niedziela, 31 stycznia 2016
Od autora...
No właśnie co z nextem.
Mam problem. Nie idzie mi pisanie... Może to przez książkę, którą ostatnio przeczytałam (była taka bezpłciowa, ale prezent więc zarzekłam się, że przeczytam), a może przez problemy (każdy je ma, więc nie będę was nimi zamęczać i to nie powinno być wytłumaczeniem).
Tak czy inaczej następny rozdział pojawi się dziś późnym wieczorem, bądź jutro.
W końcu najgorsze co można zrobić, to nie dokończyć tego, co się zaczęło ;-)
sobota, 23 stycznia 2016
Rozdział 18
Z nicości powoli zaczynały kształtować się obrazy. Lecz tak niewyraźne i szybko przemijające, że trudno było się zorientować, co przedstawiają. Jednakże rodziło się z nich coś niepokojącego. Natłok wizji, który nijak nie mógł zebrać się w logiczną całość, powoli zaczął spowalniać. Pojedyncze obrazy nabierały wyrazu, choć nadal były rozmazane przez wybrakowaną pamięć. W myślach naszego bohatera klarowały się wspomnienia i po chwili, jak z procy wystrzeliły, by w swym seansie zaniepokoić profesora jeszcze bardziej.
***
- Andrzej, przynieś mi proszę torebkę. - kobieta w pośpiechu ubierała płaszcz i buty, podczas gdy jej mąż odpalał nowy nabytek. - Zaraz się spóźnimy...
Chłopak ocknął się i dostrzegł, że znajdują się w samochodzie, który właśnie leży kołami do góry, delikatnie przechylony pod ciężarem silnika do tyłu. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się dookoła i dostrzegł nieprzytomnych rodziców. Obok niego w prowizorycznym foteliku popłakiwał jego brat Adam. Pod wpływem chwili uwolnił się z pasów, jednocześnie asekurując się przed upadkiem na dach auta, jak nakazują prawa grawitacji. Instynktownie odpiął Adama i ostrożnie wyciągnął malca na zewnątrz. Gwałtownie odwrócił się w stronę auta, mając nadzieje, że jego rodzice również uwolnili się z pojazdu. Z bijącym sercem zrobił kilka niepewnych kroków w stronę trabanta, lecz zatoczył się lekko i padł na poboczu nieprzytomny.
- Andrzejku? - jakaś obca kobieta podeszła do niego, gdy obudził się w obcym miejscu. Nie chciał z nikim rozmawiać. Gdy tylko spojrzał jej w oczy, zrozumiał co się stało. - Zajmę się teraz tobą.
Owa kobieta zaprowadziła go do sypialni, gdzie mieszkało już kilkoro innych dzieci. Grzecznie usiadł na wskazanym łóżku, lecz wewnętrznie przeszywał go niepojęty strach. Dlaczego jeszcze nie zobaczył się ze swoim bratem? Przecież wiedział, że temu nic się nie stało, że przeżył wypadek. Dlaczego więc ukrywali przed nim Adama?
Ten niewydarzony smark był jego jedyną bliską osobą na całym Bożym świecie.
- Andrzeju, musimy porozmawiać. - zagadnęła Róża, kobieta która wraz z mężem opiekowała się jego bratem. Przerwał zabawę z Adasiem, którego tak strasznie pokochał od czasu wypadku, gdyż to jedyna osoba, która łączyła go z rodzicami. Podszedł niepewnie do małżeństwa w salonie i zasiadł na jednym z czterech krzeseł przed okrągłym stołem.
- Ze względu na dobro Adama chcieliśmy cię prosić, żebyś przestał go odwiedzać. - zdumiony obserwował twarz kobiety, która była pełna żalu. Na ten widok tylko wzbierała w nim złość.
- Słucham!?
- My chcemy mu podarować normalny dom. Żeby miał prawdziwych rodziców i szczęśliwe dzieciństwo. Bez bolesnych wspomnień o wypadku... - kobieta spojrzała kątem oka na męża, po czym obserwowała zaskoczoną, a potem już pełną bólu twarz młodzieńca przed nimi.
- Naturalnie pomożemy ci finansowo...
- Niczego od was nie chcę. - syknął, po czym zawiesił zamglony wzrok na kolanach. Po chwili ciszy bez słowa podszedł do beztrosko bawiącego się malucha, pocałował go w czubek główki, wyszeptał mu parę słów, które zdaje się były jakąś obietnicą i odszedł w stronę wyjścia.
***
Przez dziwną pustkę, która na nowo powróciła, zaczęły przedzierać się stłumione głosy, które przyprawiły profesora o potwory, wręcz nie nie do wytrzymania ból głowy. Ale były to dźwięki dziwnie nie pasujące do tych ze wspomnień. Po chwili, jakby wiedziony słyszanymi dźwiękami, poczuł jakby wynurzał się spod tafli wody w jeziorze. Desperacko łapiąc haust powietrza, pogłębił tylko palący ból płuc. Uniósł powoli powieki, rozejrzał się po bezimiennych twarzach nieprzytomnym wzrokiem.
- Wrócił. - powiedział brunet do łysego typa z przerażonym spojrzeniem. Nie rozumiał, z czego tak cieszy się ten brunet; no dlaczego on się tak do niego uśmiecha? Ale szare komórki mózgowe mężczyzny w momencie odszukały w zakamarkach swej pamięci znajomą twarz i dopasowały do niej imię tegoż człowieka.
- Adam... - wydusił z siebie. Gdy już się nieco uspokoił, rozejrzał dookoła i uświadomił sobie, że całkiem sporo osób przygląda mu się z dziwnym wyrazem twarzy, profesorowi przyszło na myśl kolejne pytanie. - Co się... - nie dokończył, bo jego głos przeistoczył się niemal w szept, co go tylko rozdrażniło. Odchrząknął i próbował po raz kolejny zadać pytanie, lecz Adam ubiegł go odpowiedzią.
- Upadłeś. Reanimowaliśmy cię, ale przez minutę... - Falkowicz pokręcił głową, jakby chciał uciszyć brata, wiedział już wystarczająco dużo. Próbował się nawet podnieść, lecz poczuł jakiś opór na klatce piersiowej.
- Leż. - surowy ton brata nawet rozbawił profesora, lecz zamiast uśmiechu jego twarz wykrzywiła się w jakiś zbolały grymas. - Za chwilę zabierzemy cię na oddział. - Głos Adam wydawał się być teraz jakiś nerwowy. - Gdzie te nosze!? - krzyknął do kogoś na drugim końcu szpitalnego korytarza.
- Matylda... - wyszeptał. Jego źrenice poszerzyły się do niebotycznych rozmiarów - Zostawiłem Matyldę... - błądził spanikowanym wzrokiem po obliczu brata, który dopiero po chwili domyślił się istoty zdenerwowania Andrzeja.
- Spokojnie, zaraz do niej pojadę.
- Nic jej nie mów. - zagroził, lecz w jego głosie nadal można było doszukać się nuty strachu. Ratownicy zabrali profesora na nosze, po czym ekspresowo przewieźli na pojedynczą sale.
Krajewski w tym czasie męczony wyrzutami sumienia zostawił brata, pod opieką internistów, którzy zabrali się do kompleksowych badań diagnostycznych i pojechał do domu Falkowicza na obrzeżach Warszawy. Wiedział, że jeśli pojawi się w sali Andrzeja i ten domyśli się, że jego dziewczynka nadal pozostaje w domu bez opieki, to Adam swoim zachowaniem zrobi jego zdrowiu więcej szkód niż pożytku.
Gdy dotarł pod dom, dopiero wtedy uświadomił sobie, że przecież będzie musiał jakoś usprawiedliwić nieobecność Andrzeja. Do głowy przychodziło mu mnóstwo kłamstw, którymi mógłby zarzucić bratanicę, lecz żadne nie wydawało się być wystarczająco dobre.
Pociągnął za klamkę, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Zadzwonił kilka razy dzwonkiem, ale z marnym skutkiem.
- Matylda! Matylda, jesteś tam? - krzyczał, lecz nikt mu nie odpowiadał. Zniecierpliwiony i lekko zaniepokojony postanowił zajrzeć przez okna.
W tym samym czasie dziewczynka siedziała w swoim pokoju i specjalnie ignorowała nachalnego gościa. Nie mógł to być jej Andrzej, bo ten posiadał klucze i na pewno nie dzwoniłby do drzwi, więc nie otwierała. Tak też z resztą uczył ją profesor, a mała nie zamierzała mu się sprzeciwiać. Ale po chwili usłyszała krzyki, które brzmiały znajomo. Oderwała się od podręcznika młodego lekarza (prezent od Andrzeja z okazji pewnej pierwszej środy miesiąca - jak sam tłumaczył, lecz prawda była taka, że mężczyzna widząc książkę na wystawie, postanowił ją po prostu podarować Matyldzi) i podeszła do drzwi frontowych, za którymi dostrzegła wujka.
Adam jednak nie potrafił okłamać dziewczynki i gdy ta tylko zapytała co się stało, on opowiedział jej o tym, co przydarzyło się Andrzejowi, choć w znacznie łagodniejszej wersji.
- Zostanie na noc w szpitalu. - podsumował swój wywód. - Spokojnie, nic mu nie będzie. To tylko tak dla bezpieczeństwa. - dodał, widząc przerażoną minę małej.
- Chce do niego jechać. - w głowie Adama zabłąkała się pojedyncza myśl - stanowcza, jak tatuś. Lecz szybko ulotniła się, kiedy naszły go znacznie poważniejsze refleksje. Jak odwieść dziewczynkę od tego pomysłu i czy w ogóle uda się mu tego dokonać.
- Pewnie już śpi. Tylko będziemy mu przeszkadzać. - chłopak rzeczywiście miał nadzieje, że jego brat najgorsze ma już za sobą i teraz zażywa spokojnego snu. Na wspomnienie nieprzytomnego brata, którego reanimował własnymi rękoma, zużywając przy tym całą swoją energię, przeszły go dreszcze. Jego blada twarz będzie śniła się chłopakowi po nocach; nadal ją widzi, kiedy tylko zamyka oczy.
- Ale ja chce do niego jechać. Nie możesz mnie tam zawieźć?
- Matylda - westchnął, załamując ręce. - Będzie się na mnie gniewał, jak zobaczy, że go nie posłuchałem. Chcesz, żebym za ciebie oberwał? - wykrzywił usta w niesforny uśmiech.
- Na chwilę? - ona również wyszczerzyła się, ukazując całe dwa rzędy już stałych zębów, patrząc na bruneta pełnym nadziei wzrokiem.
- Mały manipulator.
Mężczyzna leżał już całkowicie przytomny na swym szpitalnym łóżku. Co chwilę przychodziła do niego pielęgniarka, której z resztą miał serdecznie dość.
- Może pani w końcu zająć się innymi pacjentami? - warknął, a kobieta spojrzała na niego płochym wzrokiem. Szybko poprawiła kroplówkę z elektrolitami (zupełnie niepotrzebnie, wisiała sobie całkiem dobrze) i czym prędzej opuściła salę. Odetchnął w końcu spokojem, który sobie zapewnił, choć wymagało to nieco chamstwa.
Powietrze w tej samotni wydawało się dziwnie gęste. Gdy tylko zamierzał napełnić płuca - co do pęcherzyka - tą mieszaniną gazów, poczuł że jest ono tak gorące i ciężkie, jakby wdychał jakąś ciecz.
- Nie śpisz jeszcze? - wyrwany z myśli podążył wzrokiem za głosem brata. Zaskoczony dostrzegł również Matyldę, która podążała nieśmiało przed Adamem.
- Adam, przecież prosiłem...
- Wiem, ale się uparła. Z resztą nic się chyba nie stanie, jak chwile sobie tu u ciebie pobędzie. - Falkowicz zmroził wzrokiem niewydarzonego chłopaka.
- Nie gniewaj się na niego. Sama go prosiłam, żeby mnie tu przywiózł. - odezwała się dziewczynka. Patrzyła na niego w tak rozczulający sposób, że cała złość ulotniła się z niego w zaledwie ułamku sekundy.
