czwartek, 25 sierpnia 2016
Zdradzać?
Powinnam... nie powinnam...
Taka ciekawostka dla umilenia czasu czekania na następny rozdział ;)
Smuda wraca do gry. Aktorka wróciła na plan, więc spodziewajcie się FaDy w najbliższych odcinkach! :D
Ach i next jutro ;)
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Fragment rozdziału 5, serii II
Każdy poprzedni fragment niczego nie zdradzał. Ten ma zbudować napięcie. Dajcie znać czy udało mi się ;)
"- Nie miałaś przy mnie takich luksusów, co? Profesorek cię rozpieszcza. A wystarczyło poczekać. Znalazłem tam świetną prace. Wróć ze mną Kasia, co?
- Bredzisz... - nie było zimno, lecz ta trzęsła się trąc swe ramiona dłońmi.
- Jeszcze ci wybaczę, że mnie z nim zdradziłaś. Wszystko się nam ułoży. - błagał, patrząc prosto w jej oczy. Nie mogła uwierzyć, że chłopak, którego miała za przyjaciela tak naprawdę zakochał się w niej tak silnie. Najbardziej jednak obawiała się reakcji Andrzeja na to wszystko. Bo ten do tej pory tylko patrzył jakby nie wzruszony. Fakt, może na zewnątrz nie dał po sobie poznać, ale ten cały Janek powoli, sukcesywnie wyprowadzał go z równowagi."
Będzie bitka?
piątek, 19 sierpnia 2016
Rozdział 4
Nie chciał stawiać jej przed faktem dokonanym. Lecz w istocie miał taki plan. Skoro Kasia nie zgodziła się do niego wprowadzić, to choć bardzo go kusiło, nie mógł tak po prostu włamać się do jej mieszkania i oczyścić je z wszelkich rzeczy osobistych.
A zrobiłby to. Gdyby tylko chciał jeszcze bardziej pogrążyć się w sytuacji, jakiej aktualnie się znajdował. Kobieta była bowiem na niego śmiertelnie obrażona za to, jak ostatnim razem posłużył się dzieckiem do wywarcia na nią nacisku.
Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. Zaskoczyła go. Bo przecież jeszcze niedawno nie chciała zdradzać swoich uczuć nikomu, prócz samego profesora naturalnie w sytuacjach intymnych. Matylda także dowiedziała się dla świętego spokoju. W końcu ile można kryć się przed dzieckiem, które obserwuje nas pełną dobę.
- Jest zajęty. Poza tym nie najlepiej mu się teraz układa z Wiktorią. - mruknął pod nosem, zastanawiając się jaki ruch wykonać, aby móc niepostrzeżenie podłożyć się Matyldzie w szachach.
- Na pewno? - Kasia podeszła od tyłu do córki i spojrzała badawczym okiem na szachownice. Niestety nie miała pojęcia na temat zasad tej gry, bo dziewczynka grywała tylko w szkole. Oczywiście próbowała nauczyć się tej sztuki od nastolatki, lecz widocznie nie była jej pisana taka umiejętność. - Wczoraj wydawało mi się, że bardzo dobrze się dogadują. Widziałam ich na mieście. - wytłumaczyła, gdy napotkała pytający wzrok Andrzeja. Mężczyzna jednak nie skomentował. Beznamiętnie spuścił wzrok i zamyślił się nad grą. Wykonał w końcu jakiś ruch, lecz widocznie przypadkowy, bo Matylda od razu krzyknęła zbulwersowana, że ten jej się podłożył.
- Mój błąd. Zagapiłem się.
- Mhm... Ta jasne. Jak mam trenować, kiedy ty dajesz mi wygrać? - obrażona nie wykonała żadnego ruchu. Założyła ręce na biodra i lustrowała oblicze ojca, który słuchał jej spod ściągniętych brwi.
- Już ci mówiłem, nie uważałem.
- Bo pokłóciłeś się z wujkiem? Dlatego nie chcesz, żeby...
- Matyldziu. - urwał surowo. Dziewczynka powiedziała zdecydowanie za dużo. Znacznie więcej, niż powinno wyjść na światło dzienne.
-No co? - wzruszyła ramionami, dopiero teraz rozumiejąc jego napięty wyraz twarzy.
- Wracaj do pokoju, masz chyba lekcje do odrobienia.
- Są wakacje.
- Słusznie. - zamyślił się chwilę. - W takim razie idź sprawdź co z tą asteroidą. To już chyba ten czas. - spojrzał pobieżnie na zegarek zdobiący jego lewy nadgarstek. Miał szczęście. Za niecałą godzinę na niebie miał być istny spektakl, a mała Smuda musiała się przecież do niego odpowiednio przygotować. W końcu takie widowisko należało sfotografować i dokładnie opisać w jej dzienniczku kosmicznym, jak to miała w zwyczaju robić.
- O co poszło? - zapytała spokojnie, kiedy już zostali sami. Usiadła jeszcze obok niego, tak o z kaprysu, a może z doskwierającego braku bliskości. Jako młoda para byli bardzo jej spragnieni.
Andrzej nie spieszył się z odpowiedzią. Nie był przygotowany na składanie wyjaśnień w tej sprawie. Powoli składał pionki i figury jego ostatnimi czasy ulubionej gry. Zamknął wreszcie z trzaskiem drewniane pudełeczko, a echo poniosło się po parterze. Jego dłonie straciły zajęcie. Dyskretnie wzdychając oparł się na kanapie, czując na sobie niecierpliwy wzrok kochanki.
- O nic konkretnego. Adaś ma za mało rozumu w głowie. Zupełnie jak nie mój brat.
- Pogodzilibyście się, gdyby to było coś błahego. - odrzekła swym łagodnym, głębokim głosem.
- Możliwe. - odrzekł, nie wierząc w to, że tak łatwo dojdzie pomiędzy nimi do porozumienia. Nie po tym co zaszło wczorajszego wieczoru. Ani Adam, ani Wiktoria już dawno nie dyrygują jego życiem. Za bardzo przyzwyczaili się do pomocnej dłoni Andrzeja. Teraz po prostu im go brak, bo nie mogą sobie poradzić sami. Troska? Też coś. Troską nie można nazwać wtrącanie się do cudzych spraw. A jeśli tą sprawą jest miłość, to zdecydowanie należy się odseparować od takiego zagrożenia.
Ale czy uda mu się odsunąć od Adama? Oczywiście nie chciał tracić z nim kontaktu. Nie w tym rzecz. Andrzej pragnął, aby jego brat uświadomił sobie, że są kwestie i wartości, które należą do intymnych i nie należy się nimi dzielić. A jest nią nowa rodzina. Każdy z nich taką tworzył i najlepiej by było, gdyby taki stan rzeczy dotarł do młodszego z rodzeństwa.
- Więc nie powinieneś mieć nic przeciwko, gdyby zjawili się wieczorem. - podsumowała swobodnie.
- Ale mam. Zrozum Kaśka, że wolałbym ten wieczór spędzić tylko z wami. - pochylił się nad nią, całując czule jej szyję, zaczynając od okolic za uchem.
- Czyli to coś poważnego. - spokojnie analizowała, mimo że pieszczoty jakie zadawał jej Andrzej nasycały w niej głód bliskości. - Proszę cię, bądź poważny... - wyszeptała, odpychając go od siebie delikatnie.
- Dobrze pani mecenas. - odrzekł zawiedziony. - Będę. Ale taka wolna chwila rzadko się zdarza. - spojrzał w kierunku drzwi do pokoju Matyldy. - A ja nie mam pojęcia, czy jestem aż tak cierpliwy. - znów zamruczał, tym razem lubieżnie, w jej stronę. Działał na nią nawet spojrzeniem.
- Sprawdzimy to. - uśmiechnęła się triumfalnie, bo wiedziała że ma go w garści. On także miał świadomość, że nie obejdzie się bez wyjaśnień. Postanowił więc być szczerym. Przynajmniej na tyle, na ile pozwoli mu jego przyzwoitość (bo takową zdążył w sobie wykształcić ten butny dawniej mężczyzna). Całą prawdą mógłby ją tylko zranić.
- Mój braciszek jest pantoflarzem. - westchnął w końcu. Kasia uniosła brwi zaintrygowana. - Leci za Wiktorią jak ćma w ogień.
- A ty jesteś zazdrosny?
- A niech go sobie bierze...
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Nie musisz przede mną ukrywać tego, że kiedyś coś cię łączyło z tą dziewczyną. Doskonale widziałam, jak na nią kiedyś patrzyłeś. To musiało być coś poważnego, mam racje? - po raz kolejny zaniemówił. Porażony jej dedukcją rozchylił tylko usta, przypatrując się jej w milczeniu. Lecz na twarzy kobiety nie dostrzegł wyrzutu, tylko niepewność. Jakiś lęk przed nieznanym, choć może właściwie to...
- Chyba nie jesteś zazdrosna o Wiktorię? - nie zaprzeczyła. Naprawdę bała się, że jego i rudowłosą panią doktor mogłoby coś jeszcze łączyć. Jak miał jej więc wytłumaczyć, że Consalida należy do reliktów przeszłości, które straciły w jego oczach swój blask świetności? Kiedyś promienna kobieta, teraz poważna kandydatka na jego szwagierkę. Szanował ją, lecz z zauroczenia jakiemu głupio poddał się dawnymi czasy, nie zostało już nic, prócz wspomnień. - Kasiu, Wiki owszem, była mi kiedyś bliska, ale z czasem boleśnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem w jej typie. To już minęło.
- Ale było poważne, prawda? - zamyślił się na chwilę.
- Wtedy tak myślałem. - nie kłamał. Rzeczywiście wbiła mu nóż w plecy, gdy odrzuciła jego zaręczyny. Jak przed nikim innym otworzył się, a ta zakpiła z jego uczuć. Wtedy zabolało, ale zaleczył rany. Zaszył się na nowo w swej znieczulicy, choć i to nie uchroniło go od kolejnych ciosów, jakie otrzymał od Wiktorii. Poznała jego słabe oblicze i stała się pewniejsza.
Ale wybaczył jej. Sam nie wiedział dlaczego. Może nie potrafił wyrzec się wszystkich zalążków ciepłego uczucia jakim darzył Consalidę? A może przez wzgląd na Adama?
- Ale my też mamy wiele pięknych wspomnień. Kiedyś byliśmy prawie tak szczęśliwi jak dziś. - Kasia zaśmiała się pod nosem na jedno z tychże dawnych obrazków przywołanych w pamięci, potakując jednocześnie.
- Zgoda. My też mieliśmy swój piękny czas. A teraz przeżywamy renesans. - złożyła nogi na kanapie i obróciła się bokiem w stronę mężczyzny. - Dlatego postanowiłam pójść na ugodę. - uniósł ciekawie do góry brew, słuchając uważnie, co kobieta ma mu do zaproponowania.
