wtorek, 13 września 2016

Fragment rozdziału 8, serii II



"Bywały takie dni, kiedy Kasia nie chciała być już tą zadbaną kobietą, taką w pełnym makijażu, chyboczących się szpilkach i sukience, w której musiała wciągać brzuch. Czasem potrzebowała po prostu być sobą. Nieuczesaną, z cieniami pod oczami i wełnianymi skarpetami, które wystawały spod męskiego dresu. I co z tego, że nie wypada. Kochała ten jednocześciowy dres Andrzeja w którym czuła się niesamowicie swobodnie. Jedyne co jej zostawało wtedy z damskich zwyczajów to kieliszek wina w dłoni. Tej części kobiecego życia nie mogła sobie odmówić."



Taka Bridget Jones trochę...






niedziela, 11 września 2016

Ważne

Ważne jest to, żebyście wiedzieli, że opowiadanie zaczęłam pisać po odcinku 612. W nim pojawił się wątek wspomnianej niebieskiej sukienki. Do tego czasu (a więc już po wynikach DNA, a przed szukaniem rodziny zastępczej dla Matyldy) jestem serialowi. Potem to już moja wizja tego co mogłoby się zdarzyć.


A co miałam przed oczami pisząc fragment ostatniego rozdziału?
Właśnie to...




czwartek, 8 września 2016

Rozdział 7

Z dedykacją dla tych, którzy dotrwali ze mną do teraz...



Ten wieczór miał być wyjątkowy. Randka, którą zaplanowali na ten czas właśnie to swego rodzaju zwieńczenie całego ich trudu powrotu do siebie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że to celebracja ich świeżego związku.
A długo musieli walczyć o siebie nawzajem. Wiele stawało na ich drodze, lecz uczucie jakim się darzyli okazało się silniejsze, niż kilkanaście lat rozłąki, śpiączka, czy śmiertelna choroba. Zatem miłość, jak ze stali. Szlachetna i niezniszczalna. Choć i taką należy pielęgnować, aby nie zardzewiała.
Dlatego teraz profesor tak bardzo nalegał na wieczór w eleganckiej restauracji, serwującej wykwintne jedzenie, o bogatym wnętrzu i profesjonalnej obsłudze kelnerów. Ten starał się jak mógł, bo czynami najlepiej wyrażał swe uczucia. Ze słowami zaś było nieco gorzej. Choć to może kwestia wprawy? Andrzej wszak nie miał najlepszych praktyk w tym kierunku.
Falkowicz naturalnie poinformował Kasię o miejscu, w jakie się wybierają. Przecież kobieta musiała z niego wydusić takie informacje, by wiedzieć jak się na taką kolację ubrać. Już osobną kwestią jest fakt, iż pani mecenas wcale to nie pomogło. Nadal stała przed swą szafą i coraz bardziej podłamana szukała odpowiedniej kreacji. Jak na kobietę przystało w żadnej jej nie wypadało iść. Bo przecież nie ten krój, kolor, a nawet materiał. Lub brak dodatków. I taki mały szczegół psuł całą budującą się w jej głowie koncepcję swej stylizacji.
Andrzej zaczynał się już niecierpliwić, kiedy zauważył małe zagniecenia na śnieżnobiałej koszuli, gdzieś w okolicy pasa. A przecież nie stałoby się tak, gdyby nie musiał czekać na swą wybrankę, przez prawie godzinę siedząc na kanapie.
- Jest już wujek! - krzyknęła Matylda, która czekała aż Adam zabierze ją do siebie. Chwyciła swój elegancki plecak, z którego nie przestawała być dumna, w końcu nie popsuł się jak ten poprzedni. A zapakowany był jej ciuchami oraz mniej lub bardziej potrzebnymi kosmetykami. Musiała być przecież przygotowana na każdą ewentualność, nawet na nagle przesuszającą się skórę dłoni.
- Tyle dobrego. - mruknął pod nosem Falkowicz. Wstał w końcu, a niezadowolony z widoku swej koszuli tylko westchnął niecierpliwiony. Z równie chmurną miną otworzył Adamowi drzwi i bez słowa wrócił z nim do salonu.
- Sory za spóźnienie, ale miałem rano małą niespodziankę. - oczy mu zabłyszczały, choć Andrzej nie miał prawa tego dostrzec, gdy stał tyłem.
- Chcesz kawy? Pewnie zdążysz jeszcze wypić. - przez ułamek sekundy spojrzał w stronę schodów. Naprawdę sądził, że Kasia tak szybko się pojawi?
  A kobieta miała ochotę wycofać się z całej tej randki. Bo po co jej ta szopka? Nie wykwintna kolacja miała być dowodem miłości, a jego starania. Przecież doskonale wiedziała, że Andrzej ją kocha. Nie była typem kobiety, dla której liczą się sztywne zasady, zachowywanie pozorów romantyzmu... No nie. Dumna ze swej logiki, nieco obawiająca się reakcji swojego partnera na nagłą zmianę planów, rozpięła w końcu spinkę we włosach i nonszalancko zarzuciła je za ramię.
- Niech mnie kocha taką jaką jestem. - rzekła, dobitnie akcentując nowo wymyśloną sentencję i lustrując swe odbicie. Zrzuciła z ramion luźną sukienkę, która wcale nie pasowała do dzisiejszej kolacji. Tak po prostu.
I już chciała zsunąć z bioder rajtuzy, gdy dostrzegła na dnie szafy pudełko. Obudziły się wspomnienia, przyjemne, a przecież działy się tuż po jej wybudzeniu ze śpiączki. Pamiętała i chciała, aby Andrzej o tym wiedział. Otworzyła znajdę i uśmiechnęła się pod nosem.
- Może jednak będzie ta randka.