- Nie gniewam się skarbie. - rzekł już łagodnie, delikatnie podnosząc się tułowiem. - Tylko mam żal do siebie. - westchnął ciężko, zawieszając spojrzenie gdzieś w oddali. Mała zaintrygowana słowami profesora delikatnie zmrużyła oczy i wyczekiwała na ciąg dalszy jego wywodu. - Zmarnowałem jeden dzień. A mamy ich tylko siedem.
- Zostało całkiem sporo. - wzruszyła ramionami beztrosko. To był moment, kiedy Falkowicz nabrał pewności, że Adam nie powiedział Matyldzie wszystkiego. Potworny żal niczym wrzątek wylał się na jego schorowane serce. Jak miał jej wytłumaczyć tak niepewną jeszcze sytuację? Jak, kiedy sam jeszcze nie był pewien czego może spodziewać się na pewno? Miał karmić dziewczynkę domysłami, czy ułożyć pełną nadziei wizję przyszłości, która była tak niepewna, że niemal fałszywa?
Faktem było jedynie to, że czuł się coraz słabszy. Przeżył w swoim życiu postrzał, zatrucie całą tablicą Mendelejewa, wypadek, ale statystycznie szanse na wyleczenie się z nowotworu były nikłe. W końcu nawet Falkowicz miał swój limit szczęścia.
Szczęścia... o ironio!
- Mama do mnie dzwoniła. - zaczęła, kiedy zostali już sami. - Ale niczego jej nie powiedziałam. - dodała szybko.
- Nie musisz jej okłamywać. - choć bardzo trudno było mu to przyznać, to nie mógł patrzeć, jak ta kruszyna robi coś wbrew sobie.
- Chcesz, żeby mnie zabrała do siebie? Przecież mogę się bawić sama w domu, potrafię o siebie zadbać. - wyprostowała się dumnie.
- W to nie wątpię.
- A jak wyzdrowiejesz pokaże ci moją gwiazdę. - kontynuowała podekscytowana. - Mówię ci, jest piękna. Taka wielka. - obserwował, jak błądziła spojrzeniem w zamyśleniu. Przyłapał się na tym, że on również chciałby, aby jego marzenia się spełniły. A pragnął wiecznie oglądać jej uśmiechniętą twarz. Banalne, ale jakie prawdziwe.
- A jak ją nazwiesz? - dziewczynka zamyśliła się na chwilę. - Skoro to twoja gwiazda, to może "Matylda"?
- Nie, to głupie. - uśmiechnęła się niepewnie.
- Dlaczego?
- Bo to moje imię. - odparła, jakby w tym zdaniu zaklęta była cała, niepodważalna istota jej argumentu. Andrzej natomiast pewny siebie pochylił się nad małą i ściszonym, lecz nadal wyraźnym głosem odparł
- Właśnie dlatego, to najlepsza nazwa. - uniósł swe kąciki ust, a Matylda jak w odbiciu lustrzanym powieliła jego wyraz twarzy.
Rozmawiali tak jeszcze chwilę, lecz nie tak jakby znali się od roku, lecz przez całe życie, jakby na przestrzeni czasu nie zdarzyło się nic przykrego, żadnej tragedii, ani przykrości.
Matylda poczuła, że Andrzej jest zdecydowanie cieplejszy w swoich gestach i mowie, niż gdy to miało miejsce na początku tego tygodnia. Próbowała dojść przyczyny tej małej przemiany, lecz doszła jedynie do wniosku, że należy cieszyć się chwilą, bo nie wiadomo czy to aby nie jest na moment.
- Kiedy stąd wyjdziesz? - zapytała nagle. Mężczyzna nie wiedział, co odpowiedzieć. To była ta chwila, w której miał skłamać, ale czy będzie potrafił?
- Jak poczuje się trochę lepiej. - odparł spokojnie.
- Ale już czujesz się lepiej, prawda? - już miał coś odpowiedzieć, lecz głos uwiązł mu w gardle, a brwi pozostały śmiesznie zawieszone, wyżej niż nakazuje to natura.
- Adam mi powiedział, że zasłabłeś, ale ja mu nie wierzę. - nie mógł patrzeć na te smutne oczy. Ten widok był dla niego niemal fizycznym cierpieniem. - Jesteś na coś chory, tak?
- Matyldziu... - westchnął swym niskim głosem - Widzisz, trochę o siebie nie dbałem.
- Poproszę mamę, żebym mogła dłużej z tobą zostać. Będę pilnowała, żebyś nie zapomniał o lekarstwach. - Andrzej po raz kolejny wpadł w zdumienie. Ta młoda dama zaskakiwała go na każdym kroku. A co za tym szło - czuł się niezręcznie w swym zakłopotaniu.
- Zbieramy się młoda. - w pomieszczeniu pojawił się Adam, był jakiś dziwny, ale może tylko mu się wydawało. To nie możliwe, aby Piotr powiedział bratu o swoich przypuszczeniach, przecież prosił o dyskrecję. - Pożegnaj się i wracamy do domu.
- No, nie uściskasz? - mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, a lewa brew bezwiednie powędrowała ku górze. Dziewczynka bez słowa przywarła do niego całym ciałem, wtulając swą główkę w zagłębienie na ramieniu mężczyzny. On natomiast zacisnął swe dłonie na tak wydawałoby się kruchych łopatkach. Mieszanka uczyć wypełniała jego wnętrze. Głos, który szeptał mu na ucho same najgorsze wizje powodował żal, a bliskość jaka wytworzyła się między tą dwójką rodziła radość, jakiej nie czuł od czasów dzieciństwa. Skrycie nosił w sobie nadzieje, że testy DNA były błędne, lecz taka opcja pozostawała nieprawdopodobna.
Późnym wieczorem zbliżał się czas wizyty Piotra. Czekał na niego w napięciu, zastanawiając się, co też takiego ważnego chciał mu powiedzieć. Może po prostu miał zamiar zrugać Falkowicza za to dziecinne zachowanie, za ucieczkę. Profesor jednak podjął głęboko przemyślaną decyzję. Nie podejmie leczenia, przynajmniej do czasu kiedy jest u niego córka. Ma tak niewiele czasu, aby się nią nacieszyć, nie może stracić ani jednego dnia.
- Cześć - Andrzej odwrócił się w stronę Gawryły. Ten obrócił krzesło w swoją stronę, by móc usiąść na nim okrakiem i oprzeć ramiona na jego oparciu. - Wiedziałem, że to się tak skończy.
- Też miałem nadzieje, że jeszcze trochę wytrzymam. - Falkowicz splótł dłonie na wysokości bioder i wlepił wzrok w szpitalny sufit. Nic interesującego tam nie znalazł, lecz to było lepsze, niż wpatrywanie się w zawiedzione spojrzenie kolegi.
- Akurat dzisiaj nagrabiłeś sobie czymś innym. Możesz mi powiedzieć, po jaką cholerę stawałeś do tego stołu?
- Po taką co zawsze, kolego. Ratowanie ludzkiego życia. Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć? - Odrzekł spokojnie, Gawryło tylko pokiwał głową podirytowany.
- Nałykałeś się jakiś wspomagaczy i omal nie wykończyłeś tym serca.
- To był lek na receptę - sprostował - A wziąłem trochę więcej, bo byłem wykończony. - dodał, jakby chciał już zakończyć męczącą rozmowę.
- Domyślam się. - Gawryło skinął głową na kroplówkę. - Twój organizm był nieźle odwodniony.
- Czego ty ode mnie chcesz? - rzucił zdenerwowany. - Tego, żebym jadł śniadania, czy żebym się leczył?
- Poprosiłeś, żebym zrobił ci badania, więc się zgodziłem. W dyskrecji - tak jak chciałeś. Ale nie licz na to, że będę bezczynnie patrzył, jak umierasz. - po chwili wzburzenia nastała chwila niezręcznej ciszy.
- Nie sądziłem, że tak się mną przejmiesz. - wyznał szczerze.
- Mam wobec ciebie dług. - Falkowicz przywołał w myślach chwilę, kiedy to uratował Hanę. Czyżby o tę sytuację chodziło Piotrowi? Lecz coś nie do końca się tutaj zgadzało. Przecież ich przyjacielskie stosunki znacznie ochłodziły się po upadku kliniki Falkowicza. Zatem nie mogło chodzić o to. Nie powinno... Sam już nie był pewien swych domysłów.
Długo jeszcze rozmyślał w swej samotni. Po raz kolejny, kiedy był gotów odejść z godnością, znalazł się ktoś, komu zależy i pokrzyżuje plany straceńca.
niedziela, 17 stycznia 2016
Rozdział 17
Muszę się spieszyć i żyć – tyle czasu się zmarnowało!
— Tove Jansson "Muminki. Księga druga"
Chłopiec wyjrzał zza ściany. Niepewnie spojrzał na rodziców. Żadne z nich nie mogło go jeszcze dostrzec. Bał się podejść bliżej, bo prawdopodobnie ten poranek nie będzie należał do przyjemnych. Może trochę sobie na to zasłużył, ale z drugiej strony - był przecież młody! Jak jego rodzice mieli go zrozumieć, skoro dzieliła ich przepaść ponad dwóch dekad? No nie oszukujmy się - to pokolenie nie miało pojęcia o szkolnych zasadach przetrwania obecnych czasów. Klasówki? To już nie były te same klasówki co kiedyś. Nauczyciele? Kolejna różnica wieku i oczywiście brak zrozumienia. Tak więc nic dziwnego, że dostał tę dwóję z matmy... Pokonała go nisza czasoprzestrzeni.
- O jesteś! Siadaj. - przewrócił oczami i z posępną miną podszedł do niewielkiego stołu w kuchni. Wiedzieli. - No, co masz na swoją obronę? - Andrzej spojrzał spod przymrużonych oczu na ojca, który siedział naprzeciwko niego. Starszy Baran mimo swoich lat był bardzo przystojnym mężczyznom. Mocno zarysowana szczęka i niski głos również zaznaczały się w urodzie syna. Lecz to, co czyniło go tak szanowanym człowiekiem, to była niebywała inteligencja i kultura osobista. Andrzej z zazdrością czasami obserwował z jaką lekkością jego ojcu przychodzą te wszystkie maniery, czym kupował niemal każdą kobietę. Bacznie obserwował poczynania ojca w tej kwestii i zamarzył, żeby również któregoś dnia posiadł ten niezwykły dar obycia w towarzystwie.
- Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. - odrzekł chłopiec - Swoje i Profesor Żabińskiej. - Jak na swój młody wiek był całkiem rezolutny, również w pyskowaniu. Lecz nie takim, jak to zazwyczaj bywało w domach jego rówieśników (i waszych zapewne też). Andrzej kochał zabawę słowem. Niesamowitą frajdę sprawiało mu obserwowanie ludzi, których wprowadzał w osłupienie swoja erudycją. Wiele czytał, a i rodzice nie szczędzili jego młodych komórek mózgowych.
- Uważaj na słowa chłopcze! - gruby głos rozniósł się po mieszkaniu. Matka Andrzeja wzdrygnęła się nieco, omal nie wypuszczając talerza z dłoni. Kobieta stała przy kuchence i w milczeniu przysłuchiwała się potyczce jej chłopców. - Masz poprawić tę ocenę jutro na lekcji. - mężczyzna pomachał palcem przed twarzą syna. - Teraz do swojego pokoju. Uczyć się. I nie widzę cię do końca dnia. - dodał w żołnierskim tonie.
- To nie moja wina, że sobie ze mną nie radzicie. - starszy mężczyzna miał już coś powiedzieć, lecz w osłupieniu tylko odprowadził wzrokiem syna do drzwi.
- Po kim on tak ma? - wstał lekko wzburzony i nerwowym ruchem przysunął krzesło do stołu.
- Nerwy? Po tobie. A inteligencje po mnie rzecz jasna. - kobieta wzruszyła ramionami, uśmiechając się dyskretnie pod nosem.
- Tak? To pewnie też nie szło ci w szkole? - mruknął zalotnie, kładąc swe dłonie na jej biodrach. Kobieta odwróciła się do męża przodem i ucałowała go, po czym dodała.
- Inteligencja, a wiedza to trochę różne rzeczy. - ujęła twarz mężczyzny w dłonie i zbliżyła swe wargi do jego warg i gdy ich usta się spotkały, usłyszeli płacz.
- Obudziłeś Adama...