- Ugodę?
- Przeprowadzę się do ciebie. - nie czekał długo z pocałunkiem, lecz zrobił to taktownie, powoli i czule. - Ale... - dokończyła, gdy złapała oddech - Spróbujesz porozmawiać z bratem. Dzisiaj. Na kolacji.
- Chyba nie mam wyjścia. A teraz wybacz, ale zostało nam bardzo mało czasu. - i pociągnął ją za rękę w stronę schodów, by na piętrze dotrzymać pierwszej obietnicy, danej sobie.
Zaparkował pod mieszkaniem, które wynajmowali od przyjaciela na czas pobytu w kraju. Nareszcie udało mu się dokonać wszelkich formalności i otrzymać zgodę na budowę. A nie było to łatwe ze względu na tereny leśne, jakie otaczają działkę. Mnóstwo problemów, głównie z jej uzbrojeniem. W końcu ze świecą szukać znajdujących w pobliżu domostw, a zatem jeśli chcieliby choćby użyczyć od kogoś prądu... graniczyłoby to z cudem. Całe szczęście Krajewski zaopatrzył się już w agregat, co powinno wyeliminować problem elektryczności przynajmniej na jakiś czas.
Zmęczony urzędową biurokracją i klnący w myślach na niedostosowanie tak ważnych instytucji do dwudziestego pierwszego wieku, pokonał przedpokój i udał się do małego salonu połączonego z kuchnią.
- O jesteś już.
- Już? Chyba dopiero! Wiesz ile kolejek musiałem przeczekać? Ile kobiet musiałem zbajerować, żeby przyspieszyć wydanie paru dokumentów? - westchnął i rozsiadł się na kanapie. Oparł głowę, jakby miał zaraz wyzionąć ducha i przymknął powieki, wsłuchując się w swe obolałe ciało. Usłyszał szmer, który świadczył o tym, że ktoś się do niego zbliża. Tym kimś musiała być jego rudowłosa ukochana.
- Kotku, naprawdę nie musimy się z tym tak spieszyć.
- Ale skoro kiedyś chcemy tutaj wrócić, to chyba czas najwyższy zacząć tę budowę. - podjął, spoglądając na Wiktorię.
- Ale czy nie jest nam tak dobrze?
- Jak? Chcesz spać na walizkach? Wiki przecież ty też masz tutaj przyjaciół. Sama mówiłaś...
- Tak, mówiłam. - weszła mu w słowo. - Ale w Hiszpanii mamy pracę. Oboje. Może warto przez jakiś czas zostawić wszystko jak jest?
- Wiesz, naprawdę nie rozumiem. Przecież nie musimy wracać do Leśnej Góry. Z twoimi kwalifikacjami znajdziesz pracę w każdym warszawskim szpitalu.
- Boję się zostawić Blankę. - wyznała w końcu. Adam objął ją tylko ramieniem i spojrzał gdzieś przed siebie, zastanawiając się jak ma zdobyć zaufanie młodej pasierbicy. - Ma teraz problemy z tym chłopakiem, nie mogę jej tak zostawić.
- Wiki - dotąd oparta o niego plecami, teraz lekko odsunięta spojrzała kątem oka na partnera. Miała do siebie żal, lecz starała się grać silną. Przez ten czas pobytu w Hiszpanii starała się udowodnić sobie, że potrafi być matką. Nie dostrzegła niestety w tym wszystkim, że Blanka jest już dorosłą kobietą, a błędy jakie popełnia są nieodłączną częścią wchodzenia w ten dojrzały etap. Zaangażowała się, być może za bardzo. Tak bardzo przejęła się losem córki, że nie zauważyła swojego.
- Pamiętaj, że nie jesteś sama. Masz mnie, a Blanka może do nas przyjeżdżać. Jak chcesz ją przyjmować w tej kawalerce? A w naszym domu będzie miała swój własny pokój, bezpieczne miejsce tutaj w Polsce. My i tak tutaj wrócimy. Widzę jak tęsknisz za Agatą...
- A ty za Andrzejem. - dodała.
- Nie przesadzajmy. - zasępił się nieco. Wczorajsza sprzeczka należała chyba do jednej z najgorszych w ich braterskiej karierze.
- Naprawdę się zeszli? - podjęła temat. - On i Smuda są razem? - lecz on nie odpowiedział. Było to zbędne. - Może to nic poważnego...
- Nie sądzę... jak Andrzej w coś wchodzi, to nie odpuszcza.
- Skoro tak jej broni to chyba rzeczywiście mu zależy. Spędzali ze sobą tyle czasu, to musiało się tak skończyć.
- Wiesz, to chyba zaczęło się już dużo wcześniej. Znam Andrzeja i wiem, że nie zajmuje się cudzymi dziećmi bezinteresownie. Już wtedy ją kochał, jak tylko się pojawiła.
- Myślisz? - Jednak ich rozmowę przerwał telefon. Spojrzeli po sobie zaskoczeni, gdy na wyświetlaczu ujrzeli numer samego Andrzeja Falkowicza. Połączenie było krótkie, lecz tak samo intrygujące, jak jego pojawienie się. Chłopak ściągnął brwi i patrząc przed siebie oznajmił
- Mamy zaproszenie na kolację.
Na zewnątrz robiło się już chłodniej. Słońce nie przybrało jeszcze koloru pomarańczy, ale godzina na kolację była odpowiednia. Kasia, która zgodziła się tego dnia zostać na noc, nie spieszyła się już do domu. Spokojnie i z gracją mieszała potrawy w garnku, a Andrzej co chwilę zaglądał jej przez ramię, całując co raz to przy okazji, bądź klepiąc kobietę po pośladkach ukradkiem. Był w wyśmienitym humorze i postawił sobie za priorytet, że żaden Adam, czy Wiktoria nie popsują mu go. Nareszcie wszystko zaczęło się układać. Gdy tak przyglądał się swojej ukochanej, był nawet gotów w przypływie impulsu jej się oświadczyć, lecz tylko zaśmiał się w duchu. Przecież Kasia ledwie zgodziła się z nim zamieszkać. Przymuszona szantażem, ale jakże przyjemnym... Przeszedł go dreszcz na samo wspomnienie zręczności swojej partnerki.
Tak, zdecydowanie tego szukał w życiu.
- Tato... - w kuchni zjawiła się ich córka, której krągłą buzię zdobił szpetny grymas.
- Choć. - rozumieli się bez słów. Wystarczyło, że dziewczynka pokazała się z niezadowolona miną i rozpuszczonym włosami, od razu zorientował się czego się od niego oczekuje. - Przyniosłaś szczotkę? A grzebień? - miał wszystko. Kazał usiąść na pufie przed sobą, by móc zapleść tradycyjnego warkocza na głowie Matyldy.
Ręce chirurga szybko się z tym uporały. Mała nawet nie musiała sprawdzać, czy splot jej włosów wyszedł zgodnie z oczekiwaniami, bo przecież nie pierwszy raz profesor zaplatał jej ulubionego warkoczyka.
- Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
- Myślałaś, że sama sobie układała fryzurę przed szkołą? - kolacja była już gotowa, więc mieli chwilę dla siebie. Zdjęła szpilki i założyła nogi na pufie przed Falkowiczem, który mógł teraz bezkarnie przyglądać się jej szczupłym łydkom odkrytym przez pudrową wąską spódnicę z lekkiego materiału. Mężczyzna objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.
- Jak myślisz, jak zareagują? - odezwała się w końcu.
- Myślę, że już wiedzą. - odparł zgodnie z prawdą.
- Ta dziewczyna mnie nie lubi. Może chociaż z Adamem uda mi się dogadać.
- Oczarujesz ich oboje, tak jak oczarowałaś mnie. - uśmiechnął się szczerze, a kobieta odwzajemniła mu się tym samym.
Nie czekali długo, a zjawili się goście. Zaprosili ich do stołu, choć było nieco niezręcznie. Wiktoria próbowała się uśmiechać, lecz jakoś dziwnie się czuła w obecności Kasi, jak się szybko okazało (dzięki Matyldzie) gospodyni domu. Smuda za to z każdą chwilą była coraz pewniejsza siebie, lecz mimo wszystko przez cały czas wyglądała naturalnie spokojnie. Choć nikt nie wypowiedział tego na głos, to już na pierwszy rzut oka można było zyskać pewność, że ta kobieta była stworzona dla profesora.
Bracia też jakby zapomnieli o całej sprzeczce, a może po prostu nie chcieli o niej pamiętać przynajmniej na czas wieczoru.
Robiło się coraz później, a całe towarzystwo ucztowało w najlepsze. Każdy świetnie wszedł w swoją rolę i o kłótniach, czy zawiściach nie było śladu. Przynajmniej na ten czas, lecz nie wyprzedzajmy faktów.
Gdy na zewnątrz zapanował mrok, a było może po dwudziestej, do drzwi podszedł kolejny gość. Zerknął raz jeszcze na numer zapisany na jego karteczce, a widniał tam pełen adres domu Falkowicza oraz jego nazwisko. Udało mu się zdobyć tę informację, choć musiał przyznać, że nie było łatwo. Dziwne, ale widać profesor cenił sobie prywatność.
Zauważył, że palą się światła, więc przycisnął przycisk dzwonka. Z zaciętą miną wyczekiwał, by ujrzeć twarz mężczyzny, który zajął jego miejsce. Zmiął kartkę i wrzucił ją do kieszeni szarych spodni. Nie mógł się doczekać tego spotkania. Nareszcie odwdzięczy się za zrujnowanie jego życia.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął ten mężczyzna, Falkowicz. Na początku przyjrzał się mu badawczo, a po chwili już wiedział. Poznał.
Zza jego pleców wychyliła się także Kasia. Oczy jej rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów i zamarła, gdy ten obdarzył ją promiennym uśmiechem.
- Jan... - wyszeptała.
- Wróciłem.
No i co? Namiesza? W każdym razie trafiłyście ;) A biologicznego ojca zostawmy scenarzystom. Myślę, że prędzej czy później stanie oko w oko z Falkowiczem tak jak teraz Jan.
Ciesze się, że anonimki zaczęły się podpisywać!
No więc co sądzicie?
środa, 17 sierpnia 2016
Fragment 4. rozdziału, serii II
Obecany.
"Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. (...)"
;)
"Kasia nie była wszak tak łatwowierną, jak jego poprzednie żony. Z tym przypadkiem należało obchodzić się delikatnie i z większym zamysłem. Niestety był to gatunek kobiety niezależnej, który ubzdurał sobie, że poradzi sobie bez mężczyzny, gdy tylko najdzie taka potrzeba. Falkowicz rzecz jasna nie pierwszy raz stykał się z takim ewenementem. Lecz po raz pierwszy z tak beznadziejnym. Wobec takiej więc sprawy czuł się bezradny i uznał za słuszne poprosić raz jeszcze. A jeśli zaszłaby nawet taka potrzeba to poczekać. Przecież w końcu sama uzna, że należy wkroczyć w nowy etap tego związku.
