piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 24


Kolejna dawka chemii już spływała przezroczystą rurką wprost do jego krwiobiegu. Mężczyzna obserwował, jak ciecz powoli uchodzi z plastikowego woreczka zawieszonego na wieszaku. Za każdym razem, gdy spoglądał w górę, wydawało mu się, że cały proces będzie trwał wieczność; woreczek jakby wciąż pozostawał do połowy pełny. Ach, jak dłużył mu się ten czas, gdy to był uwiązany w szpitalnym łóżku. Przeklinał się w myślach, że nie zabrał ze sobą żadnej mądrej książki, bądź też swoich artykułów. Ale gdy tylko o nich pomyślał, od razu odrzucił ten pomysł. Nie byłby w stanie stworzyć naukowego dokumentu na poziomie, będąc przemęczonym.
A w istocie stawał się coraz słabszy. Z każdą kroplą chemii jego zmęczenie współmiernie wzrastało. Nie miał większej ochoty na wstanie z łóżka, czy rozmowę z kolegą ze sali (choć to może akurat z innych powodów). Jedyne co zajmowało mu te wszystkie bezproduktywne chwile to drzemki, które teraz wydały mu się tak bardzo potrzebne. Nigdy wcześniej nie odczuwał tak silnej potrzeby snu. Wręcz przeciwnie - odbywając nocne dyżury, czy wykonując skomplikowane operacje, przeważnie nie dosypiał nawet pięciu godzin na dobę. A teraz miał nieustanny niedosyt ucinania sobie drzemki. Jak nastolatka, która nie ma najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka i wciąż przedłuża tę chwilę. Lecz z tą różnicą, że u Andrzeja zmęczenie bierze górę i po monotonnym gapieniu się w kroplówkę, on po prostu zasypia.
Ale tu tkwi kwintesencja jego męczarni. Otóż gdy jego powieki robią się ciężkie i opadają, mimo woli mężczyzny, wtedy zjawia się ktoś, kto naruszy jego spokój. Zazwyczaj jest to pielęgniarka, ale bywa też że zbudzi go sąsiad, czy też brat. Nie muszą nic mówić, wystarczy że zjawią się, bądź poruszą. Mały szelest wystarczy, aby przywrócić jego przytomność i mroczną naturę. Brak snu bywa tak doskwierający, że Falkowicz nie potrafi już kryć swego rozdrażnienia.
Tego dnia do profesora miał dołączyć nowy kolega. Okazało się, że owy sąsiad był trzydziestoletnim mężczyzną chorującym na białaczkę. Niezwykle inteligentny chłopak, którego życie ostro doświadczyło. Nowotwór w tym wieku był dla niego ogromnym ciosem, ale strach przed chorobą pomagała mu zwalczyć bliska osoba.
Wszedł on na salę w towarzystwie właśnie swej dziewczyny. Kobieta już na pierwszy rzut oka wydawała się być bardzo ciepłą osobą. Równie młoda i tak samo rozgarnięta. Widać było, że oboje darzą się wielkim uczuciem, takim o jakim piszą tylko w książkach; taka miłość na wymarciu. Małgorzata, bo tak właśnie miała na imię, uśmiechała się co chwilę łagodnie do swego mężczyzny. Nawet Falkowicza obdarzyła swym ciepłym wyrazem, lecz on zdawał się ignorować ten dziwny ludzki odruch. Po prostu nie należał do osób, które odpowiadają na tego typu gesty.
Potem rutynowa chwila zamieszania związana z przyjęciem nowego pacjenta. Wiele nużących pytań i pielęgniarka, która oczywiście musiała podłączyć pierwszą kroplówkę z lekiem. Gdy już profesor mógł nacieszyć się odrobiną ciszy i ucieszony postanowił uciąć sobie wyczekiwaną drzemkę, jego nowy kolega zechciał przetestować cierpliwość Falkowicza.
- Ja białaczka, a ty? - podirytowany profesor westchnął ciężko z rechotem i obrócił się na plecy.
- Falkowicz. Profesor Falkowicz. - odrzekł, wciąż mając przymknięte powieki.
- Pierwszy raz? - kontynuował chłopak. Chirurg znużony rozmową postanowił zrazić do siebie kolegę.
- Z koleżanką na studiach. - odparł spokojnie, lecz z przekąsem. Towarzysz jednak roześmiał się serdecznie i również przewrócił się na plecy. Teraz tak jak profesor patrzył na czyściutki sufit w kolorze białym, który zdobiły jedynie szpitalne lampy.
- W końcu ktoś z poczuciem humoru. - westchnął, gdy już ustąpiło jego rozbawienie. - Ja za to już piąty rok. Szpital to mój drugi dom, a właściwie to głównie dom. Spędzimy tu razem sporo czasu, może jednak trochę ze sobą pogadamy? - chłopak spojrzał kątem oka na profesora. Ten nadal z niewzruszoną miną leżał na szpitalnym łóżku. Jego klatka piersiowa uniosła się raz jakby wyżej, a potem kontynuowała swój rytmiczny, ledwie dostrzegalny ruch. Uznał, że nie pozbędzie się natręta, więc musiał dać za wygraną. Może rzeczywiście rozmowa z kimś zabije trochę czasu?
- Ta kobieta, to twoja żona? - odezwał się profesor. Jego towarzysz spojrzał w kierunku korytarza, gdzie jego wybranka rozmawiała z lekarzem prowadzącym. Uśmiechnął się na sam jej widok i z takim samym wyrazem twarzy odparł
- Gosia to moja dziewczyna.
- To wiele wyjaśnia. - nie wiedzieć dlaczego profesor był trochę rozczarowany jego odpowiedzą.
- Ty pewnie z tych co uważają, że małżeństwo zabija miłość. - Andrzej nie odpowiedział, bo tak naprawdę nie wiedział co. Na początku miał zaprzeczyć, lecz może rzeczywiście? Sam miał złe doświadczenia, lecz nie tylko o tamtych kobietach akurat rozmyślał.
- Znamy się od piętnastu lat. Już w podstawówce skradła mi serce. Ale nigdy nie mieliśmy potrzeby przysięgania sobie wierności. Uznaliśmy, że to oczywiste. Tak żyliśmy sobie w szczęściu, aż przyszła choroba. Teraz bardzo chciałbym jej to przysiąc, w końcu każda kobieta marzyła kiedyś o ślubie. Dobrze wiem, że tego pragnie. Ja też uświadomiłem sobie, jak ważna jest ta przysięga. Taki następny level. - z uśmiechem spojrzał na profesora, który słuchał go uważnie spod ściągniętych brwi. - Ale obiecałem sobie, że jak wyzdrowieje. Wtedy się jej oświadczę.
- Niezła motywacja. Co z miłością? - zakpił.
- A jeśli nawet to co? - chłopak wzruszył ramionami, gapiąc się w pojawiające się przejaśnienie słońca na suficie. - To źle, że uczucie motywuje? - dodał, gdy promienie zniknęły. Profesor zaczął żałować, że wdał się z nim w dyskusję. Liczył na niewinną pogawędkę o pogodzie, nie chciał sprowokować chłopaka do tak głębokich wyznań. Głos chłopaka powoli zaczął denerwować Falkowicza. Robił się coraz bardziej zmęczony, a rozmowa zdawała się nie mieć końca, wbrew zamiarom profesora.
- A ciebie co tu trzyma? - profesor po raz pierwszy spojrzał na chłopaka. Lekko zszokował go jego wygląd, lecz nie dał tego po sobie poznać. Mężczyzna nie miał włosów ani na głowie,  brwiach, czy choćby brak mu było rzęs. Skóra, choć bez zmarszczek, stała przezroczysta jak u staruszka. Miejscami sina, lecz przede wszystkim blada. Spoglądał na profesora ciekawie wyblakłymi oczami, które mimo wszystko nie straciły błysku inteligencji.
- Chęć życia. - odparł, jakby to było zupełnie oczywiste. W myślach profesora zaczęły pojawiać się pełne niepokoju obrazy, w których to on o wyglądzie tego chłopaka poddaje się chemii po raz nasty (nie wierzył, że dożyłby setnego).
- Akurat. - prychnął młodszy mężczyzna. - Nie wierzę, że nie masz dla kogo walczyć. - W wyobraźni Falkowicza pojawiła się tajemnicza postać u jego boku, ta która się nim opiekuje, nawilża spierzchnięte usta, podaje szklankę wody, gdy ten nie ma już siły wyciągnąć dłoni. Zaniepokojony zaczął szukać w myślach osoby, która mogłaby nią być. Każdy z jego bliskich miał swoje życie. Adam był zbyt młody, by wiedzieć jak wymagający jest obłożnie chory człowiek, jak wiele sił i czasu trzeba mu poświęcić. Dlatego wtedy zatrzymał tę ulotkę z hospicjum. Musiał mieć zabezpieczenie i jednocześnie być pewnym, że w razie pogorszenia nie pozostanie na barkach młodego chłopaka.
- Andrzej? - poczuł szarpnięcie za ramię i spojrzał zdezorientowany na gościa. Stał przed nim Adam w służbowym fartuchu. Ten gdy dostrzegł, że brat się przebudził, uśmiechnął się szeroko. - W końcu się zdrzemnąłeś. - Falkowicz ściągnął brwi zdziwiony. Nie zauważył kiedy zasnął.
- To dlaczego mnie budziłeś? - starszy mężczyzna spojrzał przelotnie na swego sąsiada. Musiał się upewnić, czy ten młody chłopak chory na białaczkę nie był tylko jego imaginacją. Ale gdy dojrzał śpiącego chorego, łysego jak zapałka i kobietę tuż obok, tę Małgorzatę, zdał sobie sprawę z tego, że nic mu się nie przyśniło. Zatem usnął jeszcze w czasie ich rozmowy. Ale jak to możliwe, skoro od trzech dni nie zmrużył oka?
- Dostałeś leki nasenne. - wyjaśnił Adam, siadając na krześle tuż obok. Brat czytał mu w myślach. - Spokojnie, jeszcze zdążysz sobie pospać. - czy osłabiony był aż tak przewidywalny? Teraz z jego twarzy można było odczytać każdą skrywaną myśl?
- No więc po co przyszedłeś? - Falkowicz skupił wzrok gdzieś w przestrzeni, by wyglądać na zamyślonego, ale rozmowa z bratem jedynie przeszkadza mu w tym.
- Mówiłem ci, że będę cię często odwiedzać. - odparł zadowolony.
- I to mnie boli. - burknął pod nosem.
- Ej! Przestań się w końcu zachowywać jakbyś...
- No jak? - Andrzej spojrzał podirytowany na brata. - Jakbym zdychał? Rozczaruje cię mój drogi, ale tak właśnie wygląda rzeczywistość. Im prędzej to sobie uświadomisz, tym lepiej.
- ...jakbyś był sam! - dokończył Krajewski, dobitnie artykułując każde słowo. - Weź rozejrzyj się wokół. Masz mnie, Matyldę, Kaśkę... - Andrzej prychnął zdenerwowany. Jak mało rozumiał ten chłopak, jak mało wiedział. Gdy życie brutalnie wystawia do próby, tylko nieliczni występują przed szereg. A znał je zbyt dobrze, zbyt wiele razy musiał liczyć sam na siebie. To czego doświadczenie go nauczyło, to aby liczyć tylko i wyłącznie na własne możliwości. - Wszyscy cię wspierają. Ale nikt nie będzie tego robił na siłę. Prędzej czy później stracisz ich wszystkich na własne życzenie.
- To gdzie oni wszyscy są, hm? - odparł półszeptem po chwili ciszy.
- No właśnie. Po to tutaj przyszedłem. - Adam wyprostował się na niewygodnym krześle. Minę miał poważną, lecz jakby z przebłyskiem dumy. - Masz gościa.