Mężczyzna stanął przed lustrem. Na biodrach miał zawieszony czarny ręcznik, który odkrywał delikatnie zaokrąglone boczki. Już przyswyczaił się do widoku blizny na jego klatce piersiowej w okolicy serca, ale ta na prawym boku nadal była czymś nowym. Zamyślony sięgnął po piankę do golenia. Rozprowadził ją staromodnym pędzlem do tego służącym i sięgnął po maszynkę. Zawiesił dłoń w powietrzu i nagle oprzytomniał. Odłożył przyrząd i zmył gęstą piankę ze swojej twarzy. Ponownie przejechał dłonią po delikatnym zaroście. Kiedy wprowadzać zmiany w swoim życiu, jeśli nie teraz?
Drugi dzień wolnego. Na zegarku szósta dwadzieścia, a on już zdążył wziąć prysznic, który nota bene zazwyczaj brał wieczorami. Ale zwyczaje można zmieniać. Tak mało czasu zostało na próbowanie nowych rzeczy. Choćby na przesunięcie czasu kąpieli...
Falkowicz zaśmiał się w myślach, gdyż jak na razie tylko to zmienił. Chociaż... czyżby tylko to?
Machinalnie zrzucił miękkie okrycie jego bioder i ruszył do garderoby. Swobodnymi ruchami przerzucał koszule zawieszone w szafie, lecz żadna nie była odpowiednia. Szukał on bowiem czegoś luźnego, czegoś co nie byłoby kolejnym konserwatywnym strojem do pracy. Zajrzał do dawno zapomnianej szuflady i znalazł luźną białą bluzkę z guzikami pod szyją. Nie spodziewał się, że ma też jeansy.
Dlaczego nie?
Sięgnął po owe rzeczy, ale brakowało mu jeszcze bielizny. Kiedy już skompletował cały ubiór, ruszył do części sypialnianej.
- Tato? - usłyszał w ostatniej chwili. Nagle zrobiło mu się gorąco, gdyż zdał sobie sprawę, że jest jeszcze całkowicie nagi.
Ty głupcze! - skarcił się w myślach. Schował się za drzwiami do garderoby i starając się wydobyć z siebie swobodny ton głosu, odparł:
- Tak Matyldziu?
- Zrobiłam ci kawę. - usłyszał, jak materac delikatnie się ugina zapewne pod jej ciężarem. Otarł czoło myśląc, że pojedyncza kropla potu spływa po jego czole, lecz okazało się to tylko dziwnie realnym złudzeniem.
- Dobrze, zaraz zejdę.
- Ale...
- Powiedziałem, że zaraz zejdę! - krzyknął, po czym w sypialni zaległa cisza. Minęła chwila, gdy usłyszał powolne kroki, które z czasem cichły w oddali. Mimo wszystko postanowił ubrać się w garderobie, w końcu ostrożności nigdy za wiele, szczególnie przy dziecku. Tylko dlaczego do cholery jasnej dopiero teraz sobie o tym przypomniał?!
Ale chwila, zaraz... "Tato"?
Lekko zażenowany zszedł po schodach i skierował się do kuchni za zapachem kawy. Wodzony tym aromatem dotarł do Matyldy, która siedziała przy stole i zajadała się kanapkami.
- Dlaczego wstałaś tak wcześnie? - rzekł i zasiadł przed swoim ulubionym trunkiem. Dlaczego nagle wszyscy go częstują kawą? Poddenerwowany zerknął na filiżankę i od razu ją od siebie odsunął. Musiał zanim byłoby za późno, zanim nie stracił resztek siły woli. Jeszcze sekunda i uległby.
- Przecież lubisz. - dziewczynka skinęła głową na kawę.
- Lubiłem. Co chciałabyś dzisiaj robić? - nie wytrzymał, zabrał filiżankę i wylał zawartość do zlewu. Zalał jeszcze wodą, by po kuszącej czerni nie pozostało najmniejszego śladu. Odetchnął wreszcie z ulgą, poczuł jakby ktoś z jego szyi zerwał ciężki łańcuch.
Gdy się odwrócił, dostrzegł zaskoczoną minę dziewczynki.
- Em, po prostu nie mogę pić kawy. - odezwał się lekko zbity z tropu jej spojrzeniem. Wyglądała jakby ją spoliczkował. - A jeszcze chwila i nie mógłbym się jej oprzeć. - dodał delikatnie się uśmiechając.
- Jesteś chory? - po raz kolejny stracił rezon. Zapomniał jak bezpośrednia potrafi być w stosunku do niego. Nikt z jego otoczenia nie potrafił tak szybko go rozszyfrować. Dziecięcy sposób postrzegania świata był zaskakująco prosty i celny.
- Wystarczy, że przestanę pić kawę. - uśmiechnął się krzepiąco, a następnie sięgnął z szafki kawałek chleba, który swoją drogą miał smak papieru. Zatem całe jego śniadanie skończyło się na szklance wody. Nic pożywnego, prawda? Falkowicz jednak nawet nie odczuwał głodu. Żył ekscytacją na myśl o nowo rozpoczętym dniu.
Do rozpoczęcia realizacji planu przygotowanego przez Andrzeja zostało jeszcze trochę czasu, dlatego kiedy on odbierał telefony z prośbą o konsultacje z drugiego końca Polski a nawet Europy, Matylda włączyła telewizję i ustawiła na kanale z jej ulubionym serialem o Sherlocku Holmesie.
- Adam? - zdziwiony zauważył, że kolejne połączenie jest od jego brata. Przesunął wiec kciukiem po ekranie telefonu i przyłożył urządzenie do ucha.
- Słucham? - odrzekł znudzony.
- Też się cieszę, że cię słyszę braciszku.
- Od rana pracuję, z resztą do rzeczy. Coś się stało? - kątem oka zerknął na dziewczynkę, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w telewizor.
- Dlaczego coś miało się stać?
- Adam...
- Ok no, zapomniałem ci powiedzieć, że Gawryło prosił, żebyś się do niego zgłosił. - Falkowicz zmieszał się lekko. Bezwiednie przeczesał dłonią włosy na linii skroni. Zastanawiając się jak wybrnąć, albo może raczej jak wymigać się, zacisnął usta w cienką linię.
- Andrzej, jesteś tam?
- Tak... powiedz mu... - cokolwiek by powiedział i tak nie załatwi tej sprawy. Piotr jako jedyny wiedział o wszystkim i niestety nie podzielał decyzji Andrzeja. Falkowicz zdawał sobie sprawę, że niedługo będzie musiał stanąć z nim twarzą w twarz i wyspowiadać się z popełnionych grzechów. Z jednej strony trochę mu to schlebiało, w końcu nie sądził, że Gawryło tak przejąłby się jego zdrowiem. Ale Piotr to profesjonalista z krwi i kości. Z drugiej zaś strony Falkowicz był dorosłym chłopcem. Jego błędy, to jego konsekwencje.
- Powiedz mu, że za tydzień będę mógł się z nim zobaczyć.
- Jak chcesz, to ja mogę zostać z małą.
- Nie chce. - odparł szybko surowym tonem.
- No ok, jak chcesz. Jutro do was wpadnę. Dzisiaj już nie dam rady, mamy tutaj straszny burdel. - Andrzej uniósł brew zaintrygowany. Consalida zawsze panowała nad porządkiem oddziału. - Wiki wzięła wolne, wyobrażasz sobie? - dodał, jakby czytając bratu w myślach. - Mamy mnóstwo zabiegów i operacji, a ona idzie na urlop.
- Nie powiedziała dlaczego? - jednak nie musiał pytać, by znać odpowiedź. On sam zauważył, że z jego koleżanką dzieje się ostatnio coś dziwnego.
- Nie, a mnie szlak trafia, bo nie mogę się z nią skontaktować. Oddział pełny, brakuje chirurgów... Stary ja wiem, że masz teraz Matyldę, ale może przyjechałbyś, poratował brata w potrzebie, co? - Andrzej westchnął tylko i wzniósł oczy ku niebu za oknem gabinetu.
- Nie mogę Adam...
- No nie nudziłaby się. Alicja by się nią zajęła.
- Alicja?
- Dzięki stary, ratujesz mi życie! - zanim zdążył zaprotestować, usłyszał kilka krótkich dźwięków kończących połączenie.
- Stary... - westchnął i schował telefon w kieszeni spodni. Wszedł do salonu i spojrzał z drugiego końca pomieszczenia na dziewczynkę. Jak miał jej powiedzieć, że pierwszy dzień u niego spędzi sama w szpitalu? Musi pamiętać, żeby ładnie podziękować za to Adamowi.
Matylda zareagowała na tę wieść dziwnie spokojnie. Chociaż właściwie nie powinien być zaskoczony. Ta dziewczynka nigdy nie sprawiała mu problemów. Czuł, że starała się by nigdy nie przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi, tej za którą on nie chciałby wpuszczać dziecka. Nie narzekała i pokornie znosiła każde samotne wieczory. Wiedział, że robiła wszystko, żeby nie stała się dla niego ciężarem, a mimo wszystko nigdy nie wyprowadził jej z tego błędu. Bo przecież nie była dla niego ciężarem... Przynajmniej teraz zdał sobie z tego sprawę.
Okazało się, że dziewczynka wolała zostać sama w domu i obserwować niebo za dnia, niż nudzić się w szpitalu. Miał ogromne wyrzuty sumienia, że wszystkie jego plany wzięły w łeb. Niechętnie wychodził z domu, ale słysząc to jej "Jedź! Jestem już duża." zdał sobie sprawę, że znalazł się w potrzasku.
- Wrócę, jak tylko skończę operację! - rzucił, jednak mała zamknęła mu drzwi przed nosem. No tak, ten charakterek. Jak mógł o nim zapomnieć.
Sunął teraz jak strzała głównym korytarzem szpitala, by po chwili znaleźć się w pokoju lekarskim. Gdy tylko się tam znalazł kilkoro stażystów ze spuszczonymi głowami opuścilo pomieszczenie. Adam natomiast, jak tylko ujrzał brata, od razu się rozpromienił.
- Świetnie, że jesteś!
- Do rzeczy, co mamy?
- Guz naciekający na wątrobę, spójrz. - Krajewski podał profesorowi wyniki badań, które ten tylko przelotnie obejrzał.
- Od razu operujemy.
- Pacjent na bloku. - Adam odparł od razu zadowolony z tonu głosu brata, bo świadczył on o tym, że za chwilę będą razem przeprowadzali bardzo ciekawą i zarazem trudną operację. Falkowicz natomiast badawczym okiem omiótł całe pomieszczenie.
- Nikogo nie ma? - w głębi duszy miał nadzieje, że nie natknie się na żadnego z lekarzy. Właściwie chodziło mu przede wszystkim o Piotra, ale na rozmowy z pozostałym personelem również nie miał ochoty... na jakąkolwiek z nimi styczność.
- Jest Gawryło, ale operuje od kilku godzin z Przemkiem. No i tyle. - Andrzej kiwnął głową w duchu dziękując, że prawdopodobnie przemknie przez szpital niezauważony.
Udali się więc na blok operacyjny.
- To będzie trudna operacja. Twoja pierwsza taka po kilkumiesięcznej przerwie. Dasz radę? - Falkowicz zerknął na brata, jednocześnie szorując dłonie na wysokości łokci. Zdumiewające, jak bardzo dojrzały stawał się ten chłopak po przekroczeniu progu bloku. Cechy dobrego chirurga, sam go tego uczył.
- Dam. - rzucił, po czym z uniesionymi dłońmi udał się na salę operacyjną.
Operacja trwała sześć godzin, a na czole mężczyzny pot spływał już ciurkiem.
- Pani Renato, pot proszę. - westchnął po raz nasty tego dnia. Był wykończony, a ich praca wcale nie miała się ku końcowi. Naciek okazał się znacznie większy, niż przypuszczał. Dodatkowo nastąpił krwotok, którego źródła długo nie mogli znaleźć.
- Nie ma! To krwawi zewsząd, jakby źródła krwotoku w ogóle nie było! - krzyknął Adam, co raz to rzucając serwety i odsysając zasłaniającą pole krew.
- Jak drugiej zwrotki hymnu. - mruknął profesor pod nosem, marszcząc przy tym czoło.
- Cholera, wykrwawi się! - zdenerwowany młodszy chirurg nawet nie zwrócił uwagi na to, co mówi brat, ani na jego bladą twarz, pokrytą kropelkami potu. - Dzwońcie do banku po trzy jednostki krwi! - jednak w tym samym momencie skupione oczy Andrzeja dostrzegły źródło problemu, a sprawne dłonie uporały się z nim.
