poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Rozdział 6
Tego dnia czuł się już znacznie lepiej. Świadomość powrotu do życia zawodowego napełniała go jakże potrzebną mu energią. Nareszcie będzie robił coś znacznie produktywniejszego, niż krzątanie się po mieszkaniu bez celu. Powoli zaczynał miał dość tej stagnacji, dlatego propozycja Trettera okazała się dla niego lekiem na wszystkie zmartwienia. Może nie wróci do stołu, choć mimo wszystko tliła się w nim ta nadzieja, ale posada dyrektora to znośny zamiennik.
Wczesnym porankiem zszedł na parter swojego mieszkania. Obie jego kobiety jeszcze smacznie spały, więc skorzystał z nadarzającej się okazji, by przygotować im śniadanie. Nie wiele się zastanawiając wyjął z lodówki kilka jajek, na każdego odpowiednio przeliczona porcja. Matylda uwielbiała ugotowane, więc i takie postanowił zaserwować. Woda w garnku zawrzała, a on przygotowywał dodatki. Stół w końcu przybrał kolorów warzyw i owoców w postaci soków oraz zdobnej zastawy. Zadowolony z efektu spojrzał jeszcze na swój zegarek, ten na lewym nadgarstku. Odpowiednia pora, by zbudzić obie panny. W końcu rozpoczął się rok szkolny, Matylda musiała zdążyć na jego rozpoczęcie. Kasia natomiast miała tego dnia wolne. Od jakiegoś czasu pracowała w małej kancelarii, całkiem nie daleko Leśnej Góry. Zajmowanie się sprawami rozwodowym nie było wprawdzie szczytem jej ambicji, ale koniec końców zawsze to jakieś źródło utrzymania, a nie potrafiłaby żyć na finansowej łasce swego profesora, choć ten zaznaczył, że jako jego żona nie musi podejmować pracy. Wszyscy jednak wiemy, a jeśli nie to narrator jeszcze raz powtórzy, że Kasia to kobieta zbyt dumna i do końca samodzielna, by przyjmować wyżej wspomnianą propozycję swego partnera. On również był tego świadom. Trudno więc stwierdzić co nakazało mu składać takie deklaracje - męska duma, czy naiwność?
Andrzej ruszył zatem, by jako pierwszą zbudzić jego Matyldzie. Już w samym progu uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób. Widok rozgrzebanej kołdry i rozkraczonej na łóżku dziewczynki może nie był sam w sobie słodkim widokiem, ale profesora dotknęła sama jej obecność. Uświadomił sobie, że już zawsze będzie budził tego swojego szkraba do szkoły, bo ta nareszcie stała się częścią jego rodziny. Dawno nie czuł tego przyjemnego ciepła, rozlewającego się gdzieś w okolicy jego serca, dlatego teraz tak delektował się tym uczuciem. Powoli, przecież mieli jeszcze czas, podszedł do śpiącej córki i pochylił się nad nią. Szturchnął parę razy za jej ramię, przywołując imię małej Smudy. Ta mruknęła coś pod nosem i otworzyła w końcu swe zaropiałe oczy.
- Hę?
- Wstań, śniadanie czeka. - odrzekł pewnie, po czym wyprostował się. Spojrzał jeszcze na okno, by po chwili uchylić jedno jego skrzydło. Świeże powietrze powinno przekonać dziewczynkę do wysłuchania jego polecenia.
- Dorośli to mają fajnie. - mruknęła, stawiając swe gołe stopy na podłodze. Spojrzał na nią jeszcze w drzwiach zdumiony.
- Jeszcze zatęsknisz za szkołą. - chwycił za klamkę.
- Ty nie musisz pisać sprawdzianów. - mruknęła, niechlujnie poprawiając swoje rozczochrane włosy, by nie opadały na czoło. Otworzyła swą szafę, w której wisiał przygotowany strój apelowy.
- Mam za to wiele innych obowiązków. - miał już wychodzić, gdy mała zaczynała się przebierać. - Jeszcze wspomnisz te słowa moja damo. - dodał z półuśmiechem. Matylda prychnęła pod nosem, zupełnie jak jej matka miała w swym zwyczaju. Były do siebie takie podobne.
“Możesz mieć wysokie obcasy, garsonkę oraz groźną minę i być poważna jak koniec świata, a dla mnie i tak zostaniesz małą dziewczynką, którą trzeba ochronić przed burzą. ”
~ Piotr Adamczyk
Odwiózł małą do szkoły, lecz ani myślał wejść z nią do budynku. Owszem, miał ten zaszczyt rok wcześniej, nota bene był wtedy potwornie skrępowany, w końcu stał w gronie samych matek. Lecz na samo wspomnienie rozczulił się. Mała wynagrodziła mu całą tę niezręczną sytuacje z nawiązką, gdy usłyszał jak z dumą o nim mówi swoim koleżankom, jako swoim tacie. To właśnie był pierwszy moment, kiedy zapragnął zostać jej ojcem na dłużej.
A to już gimnazjum. Jego panna dorasta. W takich chwilach żałował, że nie był z nią od początku.
Dotarł wreszcie do szpitala, którym miał kierować. Dumnie zapiął jednym wyuczonym ruchem dłoni środkowy guzik w marynarce, ten na wysokości jego naturalnej talii, jak we wszystkich dobrze skrojonych tego rodzaju częściach garderoby. Zmierzył krótko budynek, by pewnym krokiem dotrzeć w końcu do jego wnętrza.
Tam czekał na niego już Tretter. Oczywiście panowie przywitali się silnym, męskim uściśnięciem dłoni, choć śmię twierdzić, że mimo to nie przepadali za sobą. Gra pozorów.
Falkowicz nie omieszkał obdarzyć dotychczasowego dyrektora do perfekcji opanowanym uśmiechem.
- Witamy na pokładzie profesorze.
- Chciałbym jednak od razu przejść do rzeczy. - nie lubił marnotrawienia czasu. - Chciałbym poznać majtków tego statku. - doprecyzował. Stefan zaśmiał się. Tak, ten na pewno nie miał talentów aktorskich. Lecz brnęli dalej w swej udawanej uprzejmości.
- Zatem zapraszam za mną. - ich miejscem docelowym okazał się pokój lekarski. Tam zebrana była cała załoga, a wśród nich znane mu już twarze. Naturalnie byli także nowo przyjęci lekarze, lecz tych obiecał sobie przetestować w boju.
Jak się domyślił z widocznych mu reakcji, personel został już uprzedzony o tym, kto zastąpi dyrektora Trettera. Zapomniał widać, jak szybko rozchodziły się plotki w tym szpitalu.
- Witam zebranych. - Falkowicz stał obok starszego chirurga, trzymając splecione dłonie za sobą i lustrując pewnie wszystkich zebranych. Jak zdążył zauważyć, nie każdy był zadowolony z jego awansu, nieliczni zaskoczeni, a ci najmłodsi dla odmiany zafascynowani taką sławą. Stażyści zapewne nie słyszeli o jego humorach. Zaśmiał się tylko w duchu z ich naiwności. Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Jeszcze nie jeden zastanowi się nad zmianą kierunku. W końcu miał ambicje, by w jego szpitalu szlifować diamenty. Te plany już nabierały odpowiedniego kształtu w umyśle profesora, a swe marzenia zamierzał spełnić właśnie za pomocą tegoż szpitala, który miał już wkrótce stać się najlepiej wyposażoną placówką tego typu. A wszystko pod rządami samego Falkowicza i za jego skromną sprawą. Najpierw musiał tylko oddzielić ziarno od plew.
Nadszedł czas na kilka słów od nowego przełożonego dla zebranych tam lekarzy. Kilkanaście par oczu wpatrywało się w niego z prawdziwym zainteresowaniem, lecz nie myślcie sobie, że to choć trochę peszyło Falkowicza. Wręcz przeciwnie. Cała załoga czuła do niego respekt i to tylko budowało profesorskie ego. Właściwa osoba na właściwym miejscu.
