poniedziałek, 23 listopada 2015
Rozdział 2
Profesor wsiadł do swego białego auta i wściekle trzasnął jego drzwiami. Z nerwów nie potrafił nawet zapiąć pasów. Po chwili dostrzegł ciemną, maź, która pojawiła się znikąd, a teraz oblepiała klamerkę pasów i kierownice. Lekko zdezorientowany rozejrzał się po aucie. To była krew. Dłoń mężczyzny krwawiła teraz obficie. Przyjrzał się jej dokładniej i dostrzegł drobinkę, która skrzyła się delikatnie w świetle przyszpitalnych lamp. Oderwał ją od naskórka jednym ruchem, lekko uchylił automatyczną szybę i wyrzucił szkło na szpitalny bruk.
Oparł głowę o zagłówek i westchnął ciężko.
-Spokojnie, żadnych emocji. - nie mógł przecież jechać do Kasi i tak po prostu błagać, by oddała mu jego córeczkę, jego Matyldę. Tę, z którą tak bardzo się zżył, kiedy to jej matka leżała nieprzytomna w szpitalu. Może i nie był biologicznym ojcem, ale czy to coś zmienia?
No owszem zmienia. Matylda była jego dzieckiem do momentu odczytania wyników DNA. Do tego momentu zdążył uwierzyć, że jest jej ojcem. Co gorsze - pokochał tego szkraba. Obudziły się wspomnienia. On przecież wiedział co to znaczy sieroctwo. Wielka niewiadoma i strach przed dorosłym światem, który musiał poznać tak szybko. Do dziś, każdego wieczoru wspomina dzień, kiedy to stracił wszystko, kiedy jego życie rzuciło nim o ścianę i kazało iść.
Dlatego gdy spojrzał na Matyldę wtedy tam pod salą Smudy, zobaczył w jej oczach siebie. I czas się cofnął. Nie mógł pozwolić, aby się powtórzył, by Matylda podzieliła jego los i tak samo jak on, poznała co to samotność.
-A kuku! - wzdrygną się na stukanie w szybę. Spojrzał z politowaniem na Adama, który z szerokim uśmiechem wpatrywał się w brata, szczęśliwy że udało mu się Andrzeja wystraszyć.
- Czego?
- Co robisz? - Andrzej spojrzał na Krajewskiego z politowaniem - Chciałem cię zaprosić dzisiaj na kolację. Musze ci kogoś przedstawić. - uśmiechnął się dumnie do brata.
- Doprawdy? Kolejna panienka? - Andrzej dobrze znał jego zwyczaje. Adam nie potrafił zatrzymać przy sobie żadnej kobiety dłużej niż miesiąc. A wszytko przez gafy, które popełniał na każdym kroku. Tak też stał się obiektem żartów Falkowicza.
- Ta jedyna. - podkreślił brunet - Mam tylko małą prośbę...
- O Boże, słucham. - profesor westchną ciężko, przeczuwając najgorsze.
- Mógłbym tę kolację urządzić u ciebie? - Andrzej spojrzał zaskoczony na brata
- Wiedziałem. Dzięki stary. - Adam poklepał brata po ramieniu i nawet nie wyczuł, jak bardzo jest spięty. Falkowicz zsunął obie dłonie na szczycie kierownicy i położył na nich głowę.
- Andrzej, co ci się stało? - Krajewski spojrzał profesjonalnym okiem na dłoń brata, z której cały czas sączyła się czerwona ciecz - Wysiadaj, muszę ci to zszyć. - Falkowicz tylko spojrzał na niego spod na pół przymkniętych oczu i odpalił silnik nadal utrzymując wzrok na Adamie. Przygazował ostro, dając tym samym bratu szansę na odskoczenie na bezpieczną odległość, po czym ruszył autem. Na nowo poczuł jak wzbiera w nim fala gorąca i tęsknoty. Tej nocy długo jeszcze nie mógł zasnąć.
Nie przedstawiłam się jeszcze wam :-) A więc mam 19 lat i jestem na pierszym roku filologii angielskiej, jednocześnie pracując. Piszę nie pierwszy raz choć tak naprawdę bardziej chcę niż potrafię to robić :-) Liczę na komentarze i zaznaczam że odpowiadam na każde pytania.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Swietne opiwoadanie mam nadzieje ze szybko pojawi sie next
OdpowiedzUsuńNo, zaczyna sie robic ciekawie:-))
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam już wczoraj. Czekałam na kolejną część z niecierpliwością by dopiero po niej wyrobić sobie zdanie. Przyznam, że sceptycznie podchodziłam do tego opowiadania. Ale jednak warto było czekać. Piszesz ciekawie, bez błędnie. To w takim razie weny i czekam na cd
OdpowiedzUsuńPodoba mi się :D ! Czekam na next i weny Ci życzę ;)
OdpowiedzUsuń