- Voilà. - westchnął profesor. - dalej poradzisz sobie sam. - rzekł i odłożył narzędzia, które trzymał w dłoni. Krajewski jednak nadal nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało i jakim cudem Falkowiczowi udało się z tym poradzić. - Zszyj i posprzątaj ten bałagan. - dodał, wykonując przy tym jakiś bliżej nieokreślony ruch dłonią w powietrzu i wyszedł z sali. Wycieńczony zrzucił z siebie fartuch i całą resztę ubrania ochronnego. Oparł się o kant umywalki i wpatrywał się tępym wzrokiem w blaszaną strukturę. Niewiele myśląc, puścił wodę i chlusnął nią w twarz. Spojrzał na swoje nędzne odbicie. Nadal miał nieprzytomny wzrok. Całe szczęście na bloku trzymała go adrenalina, ale gdyby został tam jeszcze kilka minut, pewnie padłby niczego nieświadomy.
Ledwie trzymając się na nogach, udał się przed szpital. Jednak jego taksówki tam nie było, a temperatura skutecznie wpędziła go z powrotem do szpitalnego holu. Opierając się o szklane drzwi, za którymi widać było podjazd dla karetek, sięgnął po telefon w kieszeni.
- Witam, zamawiałem taksówkę na nazwisko Falkowicz... - zatrzymał się na chwilę, by dać szansę swojemu rozmówcy. Lekko już poddenerwowany przeciągnął dwoma palcami po brwiach, mierzwiąc je przy tym okropnie. - F jak... Falkowicz, A jak Alkowicz, L jak Lkowicz... - jednak okazało się, że będzie musiał poczekać jeszcze godzinę, zanim jego pojazd raczy się pojawić. Wrócił więc do swojego gabinetu, by tam wypełnić sobie i tak już stracony czas.
Znalazł drzwi i tabliczkę z jego nazwiskiem. Chwycił za klamkę, lecz jego pole widzenia zaszło jakaś rażącą mgłą. Zatrzymał się chwilę w bezruchu z bijącym sercem wsłuchując się w swoje ciało, ale przerażony stwierdził, że jest już jakby poza nim. Jego uszu dobiegło jeszcze jakieś echo, a potem potworny pisk, niemal rozsadzający głowę. Nad niczym nie miał kontroli, nad niczym nie panował. Nogi ugięły się pod nim i osunął się na podłogę. Potem nie było już niczego, tylko irytująca pustka.
Ciąg dalszy nastąpi...
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Rozdział 16
Auto pojechało pod posiadłość profesora. Mężczyzna zapłacił i wysiadł czym prędzej, by otworzyć drzwi starszej z kobiet, jak na dżentelmena przystało. Kasia obdarowała go swoim podejrzliwym spojrzeniem, które natychmiast zamieniła na jedno z tych wyrażających urażoną dumę.
- Przestań mnie we wszystkim wyręczać. Słyszałeś o czymś takim jak feminizm? - podeszła do niego, kiedy ten chciał wyjąc walizkę z bagażnika.
- Feminizm nie ma tutaj nic do rzeczy. - taktownie odebrał kobiecie walizkę i ruszył przed siebie na teren podwórza. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy zauważył jak Matylda wyprzedza go biegiem i pędzi szczęśliwa w stronę drzwi. Jego uszu dosięgnął także nerwowy tupot szpilek za jego plecami.
Otworzył drzwi po czym przepuścił Matyldę, która od razu poczuła się tam jak u siebie. Zaczekał jeszcze chwilę, by również Kasia mogła wejść przodem. Kobieta jednak dumnie na niego spojrzała i ani myślała dać mu tę satysfakcję.
- Zmarzniesz. - odezwał się pobłażliwie.
- Nie rób z siebie dżentelmena. Oboje wiemy, że to tylko maska. - Andrzej uniósł jedną brew zdumiony.
- Kiedyś ci się podobało. - szepnął zalotnie, co tylko jeszcze bardziej zdenerwowało Smudę. - Wchodzisz, czy nie? Chyba nie chcesz, żeby Matylda się przeziębiła? - dodał już chłodniejszym tonem. Kobieta tylko spojrzała na dziewczynkę, która chodziła po ogromnym salonie już bez okrycia wierzchniego. Nie myśląc wiele, minęła mężczyznę w progu, ignorując jego spojrzenie, które swoją drogą zmroziło ją bardziej, niż temperatura na zewnątrz. On natomiast przez chwilę bezkarnie mógł lustrował jej zgrabne łydki, które mimo mrozu eksponowała w spódniczce. Przelotnie spojrzał na jej wysokie szpilki. Ten rehabilitant chyba minął się z powołaniem, jeśli pozwolił jej na takie obuwie.
- Herbaty? Kawy? - Falkowicz swobodnie poruszał się po swoim królestwie, natomiast Kasia czuła się tam, jak w paszczy lwa. Niepewnie weszła w głąb mieszkania i ze zdumieniem, ale i też garstką zazdrości patrzyła na córkę, która rzeczywiście zachowywała się tam jak u siebie. Kasia postanowiła więc choć udawać, że obecna sytuacja wcale nie jest dla niej krępująca. Wyprostowała się nieco i podniosła brodę, po czym skierowała się w stronę ogromnego stołu, przy którym zapewne mieli napić się i porozmawiać.
- Kawy. - Falkowicz zalał więc filiżankę do pełna. Ze smakiem przyglądał się czerni w porcelanie, którą zdobiła brązowa pianka na wierzchu. Ten intensywny aromat niemal natychmiast pobudził jego zmysł węchu. Kasia dostrzegła dziwny żal w jego oczach i to, że w dłoni trzymał tylko jedno naczynie. Kątem oka zerknęła na blat kuchni i ku jej zdziwieniu nie dostrzegła tam drugiej filiżanki.
- A ty? - mężczyzna uniósł pytająco brwi, lecz po chwili domyślił się istoty pytania.
- Em, nie, ja nie piję. - Smuda zaintrygowana niecodziennym zachowaniem Falkowicza spuściła wzrok i zmysłowymi ruchami bawiła się pianką, co raz to zgarniając ją łyżeczką z brzegów filiżanki i tworząc w niej przypadkowe wzorki. - Jednak coś się zmieniło. - dodała w półszepcie. Andrzej przełknął ślinę, kuszony aromatycznym zapachem i skupił wzrok na kobiecie przed nim.
- Myślałem, że nigdy tego nie przyznasz. Ludzie się zmieniają, moja droga.
- W twoją przeminę trudno mi będzie uwierzyć.
- Kaśka...
- Dobrze, nie wracajmy do tego. - zamilkli na chwilę. Kasia wyprostowała się, a jej sylwetka przybrała pewną postawę. - Jest zimno, więc prosiłabym, żebyś niepotrzebnie nie wychodził z Matyldą na zewnątrz. W bocznej kieszące plecaka ma witaminę D. Sama będzie o niej pamiętała, ale mimo wszystko przypominaj.
- Nie przesadzasz? - mężczyzna zaskoczony przyglądał się Kasi, która z takim zaangażowaniem tłumaczyła mu o tych wszystkich błahostkach. - Opiekowałem się nią ponad rok. - dodał dobitnie, wyraźnie artykułując każde swe słowo. - Poza tym jestem lekarzem. Naprawę nie musisz przypominać mi takich...
- Muszę. Myślisz, że po roku nauczysz się opiekować dzieckiem? - niemal krzyknęła wzburzona. Gdy spostrzegła, że ich rozmowie cały czas przysłuchuje się dziewczynka, zmieszała się nieco. Falkowicz również zauważył, jak Matylda przestraszonym wzrokiem spogląda w ich stronę. Wstał więc i ruszył do niej, łagodnie się uśmiechając.
- Matyldziu? Mam dla ciebie niespodziankę. - uklęknął przed nią i wpatrywał się w jej nieufne oczy. - Jest w twoim pokoju. - dodał. Podniósł się i sięgnął delikatnie jej dłoni. Poprowadził dziewczynkę do jej pokoju, który cały czas na nią czekał. Wbrew swym wcześniejszym przypuszczeniom gdzieś w nim tliła się nadzieja na to, że ten pokój jeszcze zagości w swych skromnych progach małą Matyldę, która tak bardzo ożywiła dom profesora.
Powoli uchylił drzwi i przepuścił w nich dziewczynkę. Matylda dopiero po chwili dostrzegła coś, czego wcześniej w tym pomieszczeniu na pewno nie było. A stało to teraz tuż pod oknem, prezentując się pięknie w całej swej krasie. Czarne elementy połyskujące w blasku promieni słonecznych oraz stalowe rurki stojaka z lekkością podtrzymywujące zapewne masywny sprzęt.
- Teleskop - wydusiła zaskoczona. Andrzej uśmiechnął się dumnie. Wiedział, że jej się spodoba, w końcu tyle się nasłuchał o gwiazdach, przestworzach kosmicznych i układach słonecznych, że mógłby napisać o tym książkę.
- Dzisiaj wieczorem będziesz mogła zobaczyć asteroidę FX12 przelatującą bardzo blisko naszej atmosfery. - Profesor wiele się nauczył od tej młodej damy. Ale jakże by inaczej, skoro dziewczynka całymi wieczorami potrafiła opowiadać o kosmicznych ciekawostkach... wróć! ...o kosmicznych podstawach. Chcąc nie chcąc profesor wciągnął się w wir poszukiwania ciekawostek o przestworzach. - Powinna przelecieć pięć minut przed dziewiętnastą. O tam. - dodał, podchodząc do okna i wskazując miejsce, które z jego wyliczeń należało niedługo obserwować. Obrócił się, by spojrzeć na Matyldę i trochę się zaniepokoił, gdy spostrzegł, że ta nadal stoi w tym samym miejscu u progu pokoju. - Matyldziu? - Jego niepokój jednak prysnął tak szybko, jak się pojawił, gdy dziewczynka podbiegła do prezentu i zaczęła z ogromną fascynacją przyglądać się gwiazdom w teleskopie. Dziwne... ile strachu potrafi się zebrać w człowieku w zaledwie kilka sekund.
- Skąd wiedziałeś? - wrzasnęła zachwycona, cały czas bawiąc się - jak się okazało - profesjonalnym sprzętem. Szło jej to zadziwiająco sprawnie. Mała miała smykałkę, której Falkowicz nie mógł nie zauważyć i co za tym idzie - zaprzepaścić.
- Co to za pytanie! - żachnął.
- Fajnie, że pamiętałeś. - uśmiechnęła się, lecz jakoś smutno... Mimo to przytuliła się do niego. Andrzej w odpowiedzi splótł dłonie na wysokości swojego brzucha, ściskając jej drobne plecy. Mężczyzna również poczuł jakiś niewytłumaczalny smutek. Ale gdzie było jego źródło, skoro wszystko zdawało się dążyć ku dobremu? Być może żadne z nich nie zdawało sobie sprawy z niepokoju, jaki w nich narastał. Każde równie inteligentne i zdolne postrzegać rzeczywistość. Widzieli w jakiej sytuacji się znajdują i że wszystko trwa tylko chwilę, która może nigdy nie powrócić. Lecz nie sądź szanowny czytelniku, że wszystko jest winą Kasi, choć i ona nie była tu bezgrzeszna. Ale tkwiła w niej potworna zadra z przeszłości, którą tak bardzo chciałaby z siebie wyrwać. Poza tym Andrzej rozmyślał o czymś, czego i my niedługo się dowiemy, a co skomplikuje sprawy ich wszystkich. Ten niepokój ścisnął jego serce, a za sercem szły i dłonie, które jakby mocniej splotły się na drobnych ramionach dziewczynki. Chciał coś powiedzieć, ale wzruszenie odebrało mu głos. Zacisnął powieki i westchnął ciężko.
- Muszę porozmawiać z twoją mamą. - odezwał się, dyskretnie odchrząkując narastającą gulę w jego gardle. Mała pokiwała posłusznie głową. Falkowicz jeszcze chwycił za jej podbródek, uśmiechając się do niej. Dopiero kiedy ta odwzajemniła jego uśmiech, ruszył w stronę drzwi. - A dzisiaj wieczorem pokażesz mi, którą gwiazdę mam ci kupić. - mała zaśmiała się i gdy została sama, zajrzała przez teleskop w poszukiwaniu swojej ulubionej.