Do sali weszła elegancko ubrana kobieta. Zawsze lubiła spódnice do kolan i luźno zawieszone na ramionach płaszcze. Kasztanowe włosy swobodnie opierały się na jej barkach, a na twarzy widniał pewny uśmiech. Miłość do czerwonej pomadki również nie mijała.
- Cześć - odrzekła beztrosko, gdy zyskała pewność, że zaskoczyła swym przybyciem Andrzeja. Pan Białaczka również był zdumiony przybyciem owej kobiety. Sądził, że jego sąsiad nie ma bliższej rodziny, poza bratem. Falkowicz w końcu nie był zbytnio towarzyski.
Kobieta z gracją wysunęła krzesło przed łóżko przyjaciela i równie elegancko zasiadła na nim. Założyła nogę na nogę i dumnie uśmiechnęła się do profesora.
- Jak widzisz jestem bardzo zajęty, więc jakbyś mogła przejść do rzeczy... - odparł znad krzyżówki.
- Och tak - udała poważną. - Prowadzę tutaj sprawę przeciwko jednemu lekarzowi i pomyślałam, że wpadnę. - wyjęła ze swej pojemnej torebki małą reklamówkę z owocami i karton soku jabłkowego. Andrzej spojrzał na te rzeczy i w myślach zadrwił z jej tłumaczeń. Nie mogło być przypadkiem, że znalazła się dziś u niego. I oboje dobrze o tym wiedzieli.
- Pani mecenas znów szturmuje mój szpital. - dodał jakby zaczepnie. - A jeśli można wiedzieć... - zamknął książeczkę wypełnioną co do rubryczki rozwiązaniami owych zagadnień i spojrzał na Kasię. - Jakie ma zarzuty? - Smuda westchnęła przesadnie i z udawanym żalem odpowiedziała
- Nieprzyjemna sprawa. Kazał mojej córce mówić do siebie "tato". - Falkowicz zbladł na moment. Jakoś nie przewidział, że tak szybko będzie musiał stawić temu czoła. Ale naturalnym było, że Kasia w końcu dowie się o tym drobnym szczególe.
- Zapomniałem ci powiedzieć. - odrzekł w końcu. Szukał jeszcze w głowie argumentu, którym mógłby się obronić, lecz żaden nie był wystarczająco mocny.
- Może najlepiej było to zrobić zanim jej na to pozwoliłeś? - kobieta pochyliła się nad Andrzejem i zawiesiła na nim swój wymowny wzrok. Mężczyzna przeszyty tym ostrym spojrzeniem zmieszał się lekko, lecz postanowił nie tracić rezonu. Podciągnął się na łokciach trochę wyżej i przybrał pewny wyraz twarzy.
- No to pytam teraz. Chcesz jej tego zabronić? Kim ja właściwie dla niej jestem? - w swym charakterystycznym wyrazie uniósł jedną brew do góry i przypatrywał się jej zdziwionej twarzy. Kasia nie była przygotowana na tak pewne postawienie sprawy. Niewątpliwie Falkowicz był dla obu dziewczyn kimś ważnym. Zbyt wiele dla nich też zrobił, by stać się tylko dobrym wujkiem. Z pewnością zasługiwał na coś więcej, lecz co mogła mu Kasia ofiarować? Czy było coś pomiędzy? Coś więcej niż przyjaciel, lecz niekoniecznie ojciec?
- Nie zabronię. - odparła. Nagle jej pewność jakby ulotniła się w powietrzu. Nie potrafiła spojrzeć Andrzejowi w twarz, w jego zawiedzione oczy. Dlaczego mężczyzna nie był zadowolony z jej odpowiedzi? On również zawiesił spojrzenie gdzieś poza swoją towarzyszką. Czekał na coś więcej, chciał rozwiązać tę dziwną sytuację, w jaką oboje się wplątali. - Wiem, że masz do mnie żal. Ale nie miałam wyboru, musiałam mieć pewność, że Matylda nie zostanie sama. - przypomniała sobie chwilę, kiedy to wyznała Andrzejowi, że mają razem dziecko. To był impuls, przypływ adrenaliny i chęć ochrony własnej córki. Ale gdy teraz o tym myślała, to uświadomiła sobie fakt, że będąc na granicy życia, ani przez chwilę nie zwątpiła w przyjaciela. Wiedziała, że ten świetnie się sprawdzi w roli opiekuna. Intuicja, czy resztki sympatii - do tej pory nie potrafiła tego rozgryźć.
- Nie powiem, zaskoczyłaś mnie. - odparł, gdy jego sąsiad postanowił opuścić salę. Rozmowa pomiędzy Andrzejem, a Kasią stała się zbyt intymna, by mógł jej dalej słuchać. Młody chłopak zdecydował dać więc swojemu koledze z sali więcej swobody i w przerwie pomiędzy dawkami leków postanowił przespacerować się krótko korytarzem.
- A jeszcze bardziej, gdy się okazało, że to wcale nie jest moja córka. - mimo, że mogli już swobodnie rozmawiać, jego głos nadal był cichy.
- Przestań. - przerwała mu niemal szeptem. Zacisnęła powieki i robiąc głębszy wdech, spróbowała rozluźnić spięte mięśnie. - Dobrze wiesz, że nie miałam pojęcia.
- To już nie ma znaczenia. - machnął dłonią w powietrzu, wykonując jakiś bliżej nieokreślony ruch. Lecz to co czuł, nijak miało się do tego, co właśnie powiedział. Choć starał się wyrzec żalu, to nadal go odczuwał. Jakieś szczątki jego podświadomości zastanawiały się, jakby to wszystko wyglądało, gdyby Kasia go nie okłamała. Jednak idąc tym tokiem rozumowania, za każdym razem dochodził do wniosku, że nie może niczego żałować. Być może niechcący znalazł w swoim życiu szczęście? A może całkiem przypadkiem podsunęła mu je była kochanka?
- Andrzej... wysłuchaj mnie. - zdjęła nogę z drugiego kolana i nerwowym ruchem dłoni wyprasowała marszczenia materiału. - Naprawdę dziękuje ci za to, co dla mnie... dla nas zrobiłeś. Wiesz, że nigdy ci się za to nie odpłacę. Dlatego też nie chce, żebyś zniknął z naszego życia. - "z mojego" chciała dodać, lecz zabrakło jej odwagi.
- Często zmieniasz zdanie. - żachnął, uśmiechając się zawadiacko. Ten nikły, lecz dostrzegalny grymas świadczył o tym, że usłyszał więcej, niż kobieta wypowiedziała na głos. Mimo wszystko starał się trzymać na dystans, zobaczyć jak sytuacja się rozwinie. Wiedział już, że Kasia daje ich relacjom zielone światło. Zatem była nadzieja na szczęśliwe zakończenie.
Mężczyzna zdobył swoją motywację.
- I może do ciebie mówić "tato". Ale pod jednym warunkiem. - dodała pewniej. Mężczyzna spojrzał zainteresowany jej słowami, unosząc swą prawą brew do góry.
- Tak?
- Że zawsze przy niej będziesz. - z mocniej bijącym sercem postawiła warunek. Patrzyła teraz wyczekująco na mężczyznę.
- Rozumiem, że dajesz nam wspólne weekendy? - lecz kobieta pokiwała przecząco głową.
- Zawsze. - powtórzyła wyraźnie artykułując te kluczowe słowo. - Nie chce tatusia na dwa dni w tygodniu. - wstała, zaciskając szczęki, by nie powiedzieć więcej, niż zamierzała. Zatrzymała się na chwilę, stojąc nad swym byłym kochankiem. Wiedziała, że jej uczucia do niego nadal pozostawały żywe, choć tak starała się je wyprzeć ze świadomości. Nie chciała robić niczego na siłę. Musiała czekać, zobaczyć jak Andrzej zareaguje na jej propozycję. Czy się postara? Poświęci dla ich córki? W głębi ducha wiedziała, że Matylda była jego dzieckiem; czuła to. Jeśli mężczyzna sprosta wyzwaniu, ona zyska pewność, że może mu zaufać.
- I lepiej, żeby Matylda się na tobie nie zawiodła. - dodała na odchodne. - Trzymaj się. - uśmiechnęła się blado i zniknęła za ścianą, pozostawiając zaskoczonego Falkowicza. To już niemal deklaracja ze strony kobiety. Fala szczęścia zalała jego serce i przywołała uśmiech na jego usta. Miał szansę stworzyć coś na kształt rodziny z kobietą, która nadal była dla niego ważna. Lecz musiał się bardziej postarać, gdyż Kasia należy do tych, o które należy zabiegać nieustannie. Jak już wspomniał w ich rozmowie, to kobieta zmienna. A on musiał być pewien jej uczuć.
Zatem zawalczy. O nią i o siebie.









No dobrze, co myślicie?






sobota, 20 lutego 2016

Rozdział 23

Był wieczór. Ostatnie promienie słoneczne schowały się za horyzont. Ten przeklęty czas znów zataczał koło. Wszystkie smutki i radości minionego dnia ukryte zostały za ciemnością, która spowijała mieszkanie profesora. Przeklęta ciemność.
Cisza natomiast okazała się prawdziwą zdrajczynią. Kolaborowała między wolą mężczyzny, a jego niespokojnym oddechem. Powietrze było wypuszczane z płuc jakoś niespokojnie, jak po marszu, albo silnym stresie, czy doznaniu emocjonalnym. Lecz tak naprawdę Andrzej denerwował się tym, co dopiero miało nadejść. Tyle wątpliwości kłębiło się w jego umyśle.
Jak zniesie chemioterapię? Tylko z teorii znał jej skutki, a wyobraźnia wzniecała jego strach. Dobrze wiedział, że nie będzie łatwym przypadkiem. Leki obciążą jego nerkę, którą nota bene miał tylko jedną i w dodatku przeszczepioną od brata. Istniało duże ryzyko jej uszkodzenia, dlatego jeśli terapia zakończy się na zwykłym jej zapaleniu, będzie mógł mianować się szczęściarzem.
Choroby płuc obciążały niewydolne serce. Kolejna pułapka. Już teraz odczuwał kołatanie tego niezwykle ważnego organu, a co będzie jeśli nowotwór się rozwinie?
A niewątpliwie się rozwijał. Pasożyt zagnieździł się klatce piersiowej mężczyzny i przybierał na sile. Co raz to dawał o sobie znać, męcząc profesora bezproduktywnym kaszlem, czy uczuciem ucisku u szczytu płuc. Konsekwentnie przekładało się to na przemęczenie i rozdrażnienie, które rozładowywał na najbliższych. Ale nie same wybuchy złości były tak doskwierające, bo przecież każdy, kto znał Andrzeja Falkowicza, zdawał sobie sprawę z jego bezpośredniej i złośliwej natury. Sęk w tym, że mężczyzna ich nie kontrolował, nawet przy własnym dziecku.
Siedział teraz na wiklinowej pufie w małym pokoiku na parterze. Przyglądał się spokojnie śpiącej dziewczynce, która była zupełnie nie świadoma tego, co działo się wokół niej. Pogrążona we śnie wydawała się taka niepozorna, ale mężczyzna zdążył poznać tego szkraba. To istna diablica w skórze anioła, choć tylko z pozoru. Mała była bardzo inteligentna, nawet jak na swój wiek. Z godnością potrafiła przyjąć każde niepowodzenie i z niewzruszoną miną ruszyć do przodu. Nie okazywała słabości, ale tylko wtedy, gdy nie należało tego robić. Choć w istocie cechowała ją siła, to pod maską dumnej damy kryła się krucha istotka, która jak każde dziecko potrzebowała atencji i miłości. Falkowicz dostrzegał tę rozczulającą słabość za każdym razem, kiedy Matyldzia starała się ją ukryć, choć robiła to kompletnie nieświadomie. Mężczyzna znał ten zwyczaj, sam w końcu zachowywał się podobnie przez znaczną większość swojego życia. Niesamowite jak bardzo podobni do siebie byli ci zupełnie nie spokrewnieni ze sobą ludzie. Lecz to nie miało teraz znaczenia. Zupełnie nie miało.
- Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczysz. - przerwał ciszę swym niskim głosem, tak idealnie wypełniającym zupełnie głuchą przestrzeń. Uśmiechnął się pod wpływem zalewających go uczuć, choć jego szare oczy wypełnił ból. Westchnął głośno, prowokując swe płuca do reakcji. Zdusił w sobie kaszel, przyciskając pięść do ust. Odetchnął, tym razem powoli tak niesmacznym powietrzem. Skrzywił się lekko pod wpływem gorzkiego posmaku w jego ustach.
Dziewczynka nadal spała, mimo hałasu, jakiego zdążył narobić. Zawsze miała twardy sen. Andrzej przyglądał się swej latorośli, którą darzył jakimś szczególnym, jeszcze niezidentyfikowanym uczuciem. Tak bardzo chciał ją jeszcze poznać, zobaczyć jak dorasta, jak zakochuje się w nieodpowiednich facetach, których on sukcesywnie do siebie zraża. Chciałby ją chronić przed niesprawiedliwością bezwzględnego świata, który na nią czyhał teraz i w dorosłym życiu.
- Andrzej? - strumień światła, który wpadł do pokoju oślepił go na moment. W centrum tego rażącego źródła dostrzegł sylwetkę mężczyzny. Przyjrzał się Adamowi chwilę spod przymrużonych oczu i niechętnie podniósł się z siedzenia. W pokoju dziewczynki rozległo się nieśmiałe skrzypienie wikliny, a po nim cisza, lecz znośniejsza niż dotychczas. Pochylił się nad córeczką i złożył na czubku jej głowy pożegnalny pocałunek. Zawisł jeszcze na chwilę nad jej ciałem i zacisnął usta, zastanawiając się nad czymś głęboko. Po walce ze samym sobą, którą profesor jednak przegrał, uniósł tułów i powrócił do wyprostowanej postawy. Bezpowrotnie stracił odwagę na szczere wyznanie, mimo że mała nie mogła go przecież usłyszeć. Strapiony rzucił ostatnie spojrzenie na Matyldzię i ruszył w stronę wyczekującego go przy drzwiach Adama.

- Spokojnie, zostanę z Matyldą do czasu, aż Adam przyjedzie. - kobieta siedziała za stołem i popijała cappuccino z mlekiem.
- Nie zgadzam się, żebyś nocowała w jakiś hotelach. - podirytowany tym pomysłem Andrzej pokręcił głową, przybierając zdegustowany wyraz twarzy. - Matylda nocuje tutaj, więc ty też powinnaś. - Kasia prychnęła zdumiona. Jego stanowczość ani trochę nie zelżała przez te lata.
- Zatrzymałam dawne mieszkanie. - oznajmiła. Rzeczywiście tak było. Kobieta chciała mieć w Polsce miejsce, w którym zawsze mogłaby się zatrzymać. Taka przystań na sentymentalne powroty do korzeni, gdyby zechciała ulec melancholijnym nastrojom. Teraz dziękowała losowi za to, że nie sprzedała tego niewielkiego lokum na drugim końcu Warszawy. Ułatwiło to jej powrót do kraju i odciążyło z problemu znalezienia czegoś nowego w przystępnej cenie. - Chyba nie myślałeś, że tak zupełnie odcięłabym się od korzeni? - dodała, widząc jego zdumione spojrzenie. Spuściła wzrok zmieszana, gdy odczytała jego prawdopodobne przypuszczenia. Pewnie myślał, że zamierzała wrócić, że do końca się wahała, jaką decyzję ma podjąć... Nie miał racji, ale dlaczego tak się tym zdenerwowała? Przecież się mylił.
- Nie ma mowy. Jest już późno, a droga do domu zajmie ci jakąś godzinę. - tłumaczył byłej kochance.
- Nie martw się o mnie. - zaśmiała się jakby kpiąco. Nie znosiła być na czyjejś łasce. A najbardziej denerwowało ją to, że Andrzej miał rację.
- Kasia może rzeczywiście będzie lepiej, jak zostaniesz. Tym bardziej, że nie wiem, kiedy wrócę... - zatrzymał się, gdy napotkał palące spojrzenie brata. - No co? - wzruszył ramionami niewinnie.
- No dobrze. Może tak będzie lepiej. Strasznie się za nią stęskniłam. - kiwnęła głową w stronę pokoju dziewczynki. Falkowicz sposępniał, gdy uświadomił sobie, że już nigdy nie zobaczy swojej Matyldzi. Nie chciał, żeby odwiedzała go w szpitalu i miał zamiar to jasno zakomunikować swoim najbliższym. Może mała z czasem zapomni i to przywiązanie do niego zelżeje? Łatwiej jej wtedy będzie pogodzić się z odejściem mężczyzny. Sam wiedział ile cierpienia przysparza "pogodzenie się" z czyjąś śmiercią. Doświadczył tego lata temu i nie miał zamiaru tak ranić podopiecznej.
- Więc postanowione. Adam. - pośpieszył chłopaka znaczącym spojrzeniem i ruszył przed siebie.
Podążając wąskim chodnikiem swego podwórza, chłonął niczym gąbka otaczający go krajobraz. W krótkiej chwili chciał zapamiętać jak najwięcej. Wszystko wokół - mury, zieleń ogrodu, wyboista droga przed domem - należało do monotonnej codzienności, za którą już tak potwornie tęsknił.
- Za dwa tygodnie będziemy z powrotem. - młodszy Baran poklepał brata po ramieniu krzepiąco. Ten wyrwał się z namysłu i spojrzał na chłopaka, który od dłuższego czasu przyglądał mu się jakoś dziwnie.
- Adam - zaczął, gdy już zajął miejsce pasażera. - Pamiętaj, że zawsze będę ci wdzięczmy. Podarowałeś mi pięć lat życia. Gdyby nie ty nie poznałbym...
- Nie rób tego. - syknął zdenerwowany Krajewski. Chłopak przymknął na chwilę powieki, po czym do cna opróżnił płuca w wydechu. - Nie żegnaj się. Ze mną ci tak łatwo nie pójdzie. - Andrzej zacisnął usta, powstrzymując się przed dodaniem czegoś. Tak bardzo chciał załatwić wszystko, co niezałatwione zanim jego czas dobiegnie końca. Czuł się coraz słabiej i obawiał się, że to już niedługo.
Dojechali do celu, pod szpital w Leśnej Górze. Oczywiście miejsce hospitalizacji Falkowicza było kwestią sporną, gdyż profesor stanowczo opierał się położeniu w swym miejscu pracy. Nie chciał być skazanym na fałszywe poklepywanie po plecach i nieszczere wyznania współczucia. Jeden ostatni raz pragnął stać się anonimowym. Ponadto (a może przede wszystkim) nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek z tamtejszego personelu mógłby oglądać go w takim stanie. Leżenie w agonii nie miało nic wspólnego z twardym wizerunkiem, jaki zdążył sobie wykreować. Bo a nóż wyzdrowieje?
Falkowicz chciał, aby zapamiętano go, jako tego niepokonanego i silnego człowieka o wielu talentach; jako mistrza chirurgii.
Adam jednak nalegał, by brat wybrał właśnie ten szpital. Wiązało to się z zaufaniem do specjalistów, jakich mieli na tamtejszym oddziale onkologicznym. Co więcej Krajewski mógł tak odwiedzać Andrzeja znacznie częściej, niż gdyby ten zdecydował się na inny szpital w centrum Warszawy, który oczywiście profesor brał pod uwagę. Ta kwestia, jak zapewne się domyślacie, była wielką bolączką naszego Falkowicza, gdyż ten najchętniej zrezygnowałby z jakichkolwiek odwiedzin. Dlaczego? O tym decydowała już jego duma.
Przed wejściem czekał na niego Piotr, którego od razu dostrzegł Falkowicz. Podszedł do niego i przywitał się uściśnięciem dłoni.
- Mój poczet powitalny? - zakpił, oglądając się za bratem, który zgubił się na chwilę w tyle.
- Chciałem przypilnować, żebyś nie uciekł. - Gawryło podał rękę nieco zasapanemu Adamowi, który trzymał w dłoni torbę podróżną brata.
- Adam cie zmieni. - skinął głową na brata, który w odpowiedzi tylko przewrócił oczyma. Andrzej nie miał najmniejszej ochoty na ckliwe rozmowy i słowa otuchy. Żenujące więc było w jego ocenie zachowanie obu mężczyzn, którzy tak zawzięcie mu towarzyszyli. Podirytowany ruszył w stronę oddziału z torbą w dłoni, którą zdążył odebrać młodszemu chirurgowi, zostawiając w tyle obu towarzyszy niedoli. Zatrzymał się przy rejestracji, gdzie młoda pielęgniarka wskazała mu numer sali, która - jak to określił w myślach - będzie miejscem jego dogorywania. Dotarł pod wskazany numer i obrzucił pomieszczenie krótkim spojrzeniem. Była to niewielka sala, utrzymana w bladoniebieskiej kolorystyce, skąpo naświetlona. Po lewej stronie, pod oknami stały dwa łóżka. Z godnością przyjął fakt, że będzie miał towarzysza, choć po cichu liczył jednak na wpływ jego znajomości i salę jednoosobową. To miał być jedyny plus jego leczenia w Leśnej Górze.
Gdy pogodził się ze świeżo wysnutymi wnioskami, przysiadł na jednym z łóżek. A stało ono dalej od drzwi, w końcu sali. Nie będzie więc napotykał ciekawskiego spojrzenia kolegi, gdy ten wchodziłby bądź wychodziłby ze sali. Taka odrobina prywatności.
Mimo wszystko szczęściarz - to było jedyne wolne łóżko. Sądząc po rozgrzebanej pościeli na tym drugim, jego sąsiad już gdzieś krzątał się po szpitalu. Zatem korzystając z wolnej chwili, sięgnął po najpotrzebniejsze rzeczy, które będą w ciągłym użytku i poukładał je ładnie w swej szafce nocnej. Na skraju pościeli położył zaś ulubioną piżamę. Zdjął buty, płaszcz i wyciągnął się wygodnie z rękoma pod głową. Założył nogę na nogę i wpatrując się w promienie księżyca, tworzące geometryczny wzór na suficie, wyczekiwał pielęgniarki, która miała mu wykonać wkłucie.