Adam wykorzystał chwilę spokoju i postanowił poprosić brata o pomoc. A prośba ta nie przychodziła mu z łatwością. Podjęcie się owego czynu wymagało mimo wszystko poświęcenia czasu. Chłopak nie miał oczywiście żadnych wątpliwości co do tego, że profesor poradziłby sobie z takim wyzwaniem, lecz tutaj chodziło o coś innego. Adam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nowe stanowisko tak prestiżowe na dodatek, jakim jest zarządzanie szpitale klinicznym wymaga nie lada wysiłku. Do tego mnóstwo obowiązków w roli ojca szalonej nastolatki... To wszystko sumowało się na spore wyzwanie. A myśl, że on mógłby dołożyć Falkowiczowi kolejnych obowiązków, jedynie przyprawiała o wyrzuty sumienia. Ale nie miał wyboru.
- Budujemy dom. - wyznał. Andrzej rozluźnił krawat pod szyją, po czym spojrzał zainteresowany na gościa.
- Więc jednak... - zaintrygowany, zamieszał parę razy kawę w filiżance.
- Na razie nie wrócimy do Polski, ale już niedługo. Chce tutaj mieć jakieś swoje miejsce. - chłopak zamyślił się na moment, zmarszczył brwi po czym spojrzał na Andrzeja niepewnie.
- Pamiętasz tamtą działkę? Tę... no wiesz, którą mi kupiłeś... - nie do końca wiedział, jak ma prosić. - W przyszłym tygodniu mają ruszyć z fundamentami.
- I ja mam wszystkiego dopilnować. - dokończył za brata.
- No właśnie. Nas już tutaj nie będzie, a przydałoby się, żeby ktoś patrzył robotnikom na ręce.
- Dobrze, zajmę się tym. - westchnął profesor, siląc się na teatralną manierę. Odsunął od siebie do połowy pełne naczynie z aromatyczną kawą, już chłodną. Stracił ochotę na cokolwiek. Nie miał siły na żadne wyjścia, z resztą jego kobieta zapewne już go wystawiła. Niemożliwym było, aby tyle czasu zakładać głupią sukienkę.
Rozsiadł się więc wygodnie na krześle i uśmiechnął mimochodem, gdy Matylda podeszła go przytulić na pożegnanie.
- Bądź grzeczna. - mruknął, a ta już pognała za wujkiem do jego samochodu.
Potem już tylko wstał leniwie, stękając przy tym bezwiednie. Chwycił za brudne filiżanki i zaczął zmywać. Może przez szum wody, a może z zamyślenia, lecz nie usłyszał kroków zbliżającej się do niego kobiety. Ta podeszła powoli, uśmiechając się przy tym subtelnie. Zapewne był teraz na nią zły, ale musiała spróbować. Znieruchomiał na moment, gdy przesunęła swymi dłońmi po jego ramionach i po chwili przywarła do niego całym ciałem. Ułożyła swą głowę na jego ramieniu, a ten starał się nie zdradzać jak bardzo podobają mu się poczynania kochanki. Z miną pokerzysty pucował porcelanę.
- Przepraszam, że musiałeś na mnie tyle czekać.
- Drobiazg. - odrzekł swobodnym tonem.
- To jedziemy? - wytarł swe dłonie i nonszalancko, jak gdyby od niechcenia, bez żadnej urazy w gestach odwrócił się w końcu przodem do kobiety. I oniemiał.
Sam zastanawiał się co wywarło na nim większe wrażenie - to że tego wieczoru wyglądała wyjątkowo pięknie, czy to że miała na sobie tę niebieską sukienkę, którą sam niegdyś jej kupił.
- Pamiętam. - uśmiechnęła się, widząc jego reakcję. - Była dla mnie, prawda? W końcu jest okazja, by ją założyć. - On również sobie przypominał. Choć minęło sporo czasu, to nadal ma przed oczami sukienkę w kolorze morza, którą wybrała Matylda dla swojej mamy. Kupił ją choć wtedy nie wierzył, że Kasia wróci do zdrowia. Zwykła sukienka i jej zakup, podyktowany naiwnością nastolatki uświadomiły mu, że ta kobieta już nigdy do niego nie wróci. Że właściwie patrzy na jej powolne odejście, na jej śmierć. I zostanie sam z małą dziewczynką, która była tak podobna do matki i która do końca jego dni będzie mu przypominała jak bardzo boli utrata ukochanej osoby. Z Matyldą, która bez końca będzie uświadamiała mężczyźnie jak wiele w życiu stracił na własne życzenie. I na jak niewiele jest gotów.
A teraz patrzy na jej uśmiech, na uśmiech swojej Kasi. Stoi oto przed nim i patrzy na niego swym wiecznie bystrym spojrzeniem. I zaczął wierzyć w cuda.
- Andrzej... - szepnęła, z czułością gładząc go po policzku. Dopiero teraz dotarło do niego, że oczy zasnuła mu jakaś mgła. Otarł je szybko i poczuł wilgoć na swych palcach.
- Choćmy już, czas nagli. - odchrząknął i usłużył jej ramieniem, by udać się w końcu na wyczekaną romantyczną kolację.

Najlepszy lokal w mieście miał być otwarty jeszcze przez godzinę. Zatrzymali się na parkingu, a miejsce znaleźli tam bez problemu. Nie dlatego, że gości było wyjątkowo mało. Nie było ich w ogóle. Sława profesora Falkowicza wyprzedzała jego samego, a właścicielem tej oto restauracji okazał się być dozgonnie wdzięczny mąż pacjentki Andrzeja. Ten nie mógł wykorzystać nadarzającej się okazji i poprosić o przysługę, na którą właściciel przystał bez większych problemów.
Mimo to kochankom nie spieszyło się, by opuścić samochód. Warczenie silnika ustało i nastała głucha cisza, choć ani trochę nie krępująca. Podniecająca.
Mężczyzna ujął dłoń swej drugiej połówki i ucałował jej wierzch. Nie wypuszczał ze swego uścisku. Tak było im dobrze.
- Tak mogłoby być już zawsze. - westchnęła, załamując ciszę. - Obiecaj, że nigdy się nie wypalimy. - nie oczekiwała odpowiedzi.
- Ponoć im trudniej coś przychodzi, tym bardziej to doceniamy. - spojrzał na nią spod uniesionego łuku brwiowego. - Jedno rozstanie w ciągu roku powinno dodać nieco pikanterii naszemu związkowi. Co ty na to? - Kasia zaśmiała się w głos. Ona także odwróciła na niego wzrok, upajając się tym szczęściem, jakiego właśnie doznawała.
- Jeszcze nie masz dość? - zamyślił się. Jedenaście lat to szmat czasu. Rzeczywiście miał dość.
- Osiwiałbym do reszty. Nie chce, żeby Matylda mówiła do mnie "dziadku". - po raz kolejny po wnętrzu auta rozniósł się jej perlisty śmiech. Tak bardzo kochał ten dźwięk.
- Choć, zamówimy sobie jakieś kaloryczne ciastka. Może w końcu trochę przytyjesz.