- Nie zabiorę wam wiele cennego czasu. Miejsce lekarza jest przede wszystkim przy pacjencie. - zaczął, czym podbił serca młodziutkich stażystek. - Przejdę więc do konkretów. - szybko omiótł wzrokiem zebranych. - Zamierzam zmodernizować oddziały.
- Wspaniale, tylko w jaki sposób. - niechętnie przeniósł wzrok na siedzącego przed nim Barta. - Ja się bardzo cieszę, że pan profesor ma ambitne plany, ale dyrektor Tretter już coś podobnego obiecywał. - Falkowicz uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się w myślach, co w takim razie (ponoć) światowej sławy neurochirurg robi w tak małej placówce.
- Z całym szacunkiem do pana dyrektora... - skłonił się lekkim dygnięciem w stronę Stefana - ale mam znacznie większe kontakty. A jak pan zapewne wie kontakty - tutaj spojrzał sugestywnie na córkę Burskich, a Barta narzeczoną, - są jak palec Boży. - uśmiechnął się złośliwie i kontynuował zanim profesor zdążył zareagować.
- Lekarze będą wysyłani na obowiązkowe szkolenia. W moim szpitalu nie ma miejsca dla turystów po medycynie.
- Będzie pan przeprowadzał z nami operacje? - wyrwała się jedna z młodziutkich dziewczyn, gdzieś z tyłu.
- Możesz być pewna dziecino, że będę patrzył wam na ręce. - Młoda lekarka zaczerwieniła się widocznie, a stojący na tyłach zamieszania Gawryło tylko pokiwał głową.
Po krótkim zebraniu i małej wymianie zdań z Bartem, Falkowicz udał się na oddział intensywnej terapii. Chciał zapoznać się także z najtrudniejszymi przypadkami w szpitalu. Prawdę mówiąc niewiele taka wiedza pomogłaby mu w prowadzeniu szpitalem, wszak to w większości papierkowa robota, lecz on miał w tym swój cel. Taki fetysz chirurga, by znać najbardziej wymagających podopiecznych.
- Chyba nie zamierzasz wracać do stołu operacyjnego. - pod OIOM'em spotkał Piotra. Spojrzał na niego tylko kątem oka, by po chwili na nowo przypatrywać się z zainteresowaniem kobiecie, która siedziała przy swojej córce. Miał wrażenie, że już gdzieś ją widział.
- Kiedyś na pewno. - mruknął, zamyślony.
- Gdybym nie widział twoich ostatnich wyników może i bym uwierzył. - pech chciał, że to właśnie do Gawryły zgłaszał się Andrzej z kontrolnymi badaniami w czasie jego ponowotworowej rekonwalescencji. A te sprzed miesiąca pozostawiały wiele do życzenia.
- Wiesz, że cofniecie się choroby to nie wszystko. - podjął przyjaciel. - Poza tym... nadal wyglądasz raczej marnie. - owszem, mężczyzna nie przytył nawet kilograma od ostatniej chemii, ale należało brać także pod uwagę ilość stresów, jakie towarzyszyły profesorowi przez ostatnie miesiące. Dopiero teraz mógł naprawdę odetchnąć. Gdy życie w końcu nabierało odpowiednich kształtów.
Spojrzał na Piotrka spod pobłażliwego uśmiechu. Był pewien, że za jakiś czas wszystko wróci do normy.
- Obaj wiemy, że nie tak łatwo mnie zagiąć. - Gawryło musiał przyznać mu rację. Niewielu znał takich, jak Falkowicz. Może dlatego, że niewielu przeżyło tyle co on. Dosłownie i w przenośni.
I powrócił do obserwowania kobiety, która czuwała przy córeczce w śpiączce. Wkrótce potem miał sobie przypomnieć, kiedy poznał ją po raz pierwszy; przywołać w pamięci, jak dwa tygodnie wcześniej wpadł na nią w tym szpitalu i pomógł odnaleźć jej pociechę. Niedługo potem dowie się także, że owa dziewczynka w śpiączce została brutalnie zgwałcona przez niewiadomego sprawce i trwale okaleczona. Ale zanim tak się stanie minie jeszcze jakiś czas, choć krótki. A potem mężczyzna zagra w niebezpieczną grę, va banque.
Już gdy wracał do domu, mknąc przez ulice swym bladoniebieskim Citroenem Cactus, knuł początki swego szatańskiego planu.
Przypomniał sobie tę kobietę.
Obiecał sobie, że ostatni raz podejmuje się takich zagrywek. W końcu mając rodzinę trzeba dbać o ich bezpieczeństwo, a takie zabawy tego nie zapewniają.
Pytacie dlaczego więc zastanawia się nad podjęciem ryzyka? Z tego samego powodu, przez który się też waha. Rodzina. Córka i partnerka. Aby ci wszyscy mogli nareszcie spokojnie żyć, on musiał podjąć zdecydowane kroki.
Zamyślony zatrzymał się na ostatnich światłach przed domem. Zacisnął zbielałe knykcie na czarnej kierownicy. Musiał. Nie miał innego wyboru, to było jedynym wyjściem.
Ruszył w końcu z piskiem opon, by za niecałe dziesięć minut zaparkować pod swą willą na obrzeżach wielkiego miasta. Chwycił swą skórzaną teczkę, w której schowane były dokumenty. Musiał się z nimi zapoznać, by jako nowy dyrektor Szpitala w Leśnej Górze dotrzymać swych kompetencji.
- Kaśka? - zawołał od progu, bo miał wrażenie, że dom był pusty. Tupiąc powoli swymi markowymi butami o parkiet, obchodził wszystkie pomieszczenia na parterze. Pustka. Zaniepokoiły go te otwarte drzwi. W końcu nigdy ich takich nie zostawiali.
- Kaśka jesteś? - zawołał po raz kolejny, lecz nawet echo nie raczyło mu odpowiedzieć. I zjawiła się pierwsza czarna myśl. A za nią łańcuszek kolejnych, coraz gorszych i przyprawiających o szybsze bicie serca. Zimny pot spłynął po kręgosłupie. Z niebywałą energią wbiegł po schodach. W żadnym pomieszczeniu nie znalazł żywej duszy. A przecież powinna już wrócić z Matyldą.
Przerażony zbiegł ze schodów, a jego klatka piersiowa tłoczyła powietrze ze zdwojoną siłą.
Nie, na pewno go nie zostawiły.
Ruszył w końcu do jedynego pomieszczenia, którego jeszcze nie sprawdził. Nie liczył na to, że je tam znajdzie, bo żadna nigdy tego miejsca nie odwiedzała. A był to garaż. Pokonał kolejne schody.
- Bawicie się ze mną w ciuciu babkę? - Nie dostrzegł ich od razu. Siedziały skulone za kartonowymi pudłami, przeglądając coś w ciszy. Gdy go tylko dostrzegły, uśmiechnęły się szeroko i kazały podejść. Spojrzał przez ramię Kasi, a ta trzymała w rękach album ze zdjęciami. Na nich ujrzał jego ukochaną, choć nieco młodszą, z dzieckiem na rękach. Kolejne ujęcia przedstawiały dziewczynkę w różnym wieku, a im była starsza tym bardziej przypominała...
- Matylda? - nigdy wcześniej nie widział tych fotografii.
W jednym momencie irytacja i zdenerwowanie ustąpiło głębokiemu zaskoczeniu.
- Musimy porobić sobie wspólne zdjęcia. - zaproponowała tacie, który jak zaczarowany przewracał kolejne strony albumu. Tyle wspomnień, które go ominęły...
I zyskał pewność, że więcej ich nie straci. Że podejmie ryzyko, jeśli tylko nadarzy się ku temu stosowna okazja.
