czwartek, 7 kwietnia 2016

Rozdział 29

Patrząc na to, co się dzieje obecnie w naszym wątku, chyba zacznę pozdrawiać scenarzystów, bo mam wrażenie, że czerpią z tego opowiadania. Muszę uważać na to co piszę... ;-)
Ale poważniej...
Mam nadzieje, że nie zawiodłam i rozdział się spodoba.



Kompletnie skołowana spieszyła w stronę samochodu, co raz to popychając przed sobą zdezorientowaną Matyldę. Mała nie miała możliwości uzyskania jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia, gdyż jej matka była tak zdekoncetrowana.
- Idź kochanie, raz dwa! - usłyszała nastolatka. Piasek pod ich stopami skutecznie spowalniał tempo obu pań. Lecz starsza Smuda uparcie pośpieszała młodszą pociechę, która stękała co rusz, gdy jej buciki nabierały kamyków, a noga coraz bardziej zatapiała się w plaży. Zdyszana ulegała jednak oszalałej matce, nie chcąc tracić sił na zadawanie pytań.
Kasia niesiona siłą adrenaliny, jaka buzowała w jej żyłach, dotarła do miejsca, gdzie stał samochód brata Andrzeja. Adam dostrzegł zbliżającą się kobietę, lecz zdziwił się, gdy nie zauważył za nią Andrzeja.
- Niech to szlag. - syknęła pod nosem, gdy zdała sobie sprawę z tego, że tak czy inaczej będzie musiała wrócić do domu właśnie z Falkowiczem. - Szzzlag!
- Kaśka! - w końcu zza krzewów, które zasłaniały wąską ścieżkę prowadzącą na plażę, wyłonił się szpakowaty mężczyzna. Z groźną miną szedł uparcie za uciekającą kobietą. - Mówię do ciebie! - krzyknął z całej siły. Ta odwróciła się, obdarzając byłego kochanka równie chmurnym spojrzeniem. Oboje ciskali gromy oczyma. - Po co uciekasz? - zapytał groźnie. Zarówno Matylda, jak i Adam nie mieli pojęcia co jest na rzeczy. Lecz czuli, iż chodzić tutaj musiało o jakąś poważną sprawę. Krajewski kompletnie zaskoczony zastałą sytuacją, nadal jakby sparaliżowany chwycił dziewczynkę za ramię. W osłupieniu przyciągnął do siebie jej wątłe ciało.
Andrzej nadal mierząc surowym spojrzeniem Kasie, okazał się mimo wszystko przytomnym na umyśle. Obdarzył krótkim, lecz badawczym spojrzeniem przybraną córkę. Była wystraszona. Oblicze mężczyzny złagodniało nieco, gdy pomyślał, że to właśnie jego gniew tak zadziałał na małą. Zapewne jeszcze nigdy nie widziała ojca tak poważnie rozgniewanego. Przestraszył się nawet w głębi ducha cichej myśli w jego głowie, która szepnęła mu, iż to właśnie strach widzi w oczach Matyldy. Naiwny myślał, że będzie dobrym ojcem...
Lecz w jego pojmowaniu nie było do końca racji. Matylda, jak już zdążyliśmy zauważyć, to bardzo spostrzegawcza istota. Intuicyjnie wyczuwała otaczającą ją rzeczywistość. Robiła to mimo woli, a i tak bardzo trafnie oceniała sytuacje, jakich była świadkiem. Dlatego teraz jej przerażenie nie było niczym innym, jak uczuciem pokrewnym zaskoczeniu. Dziewczynka była przekonana, że jej rodzina nareszcie zaczyna nabierać odpowiednich kształtów. Dla niej wszystko powoli zdawało układać się w całość; zdrową komórkę społeczną, jaką jest pełna rodzina. Uwierzyła, że właśnie tak przyjdzie jej żyć w niedługim czasie. Widziała, jak Andrzej zaczyna dogadywać się z jej mamą, jak kobieta zaczyna spoglądać na mężczyznę przychylniejszym wzrokiem. Wszystko szło idealnie, co więc zrujnowało te wszystkie plany? Dlaczego jej rodzice tak okropnie pokłócili się na plaży?
