niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 17


Muszę się spieszyć i żyć – tyle czasu się zmarnowało!

— Tove Jansson "Muminki. Księga druga"

   Chłopiec wyjrzał zza ściany. Niepewnie spojrzał na rodziców. Żadne z nich nie mogło go jeszcze dostrzec. Bał się podejść bliżej, bo prawdopodobnie ten poranek nie będzie należał do przyjemnych. Może trochę sobie na to zasłużył, ale z drugiej strony - był przecież młody! Jak jego rodzice mieli go zrozumieć, skoro dzieliła ich przepaść ponad dwóch dekad? No nie oszukujmy się - to pokolenie nie miało pojęcia o szkolnych zasadach przetrwania obecnych czasów. Klasówki? To już nie były te same klasówki co kiedyś. Nauczyciele? Kolejna różnica wieku i oczywiście brak zrozumienia. Tak więc nic dziwnego, że dostał tę dwóję z matmy... Pokonała go nisza czasoprzestrzeni.
- O jesteś! Siadaj. - przewrócił oczami i z posępną miną podszedł do niewielkiego stołu w kuchni. Wiedzieli. - No, co masz na swoją obronę? - Andrzej spojrzał spod przymrużonych oczu na ojca, który siedział naprzeciwko niego. Starszy Baran mimo swoich lat był bardzo przystojnym mężczyznom. Mocno zarysowana szczęka i niski głos również zaznaczały się w urodzie syna. Lecz to, co czyniło go tak szanowanym człowiekiem, to była niebywała inteligencja i kultura osobista. Andrzej z zazdrością czasami obserwował z jaką lekkością jego ojcu przychodzą te wszystkie maniery, czym kupował niemal każdą kobietę. Bacznie obserwował poczynania ojca w tej kwestii i zamarzył, żeby również któregoś dnia posiadł ten niezwykły dar obycia w towarzystwie.
- Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. - odrzekł chłopiec - Swoje i Profesor Żabińskiej. - Jak na swój młody wiek był całkiem rezolutny, również w pyskowaniu. Lecz nie takim, jak to zazwyczaj bywało w domach jego rówieśników (i waszych zapewne też). Andrzej kochał zabawę słowem. Niesamowitą frajdę sprawiało mu obserwowanie ludzi, których wprowadzał w osłupienie swoja erudycją. Wiele czytał, a i rodzice nie szczędzili jego młodych komórek mózgowych.
- Uważaj na słowa chłopcze! - gruby głos rozniósł się po mieszkaniu. Matka Andrzeja wzdrygnęła się nieco, omal nie wypuszczając talerza z dłoni. Kobieta stała przy kuchence i w milczeniu przysłuchiwała się potyczce jej chłopców. - Masz poprawić tę ocenę jutro na lekcji. - mężczyzna pomachał palcem przed twarzą syna. - Teraz do swojego pokoju. Uczyć się. I nie widzę cię do końca dnia. - dodał w żołnierskim tonie.
- To nie moja wina, że sobie ze mną nie radzicie. - starszy mężczyzna miał już coś powiedzieć, lecz w osłupieniu tylko odprowadził wzrokiem syna do drzwi.
- Po kim on tak ma? - wstał lekko wzburzony i nerwowym ruchem przysunął krzesło do stołu.
- Nerwy? Po tobie. A inteligencje po mnie rzecz jasna. - kobieta wzruszyła ramionami, uśmiechając się dyskretnie pod nosem.
- Tak? To pewnie też nie szło ci w szkole? - mruknął zalotnie, kładąc swe dłonie na jej biodrach. Kobieta odwróciła się do męża przodem i ucałowała go, po czym dodała.
- Inteligencja, a wiedza to trochę różne rzeczy. - ujęła twarz mężczyzny w dłonie i zbliżyła swe wargi do jego warg i gdy ich usta się spotkały, usłyszeli płacz.
- Obudziłeś Adama...

