Rzecz się dzieje w domu profesora. Spokojny, wiosenny poranek.
Porcelanowy kubeczek napełnia się dwoma łyżeczkami cappuccino. Obok stoi drugie naczynie, to już zalane słabą, prawie przepuszczającą światło kawą. W powietrzu roznosi się zapach słodkich kobiecych perfum. Domyślamy się do kogo należą?
Owa kobieta przygląda się w skupieniu profesorowi, który przyrządza jej ulubiony napój w dokładnie taki sposób, jaki ona preferowała. Uwielbiała tworzącą się na wierzchu piankę, dlatego też mężczyzna tak energicznie zalał naczynie. Dolał także kilka kropel mleka dla złagodzenia gorzkiego smaku. Ostrożnie położył kubek przed kobietą, z niepewną miną obserwując wcześniej wspomnianą warstwę cappuccino. Nie do końca był pewien, czy aby na pewno sprostał oczekiwaniom gościa.
Kasia, bo to ona rzecz jasna tak działała na Andrzeja, spojrzała z lekkim zmieszaniem na stojącego nad nią mężczyznę.
- A ty nie napijesz się ze mną? - odrzekła zdziwiona jego poważnym wyrazem twarzy. Ten wyrwał się z zamysłu i jakby zaskoczony własnym zawieszeniem przytaknął energicznie i usiadł przy stole, zajmując miejsce odpowiednio blisko przyjaciółki.
Starał się jak tylko mógł, by zadowolić kobietę; podarować jej odrobinę szczęścia od siebie. Lecz robił to bezwiednie. Po prostu znał jej przyzwyczajenia, zwyczaje, słabości, czy mocne strony. Któregoś dnia - rzeczą niemożliwą byłoby sprecyzowanie którego dokładnie - zaczął je zapamiętywać i w końcu wykorzystywać. Odkrył, że i jemu sprawia to ogromną przyjemność, gdy dzięki małym gestom na twarzy Kasi pojawia się ten nikły uśmiech. Często wtedy spuszcza wzrok i kiwa głową ledwie dostrzegalnie, jakby niedowierzając realizmowi sytuacji. Oczy ma wtedy tak prawdziwie szczęśliwe, że i Andrzeja mięśnie sercowe podejmują ryzyko szybszej pracy.
- Naturalnie. - odrzekł szybko. Zasiadł przed stołem, zapominając jednak o stygnącej kawie dla niego.
Ich rozmowa tyczyć się miała wyjazdu Matyldy na kolonie letnie, lecz jakoś niezręcznie im było zacząć owy temat. Profesor, mimo że w pewien sposób uznany był za ojca dziewczynki, nadal czuł się jak obcy w tej rodzinie. Nie był ani spokrewniony z dziewczynką, ani nawet powiązany bliską relacją z jej matką. Dziwny wydawał się ten układ i niejednokrotnie zdarzały im się z tego tytułu nieprzyjemne sytuacje w szkole Matyldy. Falkowicz udawał wtedy, że nie ruszają go krzywe spojrzenia nauczycielek jego skarba, ani po cichu snute domysły, które jednak trafiały do wiadomości Andrzeja i powoli piętrzyły w mężczyźnie wątpliwości co do sensu takiego układu. Zaczął zastanawiać się, czy nie skrzywdzi tym dziecka. Nie siebie, lecz dziecka. Choć te pomówienia ze strony otoczenia dały mężczyźnie do myślenia. Obudziły w nim impuls, bo już nie chciał poddawać się tej zżerającej go od środka stagnacji. Wewnętrzna natura zwycięzcy nie pozwalała mu cieszyć się jedynie jakimiś nędznymi ochłapami szczęścia. Musiał je mieć na sto procent, na sto dziesięć.
