niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 14



Wiktoria błąkała się po swoim małym mieszkanku, które wynajęła jeszcze przed rozwodem. Tomasz proponował jej, aby zatrzymała ich dotychczasowe lokum, lecz ona odmówiła. Zimne mury ich domu boleśnie zapisały się w jej pamięci. Ilekroć pomyślała o swoim małżeństwie przeszywał ją dreszcz. W głębi duszy od początku wiedziała, że to nie była miłość. Chciała stabilizacji, zażegnania niepewnej przeszłości i powitać nowe horyzonty. Pragnęła ruszyć do przodu i nareszcie się ustabilizować. Miała już trzydzieści dwa lata. Najwyższa pora aby założyć rodzinę. Kiedy w końcu stała się panią Rzepecką, bo tak uwielbiała ją nazywać rodzina jej małżonka, z rozczarowaniem stwierdziła, że nie chce mieć z nim dzieci.

- Wikuś, może spróbujemy dziś... - Tomasz podszedł do żony, która siedziała na kanapie w salonie. Jak zaklęta wpatrywała się w ekran telewizora, popijając czerwone wino. Mężczyzna przybliżył się, będąc na czworakach do kobiety i zaczął zachłannie całował jej szyję. Ona jednak nie reagowała. Czuła jego oddech na swojej skórze i z każdą sekundą wzbierało w niej obrzydzenie. Jego pocałunki wydawały się jej zimne i okropnie mokre. Im więcej tak o tym myślała, tym bardziej chciała go od siebie odepchnąć. Serce przyśpieszyło bicie, a powieki zacisnęła, marszcząc je przy tym nienaturalnie.
- Przestań. - syknęła w półszepcie. Jej klatka piersiowa co rusz to zapadała się i unosiła.
- Chciałbym w końcu popracować nad małym Rzepeckim - mężczyzna wydawał się być niewzruszony. Natarczywie napierał na ciało żony, lecz ta z każdą sekundą coraz bardziej sztywniała. - Wiki. - mężczyzna oderwał się od dziewczyny i rozczarowany spojrzał w oczy swej kobiety. - Myślałem, że to już sobie ustaliliśmy. - powiedział łagodnie, ale ona poznała ten ton. Pozornie cierpliwy, lecz pobrzmiewały w nim nuty groźby. Powrócił do obdarowywania szyi Consalidy pocałunkami. Kobieta odchyliła głowę do tyłu, dając mężowi dostęp do manewrowania językiem po odsłoniętej skórze. Cierpiała czując na sobie jego dłonie, jego pocałunki i napierające ciało. Oddała mu się, jak powinna oddać się mężowi żona, lecz bez przyjemności. Czuła jak pojękuje, ściska jej uda, przedramiona i piersi. Czuła, jak jego gorące ciało opada i przyciska ją do siebie. Czuła to wszystko, lecz nie znalazła w sobie krzty miłości dla niego. Jej oczy tak jak wcześniej utrzymywała w jednym punkcie.
Mężczyzna opadł obok na kanapę, ciężko dysząc. Po chwili podniósł się, założył bieliznę i bez słowa udał się na piętro. Wiktoria odwróciła się na bok, ściskając przedramieniem nagie piersi. Z kącika jej prawego oka popłynęła pojedyncza łza. Popłynęła zgodnie z prawami natury w stronę jej nosa, by zebrać się na jego wzniesieniu i ciężko opaść na skórzane obicie.
Kobieta podniosła się po chwili z kanapy, zgasiła telewizor i zaciągnęła na nagie ciało leżący na dywanie t-shirt. W mroku podążyła na pamięć w stronę sypialni, gdzie spał Tomasz. Ułożyła się obok niego i przytuliła do jego pleców. Czuła się winna za to, że nie potrafiła go pokochać. Tak bardzo chciała mu to jakoś wynagrodzić.