Nad ranem Kasia obudziła się na kanapie w salonie. Przysłoniła dłonią oczy, by uchronić je przed rażącym światłem słonecznym. Rozejrzała się dookoła i oprzytomniała, gdy dostrzegła, że znajduje się w obcym miejscu. Podniosła się i tupiąc bosymi stopami zajrzała do śpiącej w swoim pokoju Matyldy. Uśmiechnęła się na widok jej spokojnej twarzy. Wycofała się najdyskretniej jak potrafiła i gdy chciała zrobić krok w tył, wpadła na coś. Ze świstem nabrała powietrza w płuca i spojrzała w oczy chłopakowi z kamienną miną.
- Kiedy wróciłeś? - kobieta przeczesała kasztanowe włosy i starając się opanować bicie serca, rozpoczęła nurtujący ją temat.
- Nad ranem. Chciałem jeszcze złapać profesora Solińskiego przed odprawą. - odrzekł Adam. Widać było, że tej nocy nie zmrużył oka. Ciężkie powieki, zmarszczki w kącikach oczu i sine cienie pod nimi zdradzały jego zmęczenie.
- Mhm, a to kto? - minęła brata Andrzeja i ruszyła w stronę kuchni zaciskając w talii pasek szlafroka.
- Ordynator onkologii. - odrzekł znużony. Kasia ścisnęła mocniej słoiczek z kawą, który przed chwilą o mało nie wypadłby jej z rąk.
- Zdecydował się na chemioterapię? - naprawdę bardzo się starała, by ton jej głosu wydawał się zupełnie naturalny. Prawda była jednak taka, że wstrząsnęła nią wiadomość o chorobie Andrzeja. On też się bał, widziała to w jego oczach, czy nawet zachowaniu. Tym razem nie miał nad niczym kontroli, a to czy wyzdrowieje zależy tylko i wyłącznie od głupiego szczęścia i woli walki.
Właśnie - od woli walki. Tej jakby zabrakło temu wiecznie walecznemu mężczyźnie. Bała się, że przez to pesymistyczne nastawienie do terapii, leczenie się nie powiedzie. A przecież to podświadomość odgrywała kluczową rolę w pokonywaniu nowotworów, czyż nie? Bez niej, mogli tylko bezczynnie czekać na najgorsze. Dlatego zamierzała Andrzeja zmotywować, przypomnieć mu złote czasy profesora Falkowicza, który już nie zdobywał celi, a kolekcjonował sukcesy.
- To ryzykowne... - westchnął, sięgając po kubek ze świeżo zaparzoną kawą. - Biorąc pod uwagę jego obciążenia. Ale będziemy próbować wszystkiego. Radioterapii i chemioterapii. - upił łyk gorącego trunku, krzywiąc się, gdy poczuł piekący ból na końcu języka.
- A operacyjne wycięcie guza? - Adam pokręcił przecząco głową.
- Nie wytniemy mu całego płata płucnego. Tyle szczęścia, że to rak niedrobnokomórkowy, łagodniejsza forma. - Ten typ nowotworu dawał prawdopodobieństwo powodzenia leczenia, w przeciwieństwie do typu drobnokomórkowego, który pozwalałby jedynie na opiekę paliatywną w przypadku tak doświadczonego organizmu.
- Całe szczęście... - powtórzyła jak złą mantrę.
- Szczęście, że Gawryło zauważył problem. Jeszcze miesiąc i nie byłoby ratunku. - chłopak potarł dłonią zaspane oczy. - Jest jeszcze terapia protonowa. - dodał, patrząc przez okno i mrużąc oczy przez jasne promienie słoneczne wpadające do środka.
- Protonowa? Nie słyszałam.
- Bo to nowość. I w dodatku najbezpieczniejszy i najskuteczniejszy wariant w leczeniu nowotworów złośliwych. - kobieta otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. A więc była nadzieja.
- To dlaczego się nie cieszysz? - Adam zaśmiał się nerwowo, upijając kolejny spory łyk czarnej kawy.
- W Polsce jest tylko jeden taki ośrodek. Metoda jest w fazie eksperymentu. W dodatku opracowana na podstawie leczenia nowotworów głowy i podstawy czaszki. Jak dotąd tylko zamierzają zająć się leczeniem innych jego odmian. - zdumiona kobieta wpatrywała się w tego chłopaka małej wiary.
- Skoro jest nadzieja, to trzeba się jej chwytać. Walczyć! - pochyliła się nad stołem.
- Tak? To powiedz to Andrzejowi. Bo to chyba właśnie jemu powinno zależeć najbardziej. - zdenerwowany wstał, z rozpędu odsuwając krzesło i zniknął za ścianą prowadzącą na klatkę schodową.
Smuda została sama. Przygryzła dolną wargę zamyślona. Zastanawiała się nad nowo poznaną opcją. Postanowiła porozmawiać o tym z samym Andrzejem. Była pewna, że jeśli ten zapozna się z nową możliwością, odzyska wiarę w wyzdrowienie. Wieść o nowej terapii dodała jej nadziei, mimo że ta była bardzo trudno dostępna. Ale była! Zawsze należało chwytać się tej przysłowiowej brzytwy, jeśli tylko takowa była w zasięgu ręki.
Kobieta chwyciła więc za swój laptop, który zdążyła poprzedniego wieczoru wypakować i zostawić na ławie. Postanowiła dowiedzieć się jak najwięcej o protonoterapii i o klinikach badających tę innowacyjną metodę.

Najmłodsza latorośl naszych bohaterów zbudziła się niedługo po swojej mamie. Ucieszona z niespodziewanego powrotu mamy, postanowiła wstać czym prędzej i powitać ją filiżanką czegoś dobrego. Podekscytowana zsunęła kołdrę z kolan i wsunęła na stopy łapcie. Pociągnęła za klamkę i zaskoczona ujrzała swoją rodzicielkę przed włączonym laptopem. Podeszła do niej dyskretnie i zajrzała przez ramie.
- Pro-tono-te-rapia - odczytała na głos sylabizując. Kasia wzdrygnęła się wystraszona i czym prędzej zamknęła urządzenie.
- Matko, ale mnie wystraszyłaś. - uśmiechnęła się wymuszenie do dziewczynki, jednak widać było, że jest czymś mocno zdenerwowana.
- Co robiłaś? - mała przysiadła się tuż obok kobiety.
- Co? Ja? Em... nic. To znaczy... - dodała szybko, gdy Matylda ściągnęła brwi. - Praca, kochanie. Zbieram materiały. - dziewczynka pokiwała głową. Takie wytłumaczenie jej wystarczyło, choć nadal dziwnym dla niej było to zdenerwowanie Kasi.
- Zrobić ci coś do picia? - wstała i spojrzała na matkę wyczekująco.
- Nie, już piłam.
- To zapytam taty. - oznajmiła, po czym ruszyła biegiem po schodach, zostawiając za sobą osłupiałą Smudę. Ta pierwszy raz usłyszała, żeby jej córka tak nazwała Andrzeja. Nie sądziła, że ten mężczyzna w ogóle mógł na to pozwolić. Gdy pierwszy szok ustąpił, na policzki kobiety wystąpiły rumieńce. Krew w niej zawrzała, gdy dotarło do niej, że były kochanek ustala za jej plecami tak ważne kwestie. W głowie szykowała sobie obelgi, jakimi obrzuci tego iście niereformowalnego faceta.
- Gdzie on pojechał? - knucie zemsty przerwała jej jednak córka. Spojrzała na nią, przez chwilę zastanawiając się nad jej pytaniem, aż w końcu dotarło do niej, że nadszedł ten czas, aby Matylda poznała prawdę, choć może ubarwiona nutką (ewentualnie całym akordem) optymizmu.
- Do szpitala, kotku. - zaczęła nieco neutralnie. Matylda podeszła bliżej, przyglądając się matce podejrzliwie.
- Ma wolne. Sam mówił. - usiadła po turecku na drugim końcu kanapy, garbiąc się przy tym. Założyła łokcie na kolanach i skubała skórki przy paznokciach, w głębi przeczuwając coś niedobrego. Była w końcu dzieckiem z ogromną wyobraźnią i niesamowitą intuicją, której mógł jej pozazdrościć nie jeden dorosły. Mimo przedstawianych jej wcześniej wyjaśnień, które miały chronić ją przed zmartwieniami, Matyldzia czuła, że wszyscy coś przed nią ukrywają, coś co w jej głowie urosło do rangi tragedii. Dorośli nie zdawali sobie sprawy, że odcinając małą od jakichkolwiek informacji, dodatkowo potęgują w dziecku lęk przed nieznanym.
- Kochanie, Andrzej jest w szpitalu, bo jest chory. - dziewczynka poczuła niemiły uścisk w żołądku, a jej twarz zalała nagła fala gorąca. Sprawdziło się jedno z jej najgorszych przypuszczeń.
- Źle się poczuł? - dopytywała.
- Pewnie już długo czuł się nienajlepiej. - odparła kobieta spokojnie.
- Ale wyzdrowieje, prawda? - mała podniosła wzrok na matkę i spojrzała na nią zaszklonymi od łez oczami. Po jej zarumienionym policzku powoli spłynęła pojedyncza kropelka, a tuż za nią poleciała kolejna, ta już szybciej ześlizgnęła się po wyrobionym sobie szlaku.
- Choć tu... - kobieta wyciągnęła dłonie do zapłakanej córki, która po chwili uścisnęła ją mocno. Przywierając tak do ciała matki, łkała bezgłośnie, a jej klatka piersiowa co raz to unosiła się gwałtownie w spazmach płaczu. - Będzie dobrze. - odrzekła szczerze w to wierząc. - To najsilniejszy facet jakiego znam. Jak nie on to kto? - uśmiechnęła się, głaszcząc rozdygotaną dziewczynkę po plecach. - Zobaczysz, jeszcze cię będzie nosił na rękach... ten twój tata.








A więc nadzieja.


piątek, 19 lutego 2016

wtorek, 16 lutego 2016

Rozdział 22

Tego dnia mężczyzna czuł się trochę gorzej. Męczyły go bóle w klatce piersiowej i miał nieznaczne, choć uciążliwe kłopoty ze swobodnym oddychaniem. Złe samopoczucie przekładało się na jego zdenerwowanie, które ujawniało się na każdym kroku. Sięgnął po kolejną dawkę tabletek przeciwbólowych, choć była to już druga tabletka przed południem. Należy również zaznaczyć, że leki jakie zażywał profesor były mu przepisywane na receptę przez doktora Gawryło. A więc ich działanie było dość silne.
Rozdrażniony swoją niedyspozycją mężczyzna obawiał się o powodzenie wypadu nad jezioro, który przygotował właśnie na te popołudnie. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wolno mu było nadużywać środków przeciwbólowych. Mogłoby to doprowadzić do osłabienia kondycji jego serca.
Świadomość tego nakręcała karuzelę strachu, jaka rozhulała się w jego umyśle. Jeśli nie uśmierzy bólu, będzie zdany na potworne męki w chorobie nowotworowej i w rezultacie wyjątkowo bolesną śmierć. Z drugiej zaś strony zawał mógłby równie "skutecznie" pozbawić go życia, ale ta opcja była zdecydowanie szybsza.
Zaśmiał się żałośnie. Cóż za wybór!
W najlepszym razie umrę za tydzień. A w najgorszym jeszcze dziś. - pomyślał.
Ale nie w jego stylu było rozpaczać, czy użalać się nad sobą. Jedyne co mógł zrobić, to jeszcze powalczyć i wydrzeć od życia mały bonus w postaci kilku dni. Postanowił, że jeszcze tego dnia zadzwoni do Piotra z prośbą o podjęcie się leczenia. Musiał tylko uporządkować kilka swoich spraw, tak na wszelki wypadek, gdyby już miał nie dostać takiej szansy.
Usiadł za biurkiem, znacznie zdobniejszym od tego, które miał w Leśnogórskim szpitalu. Wyjąć kartkę papieru, jeszcze nie zapisaną - idealnie czystą. Ujął w prawą dłoń ulubiony długopis i zaczął spisywać swą ostatnią wolę.
Korygował ją jeszcze kilka razy, lecz ostateczną wersję sformułował dość szybko.
"Ja, Andrzej Falkowicz (...) oświadczam, że zostawiam mojemu bratu, Adamowi Krajewskiemu dom wraz z całym jego uposażeniem i działką, matce mojego dziecka, Katarzynie Smudzie cały mój pozostały majątek, w skład którego wchodzi (...)."
Przyjrzał się jeszcze raz tak ważnemu dokumentowi, jaki właśnie sporządził. Choć dla niego nie powinno to mieć już większego znaczenia. W prawdzie Adamowi pieniądze przydałyby się bardziej, lecz zamysł profesora był bardzo dobrze wykalkulowany.
Dom profesora Adam zawsze mógł sprzedać, ale w środku było mnóstwo publikacji i medycznych periodyków, które zdecydowanie bardziej usłużne będą lekarzowi. Kasia natomiast wychowywała jego dziecko, a Matylda wymaga nakładu pieniężnego; szczególnie później, gdy będzie chciała iść na studia. Nie byłby sobą, gdyby nie zabezpieczył przyszłości swojej małej.
Jednak w całym dokumencie dostrzegł błąd. Albo właściwie niedociągnięcie. Był też Piotr i Wiktoria - osoby, które prawdopodobnie się o niego troszczyły. Nie mógł mieć pewności, lecz należało i im podarować coś na pożegnanie. Aby nie zawahały się postawić mu znicza na grobie... - westchnął z przekąsem. Tak to były osoby, które o niego walczyły, lecz on sam nie mógł zrozumieć tego iście samarytańskiego odruchu.
Na końcu kartki skreślił pare słów, lecz po "zostawiam" zatrzymał się na chwilę. Piotr był człowiekiem honorowym; znacznie lepszym upominkiem byłaby jakaś pozycja z jego domowej biblioteki aniżeli pieniądze. Wiedział z czego przyjaciel ucieszyłby się. Zadowolony z pomysłu dokończył myśl, przelewając jej treść na papier.
Wiktorii również zapisał kilka nieujawnionych dotąd pozycji, które z resztą zostały napisane przez samego Andrzeja. Wydawały mu się nie kompletne, więc miał nad nimi jeszcze popracować. Cóż, nie będzie mu dane. Może zatem Consalida wespnie się dzięki nim na piedestał chirurgii naczyniowej?
Adam nie powinien być zazdrosny - ten już otrzymał materiałów na dwa tytuły profesorskie.
Skończywszy ostateczną wersje dokumentu, rozsiadł się wygodnie na fotelu. Uśmiechnął się pod nosem, zauważając promienie słońca wypływające zza szarych chmur. Zastanawiał się, jaka pogoda będzie na jego pogrzebie. Taka byłaby idealna na umieranie. Pochmurna, więc pewna melancholijność i smutek, ale też pojedyncze promienie słoneczne - zatem nadzieja. Kolejny raz zastanowił się nad kwestią wiary. Wierzył? Bo cholernie chciałby zobaczyć kto przyszedł go pożegnać. I rodziców, tak bardzo za nimi tęsknił. Czasami bał się, że zapomni jak wyglądają, bądź jakie mieli zwyczaje. Lecz ojca nigdy nie zapomni - codziennie widuje go w lustrze. Choć może oczy są inne, takie puste, nieszczęśliwe.
Wydawałoby się, że Andrzej odnalazł w końcu swoją radość, jaką było ojcostwo. Ale jeśli nadal był nieszczęśliwy, to czego mu brakowało? A może tej pustki już nie da się niczym zastąpić?
Usłyszał pukanie. Serce zabiło mu mocniej, kiedy zorientował się, co leży na biurku. Zdenerwowany sięgnął po ową kartkę, lecz jego spokojne ruchy tego nie zdradzały.
- Proszę - odrzekł, zakładając splecione dłonie na brzuchu. Skrzypienie oznajmiło mu o wejściu gościa. Nasłuchiwał, jak zapewne Adam zbliża się niepewnym krokiem w jego stronę. - Mam raka. - powiedział, wpatrując się w chmury za oknem jego gabinetu. Gość przystanął na chwilę, nie wydając absolutnie żadnego dźwięku. Nawet oddychać jakby zaniechał. - Dowiedziałem się dwa miesiące temu. Na wizycie kontrolnej po wypadku. - kontynuował bez zająknięcia. - Rak płuc. - dodał. Gdy chłopak nadal się nie odzywał, profesor lekko zdziwiony jego postawą postanowił sprawdzić dlaczego ten tak uporczywie milczy.