Falkowicz natomiast wrócił do salonu, gdzie gościł matkę dziewczynki. Ujrzał zamyśloną kobietę, która stała tyłem do niego, patrząc na ogród za tarasowym oknem. Minęła jakaś chwila zanim spostrzegła, że stoi ramie w ramie z Andrzejem. Zlękła się nieco i nieświadomie zacisnęła swe zimne dłonie w kostki.
- Przepraszam. - przerwała ciszę jako pierwsza. Mężczyzna wciąż wpatrywał się w krzewy pokryte szronem z niewzruszoną miną. - Nie powinnam była wywlekać przeszłości przy Matyldzie.
- To inteligentna dziewczynka. Widzi co się dzieje. - odparł w pomruku.
- Dlatego powinniśmy chociaż udawać, że się przyjaźnimy. Zachowywać jakieś... pozory. - zerknęła na Andrzeja, który zmarszczył nieco brwi na te słowa. Pozory? - powtórzył w myślach.
- Naprawdę nie stać nas na nic więcej?
- Koleżeństwo? Przyjaźń? Miłość? - wyliczała zdumiona. To nie było takie proste, by nagle zmienić kierunek swoich myśli. Usilnie trzymała się przy tym, co wmawiała sobie przez lata. Wyryła w swych myślach wizerunek Falkowicza, jako człowieka do głębi zepsutego, intryganta o masce bez skazy. Ilekroć wspomniała miłą chwilę z nim związaną, natychmiast ją zabijała wspomnieniem ich rozstania. Jednym kłamstwem przekreślił wszystko, co dobre i być może... nawet szczere. Dlatego kiedy teraz na niego patrzyła, widziała w jego oczach to, co dostrzegła kilka lat wcześniej - to ciepło i wzbierała w niej złość, że to ciepło jest równie autentyczne co kiedyś, a przecież takie nie było. Karuzela żalu się nakręcała za każdym razem, gdy profesor starał się być miły, gdyż brała to za grę, wzorową maskę, która przywoływała złe chwile.
- A jeśli nawet? Dlaczego nie moglibyśmy zacząć naszej znajomości od nowa? - zaśmiała się lekko, lecz gdy dostrzegła powagę na jego twarzy, wybuchła jeszcze głośniejszym śmiechem.
- Dlaczego? Bo za dużo się stało, żeby tak szybko o tym zapomnieć. - dodała z iskierkami w oczach, które płynnie przeistoczyły się z rozbawienia w złość. - Wiele mnie nauczyłeś, ale tę lekcję zapamiętam sobie do końca życia - Nie mieć nic wspólnego z Andrzejem Falkowiczem. - wyrecytowała, patrząc na niego z czystą nienawiścią. Mężczyzna zbliżył się do kobiety, tak że ta niemal czuła na sobie jego oddech. Teraz to on miał nad nią przewagę. Wystarczyła chwila, by to on dyrygował sytuacją, jedno spojrzenie, by skruszyć przeciwnika. Próbowała unieść dumnie głowę, lecz ujawniła tylko swój strach.
- I pierwszy błąd. - mruknął. - Już mamy ze sobą coś wspólnego. - błądziła po jego twarzy, bezradnie szukając jakiegoś ratunku. Spowolniła oddech, by jej powietrze nie odbijało się o jego klatkę piersiową, gdyż miała wrażenie, że tym sposobem niemal go dotyka. Nie miała wyjścia i cofnęła się o pół kroku, po czym minęła mężczyznę. Nabrała dyskretnie powietrza w sparaliżowane płuca. Andrzej zachwiał się ledwie dostrzegalnie, jakby kobieta przed nim była jego podporą.
- Na początek spróbujmy ze sobą normalnie porozmawiać. Jak dorośli ludzie. - odzyskał swój poważny ton. Spojrzał na nią zwyczajnie, lecz ona poczuła się, jakby jego wzrok przenikał ją na wskroś. Jakby stała przed nim naga, obnażona ze wszystkich win. Znał ją przecież bardzo dobrze, otworzyła się przed nim lata temu. Dała mu dostęp do jej najgłębszych uczuć. Ale dopiero teraz uświadomiła sobie, że przecież wszystko, co o nim wiedziała może być fikcją, wizją wykreowaną przez samego mistrza blefu.
- Dobrze. Co było to było. Zacznijmy od nowa, ale bez emocji. - Kasia nie wiedziała jak naiwny był jej warunek. Ta dwójka za bardzo na siebie działała, by tak przejść nad ich relacją zupełnie obojętnie. Ich przypadek był beznadziejny. Jedyne co mogło ich łączyć, to albo nienawiść do szpiku kości, albo miłość do grobowej deski. Żadnych kompromisów.
Omówili warunki pobytu dziewczynki u profesora. Ten miał zadbać o to, aby Matylda pamiętała odrabiać lekcje oraz codziennie wieczorem zdawała matce telefonicznie relacje z jej pobytu w Polsce. Co do jedzenia słodyczy profesor tylko uśmiechał się w duchu, bo doskonale wiedział, że ten zakaz szybko złamie. Miało też nie być żadnych obietnic. I w tym przypadku Falkowicz był całkowicie zgodny z Kasią.
- I żadnych kobiet w mieszkaniu. - dodała na koniec. Andrzej spojrzał na nią rozbawiony spod podniesionych brwi.
- Tego obiecać nie mogę. - dodał, pozornie zachowując powagę. - Moja gosposia mogłaby się poczuć urażona.
Kasia odjechała taksówką na lotnisko, lecz wcześniej jeszcze pożegnała się z małą. Nie kryła swojego wzruszenia, gdyż pierwszy raz oddawała córeczkę na tak długo - świadomie oczywiście. Już tęskniąc opuściła dom profesora i odjechała.
Zostali sami. Andrzej nabrał powietrza w swe płuca. Tym razem było jakieś inne, rodzinne. Z uśmiechem spojrzał na drzwi do sypialni dziewczynki. Jego serce zabiło raz mocniej, jakby chciało o sobie przypomnieć. Ruszył w stronę tych oto drzwi, lecz zdążył zrobić tylko jeden krok, gdyż zachwiał się lekko. Instynktownie sięgnął dłonią ściany i spuścił głowę. Próbował skoncentrować całą swą siłę woli na oddechu i biciu serca. Osunął prawą dłoń po murze i gdy nabrał pewności, że wszystko wróciło do normy i jego poczucie równowagi także - ruszył, lecz teraz wolnym krokiem do pokoju Matyldy, po drodze bezwiednie to zaciskając i puszczając prawą pięść.
- Matyldzia?
- Pojechała? - mruknął ciche "mhm", podchodząc do niej powoli. Zbliżył się do dziewczynki i spojrzał za okno, na które skierowany był teleskop. Słonce powoli stapiało się w horyzont, a niebo rozświetlała rażąca oczy żółć. Na darmo próbował dostrzec gołym okiem to, czego jeszcze nie potrafiła zauważyć dziewczynka za pomocą profesjonalnego sprzętu.
- Widać już coś? - mała jednak pokiwała głową przecząco.
- Chyba przegapiłam. - odrzekła smutno. Falkowicz zacisnął usta trochę zawiedziony, że być może nie dokładnie przeczytał informacje o zbliżającej się asteroidzie. A przecież wystarczyło sprawdzić informacje dwa razy.
- Nie martw się. Następna taka przeleci nam nad głowami. - Matylda nie mogła się nie uśmiechnąć. Jej policzki nabrały krągłości, a delikatne wyżłobienia nad kącikami ust dopiero teraz dały się zauważyć. Oczy miała ogromne, ale jakby przekreślone ciemną linią powiek pod kątem. Już gdzieś takie widział...
- Teraz będzie inaczej, prawda? - dodała, kiedy grymas szczęścia nieco zelżał.
- Ale może lepiej. - Matylda spojrzała na niego zaciekawiona. Uwielbiała ten ton zagadki w jego głosie. - Może teraz będzie lepiej? - podniósł brwi, czym ją zaintrygował, dał do myślenia. W niezwykle dyplomatyczny sposób podniósł na duchu jednocześnie niczego jej nie obiecując. Sam chciał w to wierzyć. Słysząc własne słowa, ten pewny ton, niemal uwierzył.
Siedzieli tak jeszcze długie godziny, rozmawiając o zupełnie nie istotnych rzeczach. O kwestiach, których lekarz dziecku nie powinien mówić i o sprawach kompletnie przypadkowych. Matylda nie była przecież jakimś zwykłym, przeciętnym dzieckiem. Znała jego grafik i czarną listę współpracowników profesora niemal na pamięć. Czasami Falkowicz bezwiednie operował przy niej medycznymi wyrażeniami i łapał się na tym dopiero wtedy, gdy dziewczynka dopytywała o ich definicję. Dla osób niewtajemniczonych bez wątpienia byli ojcem i córką. To zachowanie i inteligencja musiały bowiem płynąc w tej samej krwi.
Gwiazdy i rozmowy zajęły ich do późnych godzin. Mężczyzna przyglądał się jej uważnie, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów w zachowaniu i wyglądzie. Za punkt honoru obrał sobie nauczyć się jej na pamięć w każdym detalu. Jeśli nie będzie jej miał blisko, może wspomnienia dadzą złudzenie jej obecności. Studiował w ciszy gesty, podczas gdy ta stała niemal bez ruchu wpatrzona w gwiazdy.
- Już późno. - zarzucił zegarkiem na lewym nadgarstku. - Powinnaś się już położyć. - dodał, a ta niechętnie, lecz mimo wszystko posłusznie spełniła prośbę Andrzeja. Ułożyła się na prawym boku, a mężczyzna okrył ją kołdrą po samą szyję. Zapalił małą lampkę w kącie pokoju i zgasił światło papierowego żyrandolu.
- Karaluchy pod poduchy. - szepnął i zostawiając na wpół uchylone drzwi opuścił pokój. Mimo późnej pory nie miał ochoty by spać. Z resztą i tak zazwyczaj czekał, aż dziewczynka zaśnie i będzie mógł zgasić światło w jej pokoju. Tym razem zbyt dużo myśli kotłowało się w jego głowie. Zbyt wiele emocji odczuwał na raz. Pogrążony w zadumie zasiadł na swej ulubionej kanapie i pozwolił myślom swobodnie płynąć.
Chyba nigdy nie będę w pełni zadowolona z rozdziału... No Stephan King to ja nie jestem.
piątek, 8 stycznia 2016
Czekacie?
Ktokolwiek czeka tutaj na nexta?
Ale bardziej na konfrontację...
Falkowicz - Matylda
czy...
Falkowicz - Kasia?
Niby wszystko się układa... Ale nie zdradzajmy za wiele ;-)
A w sieci takie kwiatki...
Nie mojego autorstwa oczywiście
środa, 6 stycznia 2016
Rozdział 15
Nie umiem się rozstawać. Z nikim i z niczym, co niechcący pokochałem.
- Mariusz Ziomecki
Nad radem Adam zszedł po schodach na parter, starając się jak najmniej przy tym hałasować. By sobie to ułatwić, trzymał buty w dłoniach i dopiero przy wyjściu planował je założyć. Niemal na palcach udał się w stronę aneksu kuchennego. Spojrzał na zegarek, na którym widniała godzina 6.05. W związku z tym, że droga do pracy w obecnych warunkach atmosferycznych powinna mu zająć jakieś pół godziny, miał więc jakieś dziesięć minut, by wypić kawę, gdyż w szpitalu należało zjawić się trochę szybciej. Stukając o porcelanę przegrzebywał półki w poszukiwaniu odpowiedniego naczynia, jednocześnie co chwilę zerkając w stronę kanapy w salonie, na której spał Andrzej.
- Na górze, pierwsza półka po prawo od okapu. - usłyszał niemrawy pomruk z salonu. Krajewski trochę speszony i zawiedziony zarazem, że nie udało mu się zachować należytej ciszy, zwrócił się w stronę brata.
- Śpij, dzisiaj masz wolne.