Wiktoria rozkładała Matyldzie kanapę w salonie. Zarzuciła kołdrę na łóżko, na brzegu którego siedziała dziewczynka.
- Na pewno nie jesteś głodna? - zapytała rudowłosa, lecz nastolatka pokiwała przecząco głową. - Może jednak zjesz kanapkę? Z ogórkiem... suchą? - poddała się. Mała była nie do zgięcia, a przecież od przyjazdu zjadła jedynie kawałek pizzy. Podobno nastolatki jedzą za dwóch, a tu okazało się, że to jednak Wiktoria nadrabiała tę ponadnormę.
- No młoda kładź się spać. Gasimy światło. - z łazienki wyszedł Adam, który miał jedynie biały ręcznik zawieszony na biodrach.
- Adam!
- No co? - chłopak zgromiony wzrokiem swej partnerki postanowił na wszelki wypadek nie wchodzić do pokoju, a jedynie pozostać we wejściu.
- Idź się ubrać człowieku, tu jest dziecko! - Matylda miała okazję pierwszy raz obserwować co oznacza hiszpański temperament.
- Nie jestem już dzieckiem! - zdaje się, że Matylda miała nie mniejszy.
- No przecież, kobietko. - Chłopak musiał uchylić się przed poduszką, która właśnie uderzyła z impetem w pobliską ścianę.
- Hormony to straszna rzecz.
- Przyzwyczajaj się! - wrzasnęła, gdy ten zniknął w ich własnej sypialni. Matylda słyszała co nieco o tym, co mówił wujek. Kasia starała się jak mogła, by jej córka została uświadomiona na tak oczywiste aspekty kobiecego życia. Więc gdy po chwili ubrany już w szare dresowe spodnie i bawełnianą koszulkę, dziewczynka nie zawahała się zadać szczerego pytania.
- Będę miała kuzyna? - Krajewski zakrztusił się wodą, którą właśnie miał przełknąć, a Consalida spojrzała na Matyldę z szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka nie sadziła, że takie proste pytanie wywoła tyle zaskoczenia. Przecież dzieci to całkiem normalny temat. Zaczynała się zastanawiać, czy jej wujkowie nie wstydzą się czasem tej kwestii.
- Na miejscu Andrzeja powtórzyłbym te testy DNA... tak dla większej pewności. - mruknął do Wiktorii, będąc nadal pod wrażeniem dedukcji bratanicy.
- Zamknij się, Adaś. - hormony, tłumaczył sobie.
- Matylda, ale musisz obiecać, że nikomu nie powiesz. - pogroziła jej palcem Consalida, siląc się na uśmiech, choć wcale nie była zadowolona z faktu, że córka Andrzeja tak szybko się o tym dowiedziała. Sami przecież musieli tę informację potwierdzić.
- Okej. - przytaknęła cioci radośnie. - A będę mogła was odwiedzać w Hiszpanii?
- Jasne. - odparł swobodnie Adam. - Ale coś mi się zdaje, że twoi starzy... rodzice - poprawił się, gdy dostrzegł na sobie wzrok partnerki - sami zdążą wykombinować ci braciszka. Ała! - musiał rozmasować sobie miejsce, w które przed chwilą wbił się palec Wiktorii.
- Tata powiedział, że zostanę rozpieszczoną jedynaczką. - bez tonu żalu zacytowała zasłyszane niedawno słowa.
- Cały Andrzej. - Adma nie miał wątpliwości, że te słowa należały do jego brata. - Nie martw się młoda, tak się tylko mówi. A potem się okazuje, że od ośmiu tygodniu twój plem...
- Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że odbiorę ci prawa rodzicielskie jeszcze przed porodem. - całe szczęście zachowywał bezpieczną odległość, bo zapewne po raz kolejny zostałby zaatakowany przez rozchwianą emocjonalnie kobietę.

Kasia i Andrzej uwielbiali razem tańczyć. Ona doskonale dostosowywała się do jego kroków i tempa, a on doskonale prowadził partnerką, która tak mu się poddawała. Mógł trzymać ją pewnie, a Kasia nie bała się że upadnie, gdy pochylał się nad jej uległym ciałem. Tak niesamowicie dopasowani do siebie wirowali z gracją po parkiecie opustoszałej sali restauracji.
Stęsknieni siebie.
Jakby to było ich pierwsze spotkanie po jedenastu latach rozłąki. Aż trudno uwierzyć, że mieli za sobą tak trudne przeżycia. Nie można dać wiary także temu, że musieli w ogóle o siebie tak zaciekle walczyć; o uczucie, które jest widoczne na pierwszy rzut oka.
W końcu zmęczony tańcem profesor wrócił z partnerką do stolika.
- Chcesz wracać? - spojrzała kątem oka na jego pobladłą, lecz szczęśliwą twarz. Doskonale wiedziała, że ten cały czas powinien się oszczędzać, a zafundował jej niezły wycisk.
- Chyba żartujesz. - żachnął. - Mamy ten wieczór tylko dla siebie i nie zamierzam go kończyć tak szybko. - spragniony wypił całą szklankę wody.
- Kto powiedział, że kończyć. - wzruszyła ramionami, zarzucając odruchowo za nie swe kasztanowe kosmyki włosów. - W domu też możemy się całkiem nieźle bawić. - niby niczego nie sugerującym wzrokiem spojrzała na kochanka. Lecz była pewna swego. On także nie miał ochoty odmawiać sobie tej przyjemności.
Lecz to by było na tyle, jeśli chodzi o pasmo szczęśliwych zdarzeń w życiu Smudy I Falkowicza. Bo potem miało być już gorzej.