Przez twarz Falkowicz przeszedł grymas zmieszania, lecz powaga skutecznie maskowała jego odczucia.
- Nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Musisz ochłonąć. - rzekł gorzko. Zacisnął kilka razy dłonie w pięść, po czym zerknął na przypatrującą się mu córkę, uśmiechając się przy tym krótko, lecz jakoś nieporadnie.
- Ach ochłonąć? - odwróciła się tak gwałtownie, że zarzuciła swymi kasztanowymi puklami włosów na jedno ramię. - Próbujesz zrobić ze mnie niezrównoważoną, kiedy ty składasz mi takie oświadczenia!
- Kobieto opanuj się, dobrze! - warknął. - Nie zrobię niczego bez twojej zgody.
- Mamo?
- Dość. Mam tego serdecznie dość. Wracajmy do domu. - potarła swe pulsujące skronie i wsiadła razem z Matyldą do auta. Adam przyglądał się całej sytuacji, z której mimo swych usilnych starań niewiele zrozumiał.
- Andrzej? - mężczyzna uparcie patrzył się na kobietę siedzącą na tylnim fotelu auta swego brata. Bezwiednie zaciskał szczękę z żuchwą. Nie sądził, że jego propozycja wywoła tak silną reakcję ze strony kobiety. Wydawało mu się, iż to naturalne, przecież mała była dla niego jak własna córka. Nie wyobrażał sobie, by nie pójść o krok dalej w ich reakcjach i nie zaproponować uprawomocnienia jego opieki nad dziewczynką. Nie znosił stagnacji, dlatego adopcja miałaby być jej zapobieganiem. Życie mężczyzny zdawało się być zbyt krótkie, by zatrzymywać się w nim w miejscu.
Dlaczego więc kobieta zareagowała tak sceptycznie? Bała się, że Andrzej nie podoła wyzwaniu, jakim jest ojcostwo? Wręcz przeciwnie. Mężczyzna miał coraz lepszy kontakt z jej córką; świetnie się dogadywali, co niepokoiło kobietę. Zazdrość? Owszem, ale silniejszy był jednak strach przed utratą ukochanej córki. Kasia była dla niej jedyną rodziną, a teraz zaczynało się to zmieniać. Matylda lgnęła do ojca, może nawet pokochała tego mężczyznę. Smuda obawiała się, że godząc się na tę niedorzeczną adopcję straci córkę. Co więcej - jeśli Andrzej zdecydował się na taki krok, niewykluczone, że któregoś dnia byłby nawet gotów odebrać jej dziewczynkę. Ta perspektywa najbardziej przerażała samotną matkę i była zdecydowana zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. Musiała zatem pokazać Falkowiczowi, że posunął się za daleko. Przekroczył umowną granicę, jaka powinna ich dzielić. Kasia postanowiła na nowo zakreślić mężczyźnie warunki, na jakich musiała przebiegać znajomość całej trójki.
Naiwna wierzyła, że jej się uda.
Falkowicz wyrwał się z namysłu, gdy Adam po raz kolejny wezwał jego imię. Na początku lekko skonsternowany, machnął lekceważąco dłonią w stronę młodszego Barana.
- Odwieź je do domu. - odrzekł.
- I mam cię tu zostawić? - starszy brat uniósł brodę i spojrzał stanowczo na Adama.
- Jedźcie. Poradzę sobie. - skierował się w stronę miejsca, z którego wcześniej przyszedł. Zamierzał przemyśleć kilka spraw, a potrzebny mu był do tego spokój, jaki wydawałoby się zazna właśnie na pobliskiej plaży.
- Andrzej, nie wygłupiaj się! - krzyknął za nim młodszy brat, lecz profesor nieugięcie kroczył ledwie wydeptaną ścieżką prowadzącą nad brzeg wody.