Ale niezgoda w kwestii posiadania potomstwa nie była jedynym powodem ich rozwodu. Możliwe nawet, że ta sprawa niewiele zaważyła nad decyzją, jaką Consalida w końcu postanowiła podjąć. Za wszystkim stało coś, czego nikomu nigdy nie wyjawiła. Zamknęła się w sobie i zajęła się pracą. Nikt tak naprawę nie wiedział, jakim koszmarem było jej małżeństwo. Jakie piekło przeżywała niemal każdego dnia, gdy wracała po pracy do męża. Przez cały okres bycia panią Rzepecką czuła się taka samotna, jednocześnie mając u boku męża i kilkoro przyjaciół. Jednak żadnemu z nich nie mogła powiedzieć o swoich odczuciach. Wstydziła się i bała. Wstydziła się, że nie potrafi odwzajemnić uczuć do Tomasza, że nie stara się wypełniać należycie obowiązków należących do żony. Bała się, że kolejnego z kolei wieczoru zdenerwuje czymś mężczyznę.

Adam miał już drugi z rzędu dyżur na izbie przyjęć. Na szczęście było dość spokojnie. Od dwóch godzin przyjął zaledwie trzech pacjentów. Jednak ten dyżur nie należał do jego obowiązku Z rana zadzwonił do niego Andrzej, aby poinformować brata, że się spóźni, dlatego też chłopak zgodził się go chwilę zastąpić.
Z racji tego, że na korytarzu przed izbą świeciło pustkami, był więc czas aby zająć się czymś znacznie ciekawszym. Odwiedziła go Alicja, sekretarka z chirurgii. Dziewczyna uporała się z uzupełnieniem kart informacyjnych¹ dla pacjentów i postanowiła poświęcić wolną chwilę doktorowi, który nota bene bardzo jej się podobał.
- A co z twoim mieszkaniem? - zapytała dziewczyna, siadając na kozetce.
- Mieszkaniem? No nie wiem, czy tak można nazwać mały pokoik w tym hotelu dla rezydentów. - zaśmiał się pod nosem. Okręcił się na małym taboreciku i zajrzał od niechcenia do papierów na biurku.
- Nie o tym mówię. Podobno miałeś budować swój własny dom. Straszny z ciebie szczęściarz. Wiesz ile ja bym dała, żeby mieć taki własny dom? Najlepiej gdzieś na jakimś odludziu... no może nie do końca. Przydałoby się mieć jakiś sklep w pobliżu. - Adam zaśmiał się na te słowa, a dziewczyna zarumieniła się delikatnie. Uwielbiała go rozśmieszać, nawet nieświadomie.
- Fajnie. - zamyślił się chwilę tak zastygły w uśmiechu. - Tylko że budowa stanęła w miejscu. - kobieta lekko zmarszczyła brwi. Czekała aż Adam powie coś więcej. Znała go na tyle, aby wiedzieć że ta cisza oznaczała nadchodzącą chwilę refleksji, bądź jakieś ważne wyznanie. - Chciałbym kiedyś samemu na ten dom zapracować. Wiesz, założyć rodzinę, mieć żonę, dzieci.
- Na razie masz brata. - wtrąciła cicho
- Mam. I dopiero z czasem dotarło do mnie, jak bardzo mi go brakowało. Fajnie jest mieć rodzeństwo. Ale dopiero z czasem się je docenia.
- To... dlaczego jesteś taki... - zamyśliła się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa - ...przybity? - Adam spojrzał na kobietę, która przypatrywała się mu spod podniesionych brwi i nieco zmarszczonych oczu. Zaśmiał się na ten widok i tylko wzruszył ramionami.