- Zaproś brata z jego dziewczyną na kolację. Przygotuję coś dobrego. - i zyskał pewność, że Kasia jest wyjątkowo trudnym przypadkiem kobiety, którego nie można sklasyfikować do żadnej znanej mu grupy. (...)"
;)
wtorek, 16 sierpnia 2016
Informacja
Myślę, że ważna.
Dotarliśmy do drugiej serii, ale ta będzie znacznie krótsza niż poprzednia. Z tego względu, że od października zaczyna się nauka.
Zatem na drugą serię planuję około 10 rozdziałów. Zapewne wyjdzie trochę więcej.
Dlatego będę szastała dedykami dla komentujących. Proszę więc o podpisywanie się aninimków ;)
A co do nextu, bo skoro już się odezwałam to dobrze żeby zobaczyło to więcej osób. Planuję na czwartek, ale nie obiecuję.
Póki co postaram się o jakiś godny pokazania fragment. Na jutro.
Ktoś powróci...
niedziela, 14 sierpnia 2016
Rozdział 3
Dla anonima, który... (pod tekstem)
Po pewnym czasie udawanie związku przed małą Smudą stało się nie lada katorgą. Dziewczynka nie odstępowała rodziców na krok, ciesząc się z tego, że oboje nareszcie żyją w zgodzie. Wielokrotnie próbowała nawet ich swatać. Któregoś wieczoru, gdy Andrzej przyjechał ich odwiedzić, dziewczynka postawiła sobie za priorytet urządzić dorosłym romantyczną kolację.
- Matyldzia, co ty tam wyrabiasz? - z salonu odezwał się Falkowicz, który do tej pory zajęty był rozmową z Kasią. - Nie waż się dotykać kuchenki!
- Jestem już duża, nie możesz mi zabraniać! - krzyknęła z drugiego pomieszczenia, niestrudzenie śledząc przepis na spaghetti. W pocie czoła przyrządzała ciepłe danie, które miało być tym głównym na eleganckiej kolacji. Problem niestety polegał na tym, że dziewczynka jeszcze nigdy nie przyrządzała wspomnianego przysmaku sama. Zawsze pomagała jej w tym Kasia, lecz tym razem nie pozwalała mamie mieszać się w swoje ambitne plany.
Zadanie okazało się wysoce ryzykowne, gdy makaron wciąż pozostawał zbyt twardy, a wody w garnku konsekwentnie ubywało. Niestety to nie był jedyny problem Matyldy. Sos pomidorowy również wyszedł zbyt blady i co najgorsze - piekielnie ostry. Z tym ostatnim lekko przerażona postanowiła rozprawić się najprościej.
- Po prostu postawie wodę. - wzruszyła w końcu ramionami i dalej mieszała swoje danie.
- Czujesz? - Andrzej nie potrafił skupić się na kobiecie, kiedy w kuchni krzątała się jego nastoletnia podopieczna. Nigdy nie pozwalał jej dotykać się do kuchenki w jego mieszkaniu, dlatego i tym razem nie był pewien, czy mała bezpiecznie obchodzi się z takimi sprzętami. - Coś się przypala.
- Oczywiście... będę miała co szorować. - Smuda była rozdrażniona tym, że nie miała wstępu do własnej kuchni. Doskonale znała talent swojej córki do gotowania. Owszem, wychodziło jej co nieco, ale Kasia zawsze kontrolowała zamiary dziewczynki. Lecz o jej bezpieczeństwo była mimo wszystko spokojna.
- Chyba powinniśmy jej przerwać. To przestaje się robić zabawne.
- Czekaj. - pociągnęła mężczyznę za jego krawat, zmuszając go by na nowo usiadł tuż obok na kanapie. - Tylko ją zdenerwujesz. Niech sobie gotuje.
- Przecież się poparzy! Wyleje coś na siebie i nieszczęście gotowe! - z coraz większym niepokojem analizował dochodzące go zapachy. - Zaraz trzeba będzie jechać na pogotowie, a tam dyżur ma pewnie Zapała. Blizna na całe życie... - zacisnął w końcu wargi, gotowy ruszyć do kuchni, gdy tylko usłyszy coś niepokojącego.
- Przesadzasz. Ona ma już trzynaście lat.
Tymczasem Matylda zrozpaczona wywalała właśnie do kosza przypalony makaron, do którego na śmierć zapomniała dolać wody. Nie udało się jej także nasycić koloru sosu, myślała nawet aby poprosić o pomoc swoją mamę, ale wtedy z romantycznej niespodzianki byłyby nici. Zmartwiona wyłączyła ostatni palnik i usiadła załamując ręce na stołku kuchennym. Jej plan się nie powiódł, co więcej - wyszło gorzej niż się tego spodziewała. Obawiała się, że już zawsze pozostanie dzieckiem "z rozbitej rodziny", jak zwykły mówić jej koleżanki.
Wyszła w końcu z fartuszkiem owiniętym (był zdecydowanie za duży) wokół bioder. Z podniesioną głową i trudnym do odczytania wyrazem twarzy poinformowała w końcu zdenerwowanych niewiedzą rodziców, że za chwilę poda kolację.
- Zaczyna się. - mruknął pod nosem profesor, odchylając się od Kasi. - Jak ty jej nie powiesz, to jak Boga kocham - jeszcze dzisiaj zrobię ja. - Kasia spojrzała na niego niepewnie. - Kobieto, to się robi niebezpieczne! - to nie była pierwsza próba zeswatania pary, lecz zdecydowanie najuciążliwsza dla skołatanych nerwów Andrzeja.
Dziewczynka pewnie krzątała się po salonie, a ich oczom z czasem ukazała się pełna zastawa stołu, razem z kieliszkami do wina i świeczkami, które oczywiście na samym końcu zapaliła.
- A wino? - zdumiony Falkowicz uniósł jedną brew, przypatrując się elegancko zastawionemu stolikowi w salonie. Matylda pobiegła od razu po gorący dzbanek, w którym zaparzyła herbatę. Mężczyzna, gdy tylko ujrzał co mu przyjdzie pić w drobnych szkłach przeznaczonych do czerwonego wina westchnął ciężko.
Kasia dotąd z oczyma szeroko otwartymi, gdy tylko spostrzegła kątem oka reakcję kochanka zaśmiała się w głos.
Matylda ostatecznie zadbała o to, by na stole pojawiło się jakieś jedzenie. W zdobnym szklanym naczyniu podała gotowy sos, a w wiklinowym koszyczku ułożyła starannie pokrojony chleb.
Oboje rodziców byli bardzo zaskoczeni kreatywnością ich pociechy. Ostatecznie odetchnęli z ulgą i podziwiali efekty ciężkich starań córki.
Późnym wieczorem, gdy Andrzej miał już zbierać się do drogi, postanowił jeszcze, że zajrzy do Matyldy, która od kilku godzin siedziała we własnym pokoju. Chciała naturalnie dać rodzicom jak najwięcej swobody, dlatego też udała, że musi wcześniej położyć się spać.
Profesor uchylił drzwi do malutkiego pokoju pociechy i ujrzał leżącą tyłem do niego dziewczynkę. Podszedł do jej łóżka i usiadł na skraju. Westchnął ciężko i mruknął w ciemnościach słowa skierowane do córki.
- Wiem, że się starałaś. - wspomniał, jak zakrztusił się ostrym sosem i popijał go herbatą w kieliszku, a Kasia dławiąc się ze śmiechu katowała jego plecy. - Ale chyba już dosyć tych swatań, co? - doskonale wiedział, że nie śpi. - Wytrzymaj do jutra, hm? Mamy ci coś z mamą do powiedzenia. - odetchnął z ulgą, gdy Kasia uległa w końcu jego namową i zgodziła się ujawnić przed własnym dzieckiem. Uśmiechnął się bezradnie w ciemnościach i pochylił się nad dziewczynką, by pocałować ją w policzek. Poprawił jeszcze kołdrę i wyszedł z pokoju, by udać się w końcu do własnego domu.
- To teraz będziemy wreszcie razem mieszkać? - jak wyrocznia siadła na przeciw pary, która z oczyma wielkości solidnych monet przypatrywała się córce. Choć właściwie profesor jakby złagodniał na twarzy po chwili i uśmiechnął się dumnie. Spojrzał kątem oka, znad uśmiechu na kobietę obok i z perfidią w zamiarach dał jej odpowiedzieć.
- Kochanie, oczywiście że nie. - odezwała się łagodnie. - Nie masz się czym martwić, wszystko zostanie tak jak do tej pory po staremu. - dodała, jakby sądziła, że tego właśnie oczekiwała nastolatka. Dziewczynka jednak głęboko zdziwiła się słowami matki. Coś musiało pójść nie tak, bo skoro są parą, to dlaczego nie chcą razem zamieszkać?
- To kochacie się, czy nie? - oparła wyprostowane w łokciach ręce o nogi i z surową miną lustrowała kochanków. Falkowicz po raz kolejny zachowywał milczenie.
- Co to za pytanie! - prychnęła Kasia, marszcząc gniewnie brwi.
- No to dlaczego nie chcesz się wprowadzić do taty? - jęknęła - Coś zrobiłeś, tak? I mama się na ciebie gniewa? - zwróciła się do tego milczącego w towarzystwie.
- Matyldzia, po pierwsze - nie takim tonem. - choć cała ta sytuacja trochę go bawiła, to jednak pozwolił sobie zagrać surowego rodzica. - Do matki odnoś się zawsze z szacunkiem moja damo. Po drugie - nie mam nic przeciwko żebyście się tutaj wprowadziły choćby dzisiaj. - dodał swobodnym tonem, opierając się zaraz potem o kanapę. Z pozoru błahe słowa, niewiele znaczące, lecz siła sugestii przekazana dziecku jest ogromna. Młoda pociecha zapewne zadziała w tym cichym sporze o wiele skuteczniej niż sam Falkowicz. Racja - cios poniżej pasa, ale czy mógłby nie wykorzystać tak silnego ruchu? Dla Andrzeja najważniejsze było to, że działał dla dobra ich wszystkich. Przyśpieszył jedynie to co nieuniknione. Genialne w swojej prostocie, nie prawdaż?
- Ekstra! Jedziemy się spakować? - krzyknęła podekscytowana, szczerząc się ze szczęścia do gotującej się ze złości kobiety. - No mamo, na co czekasz?
- Aż ktoś zapyta co ja o tym sądzę. - syknęła, spoglądając gniewnie na zadowolonego Falkowicza.
- Kochanie, no chyba nie masz nic przeciwko. - mruknął zdecydowanie za słodko, obejmując dłonią talię kochanki. Zbyt czule i w nie odpowiednim momencie, bo Kasia aż kipiała z gniewu. - Tak będzie nawet łatwiej... - mruknął jej nad uchem, a nie wiedzieć dlaczego na myśl jej przyszły nagle same nieprzyzwoite myśli.
