Dwójka przyjaciół siedziała naprzeciw siebie w absolutnej ciszy. Niezręczność sytuacji pożerała ich od środka. Chłopak przyglądał się rudowłosej kobiecie ukradkiem, gdy podnosił wzrok z nad kubka, którego z uporem maniaka co raz to się chwytał. Zwykła porcelana, żadne dzieło sztuki, a ten udawał, że naczynie pochłonęło całą jego uwagę. Nagła potrzeba zaspokojenia artystycznej duszy zawładnęła również dziewczynę, lecz w nieco inny sposób. Ona natomiast z ramieniem nonszalancko opartym o oparcie drewnianego krzesła, rozglądała się po okolicznych kamieniczkach, które stały naprzeciwko jej bloku mieszkalnego. Z balkonu, na którym właśnie trwali w ciszy, widać było niewiele z uwagi na nierozważnie posadzone drzewa tuż pod budynkiem, lecz kobieta i tak uparcie obserwowała nieprzysłonięte zielenią skrawki zestarzałych kamienic.
Dziwne było to ich zachowanie, tym bardziej, że uchodzili za porozumiewających się bez słów. Najlepsi kuple w pracy i poza nią. Zawsze razem przy stole i przy barze. Tacy sami.
Realia jednak zmieniły się nieco. On dopiero co wyznał przyjaciółce, co do niej czuje. Od dłuższego czasu nosił w sobie ciężar, jakim było skrywane uczucie, lecz brakowało mu odwagi, by uczynić krok do przodu. Niesłychanie ryzykowny był tenże krok. Wyznając Wiktorii swoje prawdziwe intencje względem niej, miał na uwadze, że od tego czasu wszystko się zmieni. Jeśli ona nie odwzajemni uczuć Adama, on zostanie z niczym. Straci bliską sobie osobę i pogrąży się w samotności. Rozpaczliwie pragnął, by ta wizja nie sprawdziła się jednak. Za nic w świecie nie chciałby zmarnować tego, co bez wątpienia było między przyjaciółmi. Ale... niestety istniała też druga możliwość. Oczywista i bardziej prawdopodobna. Jeśli kobieta lubi go choć odrobinę mniej, wtedy mężczyzna przegra wszystko, co do tej pory ich łączyło.
- Błagam cię Wiki, nie męcz mnie już i powiedz coś w końcu.
- Zastanawiam się tylko co.
- Cokolwiek Wiki, ja muszę wiedzieć na czym stoję. - jak skrzywdzone dziecko ściągnął brwi i przyglądał się dziewczynie spod pochylonej głowy. Sekundy zdawały się być godzinami, a czas przybierał postać nieznośnych tortur.
- Nie usłyszysz ode mnie żadnych deklaracji. - zdjęła ramię z oparcia krzesła i splotła nerwowo dłonie na kolanach. Ona też się denerwowała. - Boję się je składać. - uśmiechając się, wzruszyła pospiesznie ramionami. - Boję się, że nie potrafię już nikomu zaufać. - Spojrzała chwilę na niego swymi wielkimi błyszczącymi od łez oczyma.
- Nawet mnie? - dostrzegł strach w jej oczach i zareagował niemal natychmiast. Kucnął przed nią, łapiąc jej dłonie w swoje, by ogrzać je, a tym samym dać jej znak wsparcia. - Daj mi szanse... - uciszyła go delikatnym gestem, dotykiem jego policzka. Przesunęła dłonią po jego wykrzywionej w grymasie nadziei twarzy, powoli, aż poczuła jak chłopak mimowolnie pochyla się nad jej dotykiem, zatraca.
- Naprawdę chcesz żyć z kimś takim jak ja?
- Nic innego nie przychodzi mi do głowy. - odparł uśmiechając się pogodnie, czym zaraził zmartwioną dotąd kobietę.
Niebieski Citroen Cactus mknął autostradą w kierunku Krakowa, lecz w połowie drogi zjechał na jedną z pobocznych dróg. Zwolnił nieco tępa i kołysał się leniwie na pokonywanych przez siebie przeszkodach. Profesor zerknął w lusterku wstecznym na znużoną nastolatkę, która spod opadających powiek obserwowała mijany krajobraz za oknem. Mężczyzna zmarszczył czoło zatroskany i skierował swój wzrok w poszukiwaniu okolicznych hoteli.
- Co ty robisz? - Kobieta na siedzeniu pasażera zdenerwowana tym, że plan podróży zdecydowanie zmienił swój cel, wspięła się na tyle, na ile mogła na swym siedzeniu, by dostrzec jak najwięcej za oknami auta.
- Trochę zmienimy nasze plany.
- Trochę? To nie jest ten kierunek Andrzej. Gdzie ty nas wieziesz?
- Miej do mnie odrobię zaufania. - zaśmiał się, widząc jej nazbyt wzburzoną reakcję.
- Andrzej... spóźnimy się. - jęknęła. Wszystko było już przygotowane, a szansa jaką mężczyzna otrzymał od kliniki była niemalże wydarta gołymi rękoma, dlatego obawiała się, że eksperymentalne leczenie mogło przemknąć im przed oczami przez chwilę nieuwagi. Zacisnęła dłoń na krawędzi letniego płaszczyka, czując coraz większe napięcie. Coś jej mówiło, że taką nadzieje równie łatwo jak przyszła, tak mogą stracić.
- Nie ufasz mi, co? - zerknął na nią kątem oka, prowadząc jednocześnie auto po wyboistych drogach małego miasta.
- To nie o to chodzi. - pokiwała głową, przymykając jednocześnie powieki. Mężczyzna zacisnął szczęki, wahając się nad tym, co powinien zrobić. Uniósł po chwili swą prawą dłoń, na której zabłyszczała w świetle słońca blada blizna gdzieś na wewnętrznej jej stronie. Wyciągnął pociętą dawniej przez szkło rękę i powoli odnalazł ciepłą skórę lewej dłoni Kasi. Przesunął szorstką skórą, po tej delikatnej u kobiety, na początku lekko, by dać jej szansę ucieczki, lecz po chwili pewniej, mocniej w czułym męskim uścisku. Nie uciekła. Zwarła swe palce pod wpływem napotkanej czułości. Przeszył ją jak prąd dziwny impuls wzdłuż całego ciała, koncentrując się w końcu na mięśniach podbrzusza.
- Po prostu się boje, że... - nabrała powietrza w płuca, po czym dokończyła - że cię stracimy. - Zatroskanym wzrokiem spojrzała na niego. On zmarszczył brwi, zaciskając jednocześnie usta w cienką linię. Zjechał na pobocze, które okazało się parkingiem pod małym hotelem.
- Czy tego chcesz, czy nie, jesteś na mnie skazana. - zdjął dłoń z gałki biegów, by po raz kolejny uścisnąć kobiecą rękę, lecz gdy usłyszał głos Matyldy, zacisnął pięść w powietrzu i cofnął ją do siebie.
- Już jesteśmy?
- Nie, skarbie. Zrobiliśmy mały przystanek, żeby odpocząć. - westchnął gardłowo, zawieszając na moment wzrok na obliczu kobiety. Jej zmartwiona twarz, wpatrująca się w budynek przed nimi, zdawała się taka nieobecna. Jakby zajmowały ją myśli zupełnie nie związane z obiektem obserwacji.
Udali się w końcu całą trójką do holu w niewielkim budynku. Po prawej stronie znajdowała się recepcja, o czym świadczyła długa lada sięgająca aż do łokci i mały staromodny dzwoneczek na niej. Ciemne drewno i perski dywan rozciągający się w stronę szerokich schodów na końcu pomieszczenia dodawały klasy, lecz unoszący się w powietrzu kurz i pozacierane drewno nielicznych tam mebli zdradzały, że tenże hotel lata świetności ma już za sobą. Na prawo zaś, za zaszklonymi drzwiami mieściła się jadalnia, wypełniona jedynie dwoma sporymi okrągłymi stołami i kilkoma krzesłami tuż obok.