- Nie ważne. - machnął dłonią, dając jej do zrozumienia, że zakończyli ten niewygodny temat. Lecz kobieta dostrzegła wymalowane w jego oczach, choć ledwie dostrzegalne zmartwienie. Mimo to postanowiła uszanować jego prywatność.
Chwilę później do izby wszedł profesor Falkowcz. Alicja momentalnie ześlizgnęła się z łóżka i stanęła wyprostowana na przeciw profesora. Uśmiechała się życzliwie, mimo że ten poświęcił jej jedynie krótkie spojrzenie.
- Dwie godziny. - Adam wstał z taboretu i wyminął brata.
- Miałem pewną sprawę na mieście. - odezwał się jakby nieobecny.
- Cisza, spokój. - Adam poklepał brata po ramieniu i z uśmiechem zwrócił się do wyjścia.
- A ty zrobiłeś to, o co cię prosiłem? - Adam dał się minąć Alicji w drzwiach i po raz kolejny zwrócił się w stronę brata lekko zbity z tropu. - Prezent. Kupiłeś Matyldzie prezent? - Andrzej uniósł brwi, czekając na odpowiedź, której i tak się domyślał.
- Cholera! Stary, zapomniałem! Na śmierć...
- Na szczęście to przewidziałem. - mężczyzna posłał bratu pełne politowania spojrzenie, lecz zmieszane z nutą ekscytacji, wyczuwalną również w głosie mężczyzny.
- To już jutro? - starszy brat kiwnął lekko głową. Na samą myśl o przyjeździe dziewczynki serce w piersi zabiło mu mocniej. - Będzie spoko. - Adam uśmiechnął się jeszcze i zniknął za szklanymi drzwiami izby.
- Spoko... - Falkowicz przedrzeźniał ton głosu brata z lekkim rozbawieniem.
    Dyżur na izbie okazał się wyjątkowo męczący dla profesora. Mężczyzna musiał uporać z takimi przypadkami, jak bezsenność, ból głowy, czy rozcięta brew. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby oszczędził swoim pacjentom kilku gorzkich słów prawdy.
- Andrzej, błagam cię. Ja mam już dosyć skarg na twój temat. Nie możesz ugryźć się w język i nie obrażać pacjentów? - Consalida była wyraźnie zmęczona, a świadczyły o tym jej podkrążone oczy.
- To nie moja wina moja droga, że muszę mieć doczynienia z takimi idiotami.
- Ale czy nie mógłbyś darować sobie te wszystkie uwagi na ich temat?
- A czy ty kiedykolwiek pracowałaś na izbie? - kobieta załamała ręce. Podeszła bliżej i spojrzała bezsilnym wzrokiem na przyjaciela. Falkowicz niezadowolony przewrócił oczami i kiwnął lekko głową.
- Dziękuje. - westchnęła. Mężczyzna zdążył przyjrzeć się jej uważniej, kiedy ta była blisko. Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszeli hałas za drzwiami. Do pomieszczenia wpadł młody chłopak z kilkuletnim dzieckiem. Spanikowany od razu położył zapłakanego chłopca na łóżku.
- Doktorze on nie oddycha przez nos. - wydukał spanikowany młodzieniec. Profesor uśmiechnął się pod nosem. Będzie trudniej niż przypuszczał.