Consalida miała dziś po raz kolejny spotkać się ze swoją terapeutką. Zajrzała do notesiku, w który zapisywała wszystkie swoje dotychczasowe przemyślenia. Nie miała ich zbyt wiele i nie były one nawet spisywane systematycznie. Pochodziła raczej do tego zadania z przymrożeniem oka. Nadrabiała wpisy z kilku dni, chcąc nadać im jak najbardziej beztroski ton. Bardzo się starała, aby nie można z nich było wyczytać ani odrobiny żalu. Kobieta była przekonana, że sama jest w stanie zwalczyć swoje lęki. Myślała, że to tylko kwestia czasu. Zawsze się podnosiła, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Wrzuciła do torebki zeszyt i narzuciła na plecy swój płaszcz.
- Już wychodzisz? - odwróciła się wystraszona w stronę Adama. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wiedział co kobieta chowa, lecz to było przecież nie możliwe.
- Tak, właśnie skończyłam dyżur. - wyjęła włosy zza materiału i zarzuciła je do tyłu.
- Fajnie. - podszedł bliżej, nerwowo stukając palcami po biurku.
- Adaś, jeśli czegoś chcesz to mów od razu. Trochę się spieszę. - ten niepewnie spojrzał na nią. Wiktoria zaniepokoiła się trochę jego poważnym wyrazem twarzy. Nie często go takiego ostatnio widywała. - Problemy w związku?
- Jakim związku? - odparł lekko zbity z tropu.
- No jak jej tam było... Alicja? - przełożyła gustowną torebkę do drugiej ręki.
- Alicja? To tylko znajoma. - Wiki prychnęła wyraźnie podirytowana, jak jej się wydawało, kłamstwami kolegi. - Posłuchaj, nie chciałem się kłócić.
- No to co? Jak już mówiłam bardzo się spieszę...
- Dobra, już. - uniósł ręce w geście obronnym - Chciałem tylko zapytać co u ciebie.
- Doskonale. - rzuciła ze sztucznym uśmiechem i minęła chłopaka, ruszając w stronę drzwi.
- Czy ty nie możesz tak normalnie? Pogadać? Wiesz, ludzie czasem mają większe problemy. - wyrzucił z siebie zdenerwowany.
- Skąd ty możesz wiedzieć, jakie ja mam problemy? - syknęła, zbliżając się do chłopaka.
- No właśnie. - odrzekł niemal szeptem. - Skąd? - Wiktoria popatrzyła na niego z szeroko otwartymi oczyma. Odczytała to, co miał na myśli przyjaciel. I miał racje. Lecz dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że od dłuższego czasu z nikim nie rozmawiała. Nikomu nie zwierzała się, a tak bardzo tego potrzebowała.
- Wiki porozmawiaj ze mną. Jak za starych dobrych czasów. - odparł spokojniej.
- Masz rację. Musimy pogadać. - odezwała się speszona swym wcześniejszym wybuchem - Opowiesz mi jakie to ty masz problemy. - zaśmiała się w ten swój subtelny sposób. Adam odetchnął z ulgą widząc, że dziewczyna uspokoiła się nieco.
- Tym razem to od ciebie zaczniemy. - odparł, mając w myślach swoje strapienie. Sam nie wiedział jak miałby zacząć swoje wyznanie. Wolał więc poczekać i w międzyczasie zebrać myśli.
Adam podwiózł przyjaciółkę pod wskazany adres. Zdziwił się, gdy dostrzegł szyld przed budynkiem, lecz nie skomentował tego. To mogła być przecież konsultacja. I choć protestowała to zaczekał na nią pod budynkiem w swym aucie. Ten czas spędzony na czekaniu dobrze mu zrobił.
    Rudowłosa kobieta natomiast siedziała teraz naprzeciw blond terapeutki. Po raz kolejny zirytowała Wiktorię swoim nienagannym wyglądem. Włosy zawinięte w jedną lekką falę, nawilżone dłonie ułożone na gładkich kolanach... Drogi ideał.
- Zatem, pani Wiktorio. Rozpocznijmy od pani wpisów. - wyciągnęła długą dłoń w stronę rudowłosej lekarki. Ta natomiast zawahała się, czy aby powinna dawać owy notatnik pod ocenę. Mimowolnie ścisnęła przedmiot i uśmiechnęła się przepraszająco do blondynki.
- To chyba nie będzie miało sensu. - odważyła się powiedzieć na jednym tchu.
- Nie rozumiem? - Terapeutka cofnęła więc rękę i przekręciła głowę na bok.
Consalida stanęła przed wyborem. Mogła stawić czoło swoim problemom, albo udawać, że nic ją nie gnębi. Pierwszy raz podziękowała w duchu swojemu tajemniczemu przyjacielowi, który pierwszy dostrzegł w niej strapienie i wyciągnął do niej pomocną dłoń. Umówił ją do swej przyjaciółki, którą była właśnie ta terapeutka. Choć Wiktoria długo się upierała, że nie potrzebuje wsparcia. Może i tak było, lecz jako lekarz powinna czym prędzej uporać się z emocjonalnymi rozterkami, by szybko wrócić do zawodowej sprawności. Wszak chłodne podejście do sprawy było w medycynie niezbędne.
- Skłamałam tam trochę. - odchrząknęła, usprawiedliwiając tym swój cichy głos. Tkwiąc w niezręcznej dla Wiktorii ciszy, kobieta czuła się niemal zmuszona do wyjaśnień. - Nie czuję się dobrze z myślą, że go zostawiłam. Mogłam walczyć o nasze małżeństwo i o poprawę naszych relacji, ale tego nie zrobiłam. - zatrzymała się na chwilę przywołując w pamięci jakąś bolesną chwilę. - Wierzę, że mogłam go zmienić. W końcu mnie kochał i zrozumiałby, że wyrządza mi krzywdę. - skrzywiła się na wspomnienie jednej z awantur, podczas której to Tomasz uderzył ją w twarz. - Zawsze przepraszał. - katowała się wyjaśnieniami. W jej oczach pojawiły się łzy, choć tak walczyła ze sobą, by nie ulegać głupim emocjom. Ale te cholerne łzy właśnie spływały po jej policzku.
- Niech to szlag. - czym prędzej wytarła mokre policzki.
- Och... - odezwała się terapeutka. Rudowłosa kobieta spojrzała zaskoczona na panią doktor, która przypatrywała się jej spod podniesionych brwi (swoją drogą miały bardzo ładny kształt). Perfekcjonistka, psia mać...
- Och? Tylko tyle? Przyznaję się do kłamstwa, opowiadam historie swojego pieprzonego małżeństwa, a pani ma mi tylko tyle do powiedzenia? Och?
- Po prostu nie sądziłam, że tak szybko dojdziesz do tego etapu. - przyznała szczerze blondynka.
- Wiedziała pani? - zdezorientowana Consalida zamrugała powiekami. Czyżby Andrzej powiedział znajomej o jej problemach? Ale skąd, przecież profesor nie znał szczegółów.
- Wiktorio... - terapeutka uśmiechnęła się czule, bądź z pożałowaniem - jeszcze nie rozgryzła tej kobiety. - Jestem cenionym w swej dziedzinie specjalistą. Pewne rzeczy były dla mnie oczywiste.
- Nic nie rozumiem. - rudowłosa pokręciła głową, próbując poukładać sobie w głowie fakty.
- Sukces terapii polegał na tym, abyś to ty sama przyznała się do swoich lęków. - tłumaczyła cierpliwie.
- Czuje się jak idiotka. - westchnęła zrezygnowana.
- Widzisz? Już mówisz o swoich uczuciach. - blondynka uniosła jedną brew, uśmiechając się do pacjentki przyjaźnie. Consalida odetchnęła głęboko i kontynuowała rozmowę z kobietą naprzeciwko niej, cały czas nieświadomie ściskając w rękach zeszyt, który miała ochotę wyrzucić przez okno.

Zaniemówił, gdy ujrzał kto pojawił się w jego gabinecie.
- Widzę, przyjechałam w samą porę. - odrzekła brunetka, starając się by jej głos, mimo właśnie usłyszanej rewelacji, brzmiał jak najbardziej naturalnie. Andrzej w swym dżentelmeńskim odruchu wstał z wcześniej zajmowanego fotela. Zapiął ruchem dłoni guzik w marynarce i przyjrzał się wyczekującej wyjaśnień Kasi. Nie potrafił powiedzieć niczego sensownego, co wyjaśniłoby jego niefortunne wyznanie.
- Mogłem się domyśleć, że będziesz chciała mnie sprawdzić. - odrzekł przestępując z nogi na nogę. W głębi ducha miał nadzieje, że wywoła tym zmianę tematu, na taki w którym miał szansę wygrać potyczkę słowną.
- Nie mogłam się dodzwonić. Chciałam cię uprzedzić, przepraszam. - odparła lekko skołowana tym, co usłyszała. Falkowicz jednak uśmiechnął się nieco spięty i zaprosił gościa do salonu.
Mężczyzna usiadł tyłem do białego pianina, kobieta zaś zajęła miejsce przy stole w jadalni. Byli wystarczająco daleko siebie, by prowadzić swobodną rozmowę i wystarczająco blisko, by czuć się przy tym niezręcznie. Falkowicz przeklinał w myśli swoją nieuwagę, przez którą Kasia dowiedziała się o jego chorobie. Ta kobieta była jedyną osobą, której za nic w świecie nie chciałby zdradzać tego sekretu. Ostatnie czego od niej chciał to właśnie litość i współczucie, a właśnie to teraz dostrzegał w jej spojrzeniu obok zmieszania.
- Matylda jeszcze śpi. Wczoraj obserwowała niebo do późna. - zirytował się trochę, gdy usłyszał swój głos, gdyż zabrzmiał on jakby się tłumaczył.
- Tak wiem, zajrzałam do niej wcześniej. - kobieta zebrała się na odwagę i spojrzała byłemu kochankowi w oczy. Czekała na słowo wyjaśnienia. Może i ich romans trwał wieki temu, ale chyba połączyło tych dwoje zbyt wiele, by teraz byli wobec siebie tak obojętni.
- Powiesz coś wreszcie? - mężczyzna uniósł pytająco brwi.
- Ja? Tobie? - odrzekł zdumiony były kochanek. - Ty i tak już postanowiłaś. - wzruszył obojętnie ramionami i obrócił się w stronę pianina, tyłem do kobiety.
- A co to za różnica? Jeśli nie ja, to ty sam ją sobie odbierzesz. Z tym, że ja wolałabym, by Matylda miała ojca. - podeszła do Andrzeja i oparła się biodrem o bok instrumentu.
Kasia przyglądała się temu mężczyźnie, który siedział tuż obok. Zawsze silny i niesłychanie pewny siebie stanął nad przepaścią, a co najgorsze - zapewne chciał w nią skoczyć. Teraz chodził na jej skraju i uśmiechał się do kobiety, kiedy ona wołała, by się opamiętał.
Potem wyobraźnia ustąpiła wspomnieniom i teraz to one ułożyły się w wywołujący skrajne emocje seans. W krótkiej chwili przywołała w pamięci kilka momentów z przeszłości.
Miała przed oczami moment, kiedy ujrzała go po raz pierwszy. A było to w uczelnianej bibliotece. Od razu jej się spodobał. W oczach miał to coś, co sprawiło, że zapragnęła go bliżej poznać. Potem już tylko zyskiwał. Niesłychanie szarmancki i inteligentny - tym jej zaimponował. Pamiętała ich wspólne spacery i wieczory przy książkach. O tym, że jest profesorem oczywiście jej powiedział. Było to kolejnym zaskoczeniem, bo mężczyzna był wtedy zaledwie jedenaście lat starszy od niej. Sprawy skomplikowały się dopiero wtedy, kiedy został jej wykładowcą. Miała zamiar zerwać z nim znajomość, ale on się temu stanowczo sprzeciwił. Tak, to była ich pierwsza poważna kłótnia. Ale stali się tak ślepo w siebie zapatrzeni, że niemal natychmiast się pogodzili.
Gdy wyjechał wszystko się skończyło. Ona przez przypadek dowiedziała się, że profesor ma żonę i najpewniej miał ją jeszcze podczas trwania ich romansu, on natomiast zmęczony udawaniem zakochanego w swej małżonce, pisał jeszcze listy do jego Kasi, lecz ta już się nie odezwała. Utwierdził się wtedy w przekonaniu, że owa kochanka nigdy niczego do niego nie czuła. Ba! Może nawet oszukała go i wcale nie była taka niewinna? Może pociągał ją tylko jego tytuł profesorski?
Jak wiele różnych wspomnień zachowało się w głowach obojga kochanków. Każde miało w swoim sercu zadrę, która tak tkwiła po dziś dzień. Może jeśli nie kilka niedomówień, niedokończonych rozmów, może dziś rzucili by się sobie w ramiona?
- Sądziłem, że masz już kandydata na jej ojca. - odrzekł, układając dłonie na klawiszach.
- Chodzi ci o Janka? - kobieta nie musiała jednak pytać. - Janek to przyjaciel, który z resztą poszedł w swoją stronę. - Falkowicz uniósł dyskretnie jedną brew, przyglądając się swym palcom, które powoli wygrywały rytm.
- Nie wyszło. - zakpił niby to z nieudanej melodii.
- Miło znów słyszeć zazdrość w twoim głosie. - ona również nie mogła się nie uśmiechnąć.
- To nie zazdrość moja droga, to Bach, Jan Sebastian. - dodał, wyjaśniając. Pokiwała głową i przysiadła się obok, gdy ten nieco zsunął się, by zrobić swej towarzyszce miejsce. Bez słowa ułożyła dłonie na białych klawiszach i odczekała na odpowiedni moment, który wskazał jej mężczyzna. Znała ten utwór na pamięć, mimo tylu lat nadal miała go w głowie. Andrzej uśmiechnął się pod nosem, kiedy zdał sobie sprawę, jak wiele oboje jeszcze pamiętają. Znów grają swój ulubiony utwór jak za starych dobrych czasów, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
- Pamiętałaś.
- Za to ty się pomyliłeś. - wtrąciła rozbawiona, lecz gdy poczuła dziwne ukłucie w podbrzuszu, spoważniała nieco. Bała się, że znów mogłaby coś poczuć do tego człowieka, a on po raz kolejny skrzywdziłby ją. Miała podejść do wszystkiego z dystansem, na chłodno, lecz nie przewidziała jak silne jest ich stare uczucie.
- Andrzej... mam nadzieje, że się leczysz. - odrzekła niepewnie, obawiając się jego zdenerwowania.
- Oczywiście. - nawet się nie zająknął. Przecież miał taki zamiar. Kasia jednak znała go bardziej niż mogło mu się wydawać.
- Mam nadzieje. Matylda cię potrzebuje. - przez moment ich spojrzenia się spotkały. On nawet miał ochotę coś powiedzieć, jednak nie zdobył się na odwagę. Andrzej zastanawiał się, czy rzeczywiście dobrze określił swoje priorytety, czy tak naprawdę wszystko to robił dla dziewczynki? Czy rzeczywiście wzbudził się w nim jakiś nagły instynkt ojcowski? Co było takiego w tej niewątpliwie wyjątkowej małej szatynce, która tak wywróciła jego życie do góry nogami? Dlaczego nie oddał jej, gdy dowiedział się, że nie jest jej biologicznym ojcem? Czy to możliwe, aby wszystko to robił tylko i wyłącznie ze względu na byłą kochankę?
- Podejmę leczenie, tylko obiecaj mi jedno. - obrócił się odrobinę w jej stronę tak, że ich kolana stykała się teraz. - Nie lituj się nade mną. - Kasia widząc jego poważną twarz, uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową.
- Mamo? - Smuda wychyliła się zza pleców Falkowicza i ujrzała zaspaną córkę. Podniosła się wiec i podeszła się z nią uściskać.
- Litość to ostatnie, czego od ciebie chce. - odrzekł już do siebie, kiedy został sam w wielkim pomieszczeniu.