- No! I będę miała swój własny ogród, z huśtawką! - rzuciła dziewczynka, nie zauważając rozpływających się nad sobą rodziców.
- Dziecko, przedyskutujemy to jeszcze. - westchnął wybity z brudnych myśli przybrany ojciec dziewczynki.
Kasia całą resztę dnia próbowała uspokajać zapały dziewczynki do wielkiej przeprowadzki. Nie miała jeszcze odwagi na tak radykalną zmianę. Bała się, że ich świeży związek może nie przetrwać tak nagłej próby. Andrzej natomiast był po raz kolejny pewny swego. Jego zdaniem nie było czasu na takie dylematy. I choć do tego się nie przyznawał, to cały czas miał w głowie Filipa, pacjenta, z którym przez długi okres pobytu w Leśnej Górze dzielił salę na onkologii. Chłopak był od niego młodszy, a zmarł zanim zdążył dopełnić wszystkich swoich planów. Falkowicz bał się, że i jemu nie starczy czasu na poważne deklaracje. Postanowił wszystko przyspieszać i czerpać z tych chwil całą pełnie szczęścia. Nie było tu miejsca na zawahania, czy dylematy. Jego działaniom przyświecał jeden cel - nigdy nie wypuścić Jej z rąk.
Tego samego dnia, późnym wieczorem do brata postanowił zawitać Adam. W związku z tym, że obecnie przebywali razem z Consalidą w Polsce na urlopie od pracy hiszpańskim szpitalu, to czas wolny spędzali właśnie na odwiedzinach u bliskich.
Krajewski minął się w drzwiach z Kasią, która niestety nie dała się przekonać Andrzejowi na wspólną noc. Kobieta rozstać się jednak musiała z córką, która zawiedziona postawą matki w sprawie przeprowadzki odmówiła powrotu do domu. Tak więc obaj panowie dziwnie przygnębieni, lecz każdy inną sprawą, zasiedli na kanapach profesorskiego salonu.
Andrzej widząc zmartwienie na twarzy brata, nie żałował swojej whisky, także i sobie. Nalał odrobinę do swojej szklanki i zdecydowanie więcej do szklanki gościa. Rozsiadł się na przeciwko chłopaka jeszcze przez chwilę analizował w ciszy jego minę.
- Brat... - zaczął w końcu - Jak to jest opiekować się nie swoim dzieckiem? - podjął zupełnie poważnie. Falkowicz niespiesznie uniósł brwi, zdumiony pytaniem.
- Zakładam, że młodsza Consalida dała ci popalić. Nic dziwnego, skoro mała diablica ma w sobie choć krztę krwi Wiktorii. - wspomniał, gdy przed laty pierwszy raz ujrzał ową dziewczynę.
- Nie o to chodzi... - lekko gubił się w zeznaniach. - Blanka zachowuje się w porządku. Jak na nastolatkę, która kiedyś była zakochana w ojczymie... - dodał z jakąś niechęcią do delikatnych wspomnień. - Ona po prostu jest.
- I myślisz o morderstwie. - dokończył z kpiną Falkowicz. Niecierpliwił się, a Adam tylko zwlekał z wyjaśnieniami. - Kocham cię, ale wolność mi miła. - westchnął, poprawiając kołnierz białej polówki, choć z przyzwyczajenia szukał tam krawatu.
- Potrzaskało cie? - zdenerwował się gość, gdy profesor zaczął bagatelizować jego problemy. - Wiesz co, nie potrzebnie tutaj przychodziłem. - zerwał się do wyjścia
- Czekaj! - posłuchał. Obrócił się, by spojrzeć na brata i czekał na jego słowa. - Powiedz w końcu co cie gryzie. Konkretnie. - Krajewski uspokoił nerwy i rozmyślał nad sensowną odpowiedzią.
- Blanka zawsze już będzie pomiędzy nami. To już dorosła dziewczyna, więc nie będę jej niańczył, ale w naszej trójce jestem właściwie dla niej nikim. Nie mam w jej oczach żadnego znaczenia. A Wiki daje mi to odczuć. To nas jakby oddala od siebie. - z ogromną bezradnością w oczach spojrzał na Andrzeja.
- Może i Matylda nie jest moją biologiczną córką - zaczął powoli profesor, odpowiadając w końcu na pierwsze pytanie brata. - Ale spędziliśmy ze sobą tyle czasu, żeby sobie zaufać. - Adam notował w pamięci niebezpośrednie rady Falkowicza.
- Czyli co? "Czas leczy rany"? - zacytował popularną sentencję, lecz mężczyzna kontynuował swoją mowę.
- Biologia dla mnie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Kocham ją jak własne dziecko, więc nim jest. I tak je traktuje.
- A jak ja nie będę potrafił tak pokochać Blanki? - szczerze w to wątpił, że jeszcze uda mu się ta sztuka.
- To masz problem. - profesor wzruszył obojętnie rękoma, pociągając łyk gorzkiej whisky. W głębi duszy jednak zakpił z naiwności brata, który z biegiem czasu stawał się mimo wszystko dojrzalszy. Mężczyzna stateczny potrafi uporządkować sobie w głowie swoje priorytety, dlatego Andrzej nie miał wątpliwości co to tego, że Adam w końcu odnajdzie się w trudnej sytuacji. - Może chociaż młoda Consalida obdarzy cię promiennym uczuciem. Albo cie znienawidzi. Bo prędzej czy później staniesz się jej ojczymem. - i nie miał tutaj na myśli zmiany stanu cywilnego, lecz stanu umysłu wspomnianej trójki.
- Wiesz co brat? Zazdroszczę wam takiego układu. Nie jesteście z Kaśką razem a mimo to wspólne wychowujecie Matyldę. I zero problemów. Wszystko jasne. A i dla ciebie lepiej. Bo może Wiki miała racje, że ta cała Smuda nie jest dla ciebie. Ty się starałeś, a ona uciekła z dzieciakiem za granicę. Skąd wiesz, że możesz jej zaufać w związku?
- Przekaż Wiktorii... - syknął ze złości Andrzej, który już od dłuższej chwili zaciskał w nerwowym tiku pięść. - Że moje uczucia, to już od dawna nie jej sprawa.
- Wiem stary, nie denerwuj się - Adam uniósł od razu dłonie w geście obronnym. - Martwimy się o ciebie, wiesz? Jak rodzina.
- Trzymajcie się swojej. Ja też będę. - dodał groźnie. - Bo tak się składa, że już jej zaufałem. A ona mnie. Jeśli się na tym przejadę, to wybacz rodzino, ale to nadal będzie moja własna sprawa.
Nie w taki sposób mieli się dowiedzieć o nim i Kaśce. Zdecydowanie nie w taki.
...który zażyczył sobie wspólnego mieszkania tych dwoje ;)
Uff poprawiane na szybko, także są na pewno jakieś będy, które poprawie jeszcze dziś ;)
Po pewnym czasie udawanie związku przed małą Smudą stało się nie lada katorgą. Dziewczynka nie odstępowała rodziców na krok, ciesząc się z tego, że oboje nareszcie żyją w zgodzie. Wielokrotnie próbowała nawet ich swatać. Któregoś wieczoru, gdy Andrzej przyjechał ich odwiedzić, dziewczynka postawiła sobie za priorytet urządzić dorosłym romantyczną kolację.
- Matyldzia, co ty tam wyrabiasz? - z salonu odezwał się Falkowicz, który do tej pory zajęty był rozmową z Kasią. - Nie waż się dotykać kuchenki!
- Jestem już duża, nie możesz mi zabraniać! - krzyknęła z drugiego pomieszczenia, niestrudzenie śledząc przepis na spaghetti. W pocie czoła przyrządzała ciepłe danie, które miało być tym głównym na eleganckiej kolacji. Problem niestety polegał na tym, że dziewczynka jeszcze nigdy nie przyrządzała wspomnianego przysmaku sama. Zawsze pomagała jej w tym Kasia, lecz tym razem nie pozwalała mamie mieszać się w swoje ambitne plany.
Zadanie okazało się wysoce ryzykowne, gdy makaron wciąż pozostawał zbyt twardy, a wody w garnku konsekwentnie ubywało. Niestety to nie był jedyny problem Matyldy. Sos pomidorowy również wyszedł zbyt blady i co najgorsze - piekielnie ostry. Z tym ostatnim lekko przerażona postanowiła rozprawić się najprościej.
- Po prostu postawie wodę. - wzruszyła w końcu ramionami i dalej mieszała swoje danie.
- Czujesz? - Andrzej nie potrafił skupić się na kobiecie, kiedy w kuchni krzątała się jego nastoletnia podopieczna. Nigdy nie pozwalał jej dotykać się do kuchenki w jego mieszkaniu, dlatego i tym razem nie był pewien, czy mała bezpiecznie obchodzi się z takimi sprzętami. - Coś się przypala.
- Oczywiście... będę miała co szorować. - Smuda była rozdrażniona tym, że nie miała wstępu do własnej kuchni. Doskonale znała talent swojej córki do gotowania. Owszem, wychodziło jej co nieco, ale Kasia zawsze kontrolowała zamiary dziewczynki. Lecz o jej bezpieczeństwo była mimo wszystko spokojna.
- Chyba powinniśmy jej przerwać. To przestaje się robić zabawne.
- Czekaj. - pociągnęła mężczyznę za jego krawat, zmuszając go by na nowo usiadł tuż obok na kanapie. - Tylko ją zdenerwujesz. Niech sobie gotuje.
- Przecież się poparzy! Wyleje coś na siebie i nieszczęście gotowe! - z coraz większym niepokojem analizował dochodzące go zapachy. - Zaraz trzeba będzie jechać na pogotowie, a tam dyżur ma pewnie Zapała. Blizna na całe życie... - zacisnął w końcu wargi, gotowy ruszyć do kuchni, gdy tylko usłyszy coś niepokojącego.
- Przesadzasz. Ona ma już trzynaście lat.
Tymczasem Matylda zrozpaczona wywalała właśnie do kosza przypalony makaron, do którego na śmierć zapomniała dolać wody. Nie udało się jej także nasycić koloru sosu, myślała nawet aby poprosić o pomoc swoją mamę, ale wtedy z romantycznej niespodzianki byłyby nici. Zmartwiona wyłączyła ostatni palnik i usiadła załamując ręce na stołku kuchennym. Jej plan się nie powiódł, co więcej - wyszło gorzej niż się tego spodziewała. Obawiała się, że już zawsze pozostanie dzieckiem "z rozbitej rodziny", jak zwykły mówić jej koleżanki.
Wyszła w końcu z fartuszkiem owiniętym (był zdecydowanie za duży) wokół bioder. Z podniesioną głową i trudnym do odczytania wyrazem twarzy poinformowała w końcu zdenerwowanych niewiedzą rodziców, że za chwilę poda kolację.