Kolejnego dnia profesor zszedł na parter ubrany w swój ulubiony granatowy garnitur. Pod szyją wisiał ciasno zawiązany krawat w kolorze czerwieni, a na mankietach połyskiwały złote spinki. Dopiął już drugą błyskotkę na nadgarstku i zerknął na zegarek, który tradycyjnie zdobił jego lewą dłoń. Za niecałą godzinę miał się spotkać ze swoim przyjacielem Piotrem w bardzo ważnej, bynajmniej nie prywatnej sprawie. Teraz gdy nabrał trochę sił, postanowił kontynuować załatwianie spraw formalnych, które należało w jego mniemaniu uporządkować, dopóki nie nadeszła jego czarna godzina. Choć mężczyzna wcale nie zamierzał żegnać się z życiem, to jako człowiek odpowiedzialny, musiał przygotować się na każdą ewentualność. Swymi działaniami, chciał oszczędzić kłopotu bliskim, którzy w przeciwnym razie musieliby zmagać się ze sprawami, o których nie mieli pojęcia.
Pewnym krokiem, choć nadal spokojnym, z uwagi na to, że spoglądał teraz w wyświetlacz telefonu, przeszedł do części domu, w której znajdowała się kuchnia. Nalał sobie filiżankę kawy (jego miłość do kofeinowego smaku była nie do przezwyciężenia) i zasiadł przed wysokim blatem na barowym stołku. Przeglądał wiadomości mailowe, jakie zapełniały jego skrzynkę pocztową, choć robił to już właściwie z przyzwyczajenia. Od dłuższego czasu, po tym jak w środowisku medycznym rozeszła się wieść o jego chorobie, niewiele osób składało mu propozycje współpracy. Tak więc mężczyzna usuwał kolejne zaproszenia na konferencje, sympozja, czy prośby o wypróbowanie nowych medykamentów w swej praktyce. Zatrzymał się jednak na jednej, szczególnie ciekawej wiadomości. Wiedziony przeczuciem... no i może też interesującym tytułem zajrzał do skrywanej treści. Z uwagą przeczytał kilka pierwszych słów, które bardzo go zaintrygowały.
W obecnej sytuacji profesor zostanie wyłączony z życia zawodowego, co może potrwać nawet lata, dlatego powinien także zadbać o alternatywę. A takową właśnie otrzymał. Nigdy nie sądził, że mógłby powrócić do wykładania na uniwersytetach, lecz takie rozwiązanie uchroniłoby go od bezczynności, jakiej za wszelką cenę chciał zapobiec. Zachował więc w pamięci poczty ową wiadomość, z zamiarem późniejszego odpowiedzenia na nią.
Zamyślony upił łyk czarnego trunku, patrząc w jeden bliżej nieokreślony sobie punkt w oddali. Zastanawiał się też, jak rozwązcać sprawę z Kaśką. Ta poprzedniego dnia strasznie zdenerwowała się na mężczyznę, kiedy  zaproponował jej adopcję Matyldy. Po długich godzinach nocnych rozmyślań doszedł do wniosku, że powinien porozmawiać z kobietą i uspokoić jej nerwy. Musiał wyjaśnić swoje prawdziwe intencje, gdyż nie zamierzał narażać się matce Matyldy. Ta zapewne źle go zrozumiała, choć i on rzeczywiście nieco pospieszył się z taką deklaracją.
- A ty już na nogach? - Andrzej odjął filiżankę od ust lustrując rozczochranego bruneta. - Myślałem, że będziesz piłował do południa. - starszy chirurg zmarszczył brwi, na co młodszy od razu zareagował wyjaśnieniami. - Stary, echo niosło się po całym domu. - mruknął, po czym zachłysnął się sporym łykiem kawy. - Chrapiesz Andrzej. - uściślił, gdy już opanował dławiący go kaszel.
- Już naprawdę... - westchnął trochę oburzony tymi insynuacjami, jak mu się zdawało - Nie masz czego wymyślać. - pokręcił drwiąco głową. Był pewien, że takie dolegliwości go nie dotyczą... przynajmniej nie dotyczyły.
Inną sprawą było to, że Krajewski nieco ubarwił całą historię, lecz Andrzej był gotów w nią uwierzyć, gdyż ostatnimi czasy podczas snu oddychało mu się naprawdę ciężko.
- Powiedz lepiej dlaczego nie jesteś na dyżurze. Zdaje się... - zerknął na zegarek. - że zaczął się jakieś dwie godziny temu. Doceniam twoją troskę o mnie, ale jeśli będziesz tak dalej olewał prace, to Tretter wręczy ci wilczy bilet.
- Już mi wręczył. - odparł chłopak pomiędzy kolejnymi łykami.
- Słucham!? - Andrzej oderwał się od telefonu, który przeglądał zupełnie bez celu. - Wywalił cię ze szpitala? - jednak Adam zacmokał nie do końca przekonany do tego określenia.
- Raczej wysłał na urlop. - uniósł w górę palec wskazujący, jakby właśnie to określenie było najbardziej pasującym.
- Nie zostawimy tego tak. Ubieraj się. - profesor energicznie wstał i odłożył brudne naczynia do zlewu.
- Po co?
- Chyba nie chcesz wylądować na bezrobociu? - spojrzał surowo na młodszego brata. - No już, jazda! Przebieraj się i jedziemy do szpitala. - skupiony na czymś zerknął jeszcze raz na swój zegarek. Nie sądził, aby zdążył na spotkanie z Tretterem, jeszcze przed Piotrem. Zatem zmuszony był przeprosić przyjaciela i przesunąć finalizację spraw biznesowych. Były w tym momencie rzeczy, którymi należało zająć się natychmiast. Skoro sam Adam nie potrafił załatwić ich jak należy, sprawy w swoje ręce musiał wziąć Falkowicz. Ten domyślał się, że młodszy chirurg zaniedbał obowiązki zawodowe właśnie przez jego osobę i tę chorobę. Widział jak bardzo Krajewski poświęcał się dla niego (choć wiele razy niepotrzebnie) i teraz sam zamierzał zadbać o dobro swego brata, które ten zaniedbał.
- Nie przesadzasz trochę? - brunet zarzucił na ramiona skórzaną kurtkę, która idealnie odznaczała się na białej koszulce. Włożył dokumenty do kieszeni swych ciemnych spodni, gotowy do jazdy i czekał na reakcję Andrzeja.
- Od kiedy to nie zależy ci na pracy? - Falkowicz podrzucił w dłoni jakiś przedmiot, który z brzdękiem wylądował w jego uścisku.
- Zaczynam się zastanawiać, czy nie czas, żeby coś zmienić.
- I uciec? - Andrzej uniósł jedną brew do góry kpiąco.
- Po prostu zmienić. Spróbować czegoś innego. - chłopak wzruszył ramionami. Sam nie był jeszcze do końca przekonany, czego dokładnie pragnął.
- Nie możesz podejmować pochopnie żadnej decyzji. - tłumaczył cierpliwie młodemu bratu. Wyszli przed dom, gdzie ich oczom ukazał się bladoniebieski citroen cactus.
- Pozwolisz, że tym razem ja poprowadzę? - Andrzej uśmiechnął się do bruneta unosząc przy tym lewy kącik ust. - Będzie bezpieczniej.
- Kupiłeś auto? - jedyne co zdołał powiedzieć młodszy.
- Pomyślałem, że najwyższa pora. - uciął nad dachem samochodu, po czym wsiadł do pachnącej jeszcze nowością maszyny.