czwartek, 11 lutego 2016

Rozdział 21



- Matyldziu nie wierć się proszę. - Falkowicz przyjrzał się misternemu warkoczowi, jaki zdążył upleść na głowie dziewczynki. Niezadowolony z efektu zacisnął usta i westchnął z rechotem.
- No przecież był idealny. - Adam co chwilę zerkał na dzieło Andrzeja, cały czas podśmiewając się pod nosem ze zdolności brata. Po cichu jednak podziwiał nowo odkryte zdolności mężczyzny, gdyż sam nigdy nie potrafiłby uczesać choćby kucyka, a był przecież chirurgiem; jego zdolności manualne powinny być również zauważalne poza salą operacyjną. Pech jednak chciał, że biednemu Krajewskiemu poskąpiono pewnych talentów.
- Już? - mała strasznie się niecierpliwiła. Chciała jak najszybciej dotrzeć na miejsce, do ZOO, które było pierwsze na liście dzisiejszych atrakcji, jakie przygotował dla niej Andrzej.
- Matylda jesteś pewna, że masz jeszcze włosy? - zaśmiał się Adam, drapiąc się przy tym po nosie.
- Proszę. - dziewczynka wybadała dłonią idealnie splecione włosy i zadowolona pobiegła do swojego pokoju.
- Wzorowo. - ciągnął Krajewski. - Powiem ci, że zaczynam się czuć zazdrosny.
- Masz za mało włosów. - Andrzej sięgnął za puszkę z kawą, lecz po chwili odłożył ją i sięgnął po słoiczek z sypaną czarną herbatą. Odkrył, że ten rodzaj paskudztwa jest zdecydowanie bardziej znośny. Wspomnienie zielonego trunku do tej pory wywołuje u niego gorycz w ustach.
- Spędzasz z nią mnóstwo czasu. Zabierzecie mnie chociaż do tego ZOO?
- Nie martw się, pozdrowimy od ciebie przyjaciół. Chociaż... małpki będą niepocieszone. - Falkowicz westchnął teatralnie i wrócił do krojenia w plasterki ogórków na kanapki. Tutaj po raz kolejny chirurg mógł się wykazać niezwykłą precyzją. Każdy kawałeczek zielonego warzywa był tych samych wymiarów, idealny co do milimetra. Aż trudno uwierzyć, że robił to zupełnie bezwiednie.
Adam zapatrzył się przez chwilę na zapełniający się pojemnik z prowiantem na wycieczkę. Jego uśmiech powoli łagodniał, aż w końcu ustąpił miejsce zmartwieniu, teraz tak wyraźnie malującemu się na twarzy chłopaka. Nie chciał się narzucać, by nie dać po sobie znać, jak bardzo chciałby być razem z nimi. Lecz wcale nie z zazdrości, był przecież dużym chłopcem. Najzwyczajniej w świecie się martwił. Bał się o brata, mimo że kolejny atak nie miał prawa się już zdarzyć, jeśli Falkowicz rzeczywiście nie zażywał więcej tabletek pobudzających pracę serca. Tak też z resztą było, lecz pozostawał dziwny niepokój. Przecież wszystko działo się jeszcze wczorajszego poranka. Mężczyzna powinien o siebie dbać, oszczędzać siły. Lawina czarnych myśli spłynęła w umyśle młodszego chirurga, porywając po drodze wszystkie optymistyczne wizje i niszcząc je tak szybko, jak się zrodziły. Przestraszony obrazem nieprzytomnego brata natychmiast potrząsnął głową i gdy tylko ujrzał w zasięgu wzroku Matyldę, postanowił próbować dalej.
- Młoda! - krzyknął trochę za głośno w stronę dziewczynki, która pojawiła się w salonie.
- Nie mów tak do mnie. - Odrzekła spod przymkniętych powiek, przechodząc obok.
- Nie zabierzecie mnie ze sobą... kobietko? - dodał po chwili, rozkładając ręce i patrząc na dziewczynkę pytająco. Matylda usiadła przy stole, posyłając wujkowi pełne politowania spojrzenie. Zabrała tyle kanapek, ile zdołała zmieścić do swego plecaka, po czym zasunęła zgrabnym ruchem zamek. Uśmiechnęła się na widok idealnie dopasowanych ząbków suwaka. Niestety w poprzednim plecaku bez przerwy coś się nie domykało, albo roztwierało.
Kiedy pewnego dnia dziewczynka wyszła ze szkoły cała zapłakana, Falkowicz czym prędzej postanowił dowiedzieć się od swojej pociechy, co było powodem jej zmartwienia. Zdezorientowany kilka razy sprawdził, czy aby na pewno nie spóźnił się ją odebrać, lecz po dość lakonicznych wyjaśnieniach okazało się, że mała zgubiła piórnik i telefon, który w nim trzymała, właśnie przez roztwarty zamek w plecaku. Szczerze przejęty płaczem dziewczynki Andrzej, postanowił od razu udać się do centrum handlowego w poszukiwaniu najlepszego modelu plecaka, piórnika oraz oczywiście telefonu. Matyldzia miała oczywiście wolną rękę, choć profesor nalegał, by zastanowiła się nad wyborem najdroższych produktów. Ostatecznie osiągnęli kompromis, który polegał na tym, że nowy telefon nie kosztował majątku, a to z obawy (ze strony Matyldy naturalnie) przed ponownym zaginięciem. Tornister i piórnik - tutaj profesor mógł wykazać się swoimi... zerami na koncie. Jeden i drugi artykuł musiał być koniecznie markowy, wytrzymały i przede wszystkim lekki, gdyż mała nie powinna nabawić się przez nie skoliozy. Mogła ona jedynie wybrać ich model i kolor. Ot taki przyjemny układ.
Lecz wracając do sytuacji środowego poranka...
Matylda zwróciła swe oczy na Adama i z obojętnym wyrazem twarzy wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz. Zapytaj taty. - złapała plecak i ruszyła do salonu, by zostawić pełną już torbę przed wyjściem z mieszkania.
- Taty... - powtórzył Adam wyraźnie coś sugerując bratu, na którego patrzył teraz wyczekując wyjaśnień.
- Taty. - powtórzył sam zainteresowany, wzruszając ramionami beznamiętnie, choć w kącikach jego ust błagał się dumny uśmieszek.

Jan wpatrywał się jak otępiały w kobietę, która właśnie mu oznajmiła, że zamierza wracać do Polski. Powiedzieć, że był zaskoczony to lekkie nieporozumienie. Planował zbliżyć się do niej i poświęcić jej resztę swojego czasu. Planował z nią wspólną przyszłość. A teraz kiedy miał jej oznajmić, że znalazł pracę ona chciała wszystko popsuć.
- To nie fair. - odrzekł zdenerwowany.
- Na nic się nie umawialiśmy. Nie prosiłam cię, żebyś za mną jechał. - wzruszyła ramionami, pośpiesznie chowając ubrania do walizki.
- Poświęciłem wszystko, co miałem w Polsce, żeby z tobą być.
- Niczego ci nie obiecywałam. - Kasia próbowała dopiąć pękatą torbę, dociskając ją kolanem.
- Nie rozumiesz, że jestem już po wstępnych rozmowach!? - rzucił podirytowany
- To zostań. Wcale cię nie ciągnę ze sobą. To ty się mnie uczepiłeś. - odetchnęła z ulgą, kiedy udało się jej zapiąć zamek.
- A może to chodzi o tego Andrzejka, co? Zadzwonił i teraz jedziesz, bo nie może sobie dać rady z Matyldą, hm? - podszedł bliżej, zaciskając szczęki ze złości. - Powiedz, to o niego chodzi!
- Bredzisz. - rzuciła, co raz to zerkając na torbę, która wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć. Minęła więc czerwonego ze złości Jana i otworzyła szafę w poszukiwaniu kolejnej walizki.
- Facet się tobą bawi, a ty tego nie widzisz. - ciągnął rehabilitant. - Naiwna jesteś i głupia, że tak za nim biegasz.
- A kim ty jesteś, żeby mnie oceniać? - Kasia odwróciła wzrok w stronę mężczyzny. Dotąd pochylona, teraz ze złością wpatrywała się w przyjaciela. Podniosła się z kolan i przybliżyła o krok do niego. - Zrobił dla mnie więcej, niż ktokolwiek inny. Nawet jeśli miał w tym jakiś cholerny interes, to będę mu za to wdzięczna dopóki żyję. I żaden pieprzony gówniarz tego nie zmieni. - syknęła wściekła.
- Gówniarz? Wczoraj śpiewałaś co innego. - na policzku chłopaka pojawił się niemal purpurowy ślad po uderzeniu.
- Trzeźwa widzę wyraźniej. - skwitowała w półszepcie, po czym wyrzuciła mężczyznę z mieszkania.
Czuła się zagubiona. Zaufała temu chłopakowi i nawet zastanawiała się, czy mogłaby z nim wiązać swoją przyszłość. Dlaczego tak zabolały ją słowa Jana? Może miał rację? Jest naiwna i daje sobą manipulować? Może sama manipulowała tym chłopakiem? Dlaczego pozwoliła mu rzucić całe swoje życie w ojczyźnie?
Sfrustrowana własnymi wnioskami opadła z sił na kanapę i zakryła dłońmi zapłakane oczy. Miała świadomość, że utknęła i nie potrafiła iść dalej. Zawodowo była zrujnowana, bo istniała jakaś bariera psychiczna, której nie potrafiła przeskoczyć. Zdawała sobie sprawę, że powinna dawać z siebie więcej, ale nie mogła. Irytujące było to, że przed wypadkiem należała do najlepszych w branży i żadne granice nie stanowiły dla niej problemu.
W jej życiu prywatnym istniała tylko Matylda. To jej poświęcała całą swoją uwagę i stracone siły. Wszystko co robiła, dedykowała szęściu swojej córeczki. Tu z kolei frustrowało ją, że na każdym kroku udowadniała sobie, iż to wciąż za mało. Zawsze mogła być ta minuta więcej z nią spędzona, jedna rozmowa więcej przeprowadzona, kilka uśmiechów więcej w jej stronę, jeden ojciec na resztę życia...
Tak, ojciec dla jej słoneczka i miłość dla niej samej. Jak każda kobieta chciała kochać, mieć kogoś zaufanego u boku, być szczęśliwą. Bo pod tym względem stanęła pod ścianą. Nie wiedziała, czy cokolwiek jeszcze należy się od życia takiej nieszczęśnicy, jak ona.

Chodzili całą trójką po chodnikach warszawskiego ZOO. Co chwilę zatrzymywali się przy zagrodach tych największych maskotek placówki. Dziewczynka była podekscytowana nowymi nabytkami - między innymi lwem Franciszkiem i jego partnerką Adą. Nie mogła się nadziwić, jak wiele się zmieniło od jej ostatniego pobytu tam z Andrzejem. Zaciekawiona czytała (nawet po kilkanaście minut) tabliczki informacyjne.
- Wiesz, że tego przywieźli prosto z Australii? - pokazała na osamotnionego w swej zagrodzie kangura.
- To ich naturalne pochodzenie, Matyldziu. - Tłumaczył cierpliwie profesor. Wiele radości sprawiało mężczyźnie oglądanie zachwyconej dziewczynki, która z zapartym tchem przyswajała kolejne zoologiczne ciekawostki. Mała naprawdę kochała czerpać wiedzę.
Adam jedynie jakby udawał zainteresowanie. Niby dotrzymywał tempa, ale wciąż był o pół kroku za profesorem. Zamyślony ślepo krążył za towarzyszami i rozmyślał o czymś zacięcie. Czasem, choć pewnie tylko z grzeczności, zapytał o cel dalszej wędrówki. Może tylko dla pozoru, lecz jedynie on sam znał powód swej zadumy.
- Matylda! - krzyknął profesor, kiedy ta oddaliła się zdecydowanie za bardzo. - Wracaj! - dodał. Dziewczynka po chwili posłusznie wykonała polecenie ojca. Spojrzała na niego niewinnie, gotowa zaraz przepraszać, lecz temu ani w głowie było ganić małą.
- Idziemy coś zjeść, a potem do kina. Nie możemy spóźnić się na seans. Tylko nie biegaj, proszę cię, bo się zgrzejesz. - poinformował najmłodszą towarzyszkę, która po chwili pędziła już do pobliskiej kawiarni, tuż przy bramie obiektu. - Sama energia. - westchnął straszy chirurg, z tęsknotą patrząc na oddalającą się córkę.
- Andrzej? - targany wątpliwościami chłopak postanowił przełamać się w końcu.
- Tak? - odrzekł beztrosko sam zainteresowany, kontynuując spacer w stronę kawiarni.
- Możesz mi coś wytłumaczyć? - Adam zagrodził bratu drogę i spojrzał na niego spod przymrużonych oczu.
- A czego nie rozumiesz, mój ty bracie? - Falkowicz zatrzymał się, spoglądając w niebo i łapiąc powiew świeżego powierza, który przyszedł z pojedynczym podmuchem wiatru.
 - Na przykład tego, skąd się u ciebie wzięła ulotka hospicjum? - chłopak przestąpił z nogi na nogę, przenosząc tak swój ciężar ciała na drugą kończynę. Falkowicz znieruchomiał na moment. Dziwna cisza nastała między nimi - tak absorbująca, że aż nie do zniesienia. Ojciec Matyldzi założył zaciśnięte dłonie za siebie. Przypatrywał się napiętej minie Adama. Mężczyzna zacisnął usta, walcząc z chęcią odezwania się. Właściwie co miał powiedzieć, skoro stało się jasnym, że umiera? Jedyne czego teraz chciałby uniknąć, to wyjaśnianie oczywistego.
- Nie psuj tak pięknego dnia. - odrzekł w końcu, wywołując tymi słowami wyraz goryczy u brata. Falkowicz odwrócił się tym razem w stronę słońca, by złapać odrobinę ciepła dla bladej twarzy.
- Andrzej... - zawołał za bratem groźnie, lecz przerażenie nadało nieco żałosny ton jego głosowi. Oddalający się profesor jednak nie reagował na krzyk brata. Może dlatego, aby naprawdę nie psuć sobie tak szczególnego dnia? A może po prostu, aby w końcu usiąść i odpocząć, gdyż zdenerwowanie jakie zaczynał odczuwać, dawało o sobie znać.