Mężczyzna stanął przed lustrem. Na biodrach miał zawieszony czarny ręcznik, który odkrywał delikatnie zaokrąglone boczki. Już przyswyczaił się do widoku blizny na jego klatce piersiowej w okolicy serca, ale ta na prawym boku nadal była czymś nowym. Zamyślony sięgnął po piankę do golenia. Rozprowadził ją staromodnym pędzlem do tego służącym i sięgnął po maszynkę. Zawiesił dłoń w powietrzu i nagle oprzytomniał. Odłożył przyrząd i zmył gęstą piankę ze swojej twarzy. Ponownie przejechał dłonią po delikatnym zaroście. Kiedy wprowadzać zmiany w swoim życiu, jeśli nie teraz?
Drugi dzień wolnego. Na zegarku szósta dwadzieścia, a on już zdążył wziąć prysznic, który nota bene zazwyczaj brał wieczorami. Ale zwyczaje można zmieniać. Tak mało czasu zostało na próbowanie nowych rzeczy. Choćby na przesunięcie czasu kąpieli...
Falkowicz zaśmiał się w myślach, gdyż jak na razie tylko to zmienił. Chociaż... czyżby tylko to?
Machinalnie zrzucił miękkie okrycie jego bioder i ruszył do garderoby. Swobodnymi ruchami przerzucał koszule zawieszone w szafie, lecz żadna nie była odpowiednia. Szukał on bowiem czegoś luźnego, czegoś co nie byłoby kolejnym konserwatywnym strojem do pracy. Zajrzał do dawno zapomnianej szuflady i znalazł luźną białą bluzkę z guzikami pod szyją. Nie spodziewał się, że ma też jeansy.
Dlaczego nie?
Sięgnął po owe rzeczy, ale brakowało mu jeszcze bielizny. Kiedy już skompletował cały ubiór, ruszył do części sypialnianej.
- Tato? - usłyszał w ostatniej chwili. Nagle zrobiło mu się gorąco, gdyż zdał sobie sprawę, że jest jeszcze całkowicie nagi.
 Ty głupcze! - skarcił się w myślach. Schował się za drzwiami do garderoby i starając się wydobyć z siebie swobodny ton głosu, odparł:
- Tak Matyldziu?
- Zrobiłam ci kawę. - usłyszał, jak materac delikatnie się ugina zapewne pod jej ciężarem. Otarł czoło myśląc, że pojedyncza kropla potu spływa po jego czole, lecz okazało się to tylko dziwnie realnym złudzeniem.
- Dobrze, zaraz zejdę.
- Ale...
- Powiedziałem, że zaraz zejdę! - krzyknął, po czym w sypialni zaległa cisza. Minęła chwila, gdy usłyszał powolne kroki, które z czasem cichły w oddali. Mimo wszystko postanowił ubrać się w garderobie, w końcu ostrożności nigdy za wiele, szczególnie przy dziecku. Tylko dlaczego do cholery jasnej dopiero teraz sobie o tym przypomniał?!
Ale chwila, zaraz... "Tato"?
Lekko zażenowany zszedł po schodach i skierował się do kuchni za zapachem kawy. Wodzony tym aromatem dotarł do Matyldy, która siedziała przy stole i zajadała się kanapkami.
- Dlaczego wstałaś tak wcześnie? - rzekł i zasiadł przed swoim ulubionym trunkiem. Dlaczego nagle wszyscy go częstują kawą? Poddenerwowany zerknął na filiżankę i od razu ją od siebie odsunął. Musiał zanim byłoby za późno, zanim nie stracił resztek siły woli. Jeszcze sekunda i uległby.
- Przecież lubisz. - dziewczynka skinęła głową na kawę.
- Lubiłem. Co chciałabyś dzisiaj robić? - nie wytrzymał, zabrał filiżankę i wylał zawartość do zlewu. Zalał jeszcze wodą, by po kuszącej czerni nie pozostało najmniejszego śladu. Odetchnął wreszcie z ulgą, poczuł jakby ktoś z jego szyi zerwał ciężki łańcuch.
Gdy się odwrócił, dostrzegł zaskoczoną minę dziewczynki.
- Em, po prostu nie mogę pić kawy. - odezwał się lekko zbity z tropu jej spojrzeniem. Wyglądała jakby ją spoliczkował. - A jeszcze chwila i nie mógłbym się jej oprzeć. - dodał delikatnie się uśmiechając.
- Jesteś chory? - po raz kolejny stracił rezon. Zapomniał jak bezpośrednia potrafi być w stosunku do niego. Nikt z jego otoczenia nie potrafił tak szybko go rozszyfrować. Dziecięcy sposób postrzegania świata był zaskakująco prosty i celny.
- Wystarczy, że przestanę pić kawę. - uśmiechnął się krzepiąco, a następnie sięgnął z szafki kawałek chleba, który swoją drogą miał smak papieru. Zatem całe jego śniadanie skończyło się na szklance wody. Nic pożywnego, prawda? Falkowicz jednak nawet nie odczuwał głodu. Żył ekscytacją na myśl o nowo rozpoczętym dniu.
Do rozpoczęcia realizacji planu przygotowanego przez Andrzeja zostało jeszcze trochę czasu, dlatego kiedy on odbierał telefony z prośbą o konsultacje z drugiego końca Polski a nawet Europy, Matylda włączyła telewizję i ustawiła na kanale z jej ulubionym serialem o Sherlocku Holmesie.
- Adam? - zdziwiony zauważył, że kolejne połączenie jest od jego brata. Przesunął wiec kciukiem po ekranie telefonu i przyłożył urządzenie do ucha.
- Słucham? - odrzekł znudzony.
- Też się cieszę, że cię słyszę braciszku.
- Od rana pracuję, z resztą do rzeczy. Coś się stało? - kątem oka zerknął na dziewczynkę, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w telewizor.
- Dlaczego coś miało się stać?
- Adam...
- Ok no, zapomniałem ci powiedzieć, że Gawryło prosił, żebyś się do niego zgłosił. - Falkowicz zmieszał się lekko. Bezwiednie przeczesał dłonią włosy na linii skroni. Zastanawiając się jak wybrnąć, albo może raczej jak wymigać się, zacisnął usta w cienką linię.
- Andrzej, jesteś tam?
- Tak... powiedz mu... - cokolwiek by powiedział i tak nie załatwi tej sprawy. Piotr jako jedyny wiedział o wszystkim i niestety nie podzielał decyzji Andrzeja. Falkowicz zdawał sobie sprawę, że niedługo będzie musiał stanąć z nim twarzą w twarz i wyspowiadać się z popełnionych grzechów. Z jednej strony trochę mu to schlebiało, w końcu nie sądził, że Gawryło tak przejąłby się jego zdrowiem. Ale Piotr to profesjonalista z krwi i kości. Z drugiej zaś strony Falkowicz był dorosłym chłopcem. Jego błędy, to jego konsekwencje.
- Powiedz mu, że za tydzień będę mógł się z nim zobaczyć.
- Jak chcesz, to ja mogę zostać z małą.
- Nie chce. - odparł szybko surowym tonem.
- No ok, jak chcesz. Jutro do was wpadnę. Dzisiaj już nie dam rady, mamy tutaj straszny burdel. - Andrzej uniósł brew zaintrygowany. Consalida zawsze panowała nad porządkiem oddziału. - Wiki wzięła wolne, wyobrażasz sobie? - dodał, jakby czytając bratu w myślach. - Mamy mnóstwo zabiegów i operacji, a ona idzie na urlop.
- Nie powiedziała dlaczego? - jednak nie musiał pytać, by znać odpowiedź. On sam zauważył, że z jego koleżanką dzieje się ostatnio coś dziwnego.
- Nie, a mnie szlak trafia, bo nie mogę się z nią skontaktować. Oddział pełny, brakuje chirurgów... Stary ja wiem, że masz teraz Matyldę, ale może przyjechałbyś, poratował brata w potrzebie, co? - Andrzej westchnął tylko i wzniósł oczy ku niebu za oknem gabinetu.
- Nie mogę Adam...
- No nie nudziłaby się. Alicja by się nią zajęła.
- Alicja?
- Dzięki stary, ratujesz mi życie! - zanim zdążył zaprotestować, usłyszał kilka krótkich dźwięków kończących połączenie.
- Stary... - westchnął i schował telefon w kieszeni spodni. Wszedł do salonu i spojrzał z drugiego końca pomieszczenia na dziewczynkę. Jak miał jej powiedzieć, że pierwszy dzień u niego spędzi sama w szpitalu? Musi pamiętać, żeby ładnie podziękować za to Adamowi.
Matylda zareagowała na tę wieść dziwnie spokojnie. Chociaż właściwie nie powinien być zaskoczony. Ta dziewczynka nigdy nie sprawiała mu problemów. Czuł, że starała się by nigdy nie przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi, tej za którą on nie chciałby wpuszczać dziecka. Nie narzekała i pokornie znosiła każde samotne wieczory. Wiedział, że robiła wszystko, żeby nie stała się dla niego ciężarem, a mimo wszystko nigdy nie wyprowadził jej z tego błędu. Bo przecież nie była dla niego ciężarem... Przynajmniej teraz zdał sobie z tego sprawę.
Okazało się, że dziewczynka wolała zostać sama w domu i obserwować niebo za dnia, niż nudzić się w szpitalu. Miał ogromne wyrzuty sumienia, że wszystkie jego plany wzięły w łeb. Niechętnie wychodził z domu, ale słysząc to jej "Jedź! Jestem już duża." zdał sobie sprawę, że znalazł się w potrzasku.
- Wrócę, jak tylko skończę operację! - rzucił, jednak mała zamknęła mu drzwi przed nosem. No tak, ten charakterek. Jak mógł o nim zapomnieć.