Pozornie spokojny i opanowany, lecz wewnątrz aż kipiało z emocji. Mieszanka strachu i niepewności z nutką uczucia była stara jak świat, a nadal siała spustoszenie w ludzkich umysłach. Stara mikstura zatruwała ludziom życie od pokoleń. Było w niej coś pięknego i przerażającego zarazem. Miewała różne imiona, lecz najczęściej zwano ją "miłością".
Profesor bał się jednak tego słowa. Obchodził się z nim ostrożnie i z zawahaniem. Nie do końca pamiętał, jak to uczucie wygląda. Czy ono ma różne stany, inne odcienie? Czy każdy przechodzi je jednakowo, czy może szczyci się swą różnorakością?
Sam przed sobą mógł się uczciwie przyznać, że zradzało się w nim coś na kształt miłości właśnie. Z początku uznał ten stan za coś z goła niepokojącego, lecz oswoił je w sobie. Nauczył się żyć z myślą, że stary profesor Andrzej Falkowicz zakochał się jak jakiś młodzian w kobiecie. A raczej w dwóch, lecz każdą z nich darzył nieco innym odcieniem tej palącej serce zarazy.
Zamyślony nie dostrzegł, że auto przed nim zaczęło hamować. Całe szczęście, jego nowy nabytek posiadał czuły system, który zapobiegł poważnej kolizji. Wyrwany z amoku skręcił w kolejną uliczkę. Jego myśli z powrotem zaczęły krążyć wokół Smudy i jej córki, lecz tym razem starał się zachować czujność umysłu.
Musiał działać, by nie stracić tego, co stało się dla niego najcenniejszym darem od losu. Jego działania musiały jednak zawierać więcej taktu niż poprzednim razem. Mało brakowało, a przestraszyłby Kasię i już nigdy nie odzyskałby jej zaufania. Swoją drogą dziwił się, że kobieta nadal się od niego nie odsunęła. Rzeczywiście mogła sądzić, że jego propozycja była wysoce przesadzona i nie na miejscu. A wszystko przez to, że przy niej traci czujność. To co mówi i na co się decyduje, jest tylko z pozoru przemyślane. Jego analityczny umysł nie potrafi poradzić sobie w sytuacjach, gdy Andrzejem zaczyna kierować głębsze uczucie. Przy niej staje się ślepcem, który nie zdążył ułożyć w swojej głowie mapy przestrzeni, po jakiej został zmuszony się poruszać. Najgorsze jednak było to, że bez tego nie potrafił już normalnie funkcjonować.
Zmienił bieg na mniejszy i zatrzymał się na kolejnych światłach. Przed jego autem przechodziła grupka młodzieży. Zakpił pod nosem z tego widoku. Modne ciuchy, w kieszeniach telefony, a w głowach kompletna pustka. Co oni wiedzieli o życiu... Tyle ile zobaczyli w tej swojej najnowszej technologii. Bez niej nie potrafili już żyć. Uzależnienie zawładnęło ich umysłami.
To było jeszcze gorsze niż miłość.
Ruszył w dalszą drogę, nie skupiając się już na niczym innym niż znaki drogowe.
Podjechał pod kamienice, w której mieszkał jego przyjaciel, Piotr Gawryło. Wyszedł z auta, trzymając w dłoni czarną teczkę z dokumentami, które miał przedstawić mężczyźnie. Zamknął auto i obserwując je dumnym okiem, zapiął jednocześnie zgrabnym ruchem dłoni guzik przy marynarce.
Zapukał w drzwi i oczekiwał na reakcję ze strony gospodarza.
- Witaj Andrzej. - otworzył mu po dłuższej chwili. - Zmywałem. - wyjaśnił, po czym odsunął się, by zrobić gościowi miejsce w progu. - Jesteśmy sami. - rzucił, gdy dostrzegł że profesor rozgląda się po wnętrzu.
- Gustownie się urządziłeś. - skwitował Falkowicz. Ten wiedział, że przyjaciel jakiś czas temu przeprowadził się do nowego mieszkania pod Warszawą. Miał daleko do szpitala, w którym obaj panowie pracowali, lecz był to nowy etap w życiu Piotra. Odzyskał Hanę i swoje dziecko, które okazało się jego biologicznym. Wszystko zaczęło się mu układać. Andrzej rozglądając się po wnętrzu małego mieszkania zdał sobie sprawę, jak podobnie ułożyły się ich losy. Choć on będzie musiał jeszcze zawalczyć o swoje szczęście, to już zapałał jakimś optymizmem. Ufał, że i jemu uda się stworzyć prawdziwą rodzinę.
- Jak się czujesz? - zapytał, stawiając przed Andrzejem kawę.
- Lepiej niż gorzej. - westchnął zmęczony odpowiadaniem na to samo pytanie po raz kolejny tego dnia.
