofiar wypadków. Pozy tym dyżur odbywało niewielu chirurgów, gdyż oprócz Falkowicza na urlop udał się również Przemek. W związku z tym Adam nie miał nawet chwili, by zadzwonić do brata i zapytać, czy córeczka jest już u tatusia. Cały czas nie mógł uwierzyć w to, że wszytko tak strasznie się skomplikowało. Zdawać się mogło, że jeśli tylko Kasia wróci do zdrowia, wszytko pójdzie ku lepszemu, lecz tym czasem okazało się zupełnie odwrotnie.
W tym wszystkim najbardziej jednak nie mógł zrozumieć jednego. Dlaczego Andrzej zachowywał się teraz tak, jakby się poddał? Jeszcze przed wypadkiem chciał walczyć, a nawet posunąć się do nieczystego zagrania, a teraz? Dlaczego tak zgasł? Czy to nie Matylda była niego teraz ważna? Jeśli nie NAJważniejsza.
- Adam. - Piotr spokojnym, lecz stanowczym tonem przywołał go do rzeczywistości.
- No?
- Nie śpij. I poluźnij haki, bo skóra biedakowi popęka. - na twarzy Krajewskiego ukazało się głębokie skupienie. - A tobie się pomarszczy. - chłopak jednak nie do końca zrozumiał słów Piotra i z zaciętą miną wpatrywał się w ruchy dłoni kolegi po fachu, marszcząc przy tym niemiłosiernie czoło.
- Przekaż Andrzejowi żeby się do mnie zgłosił. - Adam spojrzał na Piotra w lustrze z grymasem ciekawości wymalowanym na twarzy.
- Jakiś ciekawy przypadek? - chłopak nie spuszczał wzroku z kolegi w nadziei, że uda mu się cokolwiek z niej wyczytać.
- Przekażesz? - Gawryło uniósł brwi i gdy Adam skinął głową twierdząco, wyszedł z pomieszczenia, zostawiając lekarza z domysłami.
Mężczyzna krążył po ogromnej hali lotniska w Warszawie. Z niecierpliwością czekał na przylot samolotu z Nowego Jorku. Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy Matyldzie i wreszcie będzie mógł ją uścisnąć. Zdawał sobie sprawę z tego, że tydzień minie bardzo szybko, dlatego będzie musiał maksymalnie wykorzystać czas spędzony z córką.
Zegarek wskazywał godzinę czternastą. Zaczął się niepokoić, że samolot jeszcze nie wylądował na lotnisku. Przemknęło mu nawet przez myśl, coś czego nawet nie chciał do siebie dopuścić. Lecz na elektronicznej tablicy ukazała się informacja o opóźnieniu wyczekiwanego lotu. Zdenerwowany opadł na plastikowe krzesełko i w myślach układał słowa, jakimi mógłby powitać Matyldę i Kasię.
Kiedy skrzeczący głos z głośników poinformował, że ów samolot wylądował, stanął w miejscu pośród tłumów, które zapewne też witały swoich bliskich. Wyczekiwał znajomych twarzy i z niepokojem obserwował, jak pustoszeje przestrzeń wokół niego. Stał chwilę bez ruchu, wpatrując się w przeszklone drzwi. Od kilku minut nikt stamtąd już nie wychodził. Stało się, Kasia go wystawiła. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę mu to zrobiła. Odwrócił się wciąż zszokowany i udał się do wyjścia.
Nie będę tam stał jak ostatni dureń- pomyślał.
- Andrzej? Andrzej! - odwrócił się na pięcie, gdy usłyszał za sobą znajomy głos. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Uśmiechnął się szczerze i odruchowo przykucnął, rozpościerając ręce na boki. Matylda poznała ten gest i podbiegła do ojca, by przytulić go z całej siły. Oboje chłonęli bliskość, w jakiej się znaleźli, jakby nie widzieli się latami.
- Przepraszam, Matylda zgubiła plecak w samolocie...
- Myślałem, że nie przyleciałyście. - nawet nie próbował ukryć wzruszenia w swoim głosie. Te wszystkie wrażenia były zbyt silne, by mógł tak po prostu ich się wyrzec.
- Wiedziałam, że przyjedziesz! - dziewczynka oderwała się od profesora i spojrzała na niego dumnym wzrokiem.
- Miałbym zostawić swoją księżniczkę samą? - udał oburzenie, po czym jeszcze raz przytulił dziewczynkę, lecz tym razem krócej. Wstał z kolan i spojrzał na Kasię. - Pozwolisz...? - Kobieta podążyła za jego wzrokiem i wyciągniętą dłonią.
- Dam sobie radę. - uśmiechnęła się hardo, lecz on i tak zabrał jej walizkę.