- Ale tu strasznie. - dziewczynka od razu złapała matkę za dłoń i przycisnęła swe ciało do kobiety. Nieuzasadniony lęk obudził się w podświadomości dziecka i podpowiadał jej, że powinna obawiać się tego, co kreowała wyobraźnia. Straszne wizje o skrywających się w ciemnych zakątkach postaciach i niewytłumaczalnych szmerach. Najgorsza była jednak fobia obcego dotyku. Nasycając własny strach, Matylda wcisnęła się pomiędzy dwojga rodziców oczekujących na obsługę. Nerwowo rozglądała się za siebie, by dostrzec w porę zagrożenie. - Tato, wracajmy. - z wielkimi oczyma spojrzała w górę na Andrzeja, który rozmawiał właśnie ze starszym mężczyzną, właścicielem dobytku.
- Będziesz w pokoju razem z mamą, a ja tuż obok. - uśmiechnął się do dziewczynki wciśniętej pomiędzy parę. - Matyldziu, chyba się nie boisz?
- Nie będziemy z mamą same w pokoju. - pokiwała stanowczo głową. Mężczyzna ściągnął brwi, zdezorientowany.
- Więc ja mam spać z wami?
- Spać?! - jęknęła kobieta, która miała nadzieje na krótki przystanek. - No to sobie zdążyliśmy...
- No a dlaczego nie? Nie zostawimy cię samego. - wzruszyła bezwiednie ramionami.
Andrzej był przekonany, że dziewczynka uknuła w tym swoją intrygę, choć ona sama naprawdę bała się spać w przestarzałym hotelu bez kogoś, kto mógłby ją obronić w razie potrzeby. Próba zbliżenia do siebie rodziców była w tamtym momencie dopiero na drugim miejscu jej priorytetów.
- Naprawdę nie powinniśmy się zatrzymywać. - kobieta pokręciła głową, patrząc błagalnie na byłego kochanka.
- Spokojnie, zadzwonię i wytłumaczę, że się spóźnimy. Przyda nam się mały odpoczynek. - uśmiechnął się jakoś dziwnie, jakby wymuszenie do Kasi i chwycił za walizki, stojące po jego lewej stronie. Rozeszli się do odnalezionych pokojów na piętrze i zamknęli za sobą drzwi. Profesor odetchnął z ulgą, kiedy w końcu znalazł się na chwilę w odosobnieniu. Wymęczonym krokiem przeszedł pokój i otworzył najbliższe drzwi, za którymi domyślał się znaleźć łazienkę. Niewiele obchodził go wystrój tego wnętrza, który nota bene był elegancko staromodny. Chwycił za szeroką umywalkę i przeniósł na swe dłonie cały ciężar. Zawiesił głowę pomiędzy ramionami, wpatrując się w zamglony obraz kafelek pod jego stopami. Zacisnął silne palce na pożółkłej porcelanie, ignorował mięknące kolana i przeklinał w myślach słabości, nad którymi nie potrafił zapanować. Nabierając trzeźwiący haust powietrza w swe usta, podniósł posiwiałą głowę i przyjrzał się własnemu odbiciu w lustrze. Wyglądał tak źle, że już nie pamiętał jak to jest w ogóle wyglądać dobrze. Nie pamiętał dlaczego przed każdą operacją patrzył z podziwem na własne odbicie w śluzie. Dlaczego tak kochał oglądać siebie w lustrze. Z dawnej pewności siebie pozostały jedynie strzępki, z trudem przekonywał się do tego, że nadal tkwią w nim jeszcze resztki godności.
Poszarzałe spojrzenie i opadnięte powieki, wyschnięta na wiór skóra i zwiotczałe policzki. Sądził, że nie pozostało mu nic z czaru, jaki w sobie dawniej nosił, za jakim przepadały kobiety.
- Nie mazgaj się. - mruknął do mężczyzny na przeciwko. Odzyskując stabilność w nogach przeszedł do pokoju, by wyjść z walizki niewielkie pudełeczko. Małe plastikowe strzykawki zabłyszczały w świetle. Wyjął jedną z nich i napełnił lekiem z małej szklanej buteleczki. Minimalnie przekroczył sugerowaną przez specjalistów dawkę, ignorując przy tym możliwość wystąpienia skutków ubocznych po zażyciu specyfiku. Przetarł wybrane miejsce na wewnętrznej stronie przedramienia i wbił igłę w zdezynfekowane miejsce. Skrzywił się mimochodem, gdy zaciskał w dłoni strzykawkę.
Odetchnął z ulgą, mając nadzieje, że lek jaki sobie zaaplikował zapobiegnie zawrotom głowy i zniweluje choć trochę ból, który odczuwał w klatce piersiowej.
- Jeszcze tylko kilka godzin. - westchnął, zaciskając powieki gdy kolejna fala otępienia rozmazywała mu obraz.
Wieczorem ułożył się wygodnie w szerokim łóżku. Nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji, przewrócił się w końcu na prawy bok, tuż przy skraju materaca. Wsunął złożone dłonie pod głowę i marszcząc swe krzaczaste brwi, zawiesił spojrzenie na pustej ścianie. Myślał intensywnie o swojej przyszłości, gdyż istniała możliwość, że takowa przed nim będzie. Wyobrażał sobie, jak stoi na tarasie i spogląda na swój ogród, w którym bawi się jego córka, a Kasia uśmiecha się na jego widok. Niczego więcej nie pragnął, jak tylko ujrzeć jej uśmiech. Wtedy tylko miałby pewność, że wybaczyła mu wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządził. To, że ją zostawił przed laty i okłamał. Chciałby mieć pewność, że nie przysparza jej bólu, lecz daje szczęście. Mógłby wtedy wybaczyć sam sobie i odetchnąć z ulgą.
Usta mężczyzny powoli wygięły się w łuk, gdy wyobraźnia posunęła mu kolejną wizję przyszłości. Lecz było to marzenie tak śmiałe, że nie starał się go zatrzymywać. Szybko ulotniło się z jego umysłu i chwilę później szczerze życzył sobie, aby któregoś dnia stało się ono prawdą. Wysoce nierealną póki co, ale... chciałby, by owa wizja stała się kiedyś faktem.
- Zobaczysz, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Ta kobieta to taka femme fatale. Pociągnie Andrzeja na samo dno. - rudowłosa energicznie wrzucała ubrania do walizki. Adam przyglądał się jej spod ściągniętych brwi, poprawiając jej porozrzucane niechlujnie ciuchy w torbie. - To się źle skończy, mówię ci Adaś. - pokręciła nerwowo głową zwijając w dłoniach jedną z bluzek.
- Dlaczego tak się na nią uwzięłaś?
- Jesteś ślepy tak samo jak twój brat. Nie widzicie, że ta cała Smuda to zło wcielone? Jasne, że nie. Wy widzicie tylko ładny tyłek i cycki. - prychnęła pod nosem, zamykając opróżnioną szafkę.
- Nie uważasz, że za bardzo się nakręcasz? - już nieco zniecierpliwiony chłopak, dopiął pękatą walizkę i ułożył kolejną przed sobą, by pomieścić resztę rzeczy Consalidy. - To ich życie, a my teraz mamy własne. - złapał od tyłu rozdygotaną z nerwów kobietę i ucałował jej zarumieniony policzek. - Wyluzuj. - szepnął. Ona rozluźniła dłonie, a materiał, jaki w nich trzymała upadł bezszelestnie na panele. Wypuściła ciężko powietrze z płuc.
- Nie chce żebyś sobie pomyślał, że sfiksowałam na jej punkcie. Ja nie mam żadnej obsesji, po prostu się martwię. - wyrzuciła z siebie na jednym tchu.
- To przestań. - Wiktoria prychnęła słysząc tę radę.
- Dzięki. - żachnęła. - Ale nie potrafię.
- Dlaczego? - odsunął się od niej poirytowany. Gdzieś w środku czuł ogromną zazdrość o swojego brata. Bał się, że kobieta nadal podkochuje się w Andrzeju i pragnie do niego wrócić. Świadomość tego, że przed laty tych dwoje łączył romans, była dla niego bolesną drzazgą w sercu. Nikt nie wygra ze starym uczuciem, gdyż ono żyje wyobraźnią, tym jak mogłoby ono wyglądać, gdyby drogi kochanków nie rozeszłyby się. Marzenia kreują nierealną wizję i dlatego tak trudno zapomnieć o starych miłostkach.