No dobrze. Jak pierwsze wrażenia?
Wiem, styl nieco inny (jak kilkanaście rozdziałów do tyłu), dlatego liczę na szczerą opinię.
niedziela, 28 sierpnia 2016
Fragment rozdziału 6, serii II
"(...)
- Witam zebranych. - Falkowicz stał obok starszego chirurga, trzymając splecione dłonie za sobą i lustrując pewnie wszystkich zebranych. Jak zdążył zauważyć, nie każdy był zadowolony z jego awansu, nieliczni zaskoczeni, a ci najmłodsi dla odmiany zafascynowani taką sławą. Stażyści zapewne nie słyszeli o jego humorach. Zaśmiał się tylko w duchu z ich naiwności. Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Jeszcze nie jeden zastanowi się nad zmianą kierunku. W końcu miał ambicje, by w jego szpitalu szlifować diamenty. Te plany już nabierały odpowiedniego kształtu w umyśle profesora, a swe marzenia zamierzał spełnić właśnie za pomocą tegoż szpitala, który miał już wkrótce stać się najlepiej wyposażoną placówką tego typu. A wszystko pod rządami samego Falkowicza i za jego skromną sprawą. Najpierw musiał tylko oddzielić ziarno od plew. "
Zatem znacie część planu na rozdział ;) ale tylko cześć...
Widzimy się dzisiaj! ;)
piątek, 26 sierpnia 2016
Rozdział 5
- Jan proszę cię, idź już stąd. - błagała kobieta, lecz ten nieugięcie stał na cudzej posesji, wpatrując się w kobietę lekko schowaną za ramieniem profesora. Jego spojrzenie było tak intensywne, że Kasia zaczęła się zastanawiać czy on na pewno jest w pełni sił umysłowych. Można było nawet mieć wrażenie, że chłopak nie jest też zupełnie trzeźwy. Ale w pełni świadomie odnosił się za to do zaistniałej sytuacji. Widok Kasi i Andrzeja razem rozsierdził tylko gniew, jaki w nim zalegał. Tyle dla niej poświęcił. Wyjechał za nią na drugi koniec świata, a ta tak po prostu go zostawiła. Nie pomyślała nawet, że wiązał z nią wszystkie swoje plany. Oszukała go, najzwyczajniej w świecie złoiła mu tyłek na ten swój babski sposób. Za co? Dlatego, że nie dogadywał się z jej smarkulą? A może - dla kogo... tego, który kiedyś ponoć ją zranił?
- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. - dodał jakby swobodniejszym tonem. Uśmiechnął się pod nosem; tak z pewnością nie był trzeźwy. - Znalazłem tam świetną prace. - podszedł krok, lecz Falkowicz zasłonił swoim ciałem kobietę, groźnie łypiąc spojrzeniem na intruza. Chłopak zatrzymał się, choć zachwiał się przy tym lekko. - Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się, trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. I wtedy oniemiała. Dotarło do niej, co było przecież tak oczywistym. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej, tak silnie. Zrozumiała w jak beznadziejną sytuację się wplątała. Poznała Janka i zdawała sobie sprawę z jego zawziętości, ponoć o uczucia walczył do końca. Tak zwykł jej mawiać niekiedy, mimochodem, gdy jeszcze ich stosunki były (ponoć) przyjacielskie.
Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Obserwował całą farsę, którą urządził niechciany gość. Czekał tylko, aż chłopak skończy swój monolog, podyktowany urojonym uczuciem. I może na zewnątrz nie dał po sobie poznać (w istocie wychodziło mu to niemal idealnie) ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi. Lecz udawał, nie dawał się ponieść emocjom, choć kusiło.
Zachowując pozorny spokój, odwrócił się do kobiety, którą starał się trzymać z dala od lekko nietrzeźwego chłopaka.
- Zajmę się tym. - gdy padły te słowa z ust Andrzeja, kobieta spojrzała na niego błagalnie. Powaga, jaką teraz emanował jedynie niepokoiła. - Wracaj do gości. - podsumował.
Widziała, że nie było odwrotu od decyzji swojego mężczyzny. Doskonale znała ten ton.
- Andrzej błagam cię... - już miała dokończyć, poprosić by nie dał się ponieść emocjom. Doskonale widziała, jak bardzo zdenerwowany był tą sytuacją. Chciała sama rozmówić się z Janem, być może przemówiłaby mu do rozumu. Naiwna sądziła, że to bardziej pokojowe wyjście, efektywniejsze.
- Wracaj Kaśka. - rzuciła jeszcze okiem to na byłego rehabilitanta, to na dominującego partnera. Chwyciła za klamkę i weszła do korytarza. Za zamkniętymi drzwiami oparła się o pobliską ścianę i skryła twarz w dłoniach. Byłaby zdecydowanie spokojniejsza, gdyby mogła być przy Andrzeju, obserwować całą rozmowę mężczyzn. Lecz należało wziąć się w garść, nie wzbudzać podejrzeń. W końcu w salonie cały czas siedzieli niczego nie świadomi goście. Przeczesała obiema dłońmi kasztanowe włosy, biorąc głęboki wdech, po czym skierowała swe z początku chwiejne kroki do głównego pomieszczenia w domu. Uśmiechnęła się w progu, grając na nowo pewną siebie panią domu.
- Komu wina?
Profesor obrócił w stronę chłopaka, wzdychając przy tym głośno, niemal teatralnie.
- Zrobimy tak. Wyniesiesz się stąd, zanim stanie się ci krzywda. I nigdy więcej nie pokażesz się na oczy, ani Kaśce, ani mnie. - spojrzał na niego, krótko, od niechcenia. Sprawiał wrażenie znużonego tą absurdalną sytuacją.
- To żeś sobie wykombinował. Profesor od siedmiu boleści... - chłopak zaśmiał się pod nosem, kopiąc przy okazji jeden z kamieni na chodniku.
- Posłuchaj gówniarzu, nie mam czasu na potyczki słowne. Tym bardziej z kimś tak nierozgarniętym. - profesor wzruszył ramionami, jakby chciał poprawić leżącą na jego ramionach marynarkę. - Dobrze ci radzę chłopcze. - krok bliżej. - Zmykaj stąd.
Janek zaśmiał się w głos, z głupim wyrazem twarzy obserwując przez moment niebo.
- Naprawdę myślałeś, że tak łatwo odpuszczę? - spojrzał w końcu na Andrzeja, który zaciskał z nerwów szczęki. - Oddam ci kobietę?
- Nie oddałeś. Nigdy twoja nie była. Uroiłeś to sobie w twojej niedowartościowanej główce. - niemal syczał, w jakże słowo wkładał tyle jadu, choć brakowało mu już sił. Jego samokontrola powoli wyczerpywała swe pokłady - jak sam sądził - i tak ogromne. Jeszcze moment, a skończy ze słowem.
- Błąd... - odparł przeciągle. - Błąd profesorku. - Jakby obłąkany przypatrywał się rywalowi, a oczy mu się zaświeciły z zajadłości. - Była moja. Przynajmniej jednej nocy.
Falkowicz milczał. Niewiele osób dostrzegłoby błysk zaskoczenia w jego źrenicach.
Za wiele tego już było. Nikt nie miał prawa tak mówić o jego kobiecie, tym bardziej taki chłystek. Zacisnął palce, lecz tym razem na koszulce Janka. Zadarł materiał z taką siłą, że na pewno pozostawi po sobie widoczne rozciągnięcia na koszulce. Zbliżył się do intruza i syknął mu prosto w twarz.
- Wynoś się, bo pożałujesz. - wiele takich gróźb wypowiadało się w nerwach. Lecz zawsze takie ulatniały się bez echa. Tym razem było inaczej. Andrzej wcale nie żartował, a wypowiedzenie tej groźby można odczytać nawet za akt jego dobrej woli. Zabawne? Skądże. Wszak chłopak został ostrzeżony. Problem polegał jedynie na tym, że nie wiedział do czego zdolny potrafił być Andrzej Falkowicz.