Pomyślał że to idealna okazja, dlatego pospieszył ze swoim planem, nikomu nie zdradzając oczywiście swych zamiarów. Przygotował się do tego na tyle na ile mógł, lecz nadal był niepewny powodzenia całego przedsięwzięcia. Spoglądając na jego pewną i poważną twarz można by odnieść zupełnie inne wrażenie, lecz w miłości już z założenia nie doszukujmy się pewników. To jedyne pole manewru, po którym możemy działać doskonale przygotowani, a i tak potkniemy się o własne stopy.
Zarzucił lewą ręką, by odsłonić tarczę zegarka spod rękawa marynarki. Dochodziła druga popołudniu. O tej porze Kasia zazwyczaj odbierała Matyldę ze szkoły. Kobieta zaraz po tym powinna pojawić się w domu Andrzeja, gdyż taki mieli zwyczaj, że dziewczynka widywała się z nim po szkole. Naturalnie również wtedy odrabiała z nim lekcje, choć mężczyzna okazał się słabym korepetytorem matematyki.
Podszedł do okna wychodzącego na podjazd przed domem. Zerknął na czas raz jeszcze. Upłynęła zaledwie minuta.
Na zewnątrz było dość ciepło, dlatego spoglądając na okno tarasowe, zaraz do niego podszedł i otworzył je na oścież. Świeże powietrze uderzyło mu do głowy niczym narkotyk i wyciągnęło na zewnątrz. Nabrał pełne płuca powietrza, unieruchomił w tym stanie na chwile przeponę, po czym wypuścił ze świstem zalegający w pęcherzykach gaz. Słońce przypiekło jego zimną skórę czoła, czuł się szczęśliwy na myśl, że dzięki jego dzisiejszym planom koło fortuny może w końcu ustawić się w odpowiedniej pozycji.
Sięgnął do kieszeni jeansowych spodni. Owy przedmiot cały czas tam był.
I znowu szlak trafił jego spokojne nastawienie. A co jeśli odmówi?
Usłyszał warkot silnika na podjeździe. Czym prędzej wrócił do mieszkania i sięgnął trzy szklanki do soku pomarańczowego. Wyciągnął także z lodówki przyszykowany wcześniej dzbanek ze wspomnianym słodkim napojem i spiesząc się ułożył zestaw na tarasowym stole.
- Kretyn... - mruknął pod nosem, obserwując obcy samochód zawracający na jego podjeździe.
Zbudził się, gdy obca dłoń potrząsnęła jego ramieniem. Skonsternowany rozejrzał się nieobecnym wzrokiem dookoła. Zmarszczył czoło, gdy dostrzegł ciemności wokół siebie. Podniósł nieco głowę, lecz obolały kark dał się we znaki mężczyźnie. Przeklął się w myślach za zasypianie w takich miejscach.
- Oszalałeś? - podniósł nachmurzony wzrok na brata, który stał nad nim. - Miałeś się oszczędzać, a ty... - chłopak prychnął z bezsilności - Ja ci nie będę podawał lekarstw jak złapiesz jakieś cholerstwo. - Andrzej zsunął nogi z twardego leżaka. Smętnym wzrokiem spojrzał jeszcze na muchę, która pływała na powierzchni soku w dzbanku.
Odruchowo wymacał kieszeń swych spodni. Nadal był. Tylko po co, skoro jego plan nie wypalił nawet w najmniejszym stopniu? Dlaczego tak bardzo się stara, skoro do niczego to nie prowadzi? Odpowiedź jednak przyszła szybciej, niż kolejna fala rozczarowania. Zacisnął usta i spojrzał gdzieś w dół pomiędzy swymi wychudzonymi udami.
Kochał. Jak nigdy wcześniej kochał. I dla tego cierpienia był gotów kochać jeszcze trochę.
Podciągnął się na równe nogi, wspierając dłonie na kolanach. Stęknął zmęczony i skierował się do środka mieszkania. Adam krzątał się po kuchni, a Wiktoria układała wytarte naczynia do szafki. Gdy dotarł do jego świadomości owy obraz, stanął tak na chwilę, nie wiedząc co powiedzieć.