No dobrze, więc szczerze... co sądzicie?
Trochę się u nich pozmieniało. Adam (może nieco inny niż w serialu) zostanie ojcem i będzie musiał zmierzyć się z odpowiedzialną rolą, a Andrzeja związek rozkwita. Nareszcie łapie oddech. Dawno nie miał ku temu okazji. Ale należało mu się. Tego serialowego też chciałabym zobaczyć w końcu szczęśliwego, bo życie go nie rozpieszcza.
Tylko, że tutaj też niedługo rozpocznie się o to walka. Czy wygra? No właśnie...  pytanie, czy będzie happy end?
























piątek, 2 września 2016

Fragment rozdziału 7, serii II




"Ten wieczór miał być wyjątkowy. Randka, którą zaplanowali na ten czas właśnie to swego rodzaju zwieńczenie całego ich trudu powrotu do siebie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że to celebracja ich świeżego związku.
A długo musieli walczyć o siebie nawzajem. Wiele stawało na ich drodze, lecz uczucie jakim się darzyli okazało się silniejsze, niż kilkanaście lat rozłąki, śpiączka i śmiertelna choroba. Zatem miłość, jak ze stali. Szlachetna i niezniszczalna. Choć i taką należy pielęgnować, aby nie zardzewiała.
Dlatego teraz profesor tak bardzo nalegał na wieczór w eleganckiej restauracji, serwującej wykwintne jedzenie, o bogatym wnętrzu i profesjonalnej obsłudze kelnerów. Ten starał się jak mógł, bo czynami najlepiej wyrażał swe uczucia. Ze słowami zaś było nieco gorzej. Choć to może kwestia wprawy? Andrzej wszak nie miał najlepszych praktyk w tym kierunku. "


Ważna informacja!
Przez mój wyjazd muszę uprzedzić o opóźnieniu dodania najbliższego rozdziału. Jednak o nie dłużej niż tydzień.
Mam nadzieję wynagrodzić Wam to w emocjach. ;)



poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 6



   Tego dnia czuł się już znacznie lepiej. Świadomość powrotu do życia zawodowego napełniała go jakże potrzebną mu energią. Nareszcie będzie robił coś znacznie produktywniejszego, niż krzątanie się po mieszkaniu bez celu. Powoli zaczynał miał dość tej stagnacji, dlatego propozycja Trettera okazała się dla niego lekiem na wszystkie zmartwienia. Może nie wróci do stołu, choć mimo wszystko tliła się w nim ta nadzieja, ale posada dyrektora to znośny zamiennik.
   Wczesnym porankiem zszedł na parter swojego mieszkania. Obie jego kobiety jeszcze smacznie spały, więc skorzystał z nadarzającej się okazji, by przygotować im śniadanie. Nie wiele się zastanawiając wyjął z lodówki kilka jajek, na każdego odpowiednio przeliczona porcja. Matylda uwielbiała ugotowane, więc i takie postanowił zaserwować. Woda w garnku zawrzała, a on przygotowywał dodatki. Stół w końcu przybrał kolorów warzyw i owoców w postaci soków oraz zdobnej zastawy. Zadowolony z efektu spojrzał jeszcze na swój zegarek, ten na lewym nadgarstku. Odpowiednia pora, by zbudzić obie panny. W końcu rozpoczął się rok szkolny, Matylda musiała zdążyć na jego rozpoczęcie. Kasia natomiast miała tego dnia wolne. Od jakiegoś czasu pracowała w małej kancelarii, całkiem nie daleko Leśnej Góry. Zajmowanie się sprawami rozwodowym nie było wprawdzie szczytem jej ambicji, ale koniec końców zawsze to jakieś źródło utrzymania, a nie potrafiłaby żyć na finansowej łasce swego profesora, choć ten zaznaczył, że jako jego żona nie musi podejmować pracy. Wszyscy jednak wiemy, a jeśli nie to narrator jeszcze raz powtórzy, że Kasia to kobieta zbyt dumna i do końca samodzielna, by przyjmować wyżej wspomnianą propozycję swego partnera. On również był tego świadom. Trudno więc stwierdzić co nakazało mu składać takie deklaracje - męska duma, czy naiwność?
Andrzej ruszył zatem, by jako pierwszą zbudzić jego Matyldzie. Już w samym progu uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób. Widok rozgrzebanej kołdry i rozkraczonej na łóżku dziewczynki może nie był sam w sobie słodkim widokiem, ale profesora dotknęła sama jej obecność. Uświadomił sobie, że już zawsze będzie budził tego swojego szkraba do szkoły, bo ta nareszcie stała się częścią jego rodziny. Dawno nie czuł tego przyjemnego ciepła, rozlewającego się gdzieś w okolicy jego serca, dlatego teraz tak delektował się tym uczuciem. Powoli, przecież mieli jeszcze czas, podszedł do śpiącej córki i pochylił się nad nią. Szturchnął parę razy za jej ramię, przywołując imię małej Smudy. Ta mruknęła coś pod nosem i otworzyła w końcu swe zaropiałe oczy.
- Hę?
- Wstań, śniadanie czeka. - odrzekł pewnie, po czym wyprostował się. Spojrzał jeszcze na okno, by po chwili uchylić jedno jego skrzydło. Świeże powietrze powinno przekonać dziewczynkę do wysłuchania jego polecenia.
- Dorośli to mają fajnie. - mruknęła, stawiając swe gołe stopy na podłodze. Spojrzał na nią jeszcze w drzwiach zdumiony.
- Jeszcze zatęsknisz za szkołą. - chwycił za klamkę.
- Ty nie musisz pisać sprawdzianów. - mruknęła, niechlujnie poprawiając swoje rozczochrane włosy, by nie opadały na czoło. Otworzyła swą szafę, w której wisiał przygotowany strój apelowy.
- Mam za to wiele innych obowiązków. - miał już wychodzić, gdy mała zaczynała się przebierać. - Jeszcze wspomnisz te słowa moja damo. - dodał z półuśmiechem. Matylda prychnęła pod nosem, zupełnie jak jej matka miała w swym zwyczaju. Były do siebie takie podobne.

“Możesz mieć wysokie obcasy, garsonkę oraz groźną minę i być poważna jak koniec świata, a dla mnie i tak zostaniesz małą dziewczynką, którą trzeba ochronić przed burzą. ”
~ Piotr Adamczyk

Odwiózł małą do szkoły, lecz ani myślał wejść z nią do budynku. Owszem, miał ten zaszczyt rok wcześniej, nota bene był wtedy potwornie skrępowany, w końcu stał w gronie samych matek. Lecz na samo wspomnienie rozczulił się. Mała wynagrodziła mu całą tę niezręczną sytuacje z nawiązką, gdy usłyszał jak z dumą o nim mówi swoim koleżankom, jako swoim tacie. To właśnie był pierwszy moment, kiedy zapragnął zostać jej ojcem na dłużej.
A to już gimnazjum. Jego panna dorasta. W takich chwilach żałował, że nie był z nią od początku.