Wrócił do mieszkania, nie zapominając o zamknięciu za sobą drzwi na klucz. Ucichły krzyki denerwującego chłopaka, który groził już z ulicy, że jeszcze wróci.
Andrzej strzepnął dla pewności rękoma ewentualny brud, lub zagniecenia z połów swej marynarki, po czym ruszył wolnym krokiem w stronę schodów na piętro. Zatrzymał go głos Adama, gdy już złapał się poręczy.
- Andrzej wszystko gra? - młodszy brat podszedł do niego, pozostawiając damskie towarzystwo w salonie. - Chyba nie jesteś na mnie zły za...
- Nie. - uciął. - Zapomnij o tamtej kłótni. Nie zachowujmy się jak dzieci. - westchnął, zaciskając palce na drewnie.
- To prawda, że teraz ty zastąpisz Trettera? - zapytał, kiedy brat miał już ruszać z miejsca. Andrzej spojrzał poważnie w oczy Adamowi. Nie pozostawił mu żadnych złudzeń.
- Chcesz gratulować, czy aplikować braciszku? - uniósł swą lewą brew nonszalancko, nawet zmuszając się do uśmiechu. Adam uśmiechnął się szeroko i poklepał stojącego na przeciwko po plecach.
- Należało ci się stary. Musimy to opić.
- Zacznijcie beze mnie. - od razu ostudził zapał chłopaka. Adam spojrzał na niewyraźnego profesora spod ściągniętych brwi.
- Andrzej na pewno wszystko gra? - lecz ten tylko kiwnął głową, popędzając młodszego chirurga do zabawiania towarzystwa. Sam ruszył na piętro, by udać się to łazienki. Dystans jaki pokonał wymęczył go zdecydowanie za bardzo. Co było wytłumaczalne, lecz na te wytłumaczenia nadejdzie jeszcze czas.
Pochylił się w końcu nad umywalką. Przemył twarz zimną wodą, by obudzić uśpione zmysły. Niewiele pomogło. Jego wzrok nadal zasnuwała lekka biel, a dłonie jakby drżały. Obserwując u siebie te symptomy profesor denerwował się jedynie, co tylko pogłębiało objawy. Takie niekończące się perpetuum mobile.
A przecież musiał jeszcze wrócić na dół, choćby dla snucia pozorów.
Usiadł na zakrytej deską muszli klozetowej. Wykorzystywał technikę oddechową, która miała uspokoić jego nerwy i złagodzić objawy. Był zbyt słaby, a świadomość tego wcale nie podnosiła go na duchu. Obawiał się, że o dawnej formie może już tylko pomarzyć. A więc należało przyjąć do świadomości przykrą ewentualność, mówiącą że już nigdy nie wróci do zawodu chirurga.
Ponadto obawiał się, że pewnego dnia zostanie z tym sam. Bo taki cios mógł znieść tylko jeśli była z nim jego ukochana. To dla niej i Matyldy jeszcze walczył. Tylko i wyłącznie dla nich. Inaczej poddałby się.
Więc co mógł zrobić mężczyzna będący w sytuacji Falkowicza, gdy na jego drodze stawało zagrożenie? Niszczyć je, jeśli tylko naszłaby taka potrzeba. I pozbędzie się Janka jeśli ten zagrozi szczęściu jego rodziny.
Rankiem obudził się tuż obok Kasi, która wpatrywała się w niego zamyślona. Uśmiechnął się mimowolnie, a ta odwzajemniła wyraz. Mimo wszystko coś nie nie pasowało.
- Długo nie śpisz? - zapytał, kiedy pocałował już kobietę na powitanie. W końcu była to jedna z pierwszych ich wspólnych nocy, kiedy to nie musieli się już ukrywać, ani obawiać hałasów z korytarza. To nazywało się szczęściem.
- Myślałam. - uniósł brew zainteresowany. - Powiesz mi teraz co się tam stało? - odwrócił wzrok, zacisnął usta. Nie miał ochoty. Tym bardziej, że dowiedział się znacznie więcej niż chciał. Ten obcy chłopak, którego tak lekceważył przez długi czas okazał się jej byłym kochankiem. Może i na jedną noc, ale jednak. Zacisnął usta, zastanawiając się czy może zapytać, lecz zaniechał swego zamiaru. To nie powinno mieć znaczenia dla ich związku. Wszak nie byli wtedy jeszcze razem, a i ona niczego nie deklarowała. Mogła robić co jej się żywnie podobało, nawet z tym idiotą.
Poza tym... gentlemen nie chwali się swoimi byłymi, tak jak nie pyta swej wybranki o jej dawnych mężczyzn. Koniec końców i tak wiadomo kto wygrał.
- Porozmawialiśmy sobie trochę. - odrzekł swobodnym tonem.
- Nie zbywaj mnie. Widziałam wczoraj jak coś cie gnębi.
- Kochanie... - mruknął, obracając się na bok. Uśmiechnął się pokrzepiająco ujmując jej policzek w dłoń. Bawił się przez chwilę kciukiem, muskając jej gładką i zaróżowioną skórę. - Wyjaśniliśmy sobie parę kwestii. Dałem mu jasno do zrozumienia, że jesteś moja. - spojrzała na niego podejrzliwie.
- Andrzej... wiesz, musisz wiedzieć że...
- Cii.... - pocałował ją czule. Nie chciał wiedzieć. O pewnych rzeczach wolał nie słyszeć.
- Kocham cię. - odrzekła szczerze, marszcząc czoło, jakby coś ją męczyło. Doskonale zdawała sobie sprawę, czego mężczyzna mógł się dowiedzieć. Że była z Jankiem, tak teraz zyskała tę pewność. Znała ich obu. Młody rehabilitant zapewne nie omieszkał wykorzystać tak silnego argumentu. Do tego to dość bystra kobieta. Potrafi dodać dwa do dwóch. Zagryzła subtelnie dolną wargę, tak jak to miała w swym zwyczaju. On tylko z lekkim uśmiechem musnął jej usta kciukiem, uwalniając je, a zaraz potem pocałował.
- Ja ciebie też. - wyszeptał. - Dlatego dziś po pracy zapraszam cię na randkę.
- Randkę?
- Chyba przeoczyliśmy ten etap.
- Racja. Nie jesteś zbyt romantyczny. - zaśmiała się w głos.
- Nadrobimy. - dodał, gdy już leżał na niej.
Na następny rozdział nie powinniście czekać długo. Ponieważ mam na niego plan ;) Czekam na opinie ;)
- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. - dodał jakby swobodniejszym tonem. Uśmiechnął się pod nosem; tak z pewnością nie był trzeźwy. - Znalazłem tam świetną prace. - podszedł krok, lecz Falkowicz zasłonił swoim ciałem kobietę, groźnie łypiąc spojrzeniem na intruza. Chłopak zatrzymał się, choć zachwiał się przy tym lekko. - Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się, trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. I wtedy oniemiała. Dotarło do niej, co było przecież tak oczywistym. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej, tak silnie. Zrozumiała w jak beznadziejną sytuację się wplątała. Poznała Janka i zdawała sobie sprawę z jego zawziętości, ponoć o uczucia walczył do końca. Tak zwykł jej mawiać niekiedy, mimochodem, gdy jeszcze ich stosunki były (ponoć) przyjacielskie.
Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Obserwował całą farsę, którą urządził niechciany gość. Czekał tylko, aż chłopak skończy swój monolog, podyktowany urojonym uczuciem. I może na zewnątrz nie dał po sobie poznać (w istocie wychodziło mu to niemal idealnie) ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi. Lecz udawał, nie dawał się ponieść emocjom, choć kusiło.