Adam żył niespełnioną miłości odkąd poznał swą rudowłosą przyjaciółkę i zdawał sobie sprawę z siły podświadomości.
- Adaś... - westchnęła. Ujęła jego twarz swymi zimnymi dłońmi i spojrzała w jego oczy bezsilnie. - Jak można wybaczyć komuś coś takiego, jak odebranie dziecka? Jak on mógł jej zaufać po czymś takim?
- To chyba nie do końca takie proste, jak ci się wydaje. - zsunął jej dłonie ze swej twarzy i zamknął w uścisku, by oddać im trochę swojego ciepła.
- To jest proste. Wyjechała i nie wróciła. Nie dała mu możliwości pożegnania się z własną córką. Na litość, przecież opiekował się Matyldą przez ponad rok!
- Ale wróciła. - zauważył, choć argumenty rudowłosej były niepokojąco przekonujące.
- Skąd taka pewność, że na stałe?
- Andrzej też miał swoje za uszami. - próbował znaleźć logiczne wyjaśnienie.
- Jeasus! I co to zmienia? - wybuchła. - Andrzej zachował się jak należy, a tamta nie dała mu szansy. Takiego faceta powinna po rękach całować! - krzyknęła, po czym energicznym ruchem zasunęła zamek drugiej walizki. Nic nie było w stanie jej przekonać do innej racji. - Dobra, ja mam wszystko. Teraz jedziemy po twoje rzeczy.
Adam spojrzał na rudowłosą, czując ogromne wyrzuty sumienia. Może rzeczywiście za szybko zaufali Kaśce? Może ta kobieta wcale się nie ma czystych intencji względem jego brata i po raz kolejny wbije mu nóż w plecy? A ten jak nigdy wcześniej potrzebował wsparcia. Adam przywołał w myślach chwilę, kiedy to dostrzegł na parkingu szpitalnym białe auto brata. Zaintrygował go wtedy zapalony silnik i uchylone okno od strony kierowcy, choć było naprawdę zimno. Podszedł i ujrzał go z głową bezwładnie opartą o zagłówek. Chłopak był wtedy tak podekscytowany nową panienką, że nie dostrzegł jak bardzo rozbity jest jego brat. Dopiero teraz, gdy sięgał pamięci wstecz, ujżał te zbłąkane oczy i bezradny wyraz twarzy. Potem ta zakrwawiona dłoń, dopiero ona go zaniepokoiła, lecz nadal nie miał prawa domyślać się, że zraniona ręka była niczym w porównaniu z tym, co mężczyzna wtedy odczuwał.
Zatem pytanie brzmi - czy można jej zaufać jeszcze raz?
Jakiś szelest zbudził go w środku nocy, a sen miał tak lekki, że równie dobrze mógłby to być jego własny oddech. Wiedziony przeczuciem obrócił się na drugi bok i ujrzał zbliżające się do jego łóżka dwie kobiety. Obie zabawnie przestraszone.
- Możemy spać z tobą? U nas coś straszy. - wyjaśniła ta młodsza, która już wślizgnęła się pod kołdrę. Zaskoczony spojrzał teraz na Kasię, która stała chwilę niepewnie.
- Co? Chyba nie sądziłeś, że zostanę tam sama. - i ona wsunęła się pod kołdrę, która ledwo zakrywała ją całą. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, czując jak dziewczynka pomiędzy nimi przytula się skulona do jego ciała. Lecz uśmiechał się nie tylko dlatego, że tak lubił, kiedy mała czyniła te swoje czułe gesty względem niego. Uświadomił sobie, że właśnie jedna z jego wizji przyszłości stała się rzeczywistością.
Przedostatnia część. Treść nie odnosi się do obecnych wydarzeń z serialu, choć takie możecie mieć wrażenie. No cóż - zbierzność. Ale nie zabronie Wam porównań. ;)
Dodam, że opowiadanie zaczęłam pisać po 612 odcinku i do niego wszystko się zgadza. Potem to już tylko moja wybujała wizja przyszłości profesora Falkowicza.
sobota, 30 kwietnia 2016
środa, 27 kwietnia 2016
Next
Mam dla Was dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą złą.
Zła jest taka, że następny rozdział nie pojawi się jutro, a dobra taka, że kiedyś pojawi się na pewno. ;) Ale tak poważnie - w ciągu trzech dni powinnam dodać.
Przepraszam, że tak długo to teraz trwa i dziękuje za Waszą cierpliwość.
Mam najlepszych czytelników.
Pozdrawiam ciepło!
Wasza niezdyscyplinowana autorka.
;)
niedziela, 24 kwietnia 2016
Zapowiedź rozdziału 31. cz.II
Obiecany drugi fragment
"(...)
- Nie ufasz mi, co? - zerknął na nią kątem oka, prowadząc jednocześnie auto po wyboistych drogach małego miasta.
- To nie o to chodzi. - pokiwała głową, przymykając jednocześnie powieki. Mężczyzna zacisnął szczęki, wahając się nad tym, co powinien zrobić. Uniósł po chwili swą prawą dłoń, na której zabłyszczała w świetle promieni słońca blada blizna gdzieś na wewnętrznej jej stronie. Wyciągnął pociętą dawniej przez szkło rękę i powoli odnalazł ciepłą skórę lewej dłoni Kasi. Przesunął szorstką skórą, po tej delikatnej u kobiety, na początku lekko, by dać jej szansę ucieczki, lecz po chwili pewniej, mocniej w czułym męskim uścisku. Nie uciekła. Zwarła swe palce pod wpływem napotkanej czułości. Przeszył ją jak prąd dziwny impuls wzdłuż całego ciała, koncentrując się w końcu na mięśniach podbrzusza."
Podobne? A jednak inne ;)
A co do tego kiedy całość... nie jutro.
"(...)
- Nie ufasz mi, co? - zerknął na nią kątem oka, prowadząc jednocześnie auto po wyboistych drogach małego miasta.
- To nie o to chodzi. - pokiwała głową, przymykając jednocześnie powieki. Mężczyzna zacisnął szczęki, wahając się nad tym, co powinien zrobić. Uniósł po chwili swą prawą dłoń, na której zabłyszczała w świetle promieni słońca blada blizna gdzieś na wewnętrznej jej stronie. Wyciągnął pociętą dawniej przez szkło rękę i powoli odnalazł ciepłą skórę lewej dłoni Kasi. Przesunął szorstką skórą, po tej delikatnej u kobiety, na początku lekko, by dać jej szansę ucieczki, lecz po chwili pewniej, mocniej w czułym męskim uścisku. Nie uciekła. Zwarła swe palce pod wpływem napotkanej czułości. Przeszył ją jak prąd dziwny impuls wzdłuż całego ciała, koncentrując się w końcu na mięśniach podbrzusza."
Podobne? A jednak inne ;)
A co do tego kiedy całość... nie jutro.
Fragment rozdziału 31.
Fragment
"(...)
- Nie usłyszysz ode mnie żadnych deklaracji. - zdjęła ramię z oparcia krzesła i splotła nerwowo dłonie na kolanach. Ona też się denerwowała. - Boję się je składać. - uśmiechając się, wzruszyła pospiesznie ramionami. - Boję się, że nie potrafię już nikomu zaufać. - Spojrzała chwilę na niego swymi wielkimi błyszczącymi od łez oczyma.
- Nawet mnie? - dostrzegł strach w jej oczach i zareagował niemal natychmiast. Kucnął przed nią, łapiąc jej dłonie w swoje, by ogrzać je; może nawet tym samym okazać jej znak wsparcia. - Daj mi szanse... - uciszyła go delikatnym gestem, dotknięciem policzka. Przesunęła dłonią po jego wykrzywionej w grymasie nadziei twarzy, powoli, aż poczuła jak mimowolnie pochyla się nad jej dotykiem, zatraca. "
Niewykluczone, że dziś pojawi się kolejny fragment.
sobota, 16 kwietnia 2016
Rozdział 30
Mężczyzna otworzył szafę z koszulkami, lecz po chwili namysłu zamknął ją dziwnie czymś zniesmaczony. Ten rodzaj garderoby nie będzie mu potrzebny tam, dokąd właśnie się wybierał. Spakował więc bieliznę i kolejną piżamę na zmianę, a mimo to torba nadal wydawała mu się dziwnie pusta. Choć było w niej już wszystko, czego potrzebował na ten krótki wyjazd. Wrzucona do środka kosmetyczka zawierała zaledwie kilka rzeczy, a oglądając je po raz kolejny, jego analityczny umysł zawyrokował ostatecznie, że już właściwie niczego więcej nie musiał ze sobą zabierać. Chwycił pewnie za sflaczały bagaż i ruszył w stronę wyjścia z garderoby.