- Zaraz, zaraz... co wy tutaj właściwie robicie? - zmarszczył czoło i rozwarł nieco usta, czekając na wyjaśnienia. - Mieliście być w Hiszpanii? - Dziewczyna wzruszyła ramionami, tajemniczo uśmiechając się do chłopaka.
- Mówiłem ci, żeby nie liczyć na żadne ckliwe powitanie ze strony braciszka. - teraz to Adam zaśmiał się na głos.
Andrzej domyślił się, do czego zmierza młodszy chirurg i choć w głębi duszy cieszył się, że będzie miał choć jego na miejscu, to rozsądek podpowiadał mu, że takie działanie młodych lekarzy mogło mieć poważne konsekwencje. Przecież sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak ważna jest samodyscyplina w budowaniu własnej kariery. Rezygnowanie z nowego stanowiska pracy, ciągłe zmienianie otoczenia do niczego dobrzego nie prowadziło. A już na pewno nie wyglądało dobrze w cv, gdy taki chłystek szukał pracy.
- Smarku... pogadamy później. - nie miał siły nawet na udzielenie reprymendy nieodpowiedzialnemu chłopakowi. Już miał skierować się na piętro, gdy telefon w jego kieszeni zaczął dzwonić. Nie czytając wyświetlającej się na ekranie nazwy odebrał połączenie.
- Cześć tato! - usłyszał dziewczęcy głos, który przywołał mimowolny uśmiech na jego zmęczonej twarzy.
- Kochanie... Co się stało? Dlaczego nie przyjechałyście? - przełożył telefon do drugiej dłoni, wsłuchując się w każde słowo dziewczynki.
- Przecież ci mówiłam, że mama odwozi mnie na autobus...
- No dobrze, ale przecież... zaraz, dzisiaj masz ten wyjad? - Próbował przypomnieć sobie jaki jest dzisiaj dzień, lecz jak na pomysłnie naszedł go żaden pomysł. - Skarbie trzeba było mi przypomnieć, pożegnałbym się z tobą porządnie. - Sam siebie rozczarował. Nie pamiętał o czymś tak istotnym, jak wyjazd jego przybranej córki. I kolejne uczucie zaczęło zalewać go od środka - to zażenowanie.
- Właśnie. - odparła Matylda. - Właśnie dojechałam na miejsce. I jest ekstra! - mała nie należała do typowych nastoletnich dzieci, dlatego nadzieja na jakąkolwiek tęsknotę z jej strony ulotniła się tak szybko jak się pojawiła. - Mówie ci, musimy tutaj kiedyś z mamą przyjechać.
- Ciesze się. - odrzekł jakoś bez przekonania.
- Prześle ci zdjęcia! - krzyknęła do słuchawki, gdy w tle usłyszeć można było wrzeszczenie rówieśników dziewczynki.
- Baw się dobrze kochanie. - odchrząknął, gdy jego głos stał się na chwilę słabszy.
- No i tato! - krzyknęła jeszcze, gdy już miał się rozłączać. - Wszystkiego najlepszego! - uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie o własnych urodzinach.
- Dziękuje księżniczko. - mruknął rozczulony jej pamięcią, gdy ta już zapewne nie mogła usłyszeć jego odpowiedzi. Kilka krótkich sygnałów w słuchawce świadczyło o zakończonym połczeniu. Poczucie żalu i tęsknoty za jego kruszyną powoli zaczynało gnębić profesora. Nawet nie mógł jej przytulić i patrzeć jak wsiada do tego cholernego autobusu, patrzeć jak córeczka nie zauważa jej machającego ojca, kiedy kierowca rusza przed siebie i zabiera mężczyźnie najdroższe mu stworzenie.
Rzucił telefon na kanapę i nawet nie zauważył że Adam i Wiktoria czekają na niego w kuchni z tortem, na którym paliły się symboliczne trzy wieczki. Dlaczego akurat trzy? Może dlatego, że jedna to za mało, a trójka świetnie kompnowała się z geometryczną dekoracją tortu.