Zachowując pozorny spokój, odwrócił się do kobiety, którą starał się trzymać z dala od lekko nietrzeźwego chłopaka.
- Zajmę się tym. - gdy padły te słowa z ust Andrzeja, kobieta spojrzała na niego błagalnie. Powaga, jaką teraz emanował jedynie niepokoiła. - Wracaj do gości. - podsumował.
Widziała, że nie było odwrotu od decyzji swojego mężczyzny. Doskonale znała ten ton.
- Andrzej błagam cię... - już miała dokończyć, poprosić by nie dał się ponieść emocjom. Doskonale widziała, jak bardzo zdenerwowany był tą sytuacją. Chciała sama rozmówić się z Janem, być może przemówiłaby mu do rozumu. Naiwna sądziła, że to bardziej pokojowe wyjście, efektywniejsze.
- Wracaj Kaśka. - rzuciła jeszcze okiem to na byłego rehabilitanta, to na dominującego partnera. Chwyciła za klamkę i weszła do korytarza. Za zamkniętymi drzwiami oparła się o pobliską ścianę i skryła twarz w dłoniach. Byłaby zdecydowanie spokojniejsza, gdyby mogła być przy Andrzeju, obserwować całą rozmowę mężczyzn. Lecz należało wziąć się w garść, nie wzbudzać podejrzeń. W końcu w salonie cały czas siedzieli niczego nie świadomi goście. Przeczesała obiema dłońmi kasztanowe włosy, biorąc głęboki wdech, po czym skierowała swe z początku chwiejne kroki do głównego pomieszczenia w domu. Uśmiechnęła się w progu, grając na nowo pewną siebie panią domu.
- Komu wina?
Profesor obrócił w stronę chłopaka, wzdychając przy tym głośno, niemal teatralnie.
- Zrobimy tak. Wyniesiesz się stąd, zanim stanie się ci krzywda. I nigdy więcej nie pokażesz się na oczy, ani Kaśce, ani mnie. - spojrzał na niego, krótko, od niechcenia. Sprawiał wrażenie znużonego tą absurdalną sytuacją.
- To żeś sobie wykombinował. Profesor od siedmiu boleści... - chłopak zaśmiał się pod nosem, kopiąc przy okazji jeden z kamieni na chodniku.
- Posłuchaj gówniarzu, nie mam czasu na potyczki słowne. Tym bardziej z kimś tak nierozgarniętym. - profesor wzruszył ramionami, jakby chciał poprawić leżącą na jego ramionach marynarkę. - Dobrze ci radzę chłopcze. - krok bliżej. - Zmykaj stąd.
Janek zaśmiał się w głos, z głupim wyrazem twarzy obserwując przez moment niebo.
- Naprawdę myślałeś, że tak łatwo odpuszczę? - spojrzał w końcu na Andrzeja, który zaciskał z nerwów szczęki. - Oddam ci kobietę?
- Nie oddałeś. Nigdy twoja nie była. Uroiłeś to sobie w twojej niedowartościowanej główce. - niemal syczał, w jakże słowo wkładał tyle jadu, choć brakowało mu już sił. Jego samokontrola powoli wyczerpywała swe pokłady - jak sam sądził - i tak ogromne. Jeszcze moment, a skończy ze słowem.
- Błąd... - odparł przeciągle. - Błąd profesorku. - Jakby obłąkany przypatrywał się rywalowi, a oczy mu się zaświeciły z zajadłości. - Była moja. Przynajmniej jednej nocy.
Falkowicz milczał. Niewiele osób dostrzegłoby błysk zaskoczenia w jego źrenicach.
Za wiele tego już było. Nikt nie miał prawa tak mówić o jego kobiecie, tym bardziej taki chłystek. Zacisnął palce, lecz tym razem na koszulce Janka. Zadarł materiał z taką siłą, że na pewno pozostawi po sobie widoczne rozciągnięcia na koszulce. Zbliżył się do intruza i syknął mu prosto w twarz.
- Wynoś się, bo pożałujesz. - wiele takich gróźb wypowiadało się w nerwach. Lecz zawsze takie ulatniały się bez echa. Tym razem było inaczej. Andrzej wcale nie żartował, a wypowiedzenie tej groźby można odczytać nawet za akt jego dobrej woli. Zabawne? Skądże. Wszak chłopak został ostrzeżony. Problem polegał jedynie na tym, że nie wiedział do czego zdolny potrafił być Andrzej Falkowicz.
Wrócił do mieszkania, nie zapominając o zamknięciu za sobą drzwi na klucz. Ucichły krzyki denerwującego chłopaka, który groził już z ulicy, że jeszcze wróci.
Andrzej strzepnął dla pewności rękoma ewentualny brud, lub zagniecenia z połów swej marynarki, po czym ruszył wolnym krokiem w stronę schodów na piętro. Zatrzymał go głos Adama, gdy już złapał się poręczy.
- Andrzej wszystko gra? - młodszy brat podszedł do niego, pozostawiając damskie towarzystwo w salonie. - Chyba nie jesteś na mnie zły za...
- Nie. - uciął. - Zapomnij o tamtej kłótni. Nie zachowujmy się jak dzieci. - westchnął, zaciskając palce na drewnie.
- To prawda, że teraz ty zastąpisz Trettera? - zapytał, kiedy brat miał już ruszać z miejsca. Andrzej spojrzał poważnie w oczy Adamowi. Nie pozostawił mu żadnych złudzeń.
- Chcesz gratulować, czy aplikować braciszku? - uniósł swą lewą brew nonszalancko, nawet zmuszając się do uśmiechu. Adam uśmiechnął się szeroko i poklepał stojącego na przeciwko po plecach.
- Należało ci się stary. Musimy to opić.
- Zacznijcie beze mnie. - od razu ostudził zapał chłopaka. Adam spojrzał na niewyraźnego profesora spod ściągniętych brwi.
- Andrzej na pewno wszystko gra? - lecz ten tylko kiwnął głową, popędzając młodszego chirurga do zabawiania towarzystwa. Sam ruszył na piętro, by udać się to łazienki. Dystans jaki pokonał wymęczył go zdecydowanie za bardzo. Co było wytłumaczalne, lecz na te wytłumaczenia nadejdzie jeszcze czas.
Pochylił się w końcu nad umywalką. Przemył twarz zimną wodą, by obudzić uśpione zmysły. Niewiele pomogło. Jego wzrok nadal zasnuwała lekka biel, a dłonie jakby drżały. Obserwując u siebie te symptomy profesor denerwował się jedynie, co tylko pogłębiało objawy. Takie niekończące się perpetuum mobile.
A przecież musiał jeszcze wrócić na dół, choćby dla snucia pozorów.
Usiadł na zakrytej deską muszli klozetowej. Wykorzystywał technikę oddechową, która miała uspokoić jego nerwy i złagodzić objawy. Był zbyt słaby, a świadomość tego wcale nie podnosiła go na duchu. Obawiał się, że o dawnej formie może już tylko pomarzyć. A więc należało przyjąć do świadomości przykrą ewentualność, mówiącą że już nigdy nie wróci do zawodu chirurga.
Ponadto obawiał się, że pewnego dnia zostanie z tym sam. Bo taki cios mógł znieść tylko jeśli była z nim jego ukochana. To dla niej i Matyldy jeszcze walczył. Tylko i wyłącznie dla nich. Inaczej poddałby się.
Więc co mógł zrobić mężczyzna będący w sytuacji Falkowicza, gdy na jego drodze stawało zagrożenie? Niszczyć je, jeśli tylko naszłaby taka potrzeba. I pozbędzie się Janka jeśli ten zagrozi szczęściu jego rodziny.
Rankiem obudził się tuż obok Kasi, która wpatrywała się w niego zamyślona. Uśmiechnął się mimowolnie, a ta odwzajemniła wyraz. Mimo wszystko coś nie nie pasowało.