- Zaczyna się. - mruknął pod nosem profesor, odchylając się od Kasi. - Jak ty jej nie powiesz, to jak Boga kocham - jeszcze dzisiaj zrobię ja. - Kasia spojrzała na niego niepewnie. - Kobieto, to się robi niebezpieczne! - to nie była pierwsza próba zeswatania pary, lecz zdecydowanie najuciążliwsza dla skołatanych nerwów Andrzeja.
Dziewczynka pewnie krzątała się po salonie, a ich oczom z czasem ukazała się pełna zastawa stołu, razem z kieliszkami do wina i świeczkami, które oczywiście na samym końcu zapaliła.
- A wino? - zdumiony Falkowicz uniósł jedną brew, przypatrując się elegancko zastawionemu stolikowi w salonie. Matylda pobiegła od razu po gorący dzbanek, w którym zaparzyła herbatę. Mężczyzna, gdy tylko ujrzał co mu przyjdzie pić w drobnych szkłach przeznaczonych do czerwonego wina westchnął ciężko.
Kasia dotąd z oczyma szeroko otwartymi, gdy tylko spostrzegła kątem oka reakcję kochanka zaśmiała się w głos.
Matylda ostatecznie zadbała o to, by na stole pojawiło się jakieś jedzenie. W zdobnym szklanym naczyniu podała gotowy sos, a w wiklinowym koszyczku ułożyła starannie pokrojony chleb.
Oboje rodziców byli bardzo zaskoczeni kreatywnością ich pociechy. Ostatecznie odetchnęli z ulgą i podziwiali efekty ciężkich starań córki.
Późnym wieczorem, gdy Andrzej miał już zbierać się do drogi, postanowił jeszcze, że zajrzy do Matyldy, która od kilku godzin siedziała we własnym pokoju. Chciała naturalnie dać rodzicom jak najwięcej swobody, dlatego też udała, że musi wcześniej położyć się spać.
Profesor uchylił drzwi do malutkiego pokoju pociechy i ujrzał leżącą tyłem do niego dziewczynkę. Podszedł do jej łóżka i usiadł na skraju. Westchnął ciężko i mruknął w ciemnościach słowa skierowane do córki.
- Wiem, że się starałaś. - wspomniał, jak zakrztusił się ostrym sosem i popijał go herbatą w kieliszku, a Kasia dławiąc się ze śmiechu katowała jego plecy. - Ale chyba już dosyć tych swatań, co? - doskonale wiedział, że nie śpi. - Wytrzymaj do jutra, hm? Mamy ci coś z mamą do powiedzenia. - odetchnął z ulgą, gdy Kasia uległa w końcu jego namową i zgodziła się ujawnić przed własnym dzieckiem. Uśmiechnął się bezradnie w ciemnościach i pochylił się nad dziewczynką, by pocałować ją w policzek. Poprawił jeszcze kołdrę i wyszedł z pokoju, by udać się w końcu do własnego domu.
- To teraz będziemy wreszcie razem mieszkać? - jak wyrocznia siadła na przeciw pary, która z oczyma wielkości solidnych monet przypatrywała się córce. Choć właściwie profesor jakby złagodniał na twarzy po chwili i uśmiechnął się dumnie. Spojrzał kątem oka, znad uśmiechu na kobietę obok i z perfidią w zamiarach dał jej odpowiedzieć.
- Kochanie, oczywiście że nie. - odezwała się łagodnie. - Nie masz się czym martwić, wszystko zostanie tak jak do tej pory po staremu. - dodała, jakby sądziła, że tego właśnie oczekiwała nastolatka. Dziewczynka jednak głęboko zdziwiła się słowami matki. Coś musiało pójść nie tak, bo skoro są parą, to dlaczego nie chcą razem zamieszkać?
- To kochacie się, czy nie? - oparła wyprostowane w łokciach ręce o nogi i z surową miną lustrowała kochanków. Falkowicz po raz kolejny zachowywał milczenie.
- Co to za pytanie! - prychnęła Kasia, marszcząc gniewnie brwi.
- No to dlaczego nie chcesz się wprowadzić do taty? - jęknęła - Coś zrobiłeś, tak? I mama się na ciebie gniewa? - zwróciła się do tego milczącego w towarzystwie.
- Matyldzia, po pierwsze - nie takim tonem. - choć cała ta sytuacja trochę go bawiła, to jednak pozwolił sobie zagrać surowego rodzica. - Do matki odnoś się zawsze z szacunkiem moja damo. Po drugie - nie mam nic przeciwko żebyście się tutaj wprowadziły choćby dzisiaj. - dodał swobodnym tonem, opierając się zaraz potem o kanapę. Z pozoru błahe słowa, niewiele znaczące, lecz siła sugestii przekazana dziecku jest ogromna. Młoda pociecha zapewne zadziała w tym cichym sporze o wiele skuteczniej niż sam Falkowicz. Racja - cios poniżej pasa, ale czy mógłby nie wykorzystać tak silnego ruchu? Dla Andrzeja najważniejsze było to, że działał dla dobra ich wszystkich. Przyśpieszył jedynie to co nieuniknione. Genialne w swojej prostocie, nie prawdaż?
- Ekstra! Jedziemy się spakować? - krzyknęła podekscytowana, szczerząc się ze szczęścia do gotującej się ze złości kobiety. - No mamo, na co czekasz?
- Aż ktoś zapyta co ja o tym sądzę. - syknęła, spoglądając gniewnie na zadowolonego Falkowicza.
- Kochanie, no chyba nie masz nic przeciwko. - mruknął zdecydowanie za słodko, obejmując dłonią talię kochanki. Zbyt czule i w nie odpowiednim momencie, bo Kasia aż kipiała z gniewu. - Tak będzie nawet łatwiej... - mruknął jej nad uchem, a nie wiedzieć dlaczego na myśl jej przyszły nagle same nieprzyzwoite myśli.
- No! I będę miała swój własny ogród, z huśtawką! - rzuciła dziewczynka, nie zauważając rozpływających się nad sobą rodziców.
- Dziecko, przedyskutujemy to jeszcze. - westchnął wybity z brudnych myśli przybrany ojciec dziewczynki.
Kasia całą resztę dnia próbowała uspokajać zapały dziewczynki do wielkiej przeprowadzki. Nie miała jeszcze odwagi na tak radykalną zmianę. Bała się, że ich świeży związek może nie przetrwać tak nagłej próby. Andrzej natomiast był po raz kolejny pewny swego. Jego zdaniem nie było czasu na takie dylematy. I choć do tego się nie przyznawał, to cały czas miał w głowie Filipa, pacjenta, z którym przez długi okres pobytu w Leśnej Górze dzielił salę na onkologii. Chłopak był od niego młodszy, a zmarł zanim zdążył dopełnić wszystkich swoich planów. Falkowicz bał się, że i jemu nie starczy czasu na poważne deklaracje. Postanowił wszystko przyspieszać i czerpać z tych chwil całą pełnie szczęścia. Nie było tu miejsca na zawahania, czy dylematy. Jego działaniom przyświecał jeden cel - nigdy nie wypuścić Jej z rąk.
Tego samego dnia, późnym wieczorem do brata postanowił zawitać Adam. W związku z tym, że obecnie przebywali razem z Consalidą w Polsce na urlopie od pracy hiszpańskim szpitalu, to czas wolny spędzali właśnie na odwiedzinach u bliskich.
Krajewski minął się w drzwiach z Kasią, która niestety nie dała się przekonać Andrzejowi na wspólną noc. Kobieta rozstać się jednak musiała z córką, która zawiedziona postawą matki w sprawie przeprowadzki odmówiła powrotu do domu. Tak więc obaj panowie dziwnie przygnębieni, lecz każdy inną sprawą, zasiedli na kanapach profesorskiego salonu.
Andrzej widząc zmartwienie na twarzy brata, nie żałował swojej whisky, także i sobie. Nalał odrobinę do swojej szklanki i zdecydowanie więcej do szklanki gościa. Rozsiadł się na przeciwko chłopaka jeszcze przez chwilę analizował w ciszy jego minę.
- Brat... - zaczął w końcu - Jak to jest opiekować się nie swoim dzieckiem? - podjął zupełnie poważnie. Falkowicz niespiesznie uniósł brwi, zdumiony pytaniem.
- Zakładam, że młodsza Consalida dała ci popalić. Nic dziwnego, skoro mała diablica ma w sobie choć krztę krwi Wiktorii. - wspomniał, gdy przed laty pierwszy raz ujrzał ową dziewczynę.
- Nie o to chodzi... - lekko gubił się w zeznaniach. - Blanka zachowuje się w porządku. Jak na nastolatkę, która kiedyś była zakochana w ojczymie... - dodał z jakąś niechęcią do delikatnych wspomnień. - Ona po prostu jest.
- I myślisz o morderstwie. - dokończył z kpiną Falkowicz. Niecierpliwił się, a Adam tylko zwlekał z wyjaśnieniami. - Kocham cię, ale wolność mi miła. - westchnął, poprawiając kołnierz białej polówki, choć z przyzwyczajenia szukał tam krawatu.
- Potrzaskało cie? - zdenerwował się gość, gdy profesor zaczął bagatelizować jego problemy. - Wiesz co, nie potrzebnie tutaj przychodziłem. - zerwał się do wyjścia
- Czekaj! - posłuchał. Obrócił się, by spojrzeć na brata i czekał na jego słowa. - Powiedz w końcu co cie gryzie. Konkretnie. - Krajewski uspokoił nerwy i rozmyślał nad sensowną odpowiedzią.
- Blanka zawsze już będzie pomiędzy nami. To już dorosła dziewczyna, więc nie będę jej niańczył, ale w naszej trójce jestem właściwie dla niej nikim. Nie mam w jej oczach żadnego znaczenia. A Wiki daje mi to odczuć. To nas jakby oddala od siebie. - z ogromną bezradnością w oczach spojrzał na Andrzeja.
- Może i Matylda nie jest moją biologiczną córką - zaczął powoli profesor, odpowiadając w końcu na pierwsze pytanie brata. - Ale spędziliśmy ze sobą tyle czasu, żeby sobie zaufać. - Adam notował w pamięci niebezpośrednie rady Falkowicza.
- Czyli co? "Czas leczy rany"? - zacytował popularną sentencję, lecz mężczyzna kontynuował swoją mowę.
- Biologia dla mnie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Kocham ją jak własne dziecko, więc nim jest. I tak je traktuje.
- A jak ja nie będę potrafił tak pokochać Blanki? - szczerze w to wątpił, że jeszcze uda mu się ta sztuka.