Dotarł wreszcie do szpitala, którym miał kierować. Dumnie zapiął jednym wyuczonym ruchem dłoni środkowy guzik w marynarce, ten na wysokości jego naturalnej talii, jak we wszystkich dobrze skrojonych tego rodzaju częściach garderoby. Zmierzył krótko budynek, by pewnym krokiem dotrzeć w końcu do jego wnętrza.
Tam czekał na niego już Tretter. Oczywiście panowie przywitali się silnym, męskim uściśnięciem dłoni, choć śmię twierdzić, że mimo to nie przepadali za sobą. Gra pozorów.
Falkowicz nie omieszkał obdarzyć dotychczasowego dyrektora do perfekcji opanowanym uśmiechem.
- Witamy na pokładzie profesorze.
- Chciałbym jednak od razu przejść do rzeczy. - nie lubił marnotrawienia czasu. - Chciałbym poznać majtków tego statku. - doprecyzował. Stefan zaśmiał się. Tak, ten na pewno nie miał talentów aktorskich. Lecz brnęli dalej w swej udawanej uprzejmości.
- Zatem zapraszam za mną. - ich miejscem docelowym okazał się pokój lekarski. Tam zebrana była cała załoga, a wśród nich znane mu już twarze. Naturalnie byli także nowo przyjęci lekarze, lecz tych obiecał sobie przetestować w boju.
Jak się domyślił z widocznych mu reakcji, personel został już uprzedzony o tym, kto zastąpi dyrektora Trettera. Zapomniał widać, jak szybko rozchodziły się plotki w tym szpitalu.
- Witam zebranych. - Falkowicz stał obok starszego chirurga, trzymając splecione dłonie za sobą i lustrując pewnie wszystkich zebranych. Jak zdążył zauważyć, nie każdy był zadowolony z jego awansu, nieliczni zaskoczeni, a ci najmłodsi dla odmiany zafascynowani taką sławą. Stażyści zapewne nie słyszeli o jego humorach. Zaśmiał się tylko w duchu z ich naiwności. Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Jeszcze nie jeden zastanowi się nad zmianą kierunku. W końcu miał ambicje, by w jego szpitalu szlifować diamenty. Te plany już nabierały odpowiedniego kształtu w umyśle profesora, a swe marzenia zamierzał spełnić właśnie za pomocą tegoż szpitala, który miał już wkrótce stać się najlepiej wyposażoną placówką tego typu. A wszystko pod rządami samego Falkowicza i za jego skromną sprawą. Najpierw musiał tylko oddzielić ziarno od plew.
Nadszedł czas na kilka słów od nowego przełożonego dla zebranych tam lekarzy. Kilkanaście par oczu wpatrywało się w niego z prawdziwym zainteresowaniem, lecz nie myślcie sobie, że to choć trochę peszyło Falkowicza. Wręcz przeciwnie. Cała załoga czuła do niego respekt i to tylko budowało profesorskie ego. Właściwa osoba na właściwym miejscu.
- Nie zabiorę wam wiele cennego czasu. Miejsce lekarza jest przede wszystkim przy pacjencie. - zaczął, czym podbił serca młodziutkich stażystek. - Przejdę więc do konkretów. - szybko omiótł wzrokiem zebranych. - Zamierzam zmodernizować oddziały.
- Wspaniale, tylko w jaki sposób. - niechętnie przeniósł wzrok na siedzącego przed nim Barta. - Ja się bardzo cieszę, że pan profesor ma ambitne plany, ale dyrektor Tretter już coś podobnego obiecywał. - Falkowicz uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się w myślach, co w takim razie (ponoć) światowej sławy neurochirurg robi w tak małej placówce.
- Z całym szacunkiem do pana dyrektora... - skłonił się lekkim dygnięciem w stronę Stefana - ale mam znacznie większe kontakty. A jak pan zapewne wie kontakty - tutaj spojrzał sugestywnie na córkę Burskich, a Barta narzeczoną, - są jak palec Boży. - uśmiechnął się złośliwie i kontynuował zanim profesor zdążył zareagować.
- Lekarze będą wysyłani na obowiązkowe szkolenia. W moim szpitalu nie ma miejsca dla turystów po medycynie.
- Będzie pan przeprowadzał z nami operacje? - wyrwała się jedna z młodziutkich dziewczyn, gdzieś z tyłu.
- Możesz być pewna dziecino, że będę patrzył wam na ręce. - Młoda lekarka zaczerwieniła się widocznie, a stojący na tyłach zamieszania Gawryło tylko pokiwał głową.
Po krótkim zebraniu i małej wymianie zdań z Bartem, Falkowicz udał się na oddział intensywnej terapii. Chciał zapoznać się także z najtrudniejszymi przypadkami w szpitalu. Prawdę mówiąc niewiele taka wiedza pomogłaby mu w prowadzeniu szpitalem, wszak to w większości papierkowa robota, lecz on miał w tym swój cel. Taki fetysz chirurga, by znać najbardziej wymagających podopiecznych.
- Chyba nie zamierzasz wracać do stołu operacyjnego. - pod OIOM'em spotkał Piotra. Spojrzał na niego tylko kątem oka, by po chwili na nowo przypatrywać się z zainteresowaniem kobiecie, która siedziała przy swojej córce. Miał wrażenie, że już gdzieś ją widział.
- Kiedyś na pewno. - mruknął, zamyślony.
- Gdybym nie widział twoich ostatnich wyników może i bym uwierzył. - pech chciał, że to właśnie do Gawryły zgłaszał się Andrzej z kontrolnymi badaniami w czasie jego ponowotworowej rekonwalescencji. A te sprzed miesiąca pozostawiały wiele do życzenia.
- Wiesz, że cofniecie się choroby to nie wszystko. - podjął przyjaciel. - Poza tym... nadal wyglądasz raczej marnie. - owszem, mężczyzna nie przytył nawet kilograma od ostatniej chemii, ale należało brać także pod uwagę ilość stresów, jakie towarzyszyły profesorowi przez ostatnie miesiące. Dopiero teraz mógł naprawdę odetchnąć. Gdy życie w końcu nabierało odpowiednich kształtów.
Spojrzał na Piotrka spod pobłażliwego uśmiechu. Był pewien, że za jakiś czas wszystko wróci do normy.
- Obaj wiemy, że nie tak łatwo mnie zagiąć. - Gawryło musiał przyznać mu rację. Niewielu znał takich, jak Falkowicz. Może dlatego, że niewielu przeżyło tyle co on. Dosłownie i w przenośni.
I powrócił do obserwowania kobiety, która czuwała przy córeczce w śpiączce. Wkrótce potem miał sobie przypomnieć, kiedy poznał ją po raz pierwszy; przywołać w pamięci, jak dwa tygodnie wcześniej wpadł na nią w tym szpitalu i pomógł odnaleźć jej pociechę. Niedługo potem dowie się także, że owa dziewczynka w śpiączce została brutalnie zgwałcona przez niewiadomego sprawce i trwale okaleczona. Ale zanim tak się stanie minie jeszcze jakiś czas, choć krótki.  A potem mężczyzna zagra w niebezpieczną grę, va banque.