- Długo nie śpisz? - zapytał, kiedy pocałował już kobietę na powitanie. W końcu była to jedna z pierwszych ich wspólnych nocy, kiedy to nie musieli się już ukrywać, ani obawiać hałasów z korytarza. To nazywało się szczęściem.
- Myślałam. - uniósł brew zainteresowany. - Powiesz mi teraz co się tam stało? - odwrócił wzrok, zacisnął usta. Nie miał ochoty. Tym bardziej, że dowiedział się znacznie więcej niż chciał. Ten obcy chłopak, którego tak lekceważył przez długi czas okazał się jej byłym kochankiem. Może i na jedną noc, ale jednak. Zacisnął usta, zastanawiając się czy może zapytać, lecz zaniechał swego zamiaru. To nie powinno mieć znaczenia dla ich związku. Wszak nie byli wtedy jeszcze razem, a i ona niczego nie deklarowała. Mogła robić co jej się żywnie podobało, nawet z tym idiotą.
Poza tym... gentlemen nie chwali się swoimi byłymi, tak jak nie pyta swej wybranki o jej dawnych mężczyzn. Koniec końców i tak wiadomo kto wygrał.
- Porozmawialiśmy sobie trochę. - odrzekł swobodnym tonem.
- Nie zbywaj mnie. Widziałam wczoraj jak coś cie gnębi.
- Kochanie... - mruknął, obracając się na bok. Uśmiechnął się pokrzepiająco ujmując jej policzek w dłoń. Bawił się przez chwilę kciukiem, muskając jej gładką i zaróżowioną skórę. - Wyjaśniliśmy sobie parę kwestii. Dałem mu jasno do zrozumienia, że jesteś moja. - spojrzała na niego podejrzliwie.
- Andrzej... wiesz, musisz wiedzieć że...
- Cii.... - pocałował ją czule. Nie chciał wiedzieć. O pewnych rzeczach wolał nie słyszeć.
- Kocham cię. - odrzekła szczerze, marszcząc czoło, jakby coś ją męczyło. Doskonale zdawała sobie sprawę, czego mężczyzna mógł się dowiedzieć. Że była z Jankiem, tak teraz zyskała tę pewność. Znała ich obu. Młody rehabilitant zapewne nie omieszkał wykorzystać tak silnego argumentu. Do tego to dość bystra kobieta. Potrafi dodać dwa do dwóch. Zagryzła subtelnie dolną wargę, tak jak to miała w swym zwyczaju. On tylko z lekkim uśmiechem musnął jej usta kciukiem, uwalniając je, a zaraz potem pocałował.
- Ja ciebie też. - wyszeptał. - Dlatego dziś po pracy zapraszam cię na randkę.
- Randkę?
- Chyba przeoczyliśmy ten etap.
- Racja. Nie jesteś zbyt romantyczny. - zaśmiała się w głos.
- Nadrobimy. - dodał, gdy już leżał na niej.
Na następny rozdział nie powinniście czekać długo. Ponieważ mam na niego plan ;) Czekam na opinie ;)
czwartek, 25 sierpnia 2016
Zdradzać?
Powinnam... nie powinnam...
Taka ciekawostka dla umilenia czasu czekania na następny rozdział ;)
Smuda wraca do gry. Aktorka wróciła na plan, więc spodziewajcie się FaDy w najbliższych odcinkach! :D
Ach i next jutro ;)
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Fragment rozdziału 5, serii II
Każdy poprzedni fragment niczego nie zdradzał. Ten ma zbudować napięcie. Dajcie znać czy udało mi się ;)
"- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. Znalazłem tam świetną prace. Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej tak silnie. Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Fakt, może na zewnątrz nie dał po sobie poznać, ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi."
Będzie bitka?
piątek, 19 sierpnia 2016
Rozdział 4
Nie chciał stawiać jej przed faktem dokonanym. Lecz w istocie miał taki plan. Skoro Kasia nie zgodziła się do niego wprowadzić, to choć bardzo go kusiło, nie mógł tak po prostu włamać się do jej mieszkania i oczyścić je z wszelkich rzeczy osobistych.
A zrobiłby to. Gdyby tylko chciał jeszcze bardziej pogrążyć się w sytuacji, jakiej aktualnie się znajdował. Kobieta była bowiem na niego śmiertelnie obrażona za to, jak ostatnim razem posłużył się dzieckiem do wywarcia na nią nacisku.
Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. Zaskoczyła go. Bo przecież jeszcze niedawno nie chciała zdradzać swoich uczuć nikomu, prócz samego profesora naturalnie w sytuacjach intymnych. Matylda także dowiedziała się dla świętego spokoju. W końcu ile można kryć się przed dzieckiem, które obserwuje nas pełną dobę.
- Jest zajęty. Poza tym nie najlepiej mu się teraz układa z Wiktorią. - mruknął pod nosem, zastanawiając się jaki ruch wykonać, aby móc niepostrzeżenie podłożyć się Matyldzie w szachach.
- Na pewno? - Kasia podeszła od tyłu do córki i spojrzała badawczym okiem na szachownice. Niestety nie miała pojęcia na temat zasad tej gry, bo dziewczynka grywała tylko w szkole. Oczywiście próbowała nauczyć się tej sztuki od nastolatki, lecz widocznie nie była jej pisana taka umiejętność. - Wczoraj wydawało mi się, że bardzo dobrze się dogadują. Widziałam ich na mieście. - wytłumaczyła, gdy napotkała pytający wzrok Andrzeja. Mężczyzna jednak nie skomentował. Beznamiętnie spuścił wzrok i zamyślił się nad grą. Wykonał w końcu jakiś ruch, lecz widocznie przypadkowy, bo Matylda od razu krzyknęła zbulwersowana, że ten jej się podłożył.
- Mój błąd. Zagapiłem się.
- Mhm... Ta jasne. Jak mam trenować, kiedy ty dajesz mi wygrać? - obrażona nie wykonała żadnego ruchu. Założyła ręce na biodra i lustrowała oblicze ojca, który słuchał jej spod ściągniętych brwi.
- Już ci mówiłem, nie uważałem.
- Bo pokłóciłeś się z wujkiem? Dlatego nie chcesz, żeby...
- Matyldziu. - urwał surowo. Dziewczynka powiedziała zdecydowanie za dużo. Znacznie więcej, niż powinno wyjść na światło dzienne.
-No co? - wzruszyła ramionami, dopiero teraz rozumiejąc jego napięty wyraz twarzy.
- Wracaj do pokoju, masz chyba lekcje do odrobienia.
- Są wakacje.
- Słusznie. - zamyślił się chwilę. - W takim razie idź sprawdź co z tą asteroidą. To już chyba ten czas. - spojrzał pobieżnie na zegarek zdobiący jego lewy nadgarstek. Miał szczęście. Za niecałą godzinę na niebie miał być istny spektakl, a mała Smuda musiała się przecież do niego odpowiednio przygotować. W końcu takie widowisko należało sfotografować i dokładnie opisać w jej dzienniczku kosmicznym, jak to miała w zwyczaju robić.
- O co poszło? - zapytała spokojnie, kiedy już zostali sami. Usiadła jeszcze obok niego, tak o z kaprysu, a może z doskwierającego braku bliskości. Jako młoda para byli bardzo jej spragnieni.
Andrzej nie spieszył się z odpowiedzią. Nie był przygotowany na składanie wyjaśnień w tej sprawie. Powoli składał pionki i figury jego ostatnimi czasy ulubionej gry. Zamknął wreszcie z trzaskiem drewniane pudełeczko, a echo poniosło się po parterze. Jego dłonie straciły zajęcie. Dyskretnie wzdychając oparł się na kanapie, czując na sobie niecierpliwy wzrok kochanki.
- O nic konkretnego. Adaś ma za mało rozumu w głowie. Zupełnie jak nie mój brat.