- To masz problem. - profesor wzruszył obojętnie rękoma, pociągając łyk gorzkiej whisky. W głębi duszy jednak zakpił z naiwności brata, który z biegiem czasu stawał się mimo wszystko dojrzalszy. Mężczyzna stateczny potrafi uporządkować sobie w głowie swoje priorytety, dlatego Andrzej nie miał wątpliwości co to tego, że Adam w końcu odnajdzie się w trudnej sytuacji. - Może chociaż młoda Consalida obdarzy cię promiennym uczuciem. Albo cie znienawidzi. Bo prędzej czy później staniesz się jej ojczymem. - i nie miał tutaj na myśli zmiany stanu cywilnego, lecz stanu umysłu wspomnianej trójki.
- Wiesz co brat? Zazdroszczę wam takiego układu. Nie jesteście z Kaśką razem a mimo to wspólne wychowujecie Matyldę. I zero problemów. Wszystko jasne. A i dla ciebie lepiej. Bo może Wiki miała racje, że ta cała Smuda nie jest dla ciebie. Ty się starałeś, a ona uciekła z dzieciakiem za granicę. Skąd wiesz, że możesz jej zaufać w związku?
- Przekaż Wiktorii... - syknął ze złości Andrzej, który już od dłuższej chwili zaciskał w nerwowym tiku pięść. - Że moje uczucia, to już od dawna nie jej sprawa.
- Wiem stary, nie denerwuj się - Adam uniósł od razu dłonie w geście obronnym. - Martwimy się o ciebie, wiesz? Jak rodzina.
- Trzymajcie się swojej. Ja też będę. - dodał groźnie. - Bo tak się składa, że już jej zaufałem. A ona mnie. Jeśli się na tym przejadę, to wybacz rodzino, ale to nadal będzie moja własna sprawa.
Nie w taki sposób mieli się dowiedzieć o nim i Kaśce. Zdecydowanie nie w taki.
...który zażyczył sobie wspólnego mieszkania tych dwoje ;)
Uff poprawiane na szybko, także są na pewno jakieś będy, które poprawie jeszcze dziś ;)
wtorek, 9 sierpnia 2016
Rozdział 2
Obiecany dedyk dla osoby, która (prywatnie, ale jednak) odpowiedziała poprawnie na moją zagadkę. Szukajcie okazji do zdobycia dedykacji pod postami ;)
A więc dla Patrycji, za "burzę" ;)
- Jadę na rozmowę z Tretterem. - oznajmił zniecierpliwionej kobiecie, która z wyrzutem przyglądała się Andrzejowi. Mężczyzna lekko poddenerwowany niesfornym materiałem krawata, który za nic z świecie nie chciał się gładko ułożyć, szarpnął w końcu za owy przedmiot i klnąc pod nosem zaczął wiązać go od nowa.
- Mieliśmy jechać na zakupy do galerii. - przypomniała, zakładając dłonie na piersi.
- Kotku, jeśli tylko to przekonałoby Trettera, już dawno... - westchnął zezłoszczony na uwiązany materiał, który w połowie zawijał się w drugą stronę. - Mój najlepszy krawat. Pogadam sobie z Adamem. Albo z Wiktorią... - poprawił się. Rudowłosa dziewczyna pewnie miała w tym więcej swojej zasługi.
- Andrzej, nie przyjmuj jego propozycji. Dobrze wiesz, że nie możesz. - marszcząc swe ciemne brwi, podeszła bliżej mężczyzny. Przekręciła głowę lekko na bok, choć z tej perspektywy wadliwa część garderoby wcale nie wyglądała lepiej. Falkowicz opuścił więc dłonie i czekał, aż kobieta sama zajmie się kłopotliwym krawatem. Zajrzała do odsuniętej szuflady, w której starała się dostrzec jakiś godny zamiennik. Sunęła palcem po materiałach, aż w końcu wybrała jeden spośród odcieni czerwieni. Wyjęła i oplotła swe dłonie na szyi kochanka. Bynajmniej nie w celu okazywania uczuć, lecz jakaś iskra intymność rozbłysła pomiędzy nimi. Zmysłowo, niespiesznie zawiązywała krawat tuż pod kołnierzem prążkowanej koszuli. Nie spoglądała mu w oczy, lecz czuła, że patrzył.
- Kasiu... - chciał zbliżyć się do niej, ale usłyszeli kroki, które musiały należeć do Matyldy. Kobieta instynktownie próbowała odsunąć się od niego, gdy ten złapał ją za biodra.
- Zobaczy nas, puść. - szepnęła, przerażonym wzrokiem patrząc w stronę mleczno szklanych drzwi garderoby.
- Nie sądzisz, że najwyższy czas przestać się ukrywać. - Szepnął jej zmysłowo nad uchem. Nadal nie puszczał.
- Zwariowałeś! - pisnęła, przekonana że córka jest już bardzo blisko.
- Owszem - mruknął, chcąc ją pocałować, lecz w porywie czułości rozluźnił swój uścisk dłoni, co szybko wykorzystała Kasia. Odsunęła się od Andrzeja na bezpieczną, przyjacielską odległość.
- Mamo? - dziewczynka zajrzała do garderoby, gdzie zastała tatę, któremu wyraz rozczarowania jeszcze nie zdążył zejść z twarzy; oraz mamę, która była czymś wyraźnie zaskoczona. - Jedziemy w końcu, czy nie? - Matylda marszcząc gniewnie brwi przestąpiła z nogi na nogę, a zakładając dłonie na piersiach upodobniła się do matki już zupełnie.
- Naturalnie kochanie, ale same. Tata musi pojechać do szpitala. - dziewczynka momentalnie zbladła. Rozwiązała mimowolnie splecione ręce i zapytała zupełnie innym tonem głosu.
- Znowu? Przecież mówiłeś, że jesteś już zdrowy.
- Skarbie... - szybko pokonał te dwa kroki ich dzielące. Uklęknął przed nią i ujął za ramiona. - Oczywiście, że jestem. Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie okłamał. - uśmiechnął się czule do ciągle wstrząśniętej nastolatki. Zdawał sobie sprawę z tego, jak ta bardzo musiała przeżyć całą jego chorobę. Za nic w świecie nie chciałby narażać tej kruszyny na takie zmartwienia raz jeszcze. - Pamiętaj, że szpital to moje miejsce pracy i teraz pozostanie tylko miejscem pracy, zrozumiano? - udał surową minę, a gdy Matylda uśmiechnęła się w końcu kiwając twierdząco, on w odpowiedzi przytulił swoją kruszynę. - No już. Koniec tych czułości. Idź się przebrać do wyjścia.
- Już się przebrałam! - odparła obrażona, że Andrzej nie zauważył jej wyjściowego stroju.
- Wspaniale, to idź poczekać w samochodzie. - wstał z kolan.
- Będę tam czekała całe wieki!
- Matyldziu bardzo proszę zrób to, o co cię prosiłem. - Kasia była pod wrażeniem jak w jednej chwili jej partner zmienił się z czułego, w wymagającego rodzica. Zupełnie jakby wychowywanie dzieci miał we krwi. Lecz kogo jak kogo, ale Andrzeja nie mogłaby o to podejrzewać.
- Nie wiem co powiedzieć - podsumowała, gdy byli już sami.
- Najlepiej nic. - mężczyzna bezpretensjonalnie złapał Kasie za jej bok i bezczelnie przyciągnął do siebie, nie pozostawiając między ich biodrami milimetra przestrzeni. I pocałował ją, w końcu oddając się pokusie, która dopiero teraz stała się dostępna.
Choć oddała jego czułości, choć i ona zaangażowała się w nie wcale nie mniej, to gdy zabrakło im oddechu oderwała się od mężczyzny i z nieodgadnioną miną spojrzała na niego. Złapała zmysłowo za jego krawat, jakby chcąc go poprawić, a przecież leżał idealnie, chwyciła mocniej i zacisnęła go szybkim ruchem na szyi profesora. Ten dotąd zadowolony, skrzywił się lekko.
- Tak lepiej. - A prosiła, by się powstrzymywał. Jej córka była bystrą dziewczynką i dopóki nie odeszła na bezpieczną odległość, musieli się pilnować.
Opuściła garderobę, gdy dokonała swojej malutkiej zemsty na mężczyźnie, za jego dziecinne zachowanie. Miłe, całkiem miłe, ale jednak dziecinne. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła schodami, by odnaleźć znudzoną Matyldę.
Falkowicz poluźnił od razu splot pod szyją i kątem oka obserwował kobietę opuszczającą pomieszczenie. Nabrał głębiej powietrza w płuca i wypuścił je unosząc jeden kącik ust do góry.
Dziarskim krokiem przekroczył próg Leśnogórskiego szpitala. Kroczył dumnie, zupełnie nie jak pacjent, którym bywał przez ostatni czas. Swą postawą dawał jasno do zrozumienia, że jest tam ważną personą.
Uśmiechał się czarująco do zaskoczonych jego nowym obliczem pielęgniarek. Świeżych rezydentów strofował wzrokiem, a ci od razu spuszczali głowy, z niewyjaśnionych powodów odczuwając poczucie winy. Stary Falkowicz powrócił.
Skierował swe kroki do gabinetu dyrektora owej placówki. Nie dał szansy pani Ani na zaanonsowanie się u Trettera, zapukał dwa razy i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
- Panie dyrektorze ja mówiłam, że pan jest zajęty... - tuż za profesorem wpadła do gabinetu sekretarka, lecz Stefan nadal lekko zaskoczony uspokoił kobietę i poprosił ją uprzejmie o dwie kawy.
- Dziękuje, że pan przyszedł profesorze. - Tretter wskazał Falkowiczowi krzesło po drugiej stronie jego biurka i dyskretnie chowając niedojedzone ciasto na półkę pod meblem, usiadł razem gościem po swojej stronie.
- Darujmy sobie tę kurtuazyjną pogawędkę. Do rzeczy dyrektorze. - Andrzej założył nogę na nogę, opierając się przy tym nonszalancko.
- Tak, oczywiście... Zadzwoniłem do pana, ponieważ uważam, że jest pan jedyną osobą, która może podjąć się tego wyzwania. Ma pan już pewne doświadczenie, więc jestem przekonany, że bardzo szybko wdroży się pan we wszystkie procedury.
- Chwileczkę... - mężczyzna zamachał dłonią w powietrzu, wykonując jakiś bliżej nieokreślony, lecz majestatycznie wyglądający ruch. Skutecznie uciszył tym Trettera, który wyczekiwał zapewne pytania ze strony Falkowicza. - Uściślijmy. Chce pan, abym wrócił do zespołu, zgadza się?
- Niezupełnie.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale nie rozumiem. - Tretter był wyraźnie czymś rozproszony. Zamilkli na chwilę, gdy w gabinecie pojawiła się pani Ania z kawą. Dyrektor poddenerwowany obserwował powolne ruchy kobiety, uśmiechając się dziwnie w geście podziękowania. Andrzej natomiast w napięciu lustrował oblicze podstarzałego mężczyzny, który ociągał się z przejściem do sedna sprawy.