Już gdy wracał do domu, mknąc przez ulice swym bladoniebieskim Citroenem Cactus, knuł początki swego szatańskiego planu.
Przypomniał sobie tę kobietę.
Obiecał sobie, że ostatni raz podejmuje się takich zagrywek. W końcu mając rodzinę trzeba dbać o ich bezpieczeństwo, a takie zabawy tego nie zapewniają.
Pytacie dlaczego więc zastanawia się nad podjęciem ryzyka? Z tego samego powodu, przez który się też waha. Rodzina. Córka i partnerka. Aby ci wszyscy mogli nareszcie spokojnie żyć, on musiał podjąć zdecydowane kroki.
Zamyślony zatrzymał się na ostatnich światłach przed domem. Zacisnął zbielałe knykcie  na czarnej kierownicy. Musiał. Nie miał innego wyboru, to było jedynym wyjściem.
Ruszył w końcu z piskiem opon, by za niecałe dziesięć minut zaparkować pod swą willą na obrzeżach wielkiego miasta. Chwycił swą skórzaną teczkę, w której schowane były dokumenty. Musiał się z nimi zapoznać, by jako nowy dyrektor Szpitala w Leśnej Górze dotrzymać swych kompetencji.
- Kaśka? - zawołał od progu, bo miał wrażenie, że dom był pusty. Tupiąc powoli swymi markowymi butami o parkiet, obchodził wszystkie pomieszczenia na parterze. Pustka. Zaniepokoiły go te otwarte drzwi. W końcu nigdy ich takich nie zostawiali.
- Kaśka jesteś? - zawołał po raz kolejny, lecz nawet echo nie raczyło mu odpowiedzieć. I zjawiła się pierwsza czarna myśl. A za nią łańcuszek kolejnych, coraz gorszych i przyprawiających o szybsze bicie serca. Zimny pot spłynął po kręgosłupie. Z niebywałą energią wbiegł po schodach. W żadnym pomieszczeniu nie znalazł żywej duszy. A przecież powinna już wrócić z Matyldą.
Przerażony zbiegł ze schodów, a jego klatka piersiowa tłoczyła powietrze ze zdwojoną siłą.
Nie, na pewno go nie zostawiły.
Ruszył w końcu do jedynego pomieszczenia, którego jeszcze nie sprawdził. Nie liczył na to, że je tam znajdzie, bo żadna nigdy tego miejsca nie odwiedzała. A był to garaż. Pokonał kolejne schody.
- Bawicie się ze mną w ciuciu babkę? - Nie dostrzegł ich od razu. Siedziały skulone za kartonowymi pudłami, przeglądając coś w ciszy. Gdy go tylko dostrzegły, uśmiechnęły się szeroko i kazały podejść. Spojrzał przez ramię Kasi, a ta trzymała w rękach album ze zdjęciami. Na nich ujrzał jego ukochaną, choć nieco młodszą, z dzieckiem na rękach. Kolejne ujęcia przedstawiały dziewczynkę w różnym wieku, a im była starsza tym bardziej przypominała...
- Matylda? - nigdy wcześniej nie widział tych fotografii.
W jednym momencie irytacja i zdenerwowanie ustąpiło głębokiemu zaskoczeniu.
- Musimy porobić sobie wspólne zdjęcia. - zaproponowała tacie, który jak zaczarowany przewracał kolejne strony albumu. Tyle wspomnień, które go ominęły...
I zyskał pewność, że więcej ich nie straci. Że podejmie ryzyko, jeśli tylko nadarzy się ku temu stosowna okazja.







No dobrze. Jak pierwsze wrażenia?
Wiem, styl nieco inny (jak kilkanaście rozdziałów do tyłu), dlatego liczę na szczerą opinię.










niedziela, 28 sierpnia 2016

Fragment rozdziału 6, serii II




"(...)
- Witam zebranych. - Falkowicz stał obok starszego chirurga, trzymając splecione dłonie za sobą i lustrując pewnie wszystkich zebranych. Jak zdążył zauważyć, nie każdy był zadowolony z jego awansu, nieliczni zaskoczeni, a ci najmłodsi dla odmiany zafascynowani taką sławą. Stażyści zapewne nie słyszeli o jego humorach. Zaśmiał się tylko w duchu z ich naiwności. Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Jeszcze nie jeden zastanowi się nad zmianą kierunku. W końcu miał ambicje, by w jego szpitalu szlifować diamenty. Te plany już nabierały odpowiedniego kształtu w umyśle profesora, a swe marzenia zamierzał spełnić właśnie za pomocą tegoż szpitala, który miał już wkrótce stać się najlepiej wyposażoną placówką tego typu. A wszystko pod rządami samego Falkowicza i za jego skromną sprawą. Najpierw musiał tylko oddzielić ziarno od plew. "






Zatem znacie część planu na rozdział ;) ale tylko cześć...