- Pogodzilibyście się, gdyby to było coś błahego. - odrzekła swym łagodnym, głębokim głosem.
- Możliwe. - odrzekł, nie wierząc w to, że tak łatwo dojdzie pomiędzy nimi do porozumienia. Nie po tym co zaszło wczorajszego wieczoru. Ani Adam, ani Wiktoria już dawno nie dyrygują jego życiem. Za bardzo przyzwyczaili się do pomocnej dłoni Andrzeja. Teraz po prostu im go brak, bo nie mogą sobie poradzić sami. Troska? Też coś. Troską nie można nazwać wtrącanie się do cudzych spraw. A jeśli tą sprawą jest miłość, to zdecydowanie należy się odseparować od takiego zagrożenia.
Ale czy uda mu się odsunąć od Adama? Oczywiście nie chciał tracić z nim kontaktu. Nie w tym rzecz. Andrzej pragnął, aby jego brat uświadomił sobie, że są kwestie i wartości, które należą do intymnych i nie należy się nimi dzielić. A jest nią nowa rodzina. Każdy z nich taką tworzył i najlepiej by było, gdyby taki stan rzeczy dotarł do młodszego z rodzeństwa.
- Więc nie powinieneś mieć nic przeciwko, gdyby zjawili się wieczorem. - podsumowała swobodnie.
- Ale mam. Zrozum Kaśka, że wolałbym ten wieczór spędzić tylko z wami. - pochylił się nad nią, całując czule jej szyję, zaczynając od okolic za uchem.
- Czyli to coś poważnego. - spokojnie analizowała, mimo że pieszczoty jakie zadawał jej Andrzej nasycały w niej głód bliskości. - Proszę cię, bądź poważny... - wyszeptała, odpychając go od siebie delikatnie.
- Dobrze pani mecenas. - odrzekł zawiedziony. - Będę. Ale taka wolna chwila rzadko się zdarza. - spojrzał w kierunku drzwi do pokoju Matyldy. - A ja nie mam pojęcia, czy jestem aż tak cierpliwy. - znów zamruczał, tym razem lubieżnie, w jej stronę. Działał na nią nawet spojrzeniem.
- Sprawdzimy to. - uśmiechnęła się triumfalnie, bo wiedziała że ma go w garści. On także miał świadomość, że nie obejdzie się bez wyjaśnień. Postanowił więc być szczerym. Przynajmniej na tyle, na ile pozwoli mu jego przyzwoitość (bo takową zdążył w sobie wykształcić ten butny dawniej mężczyzna). Całą prawdą mógłby ją tylko zranić.
- Mój braciszek jest pantoflarzem. - westchnął w końcu. Kasia uniosła brwi zaintrygowana. - Leci za Wiktorią jak ćma w ogień.
- A ty jesteś zazdrosny?
- A niech go sobie bierze...
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Nie musisz przede mną ukrywać tego, że kiedyś coś cię łączyło z tą dziewczyną. Doskonale widziałam, jak na nią kiedyś patrzyłeś. To musiało być coś poważnego, mam racje? - po raz kolejny zaniemówił. Porażony jej dedukcją rozchylił tylko usta, przypatrując się jej w milczeniu. Lecz na twarzy kobiety nie dostrzegł wyrzutu, tylko niepewność. Jakiś lęk przed nieznanym, choć może właściwie to...
- Chyba nie jesteś zazdrosna o Wiktorię? - nie zaprzeczyła. Naprawdę bała się, że jego i rudowłosą panią doktor mogłoby coś jeszcze łączyć. Jak miał jej więc wytłumaczyć, że Consalida należy do reliktów przeszłości, które straciły w jego oczach swój blask świetności? Kiedyś promienna kobieta, teraz poważna kandydatka na jego szwagierkę. Szanował ją, lecz z zauroczenia jakiemu głupio poddał się dawnymi czasy, nie zostało już nic, prócz wspomnień. - Kasiu, Wiki owszem, była mi kiedyś bliska, ale z czasem boleśnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem w jej typie. To już minęło.
- Ale było poważne, prawda? - zamyślił się na chwilę.
- Wtedy tak myślałem. - nie kłamał. Rzeczywiście wbiła mu nóż w plecy, gdy odrzuciła jego zaręczyny. Jak przed nikim innym otworzył się, a ta zakpiła z jego uczuć. Wtedy zabolało, ale zaleczył rany. Zaszył się na nowo w swej znieczulicy, choć i to nie uchroniło go od kolejnych ciosów, jakie otrzymał od Wiktorii. Poznała jego słabe oblicze i stała się pewniejsza.
Ale wybaczył jej. Sam nie wiedział dlaczego. Może nie potrafił wyrzec się wszystkich zalążków ciepłego uczucia jakim darzył Consalidę? A może przez wzgląd na Adama?
- Ale my też mamy wiele pięknych wspomnień. Kiedyś byliśmy prawie tak szczęśliwi jak dziś. - Kasia zaśmiała się pod nosem na jedno z tychże dawnych obrazków przywołanych w pamięci, potakując jednocześnie.
- Zgoda. My też mieliśmy swój piękny czas. A teraz przeżywamy renesans. - złożyła nogi na kanapie i obróciła się bokiem w stronę mężczyzny. - Dlatego postanowiłam pójść na ugodę. - uniósł ciekawie do góry brew, słuchając uważnie, co kobieta ma mu do zaproponowania.
- Ugodę?
- Przeprowadzę się do ciebie. - nie czekał długo z pocałunkiem, lecz zrobił to taktownie, powoli i czule. - Ale... - dokończyła, gdy złapała oddech - Spróbujesz porozmawiać z bratem. Dzisiaj. Na kolacji.
- Chyba nie mam wyjścia. A teraz wybacz, ale zostało nam bardzo mało czasu. - i pociągnął ją za rękę w stronę schodów, by na piętrze dotrzymać pierwszej obietnicy, danej sobie.
Zaparkował pod mieszkaniem, które wynajmowali od przyjaciela na czas pobytu w kraju. Nareszcie udało mu się dokonać wszelkich formalności i otrzymać zgodę na budowę. A nie było to łatwe ze względu na tereny leśne, jakie otaczają działkę. Mnóstwo problemów, głównie z jej uzbrojeniem. W końcu ze świecą szukać znajdujących w pobliżu domostw, a zatem jeśli chcieliby choćby użyczyć od kogoś prądu... graniczyłoby to z cudem. Całe szczęście Krajewski zaopatrzył się już w agregat, co powinno wyeliminować problem elektryczności przynajmniej na jakiś czas.
Zmęczony urzędową biurokracją i klnący w myślach na niedostosowanie tak ważnych instytucji do dwudziestego pierwszego wieku, pokonał przedpokój i udał się do małego salonu połączonego z kuchnią.
- O jesteś już.
- Już? Chyba dopiero! Wiesz ile kolejek musiałem przeczekać? Ile kobiet musiałem zbajerować, żeby przyspieszyć wydanie paru dokumentów? - westchnął i rozsiadł się na kanapie. Oparł głowę, jakby miał zaraz wyzionąć ducha i przymknął powieki, wsłuchując się w swe obolałe ciało. Usłyszał szmer, który świadczył o tym, że ktoś się do niego zbliża. Tym kimś musiała być jego rudowłosa ukochana.
- Kotku, naprawdę nie musimy się z tym tak spieszyć.
- Ale skoro kiedyś chcemy tutaj wrócić, to chyba czas najwyższy zacząć tę budowę. - podjął, spoglądając na Wiktorię.
- Ale czy nie jest nam tak dobrze?
- Jak? Chcesz spać na walizkach? Wiki przecież ty też masz tutaj przyjaciół. Sama mówiłaś...
- Tak, mówiłam. - weszła mu w słowo. - Ale w Hiszpanii mamy pracę. Oboje. Może warto przez jakiś czas zostawić wszystko jak jest?