- I tak nie mogę zasnąć. - mężczyzna leniwie zsunął z siebie koc i podążył do kuchni. Zasiadł za stołem i wpatrywał się w okno, za którym bieliło się od szronu. Już miało być tak ciepło, a pogoda postanowiła sobie zadrwić z meteorologów i po raz kolejny zaskoczyła.
- To w takim razie kawy? - Adam znalazł wreszcie najzwyklejsze szklanki, w których - w przeciwieństwie do tych przeklętych filiżanek - mógł napić się odpowiedniej ilości kofeiny.
Andrzej zamyślił się chwilę. Kawa, której miał unikać, czy to zielone cholerstwo bez wyrazu?
- Herbata. Może się przyzwyczaję. - skrzywił się nieco, kiedy Krajewski postawił przed nim pełne naczynie. Spojrzał na pływające w gorącej wodzie liście i odruchowo zacisnął mocniej szczękę z żuchwą. Na sam ten widok jego ślinianki przeszył gorzki smak, który jeszcze podsycał drażniący zapach wydobywający się ze szklanki. Odruchowo odsunął od siebie herbatę i odetchnął "czystym" powietrzem. Choćby miał uschnąć z odwodnienia nie napije się tego świństwa.
Adam zauważył ten drobny gest, choć pozornie nieznaczący. Rodził on bowiem pewne pytania, które napędzały dziwne poczucie niepokoju w Krajewskim. Po co on tak się katuje? Przecież kocha tę swoją "czarną śmierć".
Andrzej wstał więc i nalał sobie gorącej wody do pierwszej z brzegu czystej szklanki. Z powrotem zasiadł na przeciwko brata, który obserwował niecodzienne zachowanie Falkowicza.
- O której przyjeżdżają? - zagadnął młodszy.
- Za dwie godziny. - mruknął znad szklanki.
- Myślałem, że tylko na to czekałeś. - Adamowi nie łatwo było ukryć zdziwienie. Niesłychanie dziwne było zachowanie brata, który jeszcze niedawno pragnął zobaczyć się ze swoją małą pociechą i błądził myślami tylko wokół tej niepozornej osóbki. Teraz stał się dziwnie cichy i pogrążony w zadumie.
- I dobrze myślałeś.
- Właśnie widzę. - dodał z ironią, która przyszła mu z zadziwiającą łatwością. - Nie chcesz to nie mów. Ale nie udawaj, że nic cie nie gnębi, bo przecież widzę, że tak nie jest. - Krajewski podniósł się, by włożyć brudne naczynie do zmywarki. Znał zwyczaje gosposi Andrzeja i doskonale wiedział, że ta nie cierpi, kiedy cokolwiek stoi w zlewie.
- Myślę, jak to będzie dalej wyglądać. - Andrzej powrócił do wszystkich czarnych scenariuszy, które nocą zdążył ułożyć w swojej głowie. Cały ten niepokój miał swój początek i koniec w jednym punkcie - strach przed ostatecznym pożegnaniem. Przeżył już dwa, za każdym razem było to dla niego bolesnym przeżyciem. Obawiał się, że Kasia zmieni zdanie i odsunie go od małej, była przecież nieobliczalna w swoich postanowieniach. Zagra na jego uczuciach tłumacząc, że nie jest mu niczego winna i co gorsza - że mężczyzna zasłużył sobie na takie traktowanie.
Falkowicz jednak nie przeżyłby tak wielkiego rozczarowania. Rozstanie z dziewczynką byłoby dla niego ciosem, którego jego słabe serce mogłoby nie wytrzymać.
Profesor miał w zwyczaju brać prysznic wieczorami, lecz tym razem czas niemiłosiernie mu się dłużył i dla jego zabicia postanowił udać się do łazienki. Poza tym było to wręcz wskazane choćby ze względu na to, że poprzednią noc spędził na kanapie ubrany w kompletny strój wyjściowy. Zrzucił więc z siebie przepocone ubranie i stojąc nago przed lustrem, przyjrzał się uważniej swemu odbiciu. Czas odcisnął na nim swe piętno. Kuł zmarszczki w jego skórze niczym rzeźbiarz w kamieniu. Mięśnie brzucha jakby straciły swe ostre kontury. Leniwie przeciągnął dłonią po delikatnym zaroście. Zmarszczył nieco brwi, zastanawiając się nad tym, czy może nie lepiej byłoby mu w zaroście. Badawczo jeździł opuszkami palców, wyczuwając pod nimi jeszcze niedostrzegalny gołym okiem włos. Może czas na zmianę?
Z westchnieniem opuścił dłoń i oparł ją razem ze swoją lewą bliźniaczką na krawędzi umywalki. Uniósł głowę i w lekkim profilu lustrował linie żuchwy. Ta też jakby zatraciła kąty proste. Bezwiednie po raz kolejny przejechał dłonią po skórze szyi, szukając dowodu dawnego ideału.
Całe szczęście nie miał jeszcze zakoli, ani całkowicie siwych włosów. Jego ojciec również nie miał, ale po chwili z niepokojem stwierdził, że ten zmarł, kiedy był dokładnie rok starszy od Andrzeja.
- Urodziny ojca. - zdumiał się, jak mógł o tym zapomnieć. Postanowił, że nie będzie ciągnął Matyldy na cmentarz i pojedzie tam jeszcze przed ich przylotem. Zatem miał niewiele czasu.
Zbliżył się do kabiny i sięgnął słuchawkę, zaś drugą ręką odkręcił staromodny kurek. Zamyślił się, lejąc coraz cieplejszą wodę na skórę dłoni.
- Cholera! - syknął, krzywiąc się z bólu. Obejrzał poparzoną rękę i ignorując palące uczucie, wszedł pod odpowiedni strumień wody, co raz to zadając sobie cierpienie, gdy przypadkiem oblał gorącą wodą wrażliwe miejsce.
Szedł aleją wzdłuż marmurowych pomników, która wiodła do grobu jego rodziców. Zimno panujące na dworze działało kojąco na jego poparzoną dłoń, dlatego nie spieszył się jak inni odwiedzający, których swoją drogą było tam niewielu. Mróz okazał się silniejszy niż tęsknota za bliskimi. Takiego dnia jak dziś nachodziły go myśli godne filozofa. Czym jest tęsknota i czy są jej rozmiary? Albo czy odwiedziny grobu bliskich są miarą uczucia, jakim ich darzyliśmy? W każdym razie profesor starał się zdążać z nawiedzeniem grobu przed wyschnięciem kwiatów, które latami kładł na rodzinny pomnik. Przynosiło mu to coś na kształt ulgi, a może było to już po prostu zwykłym przyzwyczajeniem? Może szary marmur wyglądał pusto bez czerwonych kwiatów na nagrobnej płycie?
Spojrzał na zegarek na lewym nadgarstku. Miał dość czasu, aby dojechać na lotnisko, więc przeżegnał się jeszcze i odszedł w stronę bramy.
- Jak myślisz, przyjedzie po nas? - dziewczynka targając za sobą niewielką torbę na kółkach, próbowała dorównać tempie swojej matki. Kobieta zmieszała się lekko przypominając sobie, że rzeczywiście Andrzej obiecywał jej odebrać ich z lotniska w Warszawie.
- Nie możemy tego od niego oczekiwać. - dziewczynka z przykrością musiała przyznać jej rację. Niechętnie przestać snuć coraz to nowsze wersje pierwszego po tak długim czasie powitania przez mężczyznę, którego w myślach nazywała ojcem.
Dotarli już do jakiegoś miejsca, które zapewne prowadziło prosto do samolotu. Matylda była zbyt mała wzrostem, aby orientować się gdzie tak na prawdę się teraz znajdują. Uniemożliwiał to jej okropny tłok, który zgniatał jej drobne ciałko z każdej strony, jakby nikt nie zauważał jej istnienia.
Po chwili matka zginęła z zasięgu jej wzroku. Małe serduszko niemal nie wyskoczyło z piersi, gdy z żadnej strony nie mogła dostrzec nikogo znajomego. Przycisnęła do swych nóg walizkę i ścisnęła kostki na plastikowej rączce.
Jedyne co widziała, to blaszana konstrukcja dachu, który z każdej strony był dokładnie taki sam. Znikąd wskazówki, nie wiedziała nawet w którą stronę się zwrócić, ani z której przybyli. Jej oczka zaszkliły się, gdy spanikowany głos w jej głowie krzyczał, że się zgubiła.
- Matylda choć, bo się spóźnimy. - nagle znikąd pojawiła się postać jej mamy, która chwyciła ją za rękę i pociągnęła do pewnego tunelu, na końcu którego znajdował się samolot. Zajęli swoje miejsce, a Matylda dopiero teraz uspokoiła swój przyśpieszony oddech i szalone bicie serca. Kasia spojrzała jedynie kątem oka na dziwne zachowanie córki. Wzięła to za zdenerwowanie związane z pobytem u Andrzeja. W końcu to naturalne. Kasia również zastanawiała się, czy aby na pewno postąpiła słusznie, zostawiając córkę na tydzień pod opieką Falkowicza.
Dziewczynka obserwowała, jak ciemny asfalt lądowiska staje się coraz mniejszy i prawie niedostrzegalny z tak ogromnej wysokości. Aż po pewnym czasie wtulili się w chmury i płynęli po ich puszystej powierzchni, gubiąc szary krajobraz aglomeracji. Widok ten zapierał dech w piersiach, mimo iż podróż samolotem zdarzyła się jej już drugi raz. Poczuła niesamowitą ekscytację na myśl, że spotkanie z tatą będzie czymś jeszcze lepszym, niż lot w chmurach. Uśmiechnęła się i wbiła głębiej w fotel, myślami krążąc wokół dobrze rozpoczętego tygodnia.
Adam ten dzień spędził na bloku operacyjnym. Niespodziewanie okazało się, że brakuje specjalistów nawet do planowych operacji, a wszystko przez wysyp ofiar wypadków. Pozy tym dyżur odbywało niewielu chirurgów, gdyż oprócz Falkowicza na urlop udał się również Przemek. W związku z tym Adam nie miał nawet chwili, by zadzwonić do brata i zapytać, czy córeczka jest już u tatusia. Cały czas nie mógł uwierzyć w to, że wszytko tak strasznie się skomplikowało. Zdawać się mogło, że jeśli tylko Kasia wróci do zdrowia, wszytko pójdzie ku lepszemu, lecz tym czasem okazało się zupełnie odwrotnie.
W tym wszystkim najbardziej jednak nie mógł zrozumieć jednego. Dlaczego Andrzej zachowywał się teraz tak, jakby się poddał? Jeszcze przed wypadkiem chciał walczyć, a nawet posunąć się do nieczystego zagrania, a teraz? Dlaczego tak zgasł? Czy to nie Matylda była niego teraz ważna? Jeśli nie NAJważniejsza.
- Adam. - Piotr spokojnym, lecz stanowczym tonem przywołał go do rzeczywistości.
- No?
- Nie śpij. I poluźnij haki, bo skóra biedakowi popęka. - na twarzy Krajewskiego ukazało się głębokie skupienie. - A tobie się pomarszczy. - chłopak jednak nie do końca zrozumiał słów Piotra i z zaciętą miną wpatrywał się w ruchy dłoni kolegi po fachu, marszcząc przy tym niemiłosiernie czoło.
- Przekaż Andrzejowi żeby się do mnie zgłosił. - Adam spojrzał na Piotra w lustrze z grymasem ciekawości wymalowanym na twarzy.
- Jakiś ciekawy przypadek? - chłopak nie spuszczał wzroku z kolegi w nadziei, że uda mu się cokolwiek z niej wyczytać.
- Przekażesz? - Gawryło uniósł brwi i gdy Adam skinął głową twierdząco, wyszedł z pomieszczenia, zostawiając lekarza z domysłami.
Mężczyzna krążył po ogromnej hali lotniska w Warszawie. Z niecierpliwością czekał na przylot samolotu z Nowego Jorku. Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy Matyldzie i wreszcie będzie mógł ją uścisnąć. Zdawał sobie sprawę z tego, że tydzień minie bardzo szybko, dlatego będzie musiał maksymalnie wykorzystać czas spędzony z córką.
Zegarek wskazywał godzinę czternastą. Zaczął się niepokoić, że samolot jeszcze nie wylądował na lotnisku. Przemknęło mu nawet przez myśl, coś czego nawet nie chciał do siebie dopuścić. Lecz na elektronicznej tablicy ukazała się informacja o opóźnieniu wyczekiwanego lotu. Zdenerwowany opadł na plastikowe krzesełko i w myślach układał słowa, jakimi mógłby powitać Matyldę i Kasię.