Widzimy się dzisiaj! ;)





piątek, 26 sierpnia 2016

Rozdział 5

- Jan proszę cię, idź już stąd. - błagała kobieta, lecz ten nieugięcie stał na cudzej posesji, wpatrując się w kobietę lekko schowaną za ramieniem profesora. Jego spojrzenie było tak intensywne, że Kasia zaczęła się zastanawiać czy on na pewno jest w pełni sił umysłowych. Można było nawet mieć wrażenie, że chłopak nie jest też zupełnie trzeźwy. Ale w pełni świadomie odnosił się za to do zaistniałej sytuacji. Widok Kasi i Andrzeja razem rozsierdził tylko gniew, jaki w nim zalegał. Tyle dla niej poświęcił. Wyjechał za nią na drugi koniec świata, a ta tak po prostu go zostawiła. Nie pomyślała nawet, że wiązał z nią wszystkie swoje plany. Oszukała go, najzwyczajniej w świecie złoiła mu tyłek na ten swój babski sposób. Za co? Dlatego, że nie dogadywał się z jej smarkulą? A może - dla kogo... tego, który kiedyś ponoć ją zranił?
- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. - dodał jakby swobodniejszym tonem. Uśmiechnął się pod nosem; tak z pewnością nie był trzeźwy. - Znalazłem tam świetną prace. - podszedł krok, lecz Falkowicz zasłonił swoim ciałem kobietę, groźnie łypiąc spojrzeniem na intruza. Chłopak zatrzymał się, choć zachwiał się przy tym lekko. - Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się, trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. I wtedy oniemiała. Dotarło do niej, co było przecież tak oczywistym. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej, tak silnie. Zrozumiała w jak beznadziejną sytuację się wplątała. Poznała Janka i zdawała sobie sprawę z jego zawziętości, ponoć o uczucia walczył do końca. Tak zwykł jej mawiać niekiedy, mimochodem, gdy jeszcze ich stosunki były (ponoć) przyjacielskie.
Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Obserwował całą farsę, którą urządził niechciany gość. Czekał tylko, aż chłopak skończy swój monolog, podyktowany urojonym uczuciem. I może na zewnątrz nie dał po sobie poznać (w istocie wychodziło mu to niemal idealnie) ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi. Lecz udawał, nie dawał się ponieść emocjom, choć kusiło.
Zachowując pozorny spokój, odwrócił się do kobiety, którą starał się trzymać z dala od lekko nietrzeźwego chłopaka.
- Zajmę się tym. - gdy padły te słowa z ust Andrzeja, kobieta spojrzała na niego błagalnie. Powaga, jaką teraz emanował jedynie niepokoiła. - Wracaj do gości. - podsumował.
Widziała, że nie było odwrotu od decyzji swojego mężczyzny. Doskonale znała ten ton.
- Andrzej błagam cię... - już miała dokończyć, poprosić by nie dał się ponieść emocjom. Doskonale widziała, jak bardzo zdenerwowany był tą sytuacją. Chciała sama rozmówić się z Janem, być może przemówiłaby mu do rozumu. Naiwna sądziła, że to bardziej pokojowe wyjście, efektywniejsze.
- Wracaj Kaśka. - rzuciła jeszcze okiem to na byłego rehabilitanta, to na dominującego partnera. Chwyciła za klamkę i weszła do korytarza. Za zamkniętymi drzwiami oparła się o pobliską ścianę i skryła twarz w dłoniach. Byłaby zdecydowanie spokojniejsza, gdyby mogła być przy Andrzeju, obserwować całą rozmowę mężczyzn. Lecz należało wziąć się w garść, nie wzbudzać podejrzeń. W końcu w salonie cały czas siedzieli niczego nie świadomi goście. Przeczesała obiema dłońmi kasztanowe włosy, biorąc głęboki wdech, po czym skierowała swe z początku chwiejne kroki do głównego pomieszczenia w domu. Uśmiechnęła się w progu, grając na nowo pewną siebie panią domu.
- Komu wina?

Profesor obrócił w stronę chłopaka, wzdychając przy tym głośno, niemal teatralnie.
- Zrobimy tak. Wyniesiesz się stąd, zanim stanie się ci krzywda. I nigdy więcej nie pokażesz się na oczy, ani Kaśce, ani mnie. - spojrzał na niego, krótko, od niechcenia. Sprawiał wrażenie znużonego tą absurdalną sytuacją.
- To żeś sobie wykombinował. Profesor od siedmiu boleści... - chłopak zaśmiał się pod nosem, kopiąc przy okazji jeden z kamieni na chodniku.
- Posłuchaj gówniarzu, nie mam czasu na potyczki słowne. Tym bardziej z kimś tak nierozgarniętym. - profesor wzruszył ramionami, jakby chciał poprawić leżącą na jego ramionach marynarkę. - Dobrze ci radzę chłopcze. - krok bliżej. - Zmykaj stąd.
Janek zaśmiał się w głos, z głupim wyrazem twarzy obserwując przez moment niebo.
- Naprawdę myślałeś, że tak łatwo odpuszczę? - spojrzał w końcu na Andrzeja, który zaciskał z nerwów szczęki. - Oddam ci kobietę?
- Nie oddałeś. Nigdy twoja nie była. Uroiłeś to sobie w twojej niedowartościowanej główce. - niemal syczał, w jakże słowo wkładał tyle jadu, choć brakowało mu już sił. Jego samokontrola powoli wyczerpywała swe pokłady - jak sam sądził - i tak ogromne. Jeszcze moment, a skończy ze słowem.
- Błąd... - odparł przeciągle. - Błąd profesorku. - Jakby obłąkany przypatrywał się rywalowi, a oczy mu się zaświeciły z zajadłości. - Była moja. Przynajmniej jednej nocy.
Falkowicz milczał. Niewiele osób dostrzegłoby błysk zaskoczenia w jego źrenicach.
Za wiele tego już było. Nikt nie miał prawa tak mówić o jego kobiecie, tym bardziej taki chłystek. Zacisnął palce, lecz tym razem na koszulce Janka. Zadarł materiał z taką siłą, że na pewno pozostawi po sobie widoczne rozciągnięcia na koszulce. Zbliżył się do intruza i syknął mu prosto w twarz.
- Wynoś się, bo pożałujesz. - wiele takich gróźb wypowiadało się w nerwach. Lecz zawsze takie ulatniały się bez echa. Tym razem było inaczej. Andrzej wcale nie żartował, a wypowiedzenie tej groźby można odczytać nawet za akt jego dobrej woli. Zabawne? Skądże. Wszak chłopak został ostrzeżony. Problem polegał jedynie na tym, że nie wiedział do czego zdolny potrafił być Andrzej Falkowicz.