- Wiesz, naprawdę nie rozumiem. Przecież nie musimy wracać do Leśnej Góry. Z twoimi kwalifikacjami znajdziesz pracę w każdym warszawskim szpitalu.
- Boję się zostawić Blankę. - wyznała w końcu. Adam objął ją tylko ramieniem i spojrzał gdzieś przed siebie, zastanawiając się jak ma zdobyć zaufanie młodej pasierbicy. - Ma teraz problemy z tym chłopakiem, nie mogę jej tak zostawić.
- Wiki - dotąd oparta o niego plecami, teraz lekko odsunięta spojrzała kątem oka na partnera. Miała do siebie żal, lecz starała się grać silną. Przez ten czas pobytu w Hiszpanii starała się udowodnić sobie, że potrafi być matką. Nie dostrzegła niestety w tym wszystkim, że Blanka jest już dorosłą kobietą, a błędy jakie popełnia są nieodłączną częścią wchodzenia w ten dojrzały etap. Zaangażowała się, być może za bardzo. Tak bardzo przejęła się losem córki, że nie zauważyła swojego.
- Pamiętaj, że nie jesteś sama. Masz mnie, a Blanka może do nas przyjeżdżać. Jak chcesz ją przyjmować w tej kawalerce? A w naszym domu będzie miała swój własny pokój, bezpieczne miejsce tutaj w Polsce. My i tak tutaj wrócimy. Widzę jak tęsknisz za Agatą...
- A ty za Andrzejem. - dodała.
- Nie przesadzajmy. - zasępił się nieco. Wczorajsza sprzeczka należała chyba do jednej z najgorszych w ich braterskiej karierze.
- Naprawdę się zeszli? - podjęła temat. - On i Smuda są razem? - lecz on nie odpowiedział. Było to zbędne. - Może to nic poważnego...
- Nie sądzę... jak Andrzej w coś wchodzi, to nie odpuszcza.
- Skoro tak jej broni to chyba rzeczywiście mu zależy. Spędzali ze sobą tyle czasu, to musiało się tak skończyć.
- Wiesz, to chyba zaczęło się już dużo wcześniej. Znam Andrzeja i wiem, że nie zajmuje się cudzymi dziećmi bezinteresownie. Już wtedy ją kochał, jak tylko się pojawiła.
- Myślisz? - Jednak ich rozmowę przerwał telefon. Spojrzeli po sobie zaskoczeni, gdy na wyświetlaczu ujrzeli numer samego Andrzeja Falkowicza. Połączenie było krótkie, lecz tak samo intrygujące, jak jego pojawienie się. Chłopak ściągnął brwi i patrząc przed siebie oznajmił
- Mamy zaproszenie na kolację.
Na zewnątrz robiło się już chłodniej. Słońce nie przybrało jeszcze koloru pomarańczy, ale godzina na kolację była odpowiednia. Kasia, która zgodziła się tego dnia zostać na noc, nie spieszyła się już do domu. Spokojnie i z gracją mieszała potrawy w garnku, a Andrzej co chwilę zaglądał jej przez ramię, całując co raz to przy okazji, bądź klepiąc kobietę po pośladkach ukradkiem. Był w wyśmienitym humorze i postawił sobie za priorytet, że żaden Adam, czy Wiktoria nie popsują mu go. Nareszcie wszystko zaczęło się układać. Gdy tak przyglądał się swojej ukochanej, był nawet gotów w przypływie impulsu jej się oświadczyć, lecz tylko zaśmiał się w duchu. Przecież Kasia ledwie zgodziła się z nim zamieszkać. Przymuszona szantażem, ale jakże przyjemnym... Przeszedł go dreszcz na samo wspomnienie zręczności swojej partnerki.
Tak, zdecydowanie tego szukał w życiu.
- Tato... - w kuchni zjawiła się ich córka, której krągłą buzię zdobił szpetny grymas.
- Choć. - rozumieli się bez słów. Wystarczyło, że dziewczynka pokazała się z niezadowolona miną i rozpuszczonym włosami, od razu zorientował się czego się od niego oczekuje. - Przyniosłaś szczotkę? A grzebień? - miał wszystko. Kazał usiąść na pufie przed sobą, by móc zapleść tradycyjnego warkocza na głowie Matyldy.
Ręce chirurga szybko się z tym uporały. Mała nawet nie musiała sprawdzać, czy splot jej włosów wyszedł zgodnie z oczekiwaniami, bo przecież nie pierwszy raz profesor zaplatał jej ulubionego warkoczyka.
- Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
- Myślałaś, że sama sobie układała fryzurę przed szkołą? - kolacja była już gotowa, więc mieli chwilę dla siebie. Zdjęła szpilki i założyła nogi na pufie przed Falkowiczem, który mógł teraz bezkarnie przyglądać się jej szczupłym łydkom odkrytym przez pudrową wąską spódnicę z lekkiego materiału. Mężczyzna objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.
- Jak myślisz, jak zareagują? - odezwała się w końcu.
- Myślę, że już wiedzą. - odparł zgodnie z prawdą.
- Ta dziewczyna mnie nie lubi. Może chociaż z Adamem uda mi się dogadać.
- Oczarujesz ich oboje, tak jak oczarowałaś mnie. - uśmiechnął się szczerze, a kobieta odwzajemniła mu się tym samym.
Nie czekali długo, a zjawili się goście. Zaprosili ich do stołu, choć było nieco niezręcznie. Wiktoria próbowała się uśmiechać, lecz jakoś dziwnie się czuła w obecności Kasi, jak się szybko okazało (dzięki Matyldzie) gospodyni domu. Smuda za to z każdą chwilą była coraz pewniejsza siebie, lecz mimo wszystko przez cały czas wyglądała naturalnie spokojnie. Choć nikt nie wypowiedział tego na głos, to już na pierwszy rzut oka można było zyskać pewność, że ta kobieta była stworzona dla profesora.
Bracia też jakby zapomnieli o całej sprzeczce, a może po prostu nie chcieli o niej pamiętać przynajmniej na czas wieczoru.
Robiło się coraz później, a całe towarzystwo ucztowało w najlepsze. Każdy świetnie wszedł w swoją rolę i o kłótniach, czy zawiściach nie było śladu. Przynajmniej na ten czas, lecz nie wyprzedzajmy faktów.
Gdy na zewnątrz zapanował mrok, a było może po dwudziestej, do drzwi podszedł kolejny gość. Zerknął raz jeszcze na numer zapisany na jego karteczce, a widniał tam pełen adres domu Falkowicza oraz jego nazwisko. Udało mu się zdobyć tę informację, choć musiał przyznać, że nie było łatwo. Dziwne, ale widać profesor cenił sobie prywatność.
Zauważył, że palą się światła, więc przycisnął przycisk dzwonka. Z zaciętą miną wyczekiwał, by ujrzeć twarz mężczyzny, który zajął jego miejsce. Zmiął kartkę i wrzucił ją do kieszeni szarych spodni. Nie mógł się doczekać tego spotkania. Nareszcie odwdzięczy się za zrujnowanie jego życia.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął ten mężczyzna, Falkowicz. Na początku przyjrzał się mu badawczo, a po chwili już wiedział. Poznał.
Zza jego pleców wychyliła się także Kasia. Oczy jej rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów i zamarła, gdy ten obdarzył ją promiennym uśmiechem.
- Jan... - wyszeptała.
- Wróciłem.
No i co? Namiesza? W każdym razie trafiłyście ;) A biologicznego ojca zostawmy scenarzystom. Myślę, że prędzej czy później stanie oko w oko z Falkowiczem tak jak teraz Jan.
Ciesze się, że anonimki zaczęły się podpisywać!
No więc co sądzicie?
środa, 17 sierpnia 2016
Fragment 4. rozdziału, serii II
Obecany.
"Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. (...)"
;)
"Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. (...)"
;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)