Kiedy skrzeczący głos z głośników poinformował, że ów samolot wylądował, stanął w miejscu pośród tłumów, które zapewne też witały swoich bliskich. Wyczekiwał znajomych twarzy i z niepokojem obserwował, jak pustoszeje przestrzeń wokół niego. Stał chwilę bez ruchu, wpatrując się w przeszklone drzwi. Od kilku minut nikt stamtąd już nie wychodził. Stało się, Kasia go wystawiła. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę mu to zrobiła. Odwrócił się wciąż zszokowany i udał się do wyjścia.
Nie będę tam stał jak ostatni dureń- pomyślał.
- Andrzej? Andrzej! - odwrócił się na pięcie, gdy usłyszał za sobą znajomy głos. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Uśmiechnął się szczerze i odruchowo przykucnął, rozpościerając ręce na boki. Matylda poznała ten gest i podbiegła do ojca, by przytulić go z całej siły. Oboje chłonęli bliskość, w jakiej się znaleźli, jakby nie widzieli się latami.
- Przepraszam, Matylda zgubiła plecak w samolocie...
- Myślałem, że nie przyleciałyście. - nawet nie próbował ukryć wzruszenia w swoim głosie. Te wszystkie wrażenia były zbyt silne, by mógł tak po prostu ich się wyrzec.
- Wiedziałam, że przyjedziesz! - dziewczynka oderwała się od profesora i spojrzała na niego dumnym wzrokiem.
- Miałbym zostawić swoją księżniczkę samą? - udał oburzenie, po czym jeszcze raz przytulił dziewczynkę, lecz tym razem krócej. Wstał z kolan i spojrzał na Kasię. - Pozwolisz...? - Kobieta podążyła za jego wzrokiem i wyciągniętą dłonią.
- Dam sobie radę. - uśmiechnęła się hardo, lecz on i tak zabrał jej walizkę.
- Nalegam. - dodał swym czarującym głosem i z niebywałą nonszalancją udał się w stronę wyjścia, trzymając w jednej dłoni drobną rączkę Matyldy, a w drugiej walizkę.
Kasia, która została na chwilę w tyle, wpatrywała się w ten obrazek jak zaczarowana. Czyżby naprawdę tak bardzo się zbliżyli do siebie? Zdawała sobie sprawę, że się polubili, nie ulegało też wątpliwości, że za sobą tęsknili, ale mimo to reakcja Andrzeja na widok Matyldy bardzo ją zaskoczyła. Przez chwilę pomyślała nawet, jakby to wyglądało, gdyby wtedy powiedziała mu o ciąży. Może i ją by dziś tak uściskał. Zaśmiała się w duchu ze swej głupoty. Wyrwana z zamysłu dogoniła dwójkę, która oddalała się do wyjścia.
- Gdzie twój samochód? - kobieta ze zdumieniem odkryła, że zmierzają w stronę taksówki.
- Trochę go... porysowałem. - uśmiechnął się łobuzersko, lecz na wspomnienie tamtego wypadku przeszył go dreszcz. Mógłby kupić nowe auto, ale póki co miał zakaz prowadzenia. Może nie wyglądał, ale wciąż odczuwał skutki tamtego zdarzenia, a orteza, którą nosił na kolanie nadal mu towarzyszyła, lecz teraz ukryta pod garniturowymi spodniami.
Kasia przeszyła go podejrzliwym spojrzeniem. Była inteligentną kobietą i potrafiła łączyć fakty, a jej domysły trochę ją zaniepokoiły. Ale nie było w tym nic na kształt współczucia, o nie! Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
- To gdzie jedziemy? - odezwała się dziewczynka, gdy już wsiedli do auta.
- Do domu Matyldziu. Do domu.
Podzielcie się swoimi przemyśleniami na temat postaci. Sama mam ich tyle, że nie sposób wszystkiego zamieścić w opowiadaniu.
Chciałabym zaznaczyć, że nic nie dzieje się z przypadku. Staram się, aby wszytko dążyło do jednej kompletnej całości, którą ujrzycie w pełnej krasie zapewne dopiero w ostatnim rozdziale. Wtedy zrozumiecie istotę pozornie błahych elementów.
poniedziałek, 4 stycznia 2016
Info VI
Tak mi się nie podoba ta ostatnia część, że dzisiaj zabieram się do pisania nowej. Trzeba zatrzeć złe wrażenie. I będzie Matylda ;) Ile można Was przetrzymywać... ;)
niedziela, 3 stycznia 2016
Rozdział 14
Wiktoria błąkała się po swoim małym mieszkanku, które wynajęła jeszcze przed rozwodem. Tomasz proponował jej, aby zatrzymała ich dotychczasowe lokum, lecz ona odmówiła. Zimne mury ich domu boleśnie zapisały się w jej pamięci. Ilekroć pomyślała o swoim małżeństwie przeszywał ją dreszcz. W głębi duszy od początku wiedziała, że to nie była miłość. Chciała stabilizacji, zażegnania niepewnej przeszłości i powitać nowe horyzonty. Pragnęła ruszyć do przodu i nareszcie się ustabilizować. Miała już trzydzieści dwa lata. Najwyższa pora aby założyć rodzinę. Kiedy w końcu stała się panią Rzepecką, bo tak uwielbiała ją nazywać rodzina jej małżonka, z rozczarowaniem stwierdziła, że nie chce mieć z nim dzieci.
- Wikuś, może spróbujemy dziś... - Tomasz podszedł do żony, która siedziała na kanapie w salonie. Jak zaklęta wpatrywała się w ekran telewizora, popijając czerwone wino. Mężczyzna przybliżył się, będąc na czworakach do kobiety i zaczął zachłannie całował jej szyję. Ona jednak nie reagowała. Czuła jego oddech na swojej skórze i z każdą sekundą wzbierało w niej obrzydzenie. Jego pocałunki wydawały się jej zimne i okropnie mokre. Im więcej tak o tym myślała, tym bardziej chciała go od siebie odepchnąć. Serce przyśpieszyło bicie, a powieki zacisnęła, marszcząc je przy tym nienaturalnie.
- Przestań. - syknęła w półszepcie. Jej klatka piersiowa co rusz to zapadała się i unosiła.
- Chciałbym w końcu popracować nad małym Rzepeckim - mężczyzna wydawał się być niewzruszony. Natarczywie napierał na ciało żony, lecz ta z każdą sekundą coraz bardziej sztywniała. - Wiki. - mężczyzna oderwał się od dziewczyny i rozczarowany spojrzał w oczy swej kobiety. - Myślałem, że to już sobie ustaliliśmy. - powiedział łagodnie, ale ona poznała ten ton. Pozornie cierpliwy, lecz pobrzmiewały w nim nuty groźby. Powrócił do obdarowywania szyi Consalidy pocałunkami. Kobieta odchyliła głowę do tyłu, dając mężowi dostęp do manewrowania językiem po odsłoniętej skórze. Cierpiała czując na sobie jego dłonie, jego pocałunki i napierające ciało. Oddała mu się, jak powinna oddać się mężowi żona, lecz bez przyjemności. Czuła jak pojękuje, ściska jej uda, przedramiona i piersi. Czuła, jak jego gorące ciało opada i przyciska ją do siebie. Czuła to wszystko, lecz nie znalazła w sobie krzty miłości dla niego. Jej oczy tak jak wcześniej utrzymywała w jednym punkcie.
Mężczyzna opadł obok na kanapę, ciężko dysząc. Po chwili podniósł się, założył bieliznę i bez słowa udał się na piętro. Wiktoria odwróciła się na bok, ściskając przedramieniem nagie piersi. Z kącika jej prawego oka popłynęła pojedyncza łza. Popłynęła zgodnie z prawami natury w stronę jej nosa, by zebrać się na jego wzniesieniu i ciężko opaść na skórzane obicie.
Kobieta podniosła się po chwili z kanapy, zgasiła telewizor i zaciągnęła na nagie ciało leżący na dywanie t-shirt. W mroku podążyła na pamięć w stronę sypialni, gdzie spał Tomasz. Ułożyła się obok niego i przytuliła do jego pleców. Czuła się winna za to, że nie potrafiła go pokochać. Tak bardzo chciała mu to jakoś wynagrodzić.
Ale niezgoda w kwestii posiadania potomstwa nie była jedynym powodem ich rozwodu. Możliwe nawet, że ta sprawa niewiele zaważyła nad decyzją, jaką Consalida w końcu postanowiła podjąć. Za wszystkim stało coś, czego nikomu nigdy nie wyjawiła. Zamknęła się w sobie i zajęła się pracą. Nikt tak naprawę nie wiedział, jakim koszmarem było jej małżeństwo. Jakie piekło przeżywała niemal każdego dnia, gdy wracała po pracy do męża. Przez cały okres bycia panią Rzepecką czuła się taka samotna, jednocześnie mając u boku męża i kilkoro przyjaciół. Jednak żadnemu z nich nie mogła powiedzieć o swoich odczuciach. Wstydziła się i bała. Wstydziła się, że nie potrafi odwzajemnić uczuć do Tomasza, że nie stara się wypełniać należycie obowiązków należących do żony. Bała się, że kolejnego z kolei wieczoru zdenerwuje czymś mężczyznę.
Adam miał już drugi z rzędu dyżur na izbie przyjęć. Na szczęście było dość spokojnie. Od dwóch godzin przyjął zaledwie trzech pacjentów. Jednak ten dyżur nie należał do jego obowiązku Z rana zadzwonił do niego Andrzej, aby poinformować brata, że się spóźni, dlatego też chłopak zgodził się go chwilę zastąpić.
Z racji tego, że na korytarzu przed izbą świeciło pustkami, był więc czas aby zająć się czymś znacznie ciekawszym. Odwiedziła go Alicja, sekretarka z chirurgii. Dziewczyna uporała się z uzupełnieniem kart informacyjnych¹ dla pacjentów i postanowiła poświęcić wolną chwilę doktorowi, który nota bene bardzo jej się podobał.
- A co z twoim mieszkaniem? - zapytała dziewczyna, siadając na kozetce.
- Mieszkaniem? No nie wiem, czy tak można nazwać mały pokoik w tym hotelu dla rezydentów. - zaśmiał się pod nosem. Okręcił się na małym taboreciku i zajrzał od niechcenia do papierów na biurku.
- Nie o tym mówię. Podobno miałeś budować swój własny dom. Straszny z ciebie szczęściarz. Wiesz ile ja bym dała, żeby mieć taki własny dom? Najlepiej gdzieś na jakimś odludziu... no może nie do końca. Przydałoby się mieć jakiś sklep w pobliżu. - Adam zaśmiał się na te słowa, a dziewczyna zarumieniła się delikatnie. Uwielbiała go rozśmieszać, nawet nieświadomie.
- Fajnie. - zamyślił się chwilę tak zastygły w uśmiechu. - Tylko że budowa stanęła w miejscu. - kobieta lekko zmarszczyła brwi. Czekała aż Adam powie coś więcej. Znała go na tyle, aby wiedzieć że ta cisza oznaczała nadchodzącą chwilę refleksji, bądź jakieś ważne wyznanie. - Chciałbym kiedyś samemu na ten dom zapracować. Wiesz, założyć rodzinę, mieć żonę, dzieci.
- Na razie masz brata. - wtrąciła cicho
- Mam. I dopiero z czasem dotarło do mnie, jak bardzo mi go brakowało. Fajnie jest mieć rodzeństwo. Ale dopiero z czasem się je docenia.
- To... dlaczego jesteś taki... - zamyśliła się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa - ...przybity? - Adam spojrzał na kobietę, która przypatrywała się mu spod podniesionych brwi i nieco zmarszczonych oczu. Zaśmiał się na ten widok i tylko wzruszył ramionami.
- Nie ważne. - machnął dłonią, dając jej do zrozumienia, że zakończyli ten niewygodny temat. Lecz kobieta dostrzegła wymalowane w jego oczach, choć ledwie dostrzegalne zmartwienie. Mimo to postanowiła uszanować jego prywatność.