- Następnym razem proszę chować przed dzieckiem małe przedmioty. - profesor podniósł się z małego siedzenia i odprowadził wzrokiem braci do drzwi.
- Młody, jeszcze raz wsadzisz sobie coś do nosa, to ja własnoręcznie ci to wepchnę jeszcze dalej. - usłyszał jeszcze od starszego z braci. Profesor zaśmiał się w głos i ruszył korytarzem.
- Pani Klaudio! - zaczepił czarnowłosą stażystkę na korytarzu. - Pójdzie pani na izbę przyjęć.
- Ale ja właśnie...
- Bez dyskusji. Chyba że chce pani już nigdy tutaj nie wracać. - dziewczyna spojrzała na profesora z szeroko otwartymi oczami. - Tak myślałem. - dokończył, patrząc na panne Miller z wyższością. Obrócił się z pełną nonszalancją i podążył w stronę gabinetu doktor Consalidy.

- Z tego co pamiętam miałeś mieć dyżur na izbie. - odezwała się lekko poddenerwowanym tonem. Zdawała sobie sprawę z tego, że Falkowicz jest dość niesubordynowanym podwładnym, ale czasami to przechodziło wszelkie granice.
Mężczyzna zupełnie niczym niezrażony zasiadł przed panią ordynator. Założył nogę na nogę, lecz gdy tylko poczuł pewien dyskomfort związany z wcześniejszym urazem kolana, od razu przyjął wygodniejszą postawę i opuścił nogę na podłogę.
- Daj mi jakąś operację. - odrzekł pewnie. Kobieta fuchnęła zaskoczona. Nie ufała opinii Rafała, który był wyraźnie niepewny siebie, kiedy przyszedł jej zakomunikować, że Falkowicz może już wrócić do operacji. Znała Andrzeja na tyle, by wiedzieć, że w jakiś sposób wpłynął na decyzję Konicy.
- Ani mi się śni. - żachnęła wpatrzona w papiery leżące przed nią.
- Od tygodnia mogę operować, a zajmuję się jedynie przylepianiem plastrów, albo wypisywaniem recept.
- Dobrze wiesz, że nie możesz.
- Nie mogę wytrzymać tej bezczynności - rzucił już lekko poddenerwowany.
- Kto jest na izbie? - spojrzała na doktora spod uniesionych brwi.
- Ta stażystka... Klaudia. Wiki...
- Dobrze, w takim razie mam dla ciebie operacje. - przerwała mu. - Miller miała iść, ale w obecnej sytuacji ty ją zastąpisz. - Kobieta wyprostowała się, jednocześnie lekko krzywiąc się przy tym z bólu. Nie uszło to uwadze profesora, który w duchu domyślił, że kobieta musiała ślęczeć nad dokumentacją już ładnych parę godzin. Ona z kolei uważniej przyjrzała się Falkowiczowi, który zapewne niecierpliwie czekał na więcej informacji. - Cholecystektomia. - Mężczyzna zacisnął usta w cienką linie i przypatrzył się lekarce z powątpiewaniem.
- Profesor przy woreczku żółciowym. - mruknął.
- Coś nie tak? - Consalida obdarzyła Andrzeja spojrzeniem, które wolny obserwator zapewne zaliczyłby do tych zalotnych.
- Pójdę się przygotować. - wstał i udał się w stronę wyjścia.
- W końcu profesor nie często ma okazję uczestniczyć w takich operacjach. - Wiktoria zaśmiała się w duchu ze swojej intrygi. Mężczyzna jednak bez słowa opuścił pomieszczenie, zachowując przy tym klasę, jaką prezentował nawet po przegranej potyczce. Gdyż należy zaznaczyć, że i takie mu się zdarzały. W końcu był człowiekiem nader silnym, a tacy zradzali się jedynie w bólach, których profesor w swym życiu zaznał nie mało.