- Nie jest pan czynnym lekarzem, i wybaczy pan szczerość, ale minie sporo czasu zanim wróci pan na salę operacyjną. - Profesor słuchał uważnie wywodu przełożonego. Na ostatnio słowa prawie nie drgnął, zacisnął tylko prawą pięść w kostkę. - Jest pan znakomitym fachowcem...
- Może pan sobie darować te komplementy. - przerwał od razu. - Obaj znamy moją wartość i moje zasługi dla tego szpitala. Choć to drugie może właściwie tylko ja. Po co mnie pan wezwał dyrektorze? - zapytał z pozoru spokojnie.
- Odchodzę na emeryturę i nie znajduje nikogo, kto mógłby mnie godniej zastąpić.
Nie spodziewał się takiej propozycji. Owszem przewidywał, że Tretter chciałby go przywrócić do pracy, lecz sądził że na stanowisko ordynatora chirurgii. Nawet na takim stanowisku potrzebna jest znajomość personelu oraz ich umiejętności. A na tak ważnym oddziale, jakim jest chirurgia nie pozostało już wielu zaufanych lekarzy.
Ordynatura to ciężki kawałek chleba, ale jak słusznie zauważył Tretter, on nie miał jeszcze możliwości przeprowadzania operacji. Dlatego, gdyby jednak objął to stanowisko mógłby liczyć na to, że po upływie pewnego czasu powróci do tego, co kochał najbardziej, czyli kontakt z pacjentem... nieprzytomnym naturalnie. Zarządzanie szpitalem natomiast nie dawało ku temu okazji. Pamiętał czas swojej błyskotliwej, aczkolwiek bolesnej w skutkach kariery, jako właściciel prestiżowej kliniki. Formalności i stosy dokumentacji nie dawałyby mu wielu sposobności do wejść na salę operacyjną.
Z drugiej jednak strony, czy to nie był awans, na który od zawsze zasługiwał i nawet przez pewien czas zabiegał?
Zamyślony wpadł na przerażoną kobietę, która błędnym wzrokiem najpewniej szukała czegoś.
- Prze... przepraszam pana... - miał wrażenie, że ta zaraz zaniesie się płaczem. Nawet nie spojrzała mu w oczy. Rozbieganym wzrokiem błądziła gdzieś w głębi korytarza za jego plecami.
- Mogę w czymś pomóc? - schował telefon do kieszeni marynarki.
- Moja córka... została... przywieźli ją tutaj...
- Spokojnie. - zwrócił się swym opanowanym głosem do roztrzęsionej kobiety, po czym odnalazł najbliżej przechodzącą pielęgniarkę. - Pani Anastazjo - szybko przeczytał imię na jej plakietce. - Proszę podać tej pani diazepam i zaprowadzić na oddział dziecięcy. - domyślił się, że córka kobiety musi znajdować się właśnie tam. - Ale najpierw leki! - rozkazał, po czym badawczym wzrokiem odprowadził kobietę, która nadal rozpaczliwie dopytywała się o swoje dziecko.
Wrócił do domu, lecz nie zastał tam nikogo. Lekko rozczarowany rozpiął guzik marynarki i zdjął ją ze swych ramion, by po chwili rzucić nią na oparcie kanapy. Cisza była przytłaczająca. Matylda wróciła do Kaśki po weekendzie spędzonym u niego, a Kasia nadal mieszkała u siebie, by nie zdradzać pozorów. Choć on miał serdecznie dosyć takiej zabawy w kotka i myszkę.
Pragnął aby ich relacje cały czas się rozwijały, nie zatrzymywały się na poziomie studenckiego zauroczenia i chowania się po kontach.
Dlatego nie raz sugerował swojej kobiecie, aby zamieszkała razem z Matyldą w jego domu. Ona jednak była uparta i nie pomagały argumenty, które jednoznacznie sugerowały, że to rozwiązanie posiada tylko i wyłącznie same plusy. Rozumiał, że chciała być ostrożna, być może nawet bała się tak stanowczych kroków, aby nie dawać złudnych nadziei swojej córce. Ale był pewien, że dziewczynka i tak przeczuwała, jak zmieniły się relacje tych dwojga. A jeśli nie, to przecież było to tylko kwestią czasu.
Sięgnął po telefon, który gnieździł się w kieszeni jego marynarki. Wybrał numer, z którym ostatnimi czasy łączył się najczęściej. Nie czekał długo, by usłyszeć jej aksamitny głos w słuchawce.
- Jak poszło spotkanie?
- Nie chodziło o ordynaturę. - zaprzeczył wcześniejszym ich domniemaniom. Kasia zaskoczona zamilkła na chwilę.
- Zwykły wakat chirurgów? - strzelała najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. - Nadal uważam, że nie powinieneś tak się spieszyć z powrotem do pracy. To jeszcze za wcześnie.
- Tretter... - westchnął, poprawiając zawinięty krawat. - Zaproponował mi stanowisko dyrektora szpitala. - dokończył swym głębokim głosem. - Jesteś tam?
- Tobie? To znaczy... - zdała sobie sprawę z tego, jak niefortunnie to zabrzmiało, na co Falkowicz tylko uśmiechnął się pod nosem. On też nie przypuszczał, że Stefan Tretter obdarzy go takim zaufaniem. - Myślałam, że nie przepada za tobą. Andrzej, gratuluje!
- Nie zgodziłem się.
- Co? Zwariowałeś!? - wrzasnęła, trochę za głośno do telefonu. - Jak mogłeś zmarnować taką szansę... - rozpaczała.
- Powiedziałem, że muszę to przemyśleć. - wyjaśnił. - Uznałem, że w związku taką decyzję podejmuje się wspólnie, czyż nie? Nie bardzo się znam, ale chyba przyznasz mi racje, hm? - tym wyznaniem wprawił w osłupienie Kasię. Uczucie ciepła rozlało się w okolicy jej serca, zaciskając gardło, co niektórzy zwą wzruszeniem. Nie przypuszczała, że ten mężczyzna okaże się tak wspaniałym partnerem, bo do takich wniosków doszła w tamtym momencie. To już nie była para kochanków, lecz partnerów. Dających sobie nie tylko nieziemskie doznania seksualne, ale także wsparcie i zaufanie.
- Co powiesz na lampkę wina, u mnie? Żeby oblać twój sukces?
Voila! ;) Co myślicie?
Czytając wiele nowych opowiadań, trochę opadły mi skrzydła, ale nigdy nie obiecywałam, że to bedzie dobre opowiadanie ;)
A więc dla Patrycji, za "burzę" ;)
- Jadę na rozmowę z Tretterem. - oznajmił zniecierpliwionej kobiecie, która z wyrzutem przyglądała się Andrzejowi. Mężczyzna lekko poddenerwowany niesfornym materiałem krawata, który za nic z świecie nie chciał się gładko ułożyć, szarpnął w końcu za owy przedmiot i klnąc pod nosem zaczął wiązać go od nowa.
- Mieliśmy jechać na zakupy do galerii. - przypomniała, zakładając dłonie na piersi.
- Kotku, jeśli tylko to przekonałoby Trettera, już dawno... - westchnął zezłoszczony na uwiązany materiał, który w połowie zawijał się w drugą stronę. - Mój najlepszy krawat. Pogadam sobie z Adamem. Albo z Wiktorią... - poprawił się. Rudowłosa dziewczyna pewnie miała w tym więcej swojej zasługi.
- Andrzej, nie przyjmuj jego propozycji. Dobrze wiesz, że nie możesz. - marszcząc swe ciemne brwi, podeszła bliżej mężczyzny. Przekręciła głowę lekko na bok, choć z tej perspektywy wadliwa część garderoby wcale nie wyglądała lepiej. Falkowicz opuścił więc dłonie i czekał, aż kobieta sama zajmie się kłopotliwym krawatem. Zajrzała do odsuniętej szuflady, w której starała się dostrzec jakiś godny zamiennik. Sunęła palcem po materiałach, aż w końcu wybrała jeden spośród odcieni czerwieni. Wyjęła i oplotła swe dłonie na szyi kochanka. Bynajmniej nie w celu okazywania uczuć, lecz jakaś iskra intymność rozbłysła pomiędzy nimi. Zmysłowo, niespiesznie zawiązywała krawat tuż pod kołnierzem prążkowanej koszuli. Nie spoglądała mu w oczy, lecz czuła, że patrzył.
- Kasiu... - chciał zbliżyć się do niej, ale usłyszeli kroki, które musiały należeć do Matyldy. Kobieta instynktownie próbowała odsunąć się od niego, gdy ten złapał ją za biodra.
- Zobaczy nas, puść. - szepnęła, przerażonym wzrokiem patrząc w stronę mleczno szklanych drzwi garderoby.
- Nie sądzisz, że najwyższy czas przestać się ukrywać. - Szepnął jej zmysłowo nad uchem. Nadal nie puszczał.
- Zwariowałeś! - pisnęła, przekonana że córka jest już bardzo blisko.
- Owszem - mruknął, chcąc ją pocałować, lecz w porywie czułości rozluźnił swój uścisk dłoni, co szybko wykorzystała Kasia. Odsunęła się od Andrzeja na bezpieczną, przyjacielską odległość.
- Mamo? - dziewczynka zajrzała do garderoby, gdzie zastała tatę, któremu wyraz rozczarowania jeszcze nie zdążył zejść z twarzy; oraz mamę, która była czymś wyraźnie zaskoczona. - Jedziemy w końcu, czy nie? - Matylda marszcząc gniewnie brwi przestąpiła z nogi na nogę, a zakładając dłonie na piersiach upodobniła się do matki już zupełnie.
- Naturalnie kochanie, ale same. Tata musi pojechać do szpitala. - dziewczynka momentalnie zbladła. Rozwiązała mimowolnie splecione ręce i zapytała zupełnie innym tonem głosu.
- Znowu? Przecież mówiłeś, że jesteś już zdrowy.
- Skarbie... - szybko pokonał te dwa kroki ich dzielące. Uklęknął przed nią i ujął za ramiona. - Oczywiście, że jestem. Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie okłamał. - uśmiechnął się czule do ciągle wstrząśniętej nastolatki. Zdawał sobie sprawę z tego, jak ta bardzo musiała przeżyć całą jego chorobę. Za nic w świecie nie chciałby narażać tej kruszyny na takie zmartwienia raz jeszcze. - Pamiętaj, że szpital to moje miejsce pracy i teraz pozostanie tylko miejscem pracy, zrozumiano? - udał surową minę, a gdy Matylda uśmiechnęła się w końcu kiwając twierdząco, on w odpowiedzi przytulił swoją kruszynę. - No już. Koniec tych czułości. Idź się przebrać do wyjścia.
- Już się przebrałam! - odparła obrażona, że Andrzej nie zauważył jej wyjściowego stroju.