- Proszę. - zatrzymał się w sypialni, gdzie czekała na niego Matylda.
- Twoja książeczka? - spojrzał na okładkę, na której widniał doskonale znany mu tytuł "Mały Książę"
- Pożyczę ci ją, żebyś miał tam co czytać. - odparła pewnie.
- Twoja ulubiona. - zaskoczony przyjrzał się uważnie książce, którą sam podarował córce jakiś czas temu. Przemknęło mu nawet przez myśl, że małej nie spodobał się podarunek, lecz było to nie możliwe. Sama przecież wielokrotnie dopominała się, aby ojciec poczytał jej powieść znaną obojgu niemal na pamięć.
- Też ją lubisz. Sam mówiłeś.
- Bardzo. - usiadł obok dziewczynki. - Ale czy nie będzie ci jej brakować? Mama też może ci poczytać...
- To jest nasza książka. Wolę, kiedy to ty mi ją czytasz. - dziewczynka zdecydowanie była czymś przybita. I wcale nie chodziło tu o utratę ulubionego przedmiotu, o utratę osoby, która tak ciekawie czytała na dobranoc, lecz o coś więcej.
- Matyldziu... - westchnął, widząc iskierki złości w jej jasnych oczach. - To tylko na chwilę. Ona jednak w odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami. Tłumaczono jej już tysiące razy, że to wyjazd na leczenie, który nie będzie niczym ciekawym dla tak małej dziewczynki. Mówiono, że będzie się tam tylko nudziła i z utęsknieniem liczyła dni do powrotu.
- Skarbie... - zaczął kolejny raz. - Dobrze, porozmawiam z mamą. - radość w jej oczach nieco podniosła go na duchu. Nie mógł oprzeć się jej urokowi. Mała potrafiła złamać go, nawet kiedy ten zdecydowanie szedł w zaparte. Tym razem również nie starczyło mu sił, by być odpornym na jej magnetyczne spojrzenie. Objął nastolatkę ramieniem i uśmiechnął się do niej. Ta szybko odpowiedziała mu podobnym wyrazem twarzy, równie szczerym i pogodnym.
- Co ja z tobą mam, co? - puścił pytanie gdzieś mimochodem, nie licząc na odpowiedź, ale dziewczynka wzruszyła ramionami, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Z tobą też nie jest tak lekko. - mężczyzna zaskoczony słowami usłyszanymi z ust córki, uniósł swą brew do góry powoli, nieśpiesznie. Zdumiała go w pierwszej chwili rezolutność małej, lecz gdy zdał sobie sprawę z prawdziwości jej słów, zaśmiał się szczerze.
- Tak, ja też nie byłem najlepszym... ojcem. - ostatnie słowo mimo wszystko dodał z małą niepewnością. Uśmiech na jego twarzy powoli gasł, gdy w umyśle wyświetlały się pojedyncze obrazy z przeszłości. Wracały wspomnienia, które dopiero teraz zaczęły uwierać. Były momenty, w których mógł popełnić ogromne błędy i tylko cud sprawił, że ich uniknął.
Wyrzuty sumienia na nowo obudził w nim dzień, kiedy to zamierzał spotkać się z prawnikiem, by omówić jego szanse, na pozbawienie Kasi praw rodzicielskich. Nie wiedział, czy posunąłby się do czegoś takiego, gdyby nie jego pamiętny wypadek, który zdarzył się w drodze do mecenasa. Teraz pytanie - czy miał szczęście?
I gdy poleciał do Stanów. Czy byłby wtedy gotowy uprowadzić Kasi dziewczynkę? Bo nawet taką ewentualność podpowiadała mu jego desperacja.
- Nigdy nie miałam innego taty. I chyba nie chciałabym mieć. - dodała nieśmiało, uśmiechając się przy tym krzywo. Mężczyzna zacisnął usta, wyginając je jednocześnie w łuk. I już był pewien, że nie zdołałby skrzywdzić tej małej istoty. Nie potrafiłby pozbawić jej szczęścia i odebrać jej matkę. Dziewczynka gasiła w jego sercu wszelkie zaczątki egoizmu, dlatego nie mógłby posunąć się do tak samolubnego czynu. Nie raz już cierpiał samotność; zniósłby i taką jeśli tylko wiedziałby, że dzięki temu mała nie jest nieszczęśliwa. Największą zbrodnią, jaką mógłby wyrządzić Matyldzie to odebranie jej osoby, którą tak kocha.
- Wiesz, że bardzo cię kocham? - przyznał, a jeszcze nigdy nie wyznał tego córce.
- Wiem. - odparła.
- To dobrze. Nigdy o tym nie zapominaj. - pochylił się nad dziewczynką i ucałował ją w czubek głowy.
Na wyjazd do Krakowa ostatecznie zgłosiło się jeszcze paru innych chętnych. Konkretnie to Adam i Kasia, która tłumaczyła się tym, że nie mogłaby zostawić Matyldy pod opieką brata Andrzeja. Argument wydał się wszystkim wystarczająco wiarygodny, by nie domyślać się innych pobudek takiej decyzji ze strony Smudy.
- To tylko kilka dni. - westchnął profesor, gdy okazało się, że zamierza mu towarzyszyć znacznie więcej osób niż sądzono początkowo.
- Zrobiłam jeszcze kanapki z szynką. - kobieta zapakowała przygotowany prowiant do jednej z toreb. - Lubisz? - odwróciła się w stronę Andrzeja. - Och, no to sobie wyjmiesz. - dodała, gdy mężczyzna bezradnie pokiwał głową.
- Powinniśmy już wyjeżdżać. - zarzucił złotym zegarkiem na lewym nadgarstku. Nie znosił się spóźniać, a wiedział że jeśli za chwilę nie wsiądą do samochodu, będą musieli pędzić przez autostradę, nie zatrzymując się nigdzie po drodze. Nie raz już odbywał długie podróże i zdawał sobie sprawę z tego jaka to katorga - nie tylko dla niego, ale także dla dziecka.
Dopił ostatni łyk kawy, ignorując przy tym krzywe spojrzenie Kasi. Podszedł do niej od tyłu, co w pierwszym momencie przestraszyło kobietę.
- Boisz się mnie? - uśmiechnął się szczerze zdumiony jej reakcją.
- Skądże panie profesorze. - Usiłowała zakamuflować przyspieszony oddech. Nie spodziewała się po nim takiego zachowania, dlatego też zlękła się jego bliskości.
- Dlaczego właściwie mi pomagasz? - drążył. To pytanie było jedynym, na które nie potrafił znaleźć właściwej odpowiedzi. Nie miał już pewności, czy kobieta nadal coś do niego czuje, bo wysyłała mu sprzeczne sygnały co do tego. To z kolei wywoływało falę wspomnień u Andrzeja, jeszcze z czasów ich płomiennego romansu. Wtedy to Kasia też wydawała mu się tajemnicą. Ciągle zmienna. Raz trzymająca na dystans, a raz z szaleństwem w oczach. Tyle, że obecnie nie potrafił dostrzec tego drugiego. Czasem jakby zobaczył cień radości w jej oczach na jego widok, ale zaraz potem znikał. I nie wiedział, czy to co widział było tylko złudzeniem, czy może głęboko skrywaną emocją.
Sam gubił się w analizach jej zachowania, dlatego jedynym dobrym rozwiązaniem dla rozwiania jego wątpliwości mogła być rozmowa.
- To chyba jasne. - zdenerwowana wzruszyła ramionami, w sposób jaki robi to również jej córka.