- To dobrze. - odrzekł z zawahaniem Piotr. Mężczyzna usiadł w końcu przed gościem, obserwując raczej marnie wyglądającego profesora spod przymrużonych oczu. - Chciałeś ze mną o czymś pomówić.
- Racja. Konkrety. - odłożył czystą łyżeczkę, opierając ją o skraj talerzyka pod filiżanką. Sięgnął po czarną teczkę, która leżała na stole, lecz zanim ją otworzył, wyjaśnił w czym rzecz. - Chciałbym, żebyś przejął moje obowiązki na stanowisku członka zarządu Mediany. - powiedział swym rzeczowym tonem, nie przywiązując specjalnej wagi do miary swej propozycji. Spółka, której był współwłaścicielem i z której czerpał znaczną część swego dochodu, w ciągu ostatniego roku stała się jedną z największych i najbardziej prestiżowych na rynku medycznym.
- To jest jakiś żart? Mediana? Ty jesteś w jej zarządzie? - Piotr założył łokieć na sąsiednie krzesło, lecz zaraz potem go zdjął, by na nowo ułożyć łokcie na stole. Może z szoku, a może po prostu było mu niewygodnie?
- Jeszcze przed rozwodem z Wandą miałem w niej połowę udziałów. - odparł, jakby to była sprawa zupełnie nieistotna. - Moje 25 procent zatrzymałem, a ona swoje sprzedała.
- Domyślam się dlaczego. - Piotr spoważniał, bo dopiero uświadomił sobie, że chirurg nie żartuje. Pokiwał głową i przeczesał jej ciemne kosmyki. - To spora klinika. - a właściwie była jedną z największych specjalistycznych placówek w kraju. Do tego zajmowała się najtrudniejszymi przypadkami, z jakimi nie zdołali sobie poradzić nawet lekarze z poza Europy. Dokonania tamtejszych specjalistów sławiły imię tej kliniki na całym świecie. Słowem - wielka odpowiedzalność brać takie stery, mimo że w pewnej części, na swoje barki.
- Ufam, że sobie poradzisz. - uśmiechnął się po raz pierwszy podczas wizyty u przyjaciela. Wyciągnął w końcu plik papierów, które przedstawiały profil działalności i dokładny spis obowiązków należących do właściciela części akcji Andrzeja.
- Andrzej, to za duża odpowiedzialność. - Gawryło z przerażeniem oglądał otrzymane dokumenty. - Nie dam sobie z tym rady. Wiesz, jak było poprzednim razem.
- Przede wszystkim - odrzekł, widząc zdenerwowanie Piotra - cała odpowiedzialność spoczywa na tym, który ma największą część. Ty masz tylko pojawiać się na spotkaniach raz w miesiącu i zgadzać się, bądź nie na proponowane zmiany. Z tym chyba sobie poradzisz? - uniósł jedną brew, zupełnie bezwiednie. Podał chirurgowi długopis, lecz ten nadal był nieprzekonany.
- Dlaczego właściwie się ich pozbywasz? - zapytał, marszcząc poważnie brwi nieco zaniepokojony zachowaniem profesora.
- Nie pozbywam, tylko przekazuje w zaufane ręce. - ułożył srebrny długopis na dokumencie przekazania wspomnianych akcji.
- Nie wierze, że znudził ci się pewny zysk.
- Zmieniłem priorytety.
- Czyżby? - pochylił się nad stołem, uważnie lustrując oblicze Falkowicza. - Naprawdę mam uwierzyć, że chodzi tutaj o priorytety? - Andrzej zmrużył nieznacznie oczy. Oczywiście, że nie chodziło o nie. Może tylko poniekąd, ale głównym powodem było coś zupełnie innego. Falkowicz po prostu zabezpieczał się na ewentualność pogorszenia swego stanu zdrowia, a może i śmierci. Musiał mieć pewność, że w razie potrzeby jego sprawy biznesowe nie obciążą rodziny swym ciężarem. Adam był jeszcze zbyt młody i niedoświadczony, by zarządzać taką machiną, a Kasia po prostu nie miała do tego kompetencji, gdyż członkowie byli tylko i wyłącznie wysokiej klasy profesorami medycyny. Przygotowany na każdą ewentualność z większym spokojem podchodził do ryzykownego leczenia.
- Sam wiesz, jak rodzina je weryfikuje. - zerknął na rozrzucone w kącie zabawki. - Pieniądze ci się przydadzą. - Gawryło uśmiechnął się na widok, któremu przyglądał się jego gość.
- Consalida poprosiła mnie, żebym przejął jej stanowisko ordynatora. Chyba damy sobie radę finansowo. - Andrzej był szczerze zdumiony słowami chirurga.
- Wiktoria odchodzi?