Był już wieczór, kiedy wrócili ze swej całodziennej wyprawy. Wszyscy zmęczeni, ale w dobrych humorach (przynajmniej większość z nich) dotarli do domu profesora Falkowicza. Dziewczynka całą drogę powrotną recenzowała obejrzaną w kinie ekranizację "Małego księcia". Zachwycona cytowała mądrości zaczerpnięte z filmu, które wydawały jej się wyjątkowo trafne. Andrzej cierpliwie słuchał jej wywodu, ale też rzucał własne spostrzeżenia, co tylko nakręcało rezolutną dziewczynkę.
- Ja też lubię zachody słońca - westchnęła, siedząc po turecku na podłodze przed tarasowym oknem. Rozmarzona i zamyślona, mając jeszcze przed oczami ujęcia z obejrzanego filmu, obserwowała jak ziemia pochłania pomarańczową łunę nad chowającym się słońcem. Andrzej przyzwyczajony do zachowań dziewczynki podszedł do niej i podał jej cienką poduszkę. Ta bez słowa podniosła się lekko i usiadła na niej.
- Podobno w przyszłym tygodniu będzie można obejrzeć całe pięć planet układu słonecznego. I to tylko za pomocą lornetki. - uniósł brwi, przekazując jej tę niecodzienną informację. Lecz mała tylko posmutniała. Zaskoczony zmarszczył brwi i kucnął przed nią. - Matyldziu?
- No bo wtedy będę już w Ameryce. - dotąd rozmarzona, teraz nieco sposępniała. Andrzej nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. - Tato?
- Tak, Matyldziu? - opuścił jedno kolano na drewniane panele. Lewe kolano trochę zdrętwiało, a poza tym tak łatwiej było mu utrzymać równowagę.
- Mogę tu u ciebie jeszcze trochę zostać?
- Na razie nigdzie się nie wybierasz. - uśmiechnął się czule.
- Ale potem. No wiesz, jak mama przyjedzie. Może mogłabym tak zostać... z tydzień dłużej? - mężczyzna zaczerpnął powietrza i wstrzymał je na moment. Skonsternowany przygryzł skórkę dolnej wargi i wodził po błękitnych oczach dziewczynki.
- Chciałbym. - odrzekł, ze świstem wypuszczając powietrze. Przygnębiony zgarbił się nieco i spuścił wzrok na drewnianą podłogę. Nagle jej delikatny wzór wydał się mu bardzo interesujący. Wodził wzrokiem po delikatnych rysach słoi drewna i krawędziach desek, choć nadal trudno dostrzegalnych.
- Mama się zgodzi. To jak? - spojrzała na niego tymi hipnotyzującymi oczyma, a w nich jak w szklankach odbijało się zgnębione oblicze ojca.
- Porozmawiam z nią. - odrzekł, zaciskając dolną wargę. - Ale teraz idź już spać. - chciałby, żeby to zgoda Kasi była jedyną przeszkodą miedzy nim, a Matyldą.
Bał się, jak ognia się bał następnego tygodnia. Nie wiedział co z nim będzie, w końcu nie leczył się, dla nich zaryzykował... dla niej. Tydzień zwłoki to i tak wiele dla jego doświadczonego przez choroby organizmu. Czy mógł postawić na jedną kartę jeszcze więcej?
Tak bardzo chciał żyć. W końcu miał dla kogo. Czasami gdy ponosiła go fantazja, oczyma wyobraźni widział kobietę i dziecko - oboje dla niego tak ważni - do których wracał do domu, z którymi podróżował, którym opowiadał...
Bajki. Czy miał w nie wierzyć? Mógł? Bo nie potrafił. Lekarz to twardy realista. A okrutne fakty mówiły same za siebie - rak płuc to najczęstsza przyczyna zgonów w dzisiejszych czasach.
Starał się, ale nadal nie mógł się z tym pogodzić.

Gdy światła w domu pogasły, a cisza jaka w nim nastała oznajmiała wszem i wobec, że wszyscy jego mieszkańcu udali się na spoczynek, jeden z domowników ukradkiem przemieszczał się korytarzem do pokoju profesora. Tupiąc bosymi stopami po panelach (zostawiając na nich przy okazji paskudne plamy) osobnik zbliżył się do ciężkich drzwi. Pociągnął za mosiężną klamkę i wychylił się zza prawdziwego (a nie jakiejś wiórowej podróbki) drewna.
Chłopak zawiesił wzrok na Andrzeju. Kołdra nad nim unosiła się miarowo pod wpływem ruchów klatki piersiowej owego mężczyzny. Zapewne spał. Adam przeanalizował wszystkie za i przeciw w ekspresowym tempie i postanowił wejść do wcześniej wspomnianego pomieszczenia. Chciał porozmawiać z bratem, lecz obserwowanie jego spokojnego snu również by go uspokoiło.
Młodszy Baran podszedł na palcach ciut bliżej, a zdradzić ten ruch mógł jedynie odgłos odrywanej od podłogi skóry jego stóp. Złapał dłonią jedyny fotel, który stał na przeciwko łóżka, lecz nieco z ukosa, tak że chłopak mógł widzieć zwróconą do okna bladą (zapewne przez białe światło księżyca) twarz.
Patrzył tak na jego oblicze spod ściągniętych brwi i lekko pochylonej w dół głowy.
- Wiem, że nie śpisz. - odezwał się zachrypniętym głosem, gdy cisza w pokoju stała się zbyt nienaturalna. Obudził się. Mężczyzna na łóżku jednak ani drgnął. Wciąż miał ten sam znieruchomiały wyraz twarzy i pochyloną na skraju poduszki głowę.
- Znowu masz jakieś problemy ze zdrowiem. - kontynuował swój monolog. Starszy chirurg oddychał miarowo, a ciało nadal jakby zastygło w nienaturalnym bezruchu. Lecz Krajewski miał niemal pewność, że ten go słucha. - Musisz być taki uparty, nie? Wiecznie uparty... - westchnął, przesuwając piętą tuż nad powierzchnią włochatego dywaniku. - Nie zostaniesz z tym sam, rozumiesz? Bo od tego jest rodzina. Żeby wspierać. - przechylił głowę na zagłówek fotela, rozmyślając nad czymś głęboko. - Znajdziemy jakieś rozwiązanie. Poszukamy lekarzy, może za granicą. Będziemy walczyć. Słyszysz? - uniósł głowę, by spojrzeć na posągową twarz Andrzeja. - Jasne, że słyszysz. - wrócił do poprzedniej pozycji. - I nie pójdziesz do żadnego hospicjum. - chłopak zmarszczył brwi, gdy przez chwilę klatka piersiowa brata wydawała się nie ruszać. Tylko mu się wydawało. Ignorując szybsze bicie serca, po raz kolejny położył głowę na wezgłowiu. - Zajmę się tobą. - ucichł na chwilę. Zamyślony patrzył w sufit, gdy przez jego twarz przemknął grymas uśmiechu. Rozbawiony jakąś myślą, zaśmiał się niedyskretnie i spojrzał po raz kolejny na wiernego rozmówce. - Tylko zakręć się przy Kaśce, bo sam z tobą nie wytrzymam. - mimo, że Andrzej starał się jak mógł, by zachowywać się naturalnie, jak przystało na człowieka pogrążonego we śnie i był przekonany, że doskonale mu to wychodzi, to jego uszu dobiegł jeszcze głośniejszy śmiech Adama. - Wiedziałem, że udajesz.




Ciąg dalszy nastąpi niebawem...









Informacja

Dzisiaj!

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 20




   Serce tłoczyło krew z całej siły, zaciskając to komory, to przedsionki. Czerwony płyn rozlewał się po całym ciele, barwiąc białkową barierę zwaną skórą na różowo, by niczym kwiat podlany wodą zachłannie zassać jego życiodajne właściwości. Lecz skąd wzięło się to ciepło, które panoszyło się w organizmie i jak zaraza przenosiło się na kolejne komórki? Z samego serca, czy mięśni, o które owa ciecz ocierała się na każdym kroku?
Krew to dosyć interesująca tkanka łączna. Specyficzna na tyle, by stać się odrębną strukturą ciała. Jest zdradziecka, można wyczytać z niej niemal wszystko. I jeszcze więcej.
Raz blada, a raz wściekle czerwona, niemal czarna. Nigdy się nie miesza. Nie u człowieka. A to za sprawą płuc jest tak różnorodna.
Te są jak gąbka, zaciskane przez mięśnie od każdej strony. Ściśnięte wydają tchnienie, a rozprężające się dopominają się o to, co straciły - powietrze. Inteligentna bestia wybiera tylko tlen, którego tylko dwadzieścia jeden procent w mieszaninie gazów. Jak to robi?
Lecz idźmy dalej. W swych najmniejszych strukturach zwanych pęcherzykami dzieli się zdobyczą z krwią. Karmi ją, a ta w rezultacie staję się tak delikatna i blada, tak niewinna i życiodajna, że zarazem silna i tak ważna.
Ten proces trwa i żadna ze stron nigdy się nie buntuje. Choć zaraz... czyżby?
Choroba potrafi popsuć idealny związek pomiędzy płucami, a sercem. Porasta jedno, a szkodzi drugiemu i całej reszcie, o której nie wspomniano. Zżera tkanki i pochłania kolejne zdrowe struktury. Rozpościera swe macki gdzie tylko się da. Zabija.
Tak jest z nowotworem, który dla przykładu zagnieździ się w płucach. Wybiera sobie miejsce pomiędzy, czy nad organami wymiany tlenowej... albo i w samych pęcherzykach płucnych. Brutal, nie pyta o zdanie. Kryje się tak podstępnie, że o jego istnieniu dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy chce on złożyć podpis pod swym dziełem; doszczętnie sponiewieranym ciałem.
Karmi się truciznami, a tych w organizmie profesora Andrzeja Falkowicza miał pod dostatkiem. Do tego tak różnorodną ich gamę, że biedny nie mógł się zdecydować, gdzie zagnieździć swe zarodki na sam początek. Padło więc na płuca - tak delikatną strukturę i tak bliską słabemu sercu.
Aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby mężczyzna nie zaniepokoił się swym niepoprawiającym się stanem zdrowia. Rak nadal gnieździłby się w swej kryjówce i jak dziecko podśmiewał się z mężczyzny, który nie zauważa jego psot. Teraz dziwnie rozzłoszczony przyśpiesza swój niecny plan, sprawia ból naszemu bohaterowi, jakby za karę, że ten zepsuł mu najlepszą kryjówkę.
Płuca mężczyzny rozprężały się teraz spokojnie, lecz oddech był już nieco płytszy. Serce pracowało, jakby zapomniało dawny uraz, choć na chwilę. I skóra była nieco bledsza, niż zazwyczaj. Matylda klęczała przed łóżkiem i z brodą opartą na założonych ramionach przyglądała się Andrzejowi. Ten jednak jakby wyczuł jej obecność i wyrwany ze spokojnego snu, przeniósł zmęczone spojrzenie na przyglądającą się mu dziewczynkę.
- Śniadanie gotowe. - odezwała się, zanim zdążył zebrać myśli.
- Liczysz mi oddechy? - odparł, sięgając po leżący na stoliku nocnym telefon.
- Nie chciałam cię obudzić. - odparła podnosząc się z kolan. Falkowicz odłożył komórkę na miejsce, po czym podniósł się tułowiem z łóżka.
- Dobrze zrobiłaś. Już późno. Nie powinienem tyle spać. - dodał już bardziej do siebie. Był zły na siebie, bo marnował czas, który był mu tak drogi. Poza tym dziewczynka nie powinna być zdana tylko na siebie, kiedy on nie wywiązywał się z rodzicielskich obowiązków takich, jak choćby przygotowanie jej zwykłego śniadania.
- Adam powiedział, że lepiej będzie jak sobie jeszcze pośpisz. - dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Adam... - no tak, zupełnie zapomniał, że teraz to jego brat pełni nad nim wartę. - Zaraz do was przyjdę. - ściągnął satynową pościel z kolan i usiadł na skraju łóżka. Przybrał lekko zgarbioną sylwetkę i zmęczone spojrzenie. - I zastanów się, gdzie chciałabyś się ze mną wybrać. - dodał z ciepłym uśmiechem.
- Dzisiaj? - odparła zaskoczona.
- No dzisiaj, dzisiaj. A kiedy? Na jutro mamy inne atrakcje. Myślałaś, że będziesz się ze mną nudzić? - udał urażonego, lecz w jego oczach zabłysły iskierki rozbawienia.
- Super! - podbiegła do niego, a mężczyzna domyślając się jej zamiarów rozpostarł ręce i pozwolił się Matyldzi do siebie przytulić. Powoli uczył się tych czułych gestów, lecz nadal nie mógł do nich przywyknąć. Choć bardzo się starał, to nadal pozostawał dziwnie spięty. W końcu nie miał doświadczenia. Nie wiedział jak długo mają trwać w uścisku i jak mocno powinien ją trzymać. I gdy w jego głowie kłębiły się wątpliwości natury technicznej uścisku, to dłonie radziły sobie znakomicie i wywoływały poczucie bezpieczeństwa u małej Matyldy utkwionej w splocie dłoni profesora.
- No, idź już. - pośpieszył małą. Ta niechętnie oderwała się do niego i szczęśliwa zeszła na parter. Mężczyzna sięgnął do nocnej szafki, w której znalazł fiolkę proszków przeciwbólowych. Potrząsnął plastikowym pudełeczkiem, a na jego dłoni pojawiły się białe podłużne tabletki. Wybrał jedną, resztę natomiast wrzucił spowrotem do środka.
Fiolkę odstawił na miejsce, choć pewnie nie była to najlepsza kryjówka dla niej. Falkowicz natomiast nie miał ochoty jej ukrywać, w końcu gdyby tak zrobił, wzbudziłby tym jeszcze większe podejrzenia. Adam wiedział co zażywa jego brat i tak mogło pozostać. Przecież zawsze pozostawało bolące kolano, którym można było się wyłgać z niewygodnych pytań.