Sunął teraz jak strzała głównym korytarzem szpitala, by po chwili znaleźć się w pokoju lekarskim. Gdy tylko się tam znalazł kilkoro stażystów ze spuszczonymi głowami opuścilo pomieszczenie. Adam natomiast, jak tylko ujrzał brata, od razu się rozpromienił.
- Świetnie, że jesteś!
- Do rzeczy, co mamy?
- Guz naciekający na wątrobę, spójrz. - Krajewski podał profesorowi wyniki badań, które ten tylko przelotnie obejrzał.
- Od razu operujemy.
- Pacjent na bloku. - Adam odparł od razu zadowolony z tonu głosu brata, bo świadczył on o tym, że za chwilę będą razem przeprowadzali bardzo ciekawą i zarazem trudną operację. Falkowicz natomiast badawczym okiem omiótł całe pomieszczenie.
- Nikogo nie ma? - w głębi duszy miał nadzieje, że nie natknie się na żadnego z lekarzy. Właściwie chodziło mu przede wszystkim o Piotra, ale na rozmowy z pozostałym personelem również nie miał ochoty... na jakąkolwiek z nimi styczność.
- Jest Gawryło, ale operuje od kilku godzin z Przemkiem. No i tyle. - Andrzej kiwnął głową w duchu dziękując, że prawdopodobnie przemknie przez szpital niezauważony.
Udali się więc na blok operacyjny.
- To będzie trudna operacja. Twoja pierwsza taka po kilkumiesięcznej przerwie. Dasz radę? - Falkowicz zerknął na brata, jednocześnie szorując dłonie na wysokości łokci. Zdumiewające, jak bardzo dojrzały stawał się ten chłopak po przekroczeniu progu bloku. Cechy dobrego chirurga, sam go tego uczył.
- Dam. - rzucił, po czym z uniesionymi dłońmi udał się na salę operacyjną.