- Nie dla Matyldy, nie z wdzięczności. - rzucił szybko. - Chce wiedzieć dlaczego tak naprawdę wciąż tutaj jesteś. - dodał pewnie. Kobieta odwróciła się w jego stronę, tak by mogła teraz spojrzeć mu prosto w twarz. Miał zaciętą minę i przymrużone oczy. Powaga jakiej oboje się poddali zwiastowała chwilę prawdziwej rozmowy. Od tak dawna nie mieli okazji porozmawiać zupełnie szczerze, bez niedopowiedzeń i tylko o nich dwojgu. Stali tak intensywnie wpatrując się w siebie, mając w głowie chwilę z przeszłości i przyszłości. Byli kochankowie na ten moment okazali się sobie tak znajomi, że ona w końcu nie wytrzymała tej chwili intymności. Jakby ze wstydem spuściła wzrok i przymknęła powieki.
- I co ja mam ci powiedzieć? - westchnęła, a ton jej głosu zdradził, że to nie wstyd, lecz bezradność odczuwała. On chwycił jej podbródek, by mogła spojrzeć mu w oczy. Uśmiechnął się pocieszająco i dodał
- Że wszystko naprawimy. - przyciągnął ją do siebie i przytulił jak za dawnych lat. - Że kiedy to wszystko się skończy, usiądziemy i porozmawiamy. Naprawię wszystko, co spieprzyłem. Powalczę o to, żebyś znowu mi zaufała. - mruknął nad jej głową, zaciskając dłonie na jej plecach, tak jak zawsze ściskał Matyldę, jej córkę. W tamtej chwili obie wydawały mu się takie bezbronne. Może dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo dziewczynka przypominała mu Kasię. I gdy za każdym razem patrzył w oczy małej, widział w niej ukochaną sprzed lat. Może dlatego nigdy nie był w stanie rozstać się z przybraną córką?
Kobieta otarła ukradkiem łzę, która spływała po jej policzku. Choć wciąż udawała twardą, to coś w niej pękło, już nie potrafiła sprzeciwić się emocjom. Choć wmawiała sobie, że to co czuje jest jedynie przywiązaniem do starego kochanka, to coraz bardziej wątpiła w swoją rację.
Patrzył na nią przeszywająco, gdy ona podawała mu torbę, którą mężczyzna miał włożyć do auta. Kobieta była pewna, że jej oczy nadal są przekrwione i wilgotne od łez, które przelała ukradkiem. Sądziła, że właśnie to zainteresowało Andrzeja i dlatego tak intensywnie ją obserwował. Spuściła więc wzrok, byle tylko on nie mógł przyglądać się jej słabościom, choć ten pewnie już dawno ją przejrzał.
Mężczyzna z kolei zastanawiał się, czy aby nie skrzywdził Kasi jakimś słowem wypowiedzianym przez przypadek. Nie znosił, kiedy kobieta płacze, tym bardziej jeśli robi to przez niego. Dawno temu przysiągł sobie, że nigdy do tego nie dopuści, ale okazuje się, że krzywdzenie płci przeciwnej przychodzi mu z niespodziewaną łatwością.
Zbliżył się do niej z zatroskaną miną, wyciągając rękę w stronę jej włosów, by odgarnąć ich kosmyk za ucho.
- Zrobiłem coś nie tak? - szepnął, gdy z domu wyłoniła się pozostała dwójka towarzyszy wyprawy. Kasia uśmiechnęła się pospiesznie, ocierając szybkim ruchem kąciki oczu.
- To nie to. - odparła, pozostawiając Andrzeja z tym niedopowiedzeniem. Odeszła od niego, by wsiąść do auta. Falkowicz natomiast tkwiąc w zamyśleniu pakował kolejne walizki, należące do Adama i Matyldy.
Jego uwagę przykuł jednak samochód, który podjechał pod dom profesora. Po chwili dobrze mu znana postać wysiadła z auta i zarzuciła swymi rudymi pasmami na lewe ramie.
- Mówiłeś jej? - pochylił się nieznacznie nad młodszym bratem, lecz ten pokiwał przecząco głową.
- Pewnie Gawryło. - Adam był chyba najbardziej zaskoczony z nich wszystkich obecnością Consalidy. Wiktoria zmierzając w stronę przyjaciół, obdarzyła jeszcze szatynkę na siedzeniu pasażera przelotnym i zdecydowanie chłodnym spojrzeniem. Nie ulegało wątpliwości to, że lekarka nie pałała sympatią do pani mecenas.
- Hej, mam szczęście, że was jeszcze zastałam. - uścisnęła zdumionych panów i przyjrzała się ich twarzom.
- Coś się stało? - starszy chirurg przymknął klapę bagażnika.
- Nie, dlaczego? Chciałam się z wami jeszcze pożegnać przed wyjazdem. - zaczesała długimi palcami włosy na tył głowy i zwróciła swą piegowatą twarz w stronę słońca, by złapać pierwsze tak ciepłe promienie wiosenne.
- Za parę dni jesteśmy z powrotem. - odpowiedział, zerkając mimochodem na wyjątkowo małomównego brata. - Chyba, że nie liczyłaś na mój powrót moja droga. - zaśmiała się szczerze nadal zwrócona w stronę słońca. Włożyła obie dłonie do kieszeni swych spodni, po czym przeniosła swój wzrok na mężczyzn przed nią.
- To ja wyjeżdżam. Na zawsze. - Adam uchylił nieco usta i pobladł nieznacznie. Z oczyma niczym pięciozłotówki wpatrywał się jakby sparaliżowany w Wiktorię.
- Dokąd?
- Do Hiszpanii. Wrócę do córki, poszukam tam jakiejś pracy, a potem zobaczę.
- Zwariowałaś. - skwitował profesor.
- Może. - zmarszczyła brwi. - Ale już podjęłam decyzję. No i dziękuję ci za pomoc. Wiesz jaką. Bez ciebie nie poradziłabym sobie z tym wszystkim. - rzuciła, gotowa do odejścia. - Kasia z wami jedzie? - dodała jeszcze ściszając głos, by kobieta w środku nie mogła jej usłyszeć. - Uważaj na nią, dobrze ci radzę. Nie ufam jej.
- Na szczęście nie będę już musiał słuchać twoich dobrych rad. - odparł oschle. Consalida spojrzała na przyjaciela, którego oblicze w momencie zmieniło się w to chłodne. Zastygła w bezruchu, po czym mruknęła niewyraźne słowa pożegnania i ruszyła w stronę otwartej bramy.
- Wiktoria! - krzyknął za nią Adam. Jego brat już tylko z daleka obserwował, jak chłopak podbiega do rudowłosej i namiętnie jej o czymś tłumaczy. Starszy chirurg zasiadł przed kierownicą i przyglądał się ze spokojem żywo gestykulującemu brunetowi i jego rudowłosej miłości. Tak, Andrzej od początku zdawał sobie sprawę z tego, co łączy tę dwójkę, choć jeszcze wtedy żadne nie potrafiło przyznać się do tego przed samym sobą.
- Wygląda na to, że zostajemy sami. - rzekł spokojnie.
- Co masz na myśli? - Kasia zupełnie nie rozumiała sytuacji, jakiej była świadkiem. Mężczyzna tylko uśmiechnął się pod nosem przeczuwając, co za chwilę nastąpi.
Krajewski podszedł do samochodu brata i pochylił się nad otwartym oknem.
- Nie mogę z wami jechać. - oznajmił ciężko. Nie było mu łatwo podjąć taką decyzję. W końcu zostawiał brata w chwili, gdy ten potrzebował wsparcia.
- Chcesz polecieć z nią do Hiszpanii? - Adama szczerze zaskoczyły słowa brata. - Znam cię nie od dziś braciszku. - dodał, widząc jego zdumioną minę.
- Andrzej... - szczerze żałował, że nie mógł być z bratem w Krakowie. - Trzymaj się. - chwycił go za ramię, mając coraz większe wyrzuty sumienia. Bał się, że coś pójdzie nie tak i widzi Falkowicza po raz ostatni.
- Ty też.
Daje tyle ile mam. Gdy będę mogła opublikuję resztę.