Kasia szykowała się właśnie na spotkanie z klientem. Była to jej pierwsza sprawa, którą miała doprowadzić do szczęśliwego finału. Ambitna kobieta wzięła sobie za punkt honoru wygranie tak skomplikowanej rozprawy.
Nic tutaj nie było jasne. Klient najprawdopodobniej został wrobiony w oszustwo podatkowe i łapówkę, lecz wszystkie dowody przemawiały przeciwko niemu. Jedyna nadzieja tkwiła w świadku, którego zeznania rzucały inne światło na podejrzanego.
Mecenas Smuda poświęciła mnóstwo czasu i zdrowia, by znaleźć rozwiązanie, mimo że skutecznie jej to uniemożliwiano. Były osoby, choć co do ich nazwisk są różne koncepcje, którym uniewinnienie pana Wipplera było zdecydowanie nie na rękę. Prawdopodobnie przez zatargi, których Smuda próbowała dociec, lecz to tylko przypuszczenia. Gdy tylko docierała do jakiś dowodów, te ginęły w niejasnych okolicznościach. Tak więc jedyna nadzieja tkwiła w świadku, który miał zatrzymać tę machinę przestępstw, w której pan Wippler był jedynie pionkiem.
- Jan, widziałeś moje akta? Cholera! Zaraz się spóźnię na rozprawę!
- A na biurku? Na biurku sprawdzałaś?
- Masz mnie za idiotkę? Oczywiście, że tak! - zdesperowana po raz kolejny zaczęła przeglądać swoją aktówkę, gdzie przechowywała jeszcze dokumenty. - Szlag by to! Nie mogę tego zawalić. - jęknęła, przechylając głowę do tyłu. - Nie teraz.
- Proszę. Czerwona teczka, tak? - chłopak podszedł do niej od tyłu i podsunął jej owy przedmiot w zasięgu jej wzroku.
- Tak - złapała dokumenty jakby były największą świętością. - Dziękuję. - Jan pochylił się nad nią, oczekując na pocałunek w geście wdzięczności, lecz ta uśmiechnęła się do niego pośpiesznie i minęła, by zdążyć do czekającej przed domem taksówki.
- A proszę. - westchnął i zamknął za kobietą drzwi.

Kasia wbiegła do gmachu sądu, zwracając przy tym na siebie uwagę wszystkich przechodniów. Jej szpilki narobiły porządnego hałasu, a spódnica, którą miała na sobie pierwszy raz niemiłosiernie podnosiła się do góry, utrudniając jej jakikolwiek ruch, a co dopiero bieg.
Okazało się jednak, że kobieta stawiła się na rozprawę dziesięć minut przed czasem, więc miała jeszcze chwilę na porozmawianie z jej klientem oraz świadkiem, którego z trudem udało jej się namówić do zeznań.
- Bardzo się cieszę, że jednak zdecydował się pan przyjść. - podała rękę speszonemu blondynowi. Był jeszcze młody, bo miał zaledwie dwadzieścia pięć lat. Zwykły przypadek zadecydował o tym, że stał się światkiem szantażowania pana Wipplera.
- Sam nie wiem. - mamrotał, nerwowo rozglądając się wokoło.
- Bardzo dobrze pan zrobił. Tylko dzięki panu zeznaniom ci ludzie trafią do więzienia.
- Zgadzam się z panią mecenas. Będę panu wdzięczny do końca życia. - dołączył do nich Wippler, który uścisnął mocno dłoń chłopakowi. - Ratuje mi pan tyłek.
- Zatem jak uzgodniliśmy, proszę nie pomijać faktu gróźb pod pana adresem. Proszę powiedzieć wszystko to, co wyjawił pan mi, dobrze? - Chłopak coraz bardziej zdenerwowany pokiwał tylko głową, starając się nie patrzeć w stronę zbliżających się do nich ludzi. A byli to koledzy "poszkodowanego", którzy poprzedniego wieczoru raczyli odwiedzić młodziutką żonę chłopaka, świadka w sprawie.
- Proszę się nie dać im wyprowadzić z równowagi. Są na przegranej pozycji. - Mecenas Smuda położyła dłoń na ramieniu chłopaka, by dodać mu tym otuchy, lecz ten widocznie się jej przestraszył. Zabrała więc dłoń, a przez jej twarz przemknął cień strachu. Czyżby chłopak chciał się wycofać?
- Jest pan naszą jedyną szansą. - dodała błagalnie, lecz jej wyraz twarzy stał się już profesjonalny. Weszli do sali rozpraw, gdy zostali poproszeni i z duszą na ramieniu oczekiwali na rozwój wydarzeń.

- Co pan Wippler ma na swoją obronę? - odrzekł znużony sędzia, który wyraźnie miał wyrobioną opinie na temat oskarżonego.
- Zostałem wrobiony, wysoki sądzie. Facet szantażował mnie, że jeśli nie podpiszę tej umowy, to mnie zniszczy. No i mu się udało.
- Ma pan na to jakieś dowody? - czarnoskóry mężczyzna wyrecytował kolejną regułkę, by formalności stało się zadość.
- Tak wysoki sądzie, mam świadka. - przytaknął mężczyzna, zerkając nerwowo za siebie. Mecenas Smuda bezwiednie zaciskała dłonie, gładząc jednocześnie co chwilę ich szorstką skórę w duchu przysięgajac sobie kupno porządnego kremu nawilżającego.
- Rozumiem - westchnął sędzia. - Kim jest ten człowiek?
- Anthony Caldwell - Kasia niemal wyskoczyła z krzesła. - Był obecny w czasie, gdy poszkodowany groził mojemu klientowi. Widział całe zajście i jest w stanie potwierdzić wersję pana Wipplera.
- Dobrze. - mężczyzna zniecierpliwiony zacisnął usta i jakby z niechęcią je otworzył, by przywołać wspomnianego młodzieńca.
- Wzywam na świadka Anthoniego Caldwella - mecenas Smuda wyszła zza biurka i pewnym krokiem zbliżyła się do mężczyzny, który miał odwrócić bieg rozprawy.

Wieczorem kobieta zasiadła przed telewizorem na kanapie. W jednej dłoni trzymała kieliszek, a w drugiej tanie wino. Otworzyła butelkę i nalała sobie odrobinę trunku. Uniosła łokieć tak, by móc ułożyć go na drugiej dłoni. Teraz szklane naczynie miała na wysokości swojej twarzy. Przyjrzała się zawartości naczynia. Czerwień, która je wypełniała była tak intensywna, że gdy tylko nią trochę zawirowała, jej ślady na brzegach szkła pozostawały nadal interesująco intensywne. Zamachnęła jeszcze raz kieliszkiem, kiedy wino spłynęło po ściankach naczynia.
Strasznie głupi ruch. Tak robią wszyscy koneserzy i ci którzy chcą na nich przystać. Żałosne, przecież to niczego nie wnosi. Alkohol jest po to, aby się nim upijać. Zapominać, a nie smakować.
Przechyliła całą zawartość do ust i nawet się nie skrzywiła.
- Nie wiem, co ludzie widzą w tych alkoholach. - odstawiła butelkę i szklane naczynie na ławę.
Wspomniała rozprawę, którą dziś przegrała. Cholerny dzieciak stchórzył. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jakich kłopotów narobił tym niewinnemu człowiekowi. Bez jego zeznań na apelację nie ma co liczyć.
A może to ona zaprzepaściła sprawę i swoją szansę na powrót do zawodu w glorii i chwale? W Polsce krążyły opinie o długiej rekonwalescencji mecenas Smudy, która miała rzekomo negatywny wpływ na jej zawodowe sukcesy. Jednym słowem zapomniała jak wygrywać.
W Stanach natomiast spaliła się na pierwszej rozprawie, bo wybrała ją sobie wyjątkowo trudną. Miał być wielki powrót, a skończyło się opinią nieudacznika.
Chwyciła za leżący tuż obok na kanapie telefon. Przejrzała książkę kontaktów i zatrzymała się na jednym z nich na samym początku listy. Nie zastanawiając się wiele nad tym, co mogłaby Andrzejowi powiedzieć, wybrała jego numer.
Może "Wracam, kochany"?









Krótko ;-)  Ech... Ale ostatnio było dlużej ;)












poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 19




- Po co ci te rzeczy? - dziewczynka przyglądała się, jak jej wujek wypakowywuje z samochodu poręczną torbę, wypchaną po same brzegi.
- A co? Nie chciałabyś ze mną trochę pomieszkać? - zarzucił bagaż na ramię, stękając przy tym prawie bezgłośnie.
- Tata wie? - Adam na chwilę przystanął i z szeroko otwartymi oczyma przyjrzał się dziewczynce dokładnie.
- Powiedział ci?
- Nie wie. - sama odpowiedziała na swoje pytanie, po czym z kamienną miną ruszyła do wejścia domu Falkowicza. Adam nadal analizował w myślach to, co przed chwilą usłyszał z ust małej złośnicy. Matylda nigdy nie dowiedziała się o domniemanym ojcostwie Andrzeja i tak miało pozostać. Chłopak był niemal pewien, że jego brat nigdy nie ujawni tego pilnie strzeżonego sekretu. Podobno nie miało to już znaczenia, jednak Adam sądził co innego. Matylda była tak podobna do profesora, że potwierdzenie ich pokrewieństwa stało się jedynie czystą formalnością. Raz odważył się napomnieć bratu o powtórzeniu badań na ojcostwo, lecz ten zbył go jakimś wyszukanym komentarzem (chłopak jedynie z kontekstu wyczytał, że miała to być obelga).
Tak więc sprawa ich powinowactwa została zamknięta i nigdy więcej nie poruszana. Ale okazuje się, że coś umknęło uwadze Adama.
Chłopak ruszył na piętro gdzie znajdował się jedyny wolny pokój gościnny w domu starszego Barana. Rzucił nieco przeładowaną torbę podróżną na łóżko i opadł bezwładnie na jego materac. Rozejrzał się po sterylnie czystym pomieszczeniu i westchnął cicho. Wyglądało na to, że trochę sobie tu pomieszka. Tak bardzo bał się o brata... gdy tylko pomyślał, że mogłoby go wtedy nie być przy Andrzeju, gdyby tylko ten odjechał i zasłabł już poza szpitalem...
Potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z głowy te wszystkie obrazy i skrył twarz w swych dłoniach.
Wtedy właśnie usłyszał sygnał telefonu.

W niewielkim pomieszczeniu siedziały naprzeciw siebie dwie kobiety. Jedna rudowłosa o rozmytym spojrzeniu, bezwiednie przygryzająca wewnętrzny policzek. Oczywistym było, że kobieta ukrywała (choć nieudolnie) swoje zdenerwowanie. Co chwilę zerkała nerwowo na kobietę siedzącą tuż obok. Ta z kolei emanowała pewnością siebie i poczuciem własnej wartości. Wiktoria kpiła z niej w myślach twierdząc, że owa towarzyszka jest nieźle doinwestowana. Te majestatyczne ruchy, nonszalanckie spojrzenie i perfekcyjne sombre...
- Wiktorio, mam dla ciebie propozycję. - lekarka odruchowo wyprostowała się nieco, gdy terapeutka zarzuciła swe zgrabne nogi jedna na drugą. - Zaczniesz pisać pamiętnik. - rudowłosa zatrzepotała rzęsami zaskoczona.
- Słucham? Jestem chirurgiem, nie mam czasu na takie...
- Więc będziesz musiała znaleźć. - przerwała jej spokojnie blond piękność. - Chodzi o to, abyś skonfrontowała ze sobą swoje myśli. - lekarka zmrużyła oczy, próbując wyciągnąć logiczne wnioski z wypowiedzi pani doktor.
- Czyli mam pisać co czuję. - to nie mogło być trudne.
- Tak - uśmiechnęła się terapeutka.
- Mhm - rudowłosa pokiwała głową, a na jej ustach już czaił się kpiący uśmieszek - Nawet kupując bochenek chleba. - blond pani doktor nie zraziła się jednak wyraźnym znieważeniem jej metod leczenia. Uniosła wyżej podbródek, a palce dłoni splotła na wypielęgnowanych kolanach.
- Lepiej. - odrzekła. - Chce wiedzieć, jak ci ten chleb smakuje i jak długo go przeżuwasz. - dodała konspiracyjnym tonem, pochylając się lekko, choć nadal będąc sztywnie wyprostowaną. Wiktoria próbowała doszukać się choć krzty żartu w jej tonie, lecz o dziwo niczego podobnego się nie doszukała. W jej podświadomości, zupełnie bez jakiejkolwiek kontroli zaczęły kształtować się skrawki zapisków do wspomnianego pamiętnika. Zaskoczona doszła do wniosku, że nie wie jak opisać smak kanapki inaczej niż dobra, czy nie dobra.

Z granatowego volvo wybiegł średniego wzrostu brunet, zupełnie zapomiając o środkach bezpieczeństwa, jakimi byłoby zamknięcie owego auta, czy choćby o dziewczynce, która próbowała dogonić swego opiekuna. Ruszył przed siebie omal nie potykając się przy tym o własne nogi, mijając po drodze zdezorientowanych pacjentów i dyrektora nadmienionej placówki. Ci kiedy dostrzegli, że za mężczyzną podąża również mała dziewczynka, wśród gapiów dało się usłyszeć niepochlebne komentarze pod adresem młodego człowieka, który to "ucieka przed odpowiedzialnością".
Szaleńczy sprint zakończył się dopiero pod salą, którą miał zajmować brat chirurga. Czym prędzej otworzył przeszklone drzwi, lecz jego oczom ukazała się już tylko młoda pielęgniarka ścieląca łóżko Andrzeja. Zdenerwowany na siebie, że nie zdążył na czas, uderzył z całej siły we framugę, a ból jaki przy tym poczuł, przyjął z radością.
Obrócił się na pięcie i dostrzegł Matyldę, która ledwie łapała oddech.
- Poczekaj, muszę poszukać jednego lekarza. - zdenerwowany ruszył korytarzem.
- Czekaj! - dziewczynka tym razem zdążyła dogonić wujka i kroczyła tuż za nim. Dotarli do pokoju lekarskiego, w którym znaleźli Agatę. Lekarka była prowadzącą Andrzeja, dlatego więc to do niej chłopak zwrócił się z prośbą o udzielenie informacji dotyczących Falkowicza.
- Wypisał się? - odezwał się lekko zdyszany.
- Kto? A, profesor. Tak, jakieś dziesięć minut temu wręczyłam mu wypis. - dziewczyna była wyraźnie bardzo zapracowana. Przegrzebywała teczki leżące na biurku w poszukiwaniu dokumentacji jednego pacjenta.
- I ty mu na to pozwoliłaś!? - krzyknął wzburzony. Agata spojrzała na przyjaciela z wyrzutem.
- A co miałam zrobić? Przecież znasz swojego brata. - uciekła poddenerwowana. Falkowicz potrafił wpływać na ludzi, swoim uporem był w stanie wywalczyć niemal wszystko. Nawet małą korektę wypisu, która miała polegać na zatajeniu pewnej informacji, która mogłaby trafić w niepowołane ręce.
- Wujku, gdzie on jest? - Adam zawiesił na chwilę wzrok na Matyldzie, która przeszywała go swoim wzrokiem. Był on tak przenikliwy, że chłopak poczuł się rozszyfrowany w ułamku sekundy.
- W swoim gabinecie. - wtrąciła się lekarka. Adam jeszcze raz spojrzał na małą. A stało się to poza jego kontrolą. Jej oczy działały na niego jak magnes, który obezwładnia i rozbraja z silnej woli. W ułamku chwili dostrzegł w tych szarych tęczówkach zmartwienie i czułość, lecz bynajmniej nie skierowana pod jego adresem. Mała może nie wie o wszystkim, ale jakimś cudem czuje co dzieje się wokół.
Krajewski pożegnał się krótko z Agatą i ruszył w kierunku gabinetu Andrzeja Falkowicza. Gdy już się tam znalazł, okazało się że profesor przeprowadza jeszcze rozmowę z Piotrem. Wyglądało to tak, jakby chłopak przerwał im jakąś bardzo ważną konwersację, bo gdy tylko otworzył drzwi, panowie nagle ucichli i spojrzeli na niego jakby w napięciu. Gawryło natomiast był dziwnie poddenerwowany, co było nie mniej zastanawiające.
- Dobrze, że jesteś. - odezwał się Andrzej, lecz gdy ujrzał nieśmiało wychylającą się zza pleców bruneta Matyldę, rozchmurzył się lekko.
- Wychodzisz już? - dziewczynka podeszła bliżej, a mężczyźni z zaskoczeniem obserwowali, jak profesor pozwala małej usiąść na swoich kolanach.
- Przecież ci mówiłem, że jak tylko poczuję się lepiej. - Adam przewrócił oczyma i założył dłoń na biodrach wyraźnie zniecierpliwiony.
- Dobra, dobra. - profesor skarcił brata krótkim, lecz wymownym spojrzeniem.
- Przemyśl to. - po krótkiej ciszy w końcu odezwał się Piotr. Mówiąc to skinął ledwo dostrzegalnie głową na Matyldę tak, że tylko Andrzej mógł się domyśleć, co chirurg miał na myśli.
- Nie zmienię zdania Piotrze. Widzimy się za tydzień.
- Przemyśl, czy nie masz za dużo do stracenia. - Piotr uniósł brwi sugestywnie i zniknął na drzwiami. Falkowicz westchnął, lecz na jego twarzy pojawił się uśmiech, choć wymuszony i nieszczery, to nikt tego nie zauważył. Jedynie oczy, teraz skierowane na dziewczynkę kryły wszystkie wątpliwości. Pierwszy raz w życiu zastanawiał się, czy warto ryzykować, czy mógł wygrać jeszcze jedną beznadziejną bitwę?