- Wspaniale, to idź poczekać w samochodzie. - wstał z kolan.
- Będę tam czekała całe wieki!
- Matyldziu bardzo proszę zrób to, o co cię prosiłem. - Kasia była pod wrażeniem jak w jednej chwili jej partner zmienił się z czułego, w wymagającego rodzica. Zupełnie jakby wychowywanie dzieci miał we krwi. Lecz kogo jak kogo, ale Andrzeja nie mogłaby o to podejrzewać.
- Nie wiem co powiedzieć - podsumowała, gdy byli już sami.
- Najlepiej nic. - mężczyzna bezpretensjonalnie złapał Kasie za jej bok i bezczelnie przyciągnął do siebie, nie pozostawiając między ich biodrami milimetra przestrzeni. I pocałował ją, w końcu oddając się pokusie, która dopiero teraz stała się dostępna.
Choć oddała jego czułości, choć i ona zaangażowała się w nie wcale nie mniej, to gdy zabrakło im oddechu oderwała się od mężczyzny i z nieodgadnioną miną spojrzała na niego. Złapała zmysłowo za jego krawat, jakby chcąc go poprawić, a przecież leżał idealnie, chwyciła mocniej i zacisnęła go szybkim ruchem na szyi profesora. Ten dotąd zadowolony, skrzywił się lekko.
- Tak lepiej. - A prosiła, by się powstrzymywał. Jej córka była bystrą dziewczynką i dopóki nie odeszła na bezpieczną odległość, musieli się pilnować.
Opuściła garderobę, gdy dokonała swojej malutkiej zemsty na mężczyźnie, za jego dziecinne zachowanie. Miłe, całkiem miłe, ale jednak dziecinne. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła schodami, by odnaleźć znudzoną Matyldę.
Falkowicz poluźnił od razu splot pod szyją i kątem oka obserwował kobietę opuszczającą pomieszczenie. Nabrał głębiej powietrza w płuca i wypuścił je unosząc jeden kącik ust do góry.
Dziarskim krokiem przekroczył próg Leśnogórskiego szpitala. Kroczył dumnie, zupełnie nie jak pacjent, którym bywał przez ostatni czas. Swą postawą dawał jasno do zrozumienia, że jest tam ważną personą.
Uśmiechał się czarująco do zaskoczonych jego nowym obliczem pielęgniarek. Świeżych rezydentów strofował wzrokiem, a ci od razu spuszczali głowy, z niewyjaśnionych powodów odczuwając poczucie winy. Stary Falkowicz powrócił.
Skierował swe kroki do gabinetu dyrektora owej placówki. Nie dał szansy pani Ani na zaanonsowanie się u Trettera, zapukał dwa razy i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
- Panie dyrektorze ja mówiłam, że pan jest zajęty... - tuż za profesorem wpadła do gabinetu sekretarka, lecz Stefan nadal lekko zaskoczony uspokoił kobietę i poprosił ją uprzejmie o dwie kawy.
- Dziękuje, że pan przyszedł profesorze. - Tretter wskazał Falkowiczowi krzesło po drugiej stronie jego biurka i dyskretnie chowając niedojedzone ciasto na półkę pod meblem, usiadł razem gościem po swojej stronie.
- Darujmy sobie tę kurtuazyjną pogawędkę. Do rzeczy dyrektorze. - Andrzej założył nogę na nogę, opierając się przy tym nonszalancko.
- Tak, oczywiście... Zadzwoniłem do pana, ponieważ uważam, że jest pan jedyną osobą, która może podjąć się tego wyzwania. Ma pan już pewne doświadczenie, więc jestem przekonany, że bardzo szybko wdroży się pan we wszystkie procedury.
- Chwileczkę... - mężczyzna zamachał dłonią w powietrzu, wykonując jakiś bliżej nieokreślony, lecz majestatycznie wyglądający ruch. Skutecznie uciszył tym Trettera, który wyczekiwał zapewne pytania ze strony Falkowicza. - Uściślijmy. Chce pan, abym wrócił do zespołu, zgadza się?
- Niezupełnie.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale nie rozumiem. - Tretter był wyraźnie czymś rozproszony. Zamilkli na chwilę, gdy w gabinecie pojawiła się pani Ania z kawą. Dyrektor poddenerwowany obserwował powolne ruchy kobiety, uśmiechając się dziwnie w geście podziękowania. Andrzej natomiast w napięciu lustrował oblicze podstarzałego mężczyzny, który ociągał się z przejściem do sedna sprawy.
- Nie jest pan czynnym lekarzem, i wybaczy pan szczerość, ale minie sporo czasu zanim wróci pan na salę operacyjną. - Profesor słuchał uważnie wywodu przełożonego. Na ostatnio słowa prawie nie drgnął, zacisnął tylko prawą pięść w kostkę. - Jest pan znakomitym fachowcem...
- Może pan sobie darować te komplementy. - przerwał od razu. - Obaj znamy moją wartość i moje zasługi dla tego szpitala. Choć to drugie może właściwie tylko ja. Po co mnie pan wezwał dyrektorze? - zapytał z pozoru spokojnie.
- Odchodzę na emeryturę i nie znajduje nikogo, kto mógłby mnie godniej zastąpić.
Nie spodziewał się takiej propozycji. Owszem przewidywał, że Tretter chciałby go przywrócić do pracy, lecz sądził że na stanowisko ordynatora chirurgii. Nawet na takim stanowisku potrzebna jest znajomość personelu oraz ich umiejętności. A na tak ważnym oddziale, jakim jest chirurgia nie pozostało już wielu zaufanych lekarzy.
Ordynatura to ciężki kawałek chleba, ale jak słusznie zauważył Tretter, on nie miał jeszcze możliwości przeprowadzania operacji. Dlatego, gdyby jednak objął to stanowisko mógłby liczyć na to, że po upływie pewnego czasu powróci do tego, co kochał najbardziej, czyli kontakt z pacjentem... nieprzytomnym naturalnie. Zarządzanie szpitalem natomiast nie dawało ku temu okazji. Pamiętał czas swojej błyskotliwej, aczkolwiek bolesnej w skutkach kariery, jako właściciel prestiżowej kliniki. Formalności i stosy dokumentacji nie dawałyby mu wielu sposobności do wejść na salę operacyjną.
Z drugiej jednak strony, czy to nie był awans, na który od zawsze zasługiwał i nawet przez pewien czas zabiegał?
Zamyślony wpadł na przerażoną kobietę, która błędnym wzrokiem najpewniej szukała czegoś.
- Prze... przepraszam pana... - miał wrażenie, że ta zaraz zaniesie się płaczem. Nawet nie spojrzała mu w oczy. Rozbieganym wzrokiem błądziła gdzieś w głębi korytarza za jego plecami.
- Mogę w czymś pomóc? - schował telefon do kieszeni marynarki.
- Moja córka... została... przywieźli ją tutaj...
- Spokojnie. - zwrócił się swym opanowanym głosem do roztrzęsionej kobiety, po czym odnalazł najbliżej przechodzącą pielęgniarkę. - Pani Anastazjo - szybko przeczytał imię na jej plakietce. - Proszę podać tej pani diazepam i zaprowadzić na oddział dziecięcy. - domyślił się, że córka kobiety musi znajdować się właśnie tam. - Ale najpierw leki! - rozkazał, po czym badawczym wzrokiem odprowadził kobietę, która nadal rozpaczliwie dopytywała się o swoje dziecko.
Wrócił do domu, lecz nie zastał tam nikogo. Lekko rozczarowany rozpiął guzik marynarki i zdjął ją ze swych ramion, by po chwili rzucić nią na oparcie kanapy. Cisza była przytłaczająca. Matylda wróciła do Kaśki po weekendzie spędzonym u niego, a Kasia nadal mieszkała u siebie, by nie zdradzać pozorów. Choć on miał serdecznie dosyć takiej zabawy w kotka i myszkę.
Pragnął aby ich relacje cały czas się rozwijały, nie zatrzymywały się na poziomie studenckiego zauroczenia i chowania się po kontach.
Dlatego nie raz sugerował swojej kobiecie, aby zamieszkała razem z Matyldą w jego domu. Ona jednak była uparta i nie pomagały argumenty, które jednoznacznie sugerowały, że to rozwiązanie posiada tylko i wyłącznie same plusy. Rozumiał, że chciała być ostrożna, być może nawet bała się tak stanowczych kroków, aby nie dawać złudnych nadziei swojej córce. Ale był pewien, że dziewczynka i tak przeczuwała, jak zmieniły się relacje tych dwojga. A jeśli nie, to przecież było to tylko kwestią czasu.
Sięgnął po telefon, który gnieździł się w kieszeni jego marynarki. Wybrał numer, z którym ostatnimi czasy łączył się najczęściej. Nie czekał długo, by usłyszeć jej aksamitny głos w słuchawce.
- Jak poszło spotkanie?
- Nie chodziło o ordynaturę. - zaprzeczył wcześniejszym ich domniemaniom. Kasia zaskoczona zamilkła na chwilę.
- Zwykły wakat chirurgów? - strzelała najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. - Nadal uważam, że nie powinieneś tak się spieszyć z powrotem do pracy. To jeszcze za wcześnie.
- Tretter... - westchnął, poprawiając zawinięty krawat. - Zaproponował mi stanowisko dyrektora szpitala. - dokończył swym głębokim głosem. - Jesteś tam?
- Tobie? To znaczy... - zdała sobie sprawę z tego, jak niefortunnie to zabrzmiało, na co Falkowicz tylko uśmiechnął się pod nosem. On też nie przypuszczał, że Stefan Tretter obdarzy go takim zaufaniem. - Myślałam, że nie przepada za tobą. Andrzej, gratuluje!
- Nie zgodziłem się.
- Co? Zwariowałeś!? - wrzasnęła, trochę za głośno do telefonu. - Jak mogłeś zmarnować taką szansę... - rozpaczała.
- Powiedziałem, że muszę to przemyśleć. - wyjaśnił. - Uznałem, że w związku taką decyzję podejmuje się wspólnie, czyż nie? Nie bardzo się znam, ale chyba przyznasz mi racje, hm? - tym wyznaniem wprawił w osłupienie Kasię. Uczucie ciepła rozlało się w okolicy jej serca, zaciskając gardło, co niektórzy zwą wzruszeniem. Nie przypuszczała, że ten mężczyzna okaże się tak wspaniałym partnerem, bo do takich wniosków doszła w tamtym momencie. To już nie była para kochanków, lecz partnerów. Dających sobie nie tylko nieziemskie doznania seksualne, ale także wsparcie i zaufanie.
- Co powiesz na lampkę wina, u mnie? Żeby oblać twój sukces?
Voila! ;) Co myślicie?
Czytając wiele nowych opowiadań, trochę opadły mi skrzydła, ale nigdy nie obiecywałam, że to bedzie dobre opowiadanie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)