Czekam na Wasze opinie ;) ... I pytania jeśli takie są.
Pozdrawiam ciepło!
- Proszę. - zatrzymał się w sypialni, gdzie czekała na niego Matylda.
- Twoja książeczka? - spojrzał na okładkę, na której widniał doskonale znany mu tytuł "Mały Książę"
- Pożyczę ci ją, żebyś miał tam co czytać. - odparła pewnie.
- Twoja ulubiona. - zaskoczony przyjrzał się uważnie książce, którą sam podarował córce jakiś czas temu. Przemknęło mu nawet przez myśl, że małej nie spodobał się podarunek, lecz było to nie możliwe. Sama przecież wielokrotnie dopominała się, aby ojciec poczytał jej powieść znaną obojgu niemal na pamięć.
- Też ją lubisz. Sam mówiłeś.
- Bardzo. - usiadł obok dziewczynki. - Ale czy nie będzie ci jej brakować? Mama też może ci poczytać...
- To jest nasza książka. Wolę, kiedy to ty mi ją czytasz. - dziewczynka zdecydowanie była czymś przybita. I wcale nie chodziło tu o utratę ulubionego przedmiotu, o utratę osoby, która tak ciekawie czytała na dobranoc, lecz o coś więcej.
- Matyldziu... - westchnął, widząc iskierki złości w jej jasnych oczach. - To tylko na chwilę. Ona jednak w odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami. Tłumaczono jej już tysiące razy, że to wyjazd na leczenie, który nie będzie niczym ciekawym dla tak małej dziewczynki. Mówiono, że będzie się tam tylko nudziła i z utęsknieniem liczyła dni do powrotu.
- Skarbie... - zaczął kolejny raz. - Dobrze, porozmawiam z mamą. - radość w jej oczach nieco podniosła go na duchu. Nie mógł oprzeć się jej urokowi. Mała potrafiła złamać go, nawet kiedy ten zdecydowanie szedł w zaparte. Tym razem również nie starczyło mu sił, by być odpornym na jej magnetyczne spojrzenie. Objął nastolatkę ramieniem i uśmiechnął się do niej. Ta szybko odpowiedziała mu podobnym wyrazem twarzy, równie szczerym i pogodnym.
- Co ja z tobą mam, co? - puścił pytanie gdzieś mimochodem, nie licząc na odpowiedź, ale dziewczynka wzruszyła ramionami, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Z tobą też nie jest tak lekko. - mężczyzna zaskoczony słowami usłyszanymi z ust córki, uniósł swą brew do góry powoli, nieśpiesznie. Zdumiała go w pierwszej chwili rezolutność małej, lecz gdy zdał sobie sprawę z prawdziwości jej słów, zaśmiał się szczerze.
- Tak, ja też nie byłem najlepszym... ojcem. - ostatnie słowo mimo wszystko dodał z małą niepewnością. Uśmiech na jego twarzy powoli gasł, gdy w umyśle wyświetlały się pojedyncze obrazy z przeszłości. Wracały wspomnienia, które dopiero teraz zaczęły uwierać. Były momenty, w których mógł popełnić ogromne błędy i tylko cud sprawił, że ich uniknął.
Wyrzuty sumienia na nowo obudził w nim dzień, kiedy to zamierzał spotkać się z prawnikiem, by omówić jego szanse, na pozbawienie Kasi praw rodzicielskich. Nie wiedział, czy posunąłby się do czegoś takiego, gdyby nie jego pamiętny wypadek, który zdarzył się w drodze do mecenasa. Teraz pytanie - czy miał szczęście?
I gdy poleciał do Stanów. Czy byłby wtedy gotowy uprowadzić Kasi dziewczynkę? Bo nawet taką ewentualność podpowiadała mu jego desperacja.
- Nigdy nie miałam innego taty. I chyba nie chciałabym mieć. - dodała nieśmiało, uśmiechając się przy tym krzywo. Mężczyzna zacisnął usta, wyginając je jednocześnie w łuk. I już był pewien, że nie zdołałby skrzywdzić tej małej istoty. Nie potrafiłby pozbawić jej szczęścia i odebrać jej matkę. Dziewczynka gasiła w jego sercu wszelkie zaczątki egoizmu, dlatego nie mógłby posunąć się do tak samolubnego czynu. Nie raz już cierpiał samotność; zniósłby i taką jeśli tylko wiedziałby, że dzięki temu mała nie jest nieszczęśliwa. Największą zbrodnią, jaką mógłby wyrządzić Matyldzie to odebranie jej osoby, którą tak kocha.
- Wiesz, że bardzo cię kocham? - przyznał, a jeszcze nigdy nie wyznał tego córce.
- Wiem. - odparła.
- To dobrze. Nigdy o tym nie zapominaj. - pochylił się nad dziewczynką i ucałował ją w czubek głowy.
Na wyjazd do Krakowa ostatecznie zgłosiło się jeszcze paru innych chętnych. Konkretnie to Adam i Kasia, która tłumaczyła się tym, że nie mogłaby zostawić Matyldy pod opieką brata Andrzeja. Argument wydał się wszystkim wystarczająco wiarygodny, by nie domyślać się innych pobudek takiej decyzji ze strony Smudy.
- To tylko kilka dni. - westchnął profesor, gdy okazało się, że zamierza mu towarzyszyć znacznie więcej osób niż sądzono początkowo.
- Zrobiłam jeszcze kanapki z szynką. - kobieta zapakowała przygotowany prowiant do jednej z toreb. - Lubisz? - odwróciła się w stronę Andrzeja. - Och, no to sobie wyjmiesz. - dodała, gdy mężczyzna bezradnie pokiwał głową.
- Powinniśmy już wyjeżdżać. - zarzucił złotym zegarkiem na lewym nadgarstku. Nie znosił się spóźniać, a wiedział że jeśli za chwilę nie wsiądą do samochodu, będą musieli pędzić przez autostradę, nie zatrzymując się nigdzie po drodze. Nie raz już odbywał długie podróże i zdawał sobie sprawę z tego jaka to katorga - nie tylko dla niego, ale także dla dziecka.
Dopił ostatni łyk kawy, ignorując przy tym krzywe spojrzenie Kasi. Podszedł do niej od tyłu, co w pierwszym momencie przestraszyło kobietę.
- Boisz się mnie? - uśmiechnął się szczerze zdumiony jej reakcją.
- Skądże panie profesorze. - Usiłowała zakamuflować przyspieszony oddech. Nie spodziewała się po nim takiego zachowania, dlatego też zlękła się jego bliskości.
- Dlaczego właściwie mi pomagasz? - drążył. To pytanie było jedynym, na które nie potrafił znaleźć właściwej odpowiedzi. Nie miał już pewności, czy kobieta nadal coś do niego czuje, bo wysyłała mu sprzeczne sygnały co do tego. To z kolei wywoływało falę wspomnień u Andrzeja, jeszcze z czasów ich płomiennego romansu. Wtedy to Kasia też wydawała mu się tajemnicą. Ciągle zmienna. Raz trzymająca na dystans, a raz z szaleństwem w oczach. Tyle, że obecnie nie potrafił dostrzec tego drugiego. Czasem jakby zobaczył cień radości w jej oczach na jego widok, ale zaraz potem znikał. I nie wiedział, czy to co widział było tylko złudzeniem, czy może głęboko skrywaną emocją.
Sam gubił się w analizach jej zachowania, dlatego jedynym dobrym rozwiązaniem dla rozwiania jego wątpliwości mogła być rozmowa.
- To chyba jasne. - zdenerwowana wzruszyła ramionami, w sposób jaki robi to również jej córka.
- Nie dla Matyldy, nie z wdzięczności. - rzucił szybko. - Chce wiedzieć dlaczego tak naprawdę wciąż tutaj jesteś. - dodał pewnie. Kobieta odwróciła się w jego stronę, tak by mogła teraz spojrzeć mu prosto w twarz. Miał zaciętą minę i przymrużone oczy. Powaga jakiej oboje się poddali zwiastowała chwilę prawdziwej rozmowy. Od tak dawna nie mieli okazji porozmawiać zupełnie szczerze, bez niedopowiedzeń i tylko o nich dwojgu. Stali tak intensywnie wpatrując się w siebie, mając w głowie chwilę z przeszłości i przyszłości. Byli kochankowie na ten moment okazali się sobie tak znajomi, że ona w końcu nie wytrzymała tej chwili intymności. Jakby ze wstydem spuściła wzrok i przymknęła powieki.