***
- Andrzej możemy pogadać? - profesor podniósł głowę i ujrzał Piotra, który wychylał się zza drzwi.
- Nie potrzebuje kazań.
- Nie zamierzam ci ich dawać. - Profesor spojrzał na przyjaciela lekko rozbawiony.
- Doprawdy? Ostatnio wszyscy mi je dajecie.
- Bo nikt nie wie, co tak naprawdę jest grane. - chirurg wszedł do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. - Nawet Adam, mam rację? - Spojrzenie Falkowicza mówiło samo za siebie. - No właśnie. Nie przyszło ci do głowy, że on się martwi? Może nawet bardziej niż powinien? - przerwał na chwilę swój wywód, lecz po chwili dodał
- Przecież masz duże szanse. Dlaczego nie chcesz od razu poddać się chemioterapii?
- A czy ty nie zaryzykowałbyś dla Tosi? Wyobraź sobie, że masz ostatnią szansę, by się z nią spotkać. Wolałbyś, żeby widziała cię półprzytomnego, czy raczej postarałbyś się, aby zapamiętała się jako tego w pełni sił?
- Jeszcze nie umierasz - Piotr pogroził profesorowi palcem, choć czuł, że rozumie Andrzeja. Co więcej - zapewne na jego miejscu postąpiłby tak samo.
- Poddam się leczeniu, ale jeszcze nie teraz.
- Dobrze, wiesz że przy twoich obciążeniach...
- Zaryzykuję. - uciął pewnie, przybierając minę pozbawioną emocji. W tym momencie do gabinetu wpadł Adam wraz z Matyldą. Falkowicz wsunął dyskretnie receptę na leki przeciwbólowe do teczki i uśmiechnął się subtelnie do córki.
***

Wiktoria znalazła miejsce, gdzie mogłaby spokojnie usiąść i zapisać krótką notkę w "dzienniku psychopatki". Był to jej ulubiony schowek na szczotki w szpitalnym zaułku. Prawie nikt tam nie zaglądał, bo dyrektor podarował sprzątaczkom nowe pomieszczenie do przetrzymywania swoich narzędzi pracy. Tak więc rudowłosa pani doktor mogła rozkoszować się samotnością, choć mimo to nadal nie potrafiła skupić myśli. Przelanie na papier swoich uczuć było znacznie trudniejsze, niż sądziła.
Może powinnam zacząć od banału, na przykład od tego, że podłoga tutaj jest bardzo twarda? - rozmyślała. Przecież miała zapisywać dosłownie wszystko. Najgorzej zacząć...
Kilka razy zamachnęła długopisem tuż nad kartką papieru, lecz nie pozostawiła na niej żadnego śladu. Zupełna pustka, czarna dziura.
"Wstałam wcześnie rano."
Nie, no przecież miała zapisywać uczucia.
"Wstałam wcześnie rano i byłam bardzo zmęczona."
Przyjrzała się literom w notatniku i czytając je po raz kolejny przewróciła oczami zdegustowana ich sensem i wykreśliła, starając się by zamazać je co do sztuki, tak by nikt nie zdołał ich rozczytać.
Ale jeśli wszystko zależy od tego, co kobieta napisze w swym zeszyciku, to znaczy że przebieg dalszej terapii zależy tylko i wyłącznie od niej samej. Terapeutka na pewno będzie starała się wyczytać jak lekarka podchodzi do problemu i życia. Może jeśli trochę podkoloruje rzeczywistość, podrasuje rozmyślenia i pokombinuje nad treścią... Może pani doktor uzna, że dalsze spotkania są zbędne?
Kobieta podciągnęła więc kolana do piersi i ułożyła na nich notatnik. Pochyliła się nad świeżą kartką i z lekkim zawahaniem nakreśliła kilka pierwszych zdań.
"Obudziłam się z myślą, że mogłabym zacząć wszystko od nowa. Może nawet potrafiłabym mu wybaczyć?..."
Gdy już skończyła, uśmiechnęła się do siebie i zatrzasnęła zeszyt w dłoniach. Schowała owy przedmiot w uścisku swych drobnych ramion, by nikt z przechodniów na szpitalnym korytarzu nie mógł go dostrzec. Może sama poradzi sobie z koszmarami, które dręczą jej podświadomość? W końcu wszystko siedzi w jej głowie. Ludzie miewają większe problemy...

- Zatrzymaj się jeszcze koło apteki. - Adam spojrzał na brata spod ściągniętych brwi.
- Leki?
- Brawo Sherlocku.
- Nie kpij. W domu masz cały zapas. - Falkowicz lekko podirytowany ciągłą podejrzliwością chłopaka, spojrzał w lusterko wsteczne, w którym widział Matyldę. Upewnił się, że mała nie jest specjalnie zainteresowana ich rozmową, tylko krajobrazem za oknem, ale mimo to postanowił zachować ostrożność w rozmowie.
- Zmieniam na inne. - odrzekł, mając nadzieje, że apteka jest już blisko.
- Silniejsze. - Krajewski nie dawał za wygarną. Czuł, że nie wie wszystkiego i to go jeszcze bardziej irytowało.
- Adam, jestem lekarzem.
- I moim bratem...
- Potrafię o siebie zadbać.
- Nawet widziałem jak. - zatrzymali się na parkingu przy bardzo ruchliwej uliczce. Andrzej jednak nie wysiadał z auta. Był lekko spięty, a świadczyć o tym mogły jedynie zaciśnięte w pięści dłonie.
- Wiem, że się martwisz. - odezwał się półszeptem, spoglądając na brata kątem oka. - To co się zdarzyło wczoraj już nigdy się nie powtórzy.
- Skąd masz taką pewność? - Adam również zniżył głos.
- To był jednorazowy incydent. Trochę przeszarżowałem i... - zawahał się, nie miał pewności, czy powinien mówić bratu o lekarstwach, które zażył przed operacją.
- To moja wina. Nie powinienem cię wtedy prosić o pomoc. - przerwał mu Adam.
- A ja brać tych tabletek. - odrzekł jak gdyby nigdy nic.
- Co? Jakich tabletek?
- Teraz to już nie istotne. - machnął ręką i pociągnął za klamkę, by udać się w końcu po zrealizowanie przepianej mu recepty.
Matylda, która w ciszy przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn rozmyślała teraz nad zasłyszanymi informacjami. Skoro Andrzej zasłabł po zażyciu jakiś lekarstw to znaczy, że nie był chory, a to co się stało było rzeczywiście tylko jednorazowe. Dziewczynka z całej siły wierzyła, że wszytko jest w porządku, albo przynajmniej wraca do normy. Zatem wnioski, jakie wysunęła uspokoiły jej myśli. Przeczuwała bowiem coś znacznie gorszego, a to że nikt jej o niczym nie informował tylko potęgowało jej niepokój, bo może była jeszcze bardzo młoda, ale rozumiała więcej, niż od niej oczekiwano.
Również Adam stał się jakby spokojniejszy. Jeśli znał przyczynę tak groźnego stanu, jakim było wczorajsze zatrzymanie akcji serca, to znaczy że można uniknąć podobnego zdarzenia w przyszłości. A co najważniejsze - jeśli Falkowicz zadba o siebie, to nic nie powinno już zagrozić jego zdrowiu. Tak więc potworne wyrzuty sumienia przerodziły się w złość na lekkomyślnego brata.
W rezultacie Andrzej Falkowicz po raz kolejny dopiął swego. Za jednym zamachem uspokoił bliskich i podarował sobie święty spokój, zarazem nie informując ich o najgorszym i właściwie najistotniejszym szczególe, jakim był nowotwór. Choć we wczesnym stadium, to szybko rozwijającym się. Ponadto profesor igrał z ogniem, odwlekając swą kurację. Postanowił zaryzykować i zabawić się ze śmiercią.
Czy nie zależało mu na życiu? Owszem, zależało. Każdego ranka, od tej feralnej wizyty kontrolnej po wypadku, kiedy to przypadkiem dowiedział się o raku trawiącym go od wewnątrz, zastanawiał się, czy dożyje następnego roku. Myślał, jak będą wyglądać jego ostatnie dni. Czy spędzi je z bliskimi, czy w samotności? W cierpieniu, czy otumaniony morfiną? A może umrze będąc już sędziwym staruszkiem u boku ukochanej kobiety po prostu zapadając w sen. Lecz takie zakończenia zdarzają się niezwykle rzadko. I na pewno nie jemu.
Pytacie dlaczego? Otóż było w tym coś na kształt szczęścia, a w życiorysie naszego bohatera nie znaleziono na nie miejsca. Jakby ból był nieodłączną częścią jego jestestwa.

Kiedy nastał wieczór, a Adam został niemal wypchnięty z domu na nocny dyżur w szpitalu, profesor postanowił poświęcić wolną chwilę na siedzenie w swoim gabinecie przy zapalonej lampce i otwartym laptopie przed sobą. Znużony przeglądał strony oferujące różnego rodzaju programy rozrywkowe. Chciał jak najbardziej urozmaicić Matyldzi pobyt u niego.
Zastanawiał się już nad kinem, ale nie będzie chodził z dzieckiem każdego wieczoru oglądać filmy. Otworzył zakładkę ze stroną parku linowego. Swego czasu biegał o poranku, a i siłownia stawała się jego ulubioną odskocznią od sztywnej rzeczywistości, więc również ze wspinaczką powinien dać sobie radę. Koniec końców wpuszczali tam nawet dzieci. Matylda powinna się ucieszyć.
Szybko też znalazł ogłoszenie planetarium, w którym miało odbywać się szkolenie dla młodych odkrywców. Zaciekawiło go to, więc wydrukował kolejną ofertę i przyjrzał się trzymanym kartkom w dłoni.
Możemy jeszcze jechać nad jezioro. - pomyślał. Gdy byli tam ostatnim razem, dziewczynce bardzo się tam spodobało. I to nie wycieczka jachtem, tak jak przypuszczał, ale najzwyklejszy w świecie kajak. Sam wtedy świetnie się bawił, więc nie było wątpliwości, że wspomniany punkt programu był tym obowiązkowym.
Zadowolony stwierdził, że ma już mnóstwo atrakcji dla małej i nie powinno powiewać nudą. Wszak profesor był człowiekiem ambitnym, a nie banalnym.
Podczas gdy miał już zamykać zakładkę stadniny koni, jego oczom ukazała się reklama. Zawahał się na chwilę, po czym niepewnie przesunął myszką na niebieski napis o treści "Hospicjum". W efekcie wyświetliła się na nowej karcie strona owej placówki, która miała swoją siedzibę ponad dwadzieścia kilometrów dalej. Przytłaczająca była wizja znalezienia się wśród tak chorych ludzi, którzy przez cierpienie pozbawieni zostali godności i radości. Bo tak właśnie profesor postrzegał znalezienie się w miejscu, gdzie jego zdaniem człowiek już tylko dogorywał, choć była to wizja nieco przekłamana przez jego pesymizm.
Czyżby to oznaczało, że Andrzej Falkowicz stracił wiarę? Niekoniecznie, choć mogło tkwić w tym ziarno prawdy. Jednakże należało być przygotowanym na każdą ewentualność. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby ktokolwiek bliski widział go w (delikatnie mówiąc) nienajlepszym stanie. Tym bardziej też nie potrafił sobie wyobrazić, że staje się uzależniony chociażby od Adama (to z resztą powód, dla którego postanowił nie odnosić się przy bracie ze swoim stanem zdrowia).
Wydrukował zatem tę ofertę i przyjrzał się jej po raz kolejny. W tej samej chwili usłyszał dźwięk skrzypiących drzwi. Odwrócił wzrok w ich stronę, uchylały się one powoli i w końcu ujrzał wysuwającą się zza nich sylwetkę małej dziewczynki. Naturalnym ruchem, tak by nie wzbudzać cienia podejrzeń, zagiął trzymaną kartkę w pół i schował do najbliżej mu leżącej książki.
- Nie śpisz jeszcze? - Matylda podeszła bliżej i palcem dłoni przesunęła widniejące na biurku oferty atrakcji. - Pomyślałem, że ci się spodoba. - dodał, widząc obiekt jej zainteresowania.
- Pojedziemy tam? - wskazała na park linowy.
- Oczywiście. - wzruszył ramieniem, uśmiechając się przy tym zawadiacko.
- Mogę cię o coś zapytać? - jej niepewne spojrzenie nie uszło uwadze profesora. Zmarszczył nieco brwi, lecz postanowił przytaknąć i poczekać, aż padnie nurtujące małą pytanie.
- Jak mam się do ciebie zwracać? - Andrzej przypomniał sobie, że przez dłuższy czas udało się jej unikać bezpośrednich zwrotów do niego, ale ostatnio nazwała go przecież ojcem.
- Myślałem, że już wiesz. - odparł ostrożnie.
- Przepraszam za wtedy. Tak mi się wyrwało. - dodała skruszona.
- Nie przepraszaj. Będzie mi bardzo miło, jeśli zaczniesz nazywać mnie "tatą", ale muszę cię uprzedzić, że nie jestem przyzwyczajony. - jego twarz przybrała całkiem zabawny wyraz, jakby wyznawał właśnie jakiś wstydliwy sekret. Udało mu się wywołać tym uśmiech u Matyldy, a to nie łatwa sztuka.
- Pozostaje też kwestia zgody twojej mamy. - dodał łagodnie.
- Wole mówić tak do ciebie, niż do tego Janka - Andrzej mógłby przysiąc, że mała niemal syknęła, wypowiadając imię tego pożal się Boże rehabilitanta. On również nie pałał miłością do Jana, ale niechęć Matyldy do niego była czymś intrygującym.
- Nie lubisz go. - stwierdził.
- Jest jakiś dziwny. I do tego bez przerwy się u nas kręci. - Dziewczynka odetchnęła z ulgą, że w końcu mogła to komuś wyjawić.
- Może z czasem się do niego przekonasz. - miał skrytą nadzieję, że jednak nie.
- Wątpię. - dodała z przekąsem, zapatrzona gdzieś przed siebie, jakby trapiło ją coś więcej, niż mogła wyjawić.





Kilka nowych zagadek. Ale czy są kwestie dla was nie jasne?