- Daj mu spokój. - Rudowłosa lekarka powstrzymała Adama, który już miał wołać brata, by mogli świętować profesorskie urodziny. - Niech odpocznie. - wzdychając nad tortem usmiechnęła się do rozczarowanego chłopaka.
Dotarł do sypialni i usiadł na rogu łóżka. Wyciągnął z kieszeni jeansów zaproszenie na bankiet, jakie miał wręczyć Kasi, by poszła tam razem z nim. Miał zamiar wykorzystać okazję i udowodnić kobiecie jak bardzo mu na niej zależy. Przypomnieć jej jak bardzo go kiedyś kochała. Wiedział doskonale, że to uczucie nadal w niej tkwiło. Widział to doskonale w jej oczach, lecz dostrzegał w nich także ból. Nie potrafił rozszyfrować dlaczego Kasia tak się zadręczała i martwiło go, że to on może być powodem jej smutku. To ta wątpliwość powstrzymywała go przed działaniem, jakie z pewnocią podjąłby jeszcze kilka lat wcześniej, chcąc zdobyć kobietę. Jeszcze nigdy tak bardzo nie bał się skrzywdzić żadnej kobiety.
Ale wiedział, że jeśli nie spróbuje to w końcu oszaleje.
Poderwał się z materaca i pociągnął pewnie za klamkę, upewniając się po drodze na parter, że ma w kieszeni kluczyki do auta, które zdążył zgranąc ze stolika nocnego.
- O jedn... jednak nic z tego. - młodszy Baran patrzył w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą przebiegł jego starszy brat. - Rozumiesz coś z tego? - odwrócił się w stronę kobiety, która siedziała obok niego, lecz ta marszcząc brwi patrzyła w tym samym kierunku, w którym patrzył wcześniej jej kochanek. Obawiała się, że wie dokąd właśnie zmierzał Andrzej.
Mężczyzna stanął przed drzwiami dawnej kochanki i nie dając sobie szansy na chwilę zawahania zapukał pewnie kilka razy w drewno. Po chwili otworzyła mu zaskoczona kobieta i nie odzywając się ani słowem przyglądała się mężczyźnie przed nią.
- Nie pozwole ci cierpieć. - zaczął,wprawiając tymi słowami w jeszcze większe osłupienie. - Przeze mnie, ani kogokolwiek innego. Zasługujesz na szczęście i to ja do cholery jasnej chce ci je dać. Jesteś najdroższą mi osobą na tym świecie i...
- Andrzej...
- Nie przerywaj mi. - od razu wszedł jej w słowo. Mimo wszystko zatrzymał się na chwilę by zebrać w myślach słowa, które najlepiej oddawałyby jego uczucia. - Czy ci się to podoba, czy nie jesteś na mnie skazana.
- To wszystko? - ona uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, gdy mężczyzna zakończył swą przemowę.
- Tak. - dodał nieco zbity z tropu.
- To dobrze. Napijesz się herbaty? - odsunęła się trochę, by zrobić miejsce w progu. Ruszył więc nie do końca przekonany, czy osiągnął zamierzony cel, lecz zatrzymał się w pół kroku tuż przed Kasią. Jakoś cieplej zrobiło się, a dwa ciała zaledwie muskały się dotykiem. Oddechy traciły regularność, a serca waliły całej siły w ich klatkach piersiowych.
- Jeszcze jedno.
- Tak? - wyszeptała próbując zebrać oddech. Dziwnie duszni zrobiło się w owym przejściu. Przyjrzał się jej oczom i był pewnien, że to w nie chce patrzeć końca swego życia. Zrozumiał dlaczego tak bardzo pokochał inne, jeszcze bardziej błyszczące tęczówki, młodsze i takie niewinne. Zrozumiał, że bez tego spojrzenia nie potrafiłby być prawdziwie szczęśliwy. Pragnął na nie patrzeć...
- Kocham cie Kasiu... Zawsze cię kochałem. I będę aż do śmierci.
Koniec
Serii
Pierwszej