Operacja trwała sześć godzin, a na czole mężczyzny pot spływał już ciurkiem.
- Pani Renato, pot proszę. - westchnął po raz nasty tego dnia. Był wykończony, a ich praca wcale nie miała się ku końcowi. Naciek okazał się znacznie większy, niż przypuszczał. Dodatkowo nastąpił krwotok, którego źródła długo nie mogli znaleźć.
- Nie ma! To krwawi zewsząd, jakby źródła krwotoku w ogóle nie było! - krzyknął Adam, co raz to rzucając serwety i odsysając zasłaniającą pole krew.
- Jak drugiej zwrotki hymnu. - mruknął profesor pod nosem, marszcząc przy tym czoło.
- Cholera, wykrwawi się! - zdenerwowany młodszy chirurg nawet nie zwrócił uwagi na to, co mówi brat, ani na jego bladą twarz, pokrytą kropelkami potu. - Dzwońcie do banku po trzy jednostki krwi! - jednak w tym samym momencie skupione oczy Andrzeja dostrzegły źródło problemu, a sprawne dłonie uporały się z nim.
- Voilà. - westchnął profesor. - dalej poradzisz sobie sam. - rzekł i odłożył narzędzia, które trzymał w dłoni. Krajewski jednak nadal nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało i jakim cudem Falkowiczowi udało się z tym poradzić. - Zszyj i posprzątaj ten bałagan. - dodał, wykonując przy tym jakiś bliżej nieokreślony ruch dłonią w powietrzu i wyszedł z sali. Wycieńczony zrzucił z siebie fartuch i całą resztę ubrania ochronnego. Oparł się o kant umywalki i wpatrywał się tępym wzrokiem w blaszaną strukturę. Niewiele myśląc, puścił wodę i chlusnął nią w twarz. Spojrzał na swoje nędzne odbicie. Nadal miał nieprzytomny wzrok. Całe szczęście na bloku trzymała go adrenalina, ale gdyby został tam jeszcze kilka minut, pewnie padłby niczego nieświadomy.