Wrócił do mieszkania, nie zapominając o zamknięciu za sobą drzwi na klucz. Ucichły krzyki denerwującego chłopaka, który groził już z ulicy, że jeszcze wróci.
Andrzej strzepnął dla pewności rękoma ewentualny brud, lub zagniecenia z połów swej marynarki, po czym ruszył wolnym krokiem w stronę schodów na piętro. Zatrzymał go głos Adama, gdy już złapał się poręczy.
- Andrzej wszystko gra? - młodszy brat podszedł do niego, pozostawiając damskie towarzystwo w salonie. - Chyba nie jesteś na mnie zły za...
- Nie. - uciął. - Zapomnij o tamtej kłótni. Nie zachowujmy się jak dzieci. - westchnął, zaciskając palce na drewnie.
- To prawda, że teraz ty zastąpisz Trettera? - zapytał, kiedy brat miał już ruszać z miejsca. Andrzej spojrzał poważnie w oczy Adamowi. Nie pozostawił mu żadnych złudzeń.
- Chcesz gratulować, czy aplikować braciszku? - uniósł swą lewą brew nonszalancko, nawet zmuszając się do uśmiechu. Adam uśmiechnął się szeroko i poklepał stojącego na przeciwko po plecach.
- Należało ci się stary. Musimy to opić.
- Zacznijcie beze mnie. - od razu ostudził zapał chłopaka. Adam spojrzał na niewyraźnego profesora spod ściągniętych brwi.
- Andrzej na pewno wszystko gra? - lecz ten tylko kiwnął głową, popędzając młodszego chirurga do zabawiania towarzystwa. Sam ruszył na piętro, by udać się to łazienki. Dystans jaki pokonał wymęczył go zdecydowanie za bardzo. Co było wytłumaczalne, lecz na te wytłumaczenia nadejdzie jeszcze czas.
Pochylił się w końcu nad umywalką. Przemył twarz zimną wodą, by obudzić uśpione zmysły. Niewiele pomogło. Jego wzrok nadal zasnuwała lekka biel, a dłonie jakby drżały. Obserwując u siebie te symptomy profesor denerwował się jedynie, co tylko pogłębiało objawy. Takie niekończące się perpetuum mobile.
A przecież musiał jeszcze wrócić na dół, choćby dla snucia pozorów.
Usiadł na zakrytej deską muszli klozetowej. Wykorzystywał technikę oddechową, która miała uspokoić jego nerwy i złagodzić objawy. Był zbyt słaby, a świadomość tego wcale nie podnosiła go na duchu. Obawiał się, że o dawnej formie może już tylko pomarzyć. A więc należało przyjąć do świadomości przykrą ewentualność, mówiącą że już nigdy nie wróci do zawodu chirurga.
Ponadto obawiał się, że pewnego dnia zostanie z tym sam. Bo taki cios mógł znieść tylko jeśli była z nim jego ukochana. To dla niej i Matyldy jeszcze walczył. Tylko i wyłącznie dla nich. Inaczej poddałby się.
Więc co mógł zrobić mężczyzna będący w sytuacji Falkowicza, gdy na jego drodze stawało zagrożenie? Niszczyć je, jeśli tylko naszłaby taka potrzeba. I pozbędzie się Janka jeśli ten zagrozi szczęściu jego rodziny.

Rankiem obudził się tuż obok Kasi, która wpatrywała się w niego zamyślona. Uśmiechnął się mimowolnie, a ta odwzajemniła wyraz. Mimo wszystko coś nie nie pasowało.
- Długo nie śpisz? - zapytał, kiedy pocałował już kobietę na powitanie. W końcu była to jedna z pierwszych ich wspólnych nocy, kiedy to nie musieli się już ukrywać, ani obawiać hałasów z korytarza. To nazywało się szczęściem.
- Myślałam. - uniósł brew zainteresowany. - Powiesz mi teraz co się tam stało? - odwrócił wzrok, zacisnął usta. Nie miał ochoty. Tym bardziej, że dowiedział się znacznie więcej niż chciał. Ten obcy chłopak, którego tak lekceważył przez długi czas okazał się jej byłym kochankiem. Może i na jedną noc, ale jednak. Zacisnął usta, zastanawiając się czy może zapytać, lecz zaniechał swego zamiaru. To nie powinno mieć znaczenia dla ich związku. Wszak nie byli wtedy jeszcze razem, a i ona niczego nie deklarowała. Mogła robić co jej się żywnie podobało, nawet z tym idiotą.
Poza tym... gentlemen nie chwali się swoimi byłymi, tak jak nie pyta swej wybranki o jej dawnych mężczyzn. Koniec końców i tak wiadomo kto wygrał.
- Porozmawialiśmy sobie trochę. - odrzekł swobodnym tonem.
- Nie zbywaj mnie. Widziałam wczoraj jak coś cie gnębi.
- Kochanie... - mruknął, obracając się na bok. Uśmiechnął się pokrzepiająco ujmując jej policzek w dłoń. Bawił się przez chwilę kciukiem, muskając jej gładką i zaróżowioną skórę. - Wyjaśniliśmy sobie parę kwestii. Dałem mu jasno do zrozumienia, że jesteś moja. - spojrzała na niego podejrzliwie.
- Andrzej... wiesz, musisz wiedzieć że...
- Cii.... - pocałował ją czule. Nie chciał wiedzieć. O pewnych rzeczach wolał nie słyszeć.
- Kocham cię. - odrzekła szczerze, marszcząc czoło, jakby coś ją męczyło. Doskonale zdawała sobie sprawę, czego mężczyzna mógł się dowiedzieć. Że była z Jankiem, tak teraz zyskała tę pewność. Znała ich obu. Młody rehabilitant zapewne nie omieszkał wykorzystać tak silnego argumentu. Do tego to dość bystra kobieta. Potrafi dodać dwa do dwóch. Zagryzła subtelnie dolną wargę, tak jak to miała w swym zwyczaju. On tylko z lekkim uśmiechem musnął jej usta kciukiem, uwalniając je, a zaraz potem pocałował.
- Ja ciebie też. - wyszeptał. - Dlatego dziś po pracy zapraszam cię na randkę.
- Randkę?
- Chyba przeoczyliśmy ten etap.
- Racja. Nie jesteś zbyt romantyczny. - zaśmiała się w głos.
- Nadrobimy. - dodał, gdy już leżał na niej.








Na następny rozdział nie powinniście czekać długo. Ponieważ mam na niego plan ;) Czekam na opinie ;)