Był już zmierzch, kiedy podjechał pod blok, który był kolejnym punktem jego dzisiejszego planu spraw do załatwienia. Wyjął z tylnego siedzenia niewielką torbę i pokaźny bukiet czerwonych róż. Dobrze wiedział, że Kasia je wielbiła.
Stanął przed jej drzwiami, starając się ustabilizować oddech. Przeklęta winda nie chciała zjechać, więc musiał iść schodami. Dawniej nie sprawiłoby mu to najmniejszego problemu, ale teraz....
Dawna kochanka była zaskoczona i to nie tyle co bukietem jej ulubionych czerwonych róż, co samą wizytą Andrzeja.
- Kiedyś mówiłaś, że mam być przy niej już zawsze. - spojrzał na uradowaną dziewczynkę, która rozpakowywała swój prezent. - Pozwól, że będę rozszerzał swoją opiekę. - podał jej bukiet róż, uśmiechając się przy tym czarująco.
- Nie wiedziałam, że piszę się na tak późne wizyty. - wstawiła bukiet do wazonu i podziwiając ustawiła na jadalnianym stole. Uważała, że jej gust jest zbyt pospolity, ale nie potrafiła się nie zachwycić tak pięknymi kwiatami. W róży było coś szlachetnego, żaden inny kwiat nie mógł się równać jej pięknu. - Zawsze wiedziałeś czym mnie kupić.
- Moja droga... - westchnął - Ty jesteś bezcenna. - uśmiechnął się czarująco. - Chciałem cię przeprosić. - przeszedł do rzeczy. Kasia założyła dłonie na piersiach i przesłuchiwała się temu, co mężczyzna ma do powiedzenia. - Wiem, że swoją propozycją...
- Ty mnie poinformowałeś. - wtrąciła.
- Masz rację. Nie chciałem cię przestraszyć. Matylda jest dla mnie jak córka i nie potrafię znieść, że ja z kolei jestem dla niej nikim.
- Jesteś jej ojcem. I już żadne z nas tego nie zmieni. Ona cię pokochała Andrzej. Nie możesz być dla niej nikim. - usiedli i obserwowali, jak ich córka układa puzzle z wizerunkiem Sherlocka Holmesa. Nie wiedział na jakie się zdecydować, więc wybrał kilka, każde pasujące do jej zainteresowań. Był i kosmos, zwierzęta, ale też medycyna.
- Obie naprawdę wiele dla mnie znaczycie. - Kasia uśmiechnęła się ciepło do mężczyzny.
- Ty dla nas też całkiem sporo.