Ledwie trzymając się na nogach, udał się przed szpital. Jednak jego taksówki tam nie było, a temperatura skutecznie wpędziła go z powrotem do szpitalnego holu. Opierając się o szklane drzwi, za którymi widać było podjazd dla karetek, sięgnął po telefon w kieszeni.
- Witam, zamawiałem taksówkę na nazwisko Falkowicz... - zatrzymał się na chwilę, by dać szansę swojemu rozmówcy. Lekko już poddenerwowany przeciągnął dwoma palcami po brwiach, mierzwiąc je przy tym okropnie. - F jak... Falkowicz, A jak Alkowicz, L jak Lkowicz... - jednak okazało się, że będzie musiał poczekać jeszcze godzinę, zanim jego pojazd raczy się pojawić. Wrócił więc do swojego gabinetu, by tam wypełnić sobie i tak już stracony czas.
Znalazł drzwi i tabliczkę z jego nazwiskiem. Chwycił za klamkę, lecz jego pole widzenia zaszło jakaś rażącą mgłą. Zatrzymał się chwilę w bezruchu z bijącym sercem wsłuchując się w swoje ciało, ale przerażony stwierdził, że jest już jakby poza nim. Jego uszu dobiegło jeszcze jakieś echo, a potem potworny pisk, niemal rozsadzający głowę. Nad niczym nie miał kontroli, nad niczym nie panował. Nogi ugięły się pod nim i osunął się na podłogę. Potem nie było już niczego, tylko irytująca pustka.






Ciąg dalszy nastąpi...








10 komentarzy:

  1. Jak mogłaś skończyć w takim momencie?!
    Co jest Falkowiczowi? Co się dzieje z jego zdrowiem? Nie wydaje mi się, żeby były to skutki wypadku...
    Uwielbiam sceny między Andrzejem i Matyldą. Poproszę ich jak najwięcej ;-) A profesor mógłby się przemóc i okazywać więcej czułości małej :-)
    Czekam na następną część! Mam nadzieję, że pojawi się szybko! :-)
    V.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty to jednak nie masz serca, żeby w takiej chwili przerywać:'(
    Jednak to sprawiło, że tym bardziej nie mogę doczekać sie kontynuacji.
    Przedstawiając dzieciństwo Andrzeja, pokazujesz jak bardzo jest ono podobne do tego jak zachowuje się Matylda. Jak wiele cech łączy tych pozornie ze sobą nie związanych osób. Nagi Falkowicz paradujący po domu:-) Nie jest do końca przyzwyczajony, iż ktoś z nim mieszka, więc takie czy inne wpadki będą mu się niestety zdarzały. Zastanawia mnie co tak naprawdę dolega profesorowi, bo jednak te tajemnicze slotkanie z Gawryło jest w moim mniemaniu kluczowe.
    Florentyna

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem zachwycona, szczególnie scena nagiego Andrzeja w garderobie, majstersztyk. Szacun za pomysł. Jestem mega ciekawa kolejnej części. Możesz tak mniej więcej określić kiedy możemy się spodziewać next'a?

    OdpowiedzUsuń
  4. No,no.Bardzo mi się podoba!Ale tak,dlaczego Andrzej jest taki oschły w stosunku do Matyldzi? :( Mam nadzieję,że to w kolejnej części sie zmieni :) No tak jak dziewczyny przypuszczają tak jak i ja zresztą,że Gawryło będzie tutaj kluczem do rozwiązania zagadki w postaci zdrowia Andrzeja.Dziewczyna nie masz serca,w taki sposób kończyć? No nie wierzę...Mam nadzieję,że kolejna część nadejdzie niespodziewanie szybko ;) Weny życzę i ściskam cieplutkooo,Julka

    OdpowiedzUsuń
  5. Matyldzia rządzi :) !!! Boska dziewczynka,też boli mnie to,że Andrzej jest taki oschły.Wydaje mi się,że to takie chwilowe,musi na nowo się przyzwyczaić do obecności swojej córeczki.Chciałbym więcej przeczytać rozmów córki z tatą.I jestem ciekaw co ze zdrowiem prof.No mała w końcu odważyła się powiedzieć"tato"!Ściskam/Maciek

    OdpowiedzUsuń
  6. Po prostu szorstka ojcowska miłość ;-) Ale dobrze że to zauważacie, bo wiem co wyjaśnic w następnej części ;-) ...którą już mam w głowie

    OdpowiedzUsuń
  7. BOSKO! Najlepszy Andrzej do połowy goły ;)
    A długo będziemy musieli czekać na kolejną część ?

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziś juz piątek, kiedy możemy się spodziewać next'a?

    OdpowiedzUsuń