- I co ja mam ci powiedzieć? - westchnęła, a ton jej głosu zdradził, że to nie wstyd, lecz bezradność odczuwała. On chwycił jej podbródek, by mogła spojrzeć mu w oczy. Uśmiechnął się pocieszająco i dodał
- Że wszystko naprawimy. - przyciągnął ją do siebie i przytulił jak za dawnych lat. - Że kiedy to wszystko się skończy, usiądziemy i porozmawiamy. Naprawię wszystko, co spieprzyłem. Powalczę o to, żebyś znowu mi zaufała. - mruknął nad jej głową, zaciskając dłonie na jej plecach, tak jak zawsze ściskał Matyldę, jej córkę. W tamtej chwili obie wydawały mu się takie bezbronne. Może dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo dziewczynka przypominała mu Kasię. I gdy za każdym razem patrzył w oczy małej, widział w niej ukochaną sprzed lat. Może dlatego nigdy nie był w stanie rozstać się z przybraną córką?
Kobieta otarła ukradkiem łzę, która spływała po jej policzku. Choć wciąż udawała twardą, to coś w niej pękło, już nie potrafiła sprzeciwić się emocjom. Choć wmawiała sobie, że to co czuje jest jedynie przywiązaniem do starego kochanka, to coraz bardziej wątpiła w swoją rację.
Patrzył na nią przeszywająco, gdy ona podawała mu torbę, którą mężczyzna miał włożyć do auta. Kobieta była pewna, że jej oczy nadal są przekrwione i wilgotne od łez, które przelała ukradkiem. Sądziła, że właśnie to zainteresowało Andrzeja i dlatego tak intensywnie ją obserwował. Spuściła więc wzrok, byle tylko on nie mógł przyglądać się jej słabościom, choć ten pewnie już dawno ją przejrzał.
Mężczyzna z kolei zastanawiał się, czy aby nie skrzywdził Kasi jakimś słowem wypowiedzianym przez przypadek. Nie znosił, kiedy kobieta płacze, tym bardziej jeśli robi to przez niego. Dawno temu przysiągł sobie, że nigdy do tego nie dopuści, ale okazuje się, że krzywdzenie płci przeciwnej przychodzi mu z niespodziewaną łatwością.
Zbliżył się do niej z zatroskaną miną, wyciągając rękę w stronę jej włosów, by odgarnąć ich kosmyk za ucho.
- Zrobiłem coś nie tak? - szepnął, gdy z domu wyłoniła się pozostała dwójka towarzyszy wyprawy. Kasia uśmiechnęła się pospiesznie, ocierając szybkim ruchem kąciki oczu.
- To nie to. - odparła, pozostawiając Andrzeja z tym niedopowiedzeniem. Odeszła od niego, by wsiąść do auta. Falkowicz natomiast tkwiąc w zamyśleniu pakował kolejne walizki, należące do Adama i Matyldy.
Jego uwagę przykuł jednak samochód, który podjechał pod dom profesora. Po chwili dobrze mu znana postać wysiadła z auta i zarzuciła swymi rudymi pasmami na lewe ramie.
- Mówiłeś jej? - pochylił się nieznacznie nad młodszym bratem, lecz ten pokiwał przecząco głową.
- Pewnie Gawryło. - Adam był chyba najbardziej zaskoczony z nich wszystkich obecnością Consalidy. Wiktoria zmierzając w stronę przyjaciół, obdarzyła jeszcze szatynkę na siedzeniu pasażera przelotnym i zdecydowanie chłodnym spojrzeniem. Nie ulegało wątpliwości to, że lekarka nie pałała sympatią do pani mecenas.
- Hej, mam szczęście, że was jeszcze zastałam. - uścisnęła zdumionych panów i przyjrzała się ich twarzom.
- Coś się stało? - starszy chirurg przymknął klapę bagażnika.
- Nie, dlaczego? Chciałam się z wami jeszcze pożegnać przed wyjazdem. - zaczesała długimi palcami włosy na tył głowy i zwróciła swą piegowatą twarz w stronę słońca, by złapać pierwsze tak ciepłe promienie wiosenne.
- Za parę dni jesteśmy z powrotem. - odpowiedział, zerkając mimochodem na wyjątkowo małomównego brata. - Chyba, że nie liczyłaś na mój powrót moja droga. - zaśmiała się szczerze nadal zwrócona w stronę słońca. Włożyła obie dłonie do kieszeni swych spodni, po czym przeniosła swój wzrok na mężczyzn przed nią.
- To ja wyjeżdżam. Na zawsze. - Adam uchylił nieco usta i pobladł nieznacznie. Z oczyma niczym pięciozłotówki wpatrywał się jakby sparaliżowany w Wiktorię.
- Dokąd?
- Do Hiszpanii. Wrócę do córki, poszukam tam jakiejś pracy, a potem zobaczę.
- Zwariowałaś. - skwitował profesor.
- Może. - zmarszczyła brwi. - Ale już podjęłam decyzję. No i dziękuję ci za pomoc. Wiesz jaką. Bez ciebie nie poradziłabym sobie z tym wszystkim. - rzuciła, gotowa do odejścia. - Kasia z wami jedzie? - dodała jeszcze ściszając głos, by kobieta w środku nie mogła jej usłyszeć. - Uważaj na nią, dobrze ci radzę. Nie ufam jej.
- Na szczęście nie będę już musiał słuchać twoich dobrych rad. - odparł oschle. Consalida spojrzała na przyjaciela, którego oblicze w momencie zmieniło się w to chłodne. Zastygła w bezruchu, po czym mruknęła niewyraźne słowa pożegnania i ruszyła w stronę otwartej bramy.
- Wiktoria! - krzyknął za nią Adam. Jego brat już tylko z daleka obserwował, jak chłopak podbiega do rudowłosej i namiętnie jej o czymś tłumaczy. Starszy chirurg zasiadł przed kierownicą i przyglądał się ze spokojem żywo gestykulującemu brunetowi i jego rudowłosej miłości. Tak, Andrzej od początku zdawał sobie sprawę z tego, co łączy tę dwójkę, choć jeszcze wtedy żadne nie potrafiło przyznać się do tego przed samym sobą.
- Wygląda na to, że zostajemy sami. - rzekł spokojnie.
- Co masz na myśli? - Kasia zupełnie nie rozumiała sytuacji, jakiej była świadkiem. Mężczyzna tylko uśmiechnął się pod nosem przeczuwając, co za chwilę nastąpi.
Krajewski podszedł do samochodu brata i pochylił się nad otwartym oknem.
- Nie mogę z wami jechać. - oznajmił ciężko. Nie było mu łatwo podjąć taką decyzję. W końcu zostawiał brata w chwili, gdy ten potrzebował wsparcia.
- Chcesz polecieć z nią do Hiszpanii? - Adama szczerze zaskoczyły słowa brata. - Znam cię nie od dziś braciszku. - dodał, widząc jego zdumioną minę.
- Andrzej... - szczerze żałował, że nie mógł być z bratem w Krakowie. - Trzymaj się. - chwycił go za ramię, mając coraz większe wyrzuty sumienia. Bał się, że coś pójdzie nie tak i widzi Falkowicza po raz ostatni.
- Ty też.
Daje tyle ile mam. Gdy będę mogła opublikuję resztę.
Czekam na Wasze opinie ;) ... I pytania jeśli takie są.
Pozdrawiam ciepło!
wtorek, 12 kwietnia 2016
Zapowiedź rozdziału 30.
Na dzień dobry...
Fragment
"(...)
- Proszę. - zatrzymał się w sypialni, gdzie czekała na niego Matylda.
- Twoja książka? - spojrzał na okładkę, na której widniał doskonale znany mu tytuł "Mały Książe"
- Pożyczę ci ją, żebyś miał tam co czytać. - odparła pewnie.