Andrzej po śmierci kolegi z sali zaczął działać. Nie traci chwili.
Ale jak się to wszystko skończy?
Facet ma się do kogo porównywać, chociaż jego los jest trochę bardziej skomplikowany. On ma najtrudniej.
Wiecie już, o czym rozmawiała ostatnim razem Wiki z Piotrem, tego samego dnia, kiedy to pokłóciła się z Adamem. Odchodzi. Dobrze robi?

A jak wy to widzicie?







8 komentarzy:

  1. Rozplynelam się na końcu pięknie,
    Zakończenie czytałam 5 razy

    OdpowiedzUsuń
  2. Z przyjemnością czytam :)
    Rewelacyjnie napisane :)
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na next,rozdział czytałam kilka razy świetnie napisany jak zwykle! ;) szczególnie końcowy moment jestem ciekawa jak wszystko dalej się potoczy ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do Consalidy... Na pewno jestem zaskoczona, tym, że chce odejść. Czy dobrze robi? Hmm... Czy ja wiem? Szkoda, że, przynajmniej na razie, nie mogłam poznać, powodów, dla których chce zrezygnować.
    Adam się zastanawia nad odejściem z Leśnej Góry, Wiktoria chce odejść, Falkowicz na razie nie pracuje... Zaraz szpital bez specjalistów zostanie ;-)

    Kasia nie była zachwycona propozycją Andrzeja. Ale właśnie, sama chciała, żeby on zawsze był przy Matyldzie. A teraz? Zmieniła zdanie?
    I ostatnia scena... Po prostu pięknie! Falkowicz przyznaje, jak bardzo dziewczyny są dla niego ważne, Kaśka też mówi, że on dla nich wiele znaczy... Może przekona się też do adopcji Matyldy przez jej ojca :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie usmiercaj Andrzeja

    OdpowiedzUsuń
  6. Next w czwartek ?

    OdpowiedzUsuń