Wieczorem pan profesor siedział wbity w kanapę i bawił się pustą szklanką trzymaną w dłoniach. Przyglądał się wymyślnemu kształtowi dna naczynia, obserwował jak w prawie w ogóle nieoświetlonym pomieszczeniu połyskuje kanciasta struktura spodu szkła. To zapewne odbite światło księżyca, które wdzierało się do środka przez tarasowe okna.
Nie mogę pić - pomyślał. Nie pozwalało mu na to jego zdrowie. Już zapłacił okropnymi męczarniami za trzy wieczory z rzędu, które uatrakcyjnił sobie sporą ilością whisky. Musiał więc pozbyć się swojego ulubionego trunku dla wyższego dobra. Nawet jeśli właśnie nadarzyła się okazja ku temu aby wreszcie coś opić.
Mężczyzna leniwie podniósł się z mebla i niedbale sięgnął za szyjkę wysokiego naczynia, w którym znajdował się ten wyrafinowany trunek alkoholowy. Podszedł do zlewu i odkorkował naczynie. Jego nozdrzy sięgnął drażniący, ale bardzo przyjemny zapach. Andrzej jednak westchnął z żalem i przechylił szkło. Lecz w tym samym momencie usłyszał sygnał dzwonka do drzwi. Odłożył wciąż napełnione naczynie na bok i podszedł otworzyć długo wyczekiwanemu gościowi.
Adam minął brata i nerwowymi ruchami ściągnął płaszcz, po czym powiesił go na wieszaku.
- Co tak długo? - syknął szczękając zębami z zimna. Andrzej bez słowa odszedł w głąb mieszkania. Krajewski podążył za nim i dostrzegł pustą szklankę do whisky na ławie.
- Nie piłem. - usłyszał głos brata, który zauważył karcące spojrzenie Adama.
- Ja myślę... - młodszy z braci zasiadł na kanapie i obserwował zbliżającgo się do niego Andrzeja. Tkwili tak chwilę w ciszy, której podgrywały pojedyncze dźwięki wskazówki zegara.
- Mogę u ciebie zostać? - zapytał, mimo iż był pewny odpowiedzi. Spodobało mu się nocowanie u brata, co z resztą zdarzało się ostatnimi czasy dość często. Czuł się tam dziwnie swobodnie i rodzinne. A przecież Falkowicz nie należał do osób szczególnie odnoszących się ze swoimi uczuciami. Braciom jednak słowa nie były potrzebne, by wiedzieć, że mogą na siebie liczyć.
- Jutro będziesz miał się z kim bawić. - zaśmiał się Andrzej. Ani na chwilę nie mógł przestać myśleć o zbliżającym się spotkaniu z Matyldą. Nawet nie zauważył kiedy to się stało, kiedy tak bardzo się do niej przywiązał. Pierwszego dnia, gdy mała pojawiła się w jego domu i zdążyła wprowadzić tyle chaosu do harmonijnego świata prefesora, czy ostatniego, kiedy to jego dziwnie "nieharmonijny" świat runął na jedno skinienie palcem mecenas Smudy?
Trochę pogubił się w rachunkach, ale to na pewno było coś pomiędzy tymi wydarzeniami. Kto by pomyślał, że spodoba mu się takie życie wywrócone do góry nogami.
- Andrzej powiedz mi, jak to jest z tymi kobietami? Czego one tak naprawdę chcą? - profesor spojrzał na chłopaka kątem oka spod uniesionej brwi.
- Chcą żebyś je całował w dłoń na powitanie, przepuszczał w drzwiach...
- Do windy szczególnie. - zaśmiał się Krajewski. - Nigdy nie wiadomo, czy ta winda na pewno tam jest. - dokończył, jakby sądził, że brat nie domyślił się pointy.
- Odsuwał krzesło kiedy trzeba, proponował swój płaszcz kiedy ta marznie, kupował kwiaty, ale tylko z okazji. - Adam teraz z uwagą słuchał słów brata, a ostatnia rzecz trochę go zdziwiła, gdyż zawsze sądził, że kobiety kochają dostawać prezenty bez okazji.
- I to wystarczy? Takie sztuczki i już?
- Kobieta potrzebuje miłości. Nawet jeśli jej się ona tylko śni to i tak budzi się szczęśliwa. - Adam próbował zrozumieć, co jego brat chce przez to powiedzieć, a Andrzej przywołał w myślach kobietę, która lata wcześniej wypowiedziała do niego właśnie te słowa.
- Głęboko braciszku. Ale zero konkretów. - mruknął gardłowo i ruszył w stronę ekspresu do kawy. Zrobił sobie mocną - jak to sam ją zwykł nazywać - lurę - oraz zieloną herbatę dla brata. Po chwili wrócił i postawił dwie filiżanki na drewnianym stoliku.
- Mógłbyś w końcu kupić normalne kubki. W tym się nawet napić porządnie nie można. - lecz Andrzej już go nie słuchał. Jego dobry nastrój zakłóciły obawy o przyszłość. Jak to teraz będzie? Jak tylko Kasia zabierze Matyldę do Stanów będzie miał z nią ograniczony kontakt. Przecież nie było możliwości, aby podczas każdego weekendu wsiadał w samolot i leciał na kraniec świata. Był lekarzem, miał swoje zobowiązania. Czy Kasia zgodziłaby się oddać mu dziewczynkę kolejny raz pod opiekę na dłuższy okres? Miliony myśli krążyły w jego głowie. Ani się obejrzał, a leżał przykryty kocem w ciemnym salonie zupełnie sam. Musiał zasnąć. Był przecież okropnie zmęczony po całym dniu. Niestety teraz rozbudził się na dobre, a wszystkie czarne myśli dręczyły go już do świtu na jawie.



¹ wypisy.


I jak? Było trochę słodko-gorzko, co?










6 komentarzy:

  1. Swietne opowiadanie :) Myslalam ze w tej czesci bedzie Matylda, ale jednak nie :D czekam na next, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorę sobie wasze uwagi do serca. Zwalniam z akcją ;-) Ale nowa część już się pisze.

      Usuń
  2. Bardzo mi się podobało!
    Szkoda mi Wiktorii... :-(
    Ja też myślałam, że już teraz pojawi się Matylda, ale jednak nie...
    Falkowicz tęskni, przeżywa to, że w końcu ma się spotkać że swoją córką. Mam nadzieję, że Kasia pozwoli mu częściej widywać się z małą :-)
    Pozdrawiam i życzę weny.
    N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matylda będzie w następnej części i potem w przynajmniej każdym kolejnym z 7 rozdziałów (dziewczynka w końcu zostaje u Falkowicza tydzień).

      Usuń
    2. Bedzie dzis kolejna czesc? ;) /Sandra

      Usuń
    3. Sandra, dziś już nie zdąże napisać :-\

      Usuń