- Nalegam. - dodał swym czarującym głosem i z niebywałą nonszalancją udał się w stronę wyjścia, trzymając w jednej dłoni drobną rączkę Matyldy, a w drugiej walizkę.
Kasia, która została na chwilę w tyle, wpatrywała się w ten obrazek jak zaczarowana. Czyżby naprawdę tak bardzo się zbliżyli do siebie? Zdawała sobie sprawę, że się polubili, nie ulegało też wątpliwości, że za sobą tęsknili, ale mimo to reakcja Andrzeja na widok Matyldy bardzo ją zaskoczyła. Przez chwilę pomyślała nawet, jakby to wyglądało, gdyby wtedy powiedziała mu o ciąży. Może i ją by dziś tak uściskał. Zaśmiała się w duchu ze swej głupoty. Wyrwana z zamysłu dogoniła dwójkę, która oddalała się do wyjścia.
- Gdzie twój samochód? - kobieta ze zdumieniem odkryła, że zmierzają w stronę taksówki.
- Trochę go... porysowałem. - uśmiechnął się łobuzersko, lecz na wspomnienie tamtego wypadku przeszył go dreszcz. Mógłby kupić nowe auto, ale póki co miał zakaz prowadzenia. Może nie wyglądał, ale wciąż odczuwał skutki tamtego zdarzenia, a orteza, którą nosił na kolanie nadal mu towarzyszyła, lecz teraz ukryta pod garniturowymi spodniami.
Kasia przeszyła go podejrzliwym spojrzeniem. Była inteligentną kobietą i potrafiła łączyć fakty, a jej domysły trochę ją zaniepokoiły. Ale nie było w tym nic na kształt współczucia, o nie! Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
- To gdzie jedziemy? - odezwała się dziewczynka, gdy już wsiedli do auta.
- Do domu Matyldziu. Do domu.
Podzielcie się swoimi przemyśleniami na temat postaci. Sama mam ich tyle, że nie sposób wszystkiego zamieścić w opowiadaniu.
Chciałabym zaznaczyć, że nic nie dzieje się z przypadku. Staram się, aby wszytko dążyło do jednej kompletnej całości, którą ujrzycie w pełnej krasie zapewne dopiero w ostatnim rozdziale. Wtedy zrozumiecie istotę pozornie błahych elementów.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Mam tyle myśli w głowie, że ciężko to ułożyć w jakąś logiczną całość ;-) Pozytywnych myśli, oczywiście.
OdpowiedzUsuńPodoba mi się, że nie skupiasz się tylko na Falkowiczu. Tu jest coś o Wiktorii, tu o Adamie, tam o Kasi...
Spotkanie Andrzeja i Matyldzi... Jego wątpliwości, jej wątpliwości, a w końcu opragnione przez nich spotkanie. No po prostu kocham <3
Widać, że profesor się boi. Boi się, że to będzie jego ostatnie spotkanie z córką. Ale niech tak nie będzie, proszę! Kaśka musi zauważyć, że jej córka kocha Falkowicza jak ojca, a on traktuje małą jak własne dziecko. Przecież to widać, ona musi tylko zrozumieć.
Chyba dobro Matyldy powinno się dla niej liczyć przede wszystkim. I oby tak było.
Profesor sięzmienia, jednocześnie pozostając przy tym sobą. Pozornie niemożliwe, a jednak...
Mogłabym powiedzieć jeszcze wiele, ale na ten moment mam mały problem z ubraniem tego w słowa, więc na tym chyba poprzestanę :-D
N.
Również podoba mi się to,że prowadzisz kilka wątków.Lecz nie ukrywam,że zawsze czekam na wątek Kasi,Matyldzi i Andrzeja... To on wzbudza we mnie wiele pozytywnych emocji.Z serialu wiemy jak córka Falkowicza wygląda,ale tutaj czytając a nie oglądając serialu można sobie ją wyobrazić.Ten obraz wyobraźni daje taki sam obraz jak w serialu,za to ukłony! Trzeb mieć wielki talent aby czytelnik potrafił sobie w pełni wyobrazić postać,o której czyta,nie znając wcześniej opisu wyglądu.Nie będę ukrywać,że jestem twoją wielką fanką.Czytałam tylko aktualne opowiadanie na temat FaWi,które jest z górnej półki jedno,a teraz już dwa ponieważ dołączyło do niego Twoje.A wierz mi,że ja sie tak szybko i byle czym nie zachwycam.Te dwa opowiadania o FaWi i Twoje(Matyldy i Andrzeja)czytam z ulgą i lekkością i czekam zawsze na nie niecierpliwie! Życzę więc weny i dużo cierpliwości ;) Całuję,Julka
OdpowiedzUsuń