Chwilę później do izby wszedł profesor Falkowcz. Alicja momentalnie ześlizgnęła się z łóżka i stanęła wyprostowana na przeciw profesora. Uśmiechała się życzliwie, mimo że ten poświęcił jej jedynie krótkie spojrzenie.
- Dwie godziny. - Adam wstał z taboretu i wyminął brata.
- Miałem pewną sprawę na mieście. - odezwał się jakby nieobecny.
- Cisza, spokój. - Adam poklepał brata po ramieniu i z uśmiechem zwrócił się do wyjścia.
- A ty zrobiłeś to, o co cię prosiłem? - Adam dał się minąć Alicji w drzwiach i po raz kolejny zwrócił się w stronę brata lekko zbity z tropu. - Prezent. Kupiłeś Matyldzie prezent? - Andrzej uniósł brwi, czekając na odpowiedź, której i tak się domyślał.
- Cholera! Stary, zapomniałem! Na śmierć...
- Na szczęście to przewidziałem. - mężczyzna posłał bratu pełne politowania spojrzenie, lecz zmieszane z nutą ekscytacji, wyczuwalną również w głosie mężczyzny.
- To już jutro? - starszy brat kiwnął lekko głową. Na samą myśl o przyjeździe dziewczynki serce w piersi zabiło mu mocniej. - Będzie spoko. - Adam uśmiechnął się jeszcze i zniknął za szklanymi drzwiami izby.
- Spoko... - Falkowicz przedrzeźniał ton głosu brata z lekkim rozbawieniem.
Dyżur na izbie okazał się wyjątkowo męczący dla profesora. Mężczyzna musiał uporać z takimi przypadkami, jak bezsenność, ból głowy, czy rozcięta brew. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby oszczędził swoim pacjentom kilku gorzkich słów prawdy.
- Andrzej, błagam cię. Ja mam już dosyć skarg na twój temat. Nie możesz ugryźć się w język i nie obrażać pacjentów? - Consalida była wyraźnie zmęczona, a świadczyły o tym jej podkrążone oczy.
- To nie moja wina moja droga, że muszę mieć doczynienia z takimi idiotami.
- Ale czy nie mógłbyś darować sobie te wszystkie uwagi na ich temat?
- A czy ty kiedykolwiek pracowałaś na izbie? - kobieta załamała ręce. Podeszła bliżej i spojrzała bezsilnym wzrokiem na przyjaciela. Falkowicz niezadowolony przewrócił oczami i kiwnął lekko głową.
- Dziękuje. - westchnęła. Mężczyzna zdążył przyjrzeć się jej uważniej, kiedy ta była blisko. Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszeli hałas za drzwiami. Do pomieszczenia wpadł młody chłopak z kilkuletnim dzieckiem. Spanikowany od razu położył zapłakanego chłopca na łóżku.
- Doktorze on nie oddycha przez nos. - wydukał spanikowany młodzieniec. Profesor uśmiechnął się pod nosem. Będzie trudniej niż przypuszczał.
- Następnym razem proszę chować przed dzieckiem małe przedmioty. - profesor podniósł się z małego siedzenia i odprowadził wzrokiem braci do drzwi.
- Młody, jeszcze raz wsadzisz sobie coś do nosa, to ja własnoręcznie ci to wepchnę jeszcze dalej. - usłyszał jeszcze od starszego z braci. Profesor zaśmiał się w głos i ruszył korytarzem.
- Pani Klaudio! - zaczepił czarnowłosą stażystkę na korytarzu. - Pójdzie pani na izbę przyjęć.
- Ale ja właśnie...
- Bez dyskusji. Chyba że chce pani już nigdy tutaj nie wracać. - dziewczyna spojrzała na profesora z szeroko otwartymi oczami. - Tak myślałem. - dokończył, patrząc na panne Miller z wyższością. Obrócił się z pełną nonszalancją i podążył w stronę gabinetu doktor Consalidy.
- Z tego co pamiętam miałeś mieć dyżur na izbie. - odezwała się lekko poddenerwowanym tonem. Zdawała sobie sprawę z tego, że Falkowicz jest dość niesubordynowanym podwładnym, ale czasami to przechodziło wszelkie granice.
Mężczyzna zupełnie niczym niezrażony zasiadł przed panią ordynator. Założył nogę na nogę, lecz gdy tylko poczuł pewien dyskomfort związany z wcześniejszym urazem kolana, od razu przyjął wygodniejszą postawę i opuścił nogę na podłogę.
- Daj mi jakąś operację. - odrzekł pewnie. Kobieta fuchnęła zaskoczona. Nie ufała opinii Rafała, który był wyraźnie niepewny siebie, kiedy przyszedł jej zakomunikować, że Falkowicz może już wrócić do operacji. Znała Andrzeja na tyle, by wiedzieć, że w jakiś sposób wpłynął na decyzję Konicy.
- Ani mi się śni. - żachnęła wpatrzona w papiery leżące przed nią.
- Od tygodnia mogę operować, a zajmuję się jedynie przylepianiem plastrów, albo wypisywaniem recept.
- Dobrze wiesz, że nie możesz.
- Nie mogę wytrzymać tej bezczynności - rzucił już lekko poddenerwowany.
- Kto jest na izbie? - spojrzała na doktora spod uniesionych brwi.
- Ta stażystka... Klaudia. Wiki...
- Dobrze, w takim razie mam dla ciebie operacje. - przerwała mu. - Miller miała iść, ale w obecnej sytuacji ty ją zastąpisz. - Kobieta wyprostowała się, jednocześnie lekko krzywiąc się przy tym z bólu. Nie uszło to uwadze profesora, który w duchu domyślił, że kobieta musiała ślęczeć nad dokumentacją już ładnych parę godzin. Ona z kolei uważniej przyjrzała się Falkowiczowi, który zapewne niecierpliwie czekał na więcej informacji. - Cholecystektomia. - Mężczyzna zacisnął usta w cienką linie i przypatrzył się lekarce z powątpiewaniem.
- Profesor przy woreczku żółciowym. - mruknął.
- Coś nie tak? - Consalida obdarzyła Andrzeja spojrzeniem, które wolny obserwator zapewne zaliczyłby do tych zalotnych.
- Pójdę się przygotować. - wstał i udał się w stronę wyjścia.
- W końcu profesor nie często ma okazję uczestniczyć w takich operacjach. - Wiktoria zaśmiała się w duchu ze swojej intrygi. Mężczyzna jednak bez słowa opuścił pomieszczenie, zachowując przy tym klasę, jaką prezentował nawet po przegranej potyczce. Gdyż należy zaznaczyć, że i takie mu się zdarzały. W końcu był człowiekiem nader silnym, a tacy zradzali się jedynie w bólach, których profesor w swym życiu zaznał nie mało.
Wieczorem pan profesor siedział wbity w kanapę i bawił się pustą szklanką trzymaną w dłoniach. Przyglądał się wymyślnemu kształtowi dna naczynia, obserwował jak w prawie w ogóle nieoświetlonym pomieszczeniu połyskuje kanciasta struktura spodu szkła. To zapewne odbite światło księżyca, które wdzierało się do środka przez tarasowe okna.
Nie mogę pić - pomyślał. Nie pozwalało mu na to jego zdrowie. Już zapłacił okropnymi męczarniami za trzy wieczory z rzędu, które uatrakcyjnił sobie sporą ilością whisky. Musiał więc pozbyć się swojego ulubionego trunku dla wyższego dobra. Nawet jeśli właśnie nadarzyła się okazja ku temu aby wreszcie coś opić.
Mężczyzna leniwie podniósł się z mebla i niedbale sięgnął za szyjkę wysokiego naczynia, w którym znajdował się ten wyrafinowany trunek alkoholowy. Podszedł do zlewu i odkorkował naczynie. Jego nozdrzy sięgnął drażniący, ale bardzo przyjemny zapach. Andrzej jednak westchnął z żalem i przechylił szkło. Lecz w tym samym momencie usłyszał sygnał dzwonka do drzwi. Odłożył wciąż napełnione naczynie na bok i podszedł otworzyć długo wyczekiwanemu gościowi.
Adam minął brata i nerwowymi ruchami ściągnął płaszcz, po czym powiesił go na wieszaku.
- Co tak długo? - syknął szczękając zębami z zimna. Andrzej bez słowa odszedł w głąb mieszkania. Krajewski podążył za nim i dostrzegł pustą szklankę do whisky na ławie.
- Nie piłem. - usłyszał głos brata, który zauważył karcące spojrzenie Adama.
- Ja myślę... - młodszy z braci zasiadł na kanapie i obserwował zbliżającgo się do niego Andrzeja. Tkwili tak chwilę w ciszy, której podgrywały pojedyncze dźwięki wskazówki zegara.
- Mogę u ciebie zostać? - zapytał, mimo iż był pewny odpowiedzi. Spodobało mu się nocowanie u brata, co z resztą zdarzało się ostatnimi czasy dość często. Czuł się tam dziwnie swobodnie i rodzinne. A przecież Falkowicz nie należał do osób szczególnie odnoszących się ze swoimi uczuciami. Braciom jednak słowa nie były potrzebne, by wiedzieć, że mogą na siebie liczyć.
- Jutro będziesz miał się z kim bawić. - zaśmiał się Andrzej. Ani na chwilę nie mógł przestać myśleć o zbliżającym się spotkaniu z Matyldą. Nawet nie zauważył kiedy to się stało, kiedy tak bardzo się do niej przywiązał. Pierwszego dnia, gdy mała pojawiła się w jego domu i zdążyła wprowadzić tyle chaosu do harmonijnego świata prefesora, czy ostatniego, kiedy to jego dziwnie "nieharmonijny" świat runął na jedno skinienie palcem mecenas Smudy?
Trochę pogubił się w rachunkach, ale to na pewno było coś pomiędzy tymi wydarzeniami. Kto by pomyślał, że spodoba mu się takie życie wywrócone do góry nogami.
- Andrzej powiedz mi, jak to jest z tymi kobietami? Czego one tak naprawdę chcą? - profesor spojrzał na chłopaka kątem oka spod uniesionej brwi.
- Chcą żebyś je całował w dłoń na powitanie, przepuszczał w drzwiach...
- Do windy szczególnie. - zaśmiał się Krajewski. - Nigdy nie wiadomo, czy ta winda na pewno tam jest. - dokończył, jakby sądził, że brat nie domyślił się pointy.
- Odsuwał krzesło kiedy trzeba, proponował swój płaszcz kiedy ta marznie, kupował kwiaty, ale tylko z okazji. - Adam teraz z uwagą słuchał słów brata, a ostatnia rzecz trochę go zdziwiła, gdyż zawsze sądził, że kobiety kochają dostawać prezenty bez okazji.
- I to wystarczy? Takie sztuczki i już?
- Kobieta potrzebuje miłości. Nawet jeśli jej się ona tylko śni to i tak budzi się szczęśliwa. - Adam próbował zrozumieć, co jego brat chce przez to powiedzieć, a Andrzej przywołał w myślach kobietę, która lata wcześniej wypowiedziała do niego właśnie te słowa.
- Głęboko braciszku. Ale zero konkretów. - mruknął gardłowo i ruszył w stronę ekspresu do kawy. Zrobił sobie mocną - jak to sam ją zwykł nazywać - lurę - oraz zieloną herbatę dla brata. Po chwili wrócił i postawił dwie filiżanki na drewnianym stoliku.
- Mógłbyś w końcu kupić normalne kubki. W tym się nawet napić porządnie nie można. - lecz Andrzej już go nie słuchał. Jego dobry nastrój zakłóciły obawy o przyszłość. Jak to teraz będzie? Jak tylko Kasia zabierze Matyldę do Stanów będzie miał z nią ograniczony kontakt. Przecież nie było możliwości, aby podczas każdego weekendu wsiadał w samolot i leciał na kraniec świata. Był lekarzem, miał swoje zobowiązania. Czy Kasia zgodziłaby się oddać mu dziewczynkę kolejny raz pod opiekę na dłuższy okres? Miliony myśli krążyły w jego głowie. Ani się obejrzał, a leżał przykryty kocem w ciemnym salonie zupełnie sam. Musiał zasnąć. Był przecież okropnie zmęczony po całym dniu. Niestety teraz rozbudził się na dobre, a wszystkie czarne myśli dręczyły go już do świtu na jawie.
¹ wypisy.
I jak? Było trochę słodko-gorzko, co?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)