- Twoja ulubiona. - zaskoczony przyjrzał się uważnie książce, którą sam podarował córce jakiś czas temu. Przemknęło mu nawet przez myśl, że małej nie spodobał się owy podarunek, lecz było to nie możliwe. Sama przecież wielokrotnie dopominała się, aby ojciec poczytał jej powieść znaną już obojgu niemal na pamięć.
- Też ją lubisz. Sam mówiłeś.
- Bardzo. - usiadł obok dziewczynki. - Ale czy nie będzie ci jej brakować? Mama też może ci poczytać...
- To jest nasza książka. Wolę, kiedy to ty mi ją czytasz."
Fragment
"(...)
- Proszę. - zatrzymał się w sypialni, gdzie czekała na niego Matylda.
- Twoja książka? - spojrzał na okładkę, na której widniał doskonale znany mu tytuł "Mały Książe"
- Pożyczę ci ją, żebyś miał tam co czytać. - odparła pewnie.
- Twoja ulubiona. - zaskoczony przyjrzał się uważnie książce, którą sam podarował córce jakiś czas temu. Przemknęło mu nawet przez myśl, że małej nie spodobał się owy podarunek, lecz było to nie możliwe. Sama przecież wielokrotnie dopominała się, aby ojciec poczytał jej powieść znaną już obojgu niemal na pamięć.
- Też ją lubisz. Sam mówiłeś.
- Bardzo. - usiadł obok dziewczynki. - Ale czy nie będzie ci jej brakować? Mama też może ci poczytać...
- To jest nasza książka. Wolę, kiedy to ty mi ją czytasz."
czwartek, 7 kwietnia 2016
Rozdział 29
Patrząc na to, co się dzieje obecnie w naszym wątku, chyba zacznę pozdrawiać scenarzystów, bo mam wrażenie, że czerpią z tego opowiadania. Muszę uważać na to co piszę... ;-)
Ale poważniej...
Mam nadzieje, że nie zawiodłam i rozdział się spodoba.
Kompletnie skołowana spieszyła w stronę samochodu, co raz to popychając przed sobą zdezorientowaną Matyldę. Mała nie miała możliwości uzyskania jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia, gdyż jej matka była tak zdekoncetrowana.
- Idź kochanie, raz dwa! - usłyszała nastolatka. Piasek pod ich stopami skutecznie spowalniał tempo obu pań. Lecz starsza Smuda uparcie pośpieszała młodszą pociechę, która stękała co rusz, gdy jej buciki nabierały kamyków, a noga coraz bardziej zatapiała się w plaży. Zdyszana ulegała jednak oszalałej matce, nie chcąc tracić sił na zadawanie pytań.
Kasia niesiona siłą adrenaliny, jaka buzowała w jej żyłach, dotarła do miejsca, gdzie stał samochód brata Andrzeja. Adam dostrzegł zbliżającą się kobietę, lecz zdziwił się, gdy nie zauważył za nią Andrzeja.
- Niech to szlag. - syknęła pod nosem, gdy zdała sobie sprawę z tego, że tak czy inaczej będzie musiała wrócić do domu właśnie z Falkowiczem. - Szzzlag!
- Kaśka! - w końcu zza krzewów, które zasłaniały wąską ścieżkę prowadzącą na plażę, wyłonił się szpakowaty mężczyzna. Z groźną miną szedł uparcie za uciekającą kobietą. - Mówię do ciebie! - krzyknął z całej siły. Ta odwróciła się, obdarzając byłego kochanka równie chmurnym spojrzeniem. Oboje ciskali gromy oczyma. - Po co uciekasz? - zapytał groźnie. Zarówno Matylda, jak i Adam nie mieli pojęcia co jest na rzeczy. Lecz czuli, iż chodzić tutaj musiało o jakąś poważną sprawę. Krajewski kompletnie zaskoczony zastałą sytuacją, nadal jakby sparaliżowany chwycił dziewczynkę za ramię. W osłupieniu przyciągnął do siebie jej wątłe ciało.
Andrzej nadal mierząc surowym spojrzeniem Kasie, okazał się mimo wszystko przytomnym na umyśle. Obdarzył krótkim, lecz badawczym spojrzeniem przybraną córkę. Była wystraszona. Oblicze mężczyzny złagodniało nieco, gdy pomyślał, że to właśnie jego gniew tak zadziałał na małą. Zapewne jeszcze nigdy nie widziała ojca tak poważnie rozgniewanego. Przestraszył się nawet w głębi ducha cichej myśli w jego głowie, która szepnęła mu, iż to właśnie strach widzi w oczach Matyldy. Naiwny myślał, że będzie dobrym ojcem...
Lecz w jego pojmowaniu nie było do końca racji. Matylda, jak już zdążyliśmy zauważyć, to bardzo spostrzegawcza istota. Intuicyjnie wyczuwała otaczającą ją rzeczywistość. Robiła to mimo woli, a i tak bardzo trafnie oceniała sytuacje, jakich była świadkiem. Dlatego teraz jej przerażenie nie było niczym innym, jak uczuciem pokrewnym zaskoczeniu. Dziewczynka była przekonana, że jej rodzina nareszcie zaczyna nabierać odpowiednich kształtów. Dla niej wszystko powoli zdawało układać się w całość; zdrową komórkę społeczną, jaką jest pełna rodzina. Uwierzyła, że właśnie tak przyjdzie jej żyć w niedługim czasie. Widziała, jak Andrzej zaczyna dogadywać się z jej mamą, jak kobieta zaczyna spoglądać na mężczyznę przychylniejszym wzrokiem. Wszystko szło idealnie, co więc zrujnowało te wszystkie plany? Dlaczego jej rodzice tak okropnie pokłócili się na plaży?
Przez twarz Falkowicz przeszedł grymas zmieszania, lecz powaga skutecznie maskowała jego odczucia.
- Nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Musisz ochłonąć. - rzekł gorzko. Zacisnął kilka razy dłonie w pięść, po czym zerknął na przypatrującą się mu córkę, uśmiechając się przy tym krótko, lecz jakoś nieporadnie.
- Ach ochłonąć? - odwróciła się tak gwałtownie, że zarzuciła swymi kasztanowymi puklami włosów na jedno ramię. - Próbujesz zrobić ze mnie niezrównoważoną, kiedy ty składasz mi takie oświadczenia!
- Kobieto opanuj się, dobrze! - warknął. - Nie zrobię niczego bez twojej zgody.
- Mamo?
- Dość. Mam tego serdecznie dość. Wracajmy do domu. - potarła swe pulsujące skronie i wsiadła razem z Matyldą do auta. Adam przyglądał się całej sytuacji, z której mimo swych usilnych starań niewiele zrozumiał.
- Andrzej? - mężczyzna uparcie patrzył się na kobietę siedzącą na tylnim fotelu auta swego brata. Bezwiednie zaciskał szczękę z żuchwą. Nie sądził, że jego propozycja wywoła tak silną reakcję ze strony kobiety. Wydawało mu się, iż to naturalne, przecież mała była dla niego jak własna córka. Nie wyobrażał sobie, by nie pójść o krok dalej w ich reakcjach i nie zaproponować uprawomocnienia jego opieki nad dziewczynką. Nie znosił stagnacji, dlatego adopcja miałaby być jej zapobieganiem. Życie mężczyzny zdawało się być zbyt krótkie, by zatrzymywać się w nim w miejscu.
Dlaczego więc kobieta zareagowała tak sceptycznie? Bała się, że Andrzej nie podoła wyzwaniu, jakim jest ojcostwo? Wręcz przeciwnie. Mężczyzna miał coraz lepszy kontakt z jej córką; świetnie się dogadywali, co niepokoiło kobietę. Zazdrość? Owszem, ale silniejszy był jednak strach przed utratą ukochanej córki. Kasia była dla niej jedyną rodziną, a teraz zaczynało się to zmieniać. Matylda lgnęła do ojca, może nawet pokochała tego mężczyznę. Smuda obawiała się, że godząc się na tę niedorzeczną adopcję straci córkę. Co więcej - jeśli Andrzej zdecydował się na taki krok, niewykluczone, że któregoś dnia byłby nawet gotów odebrać jej dziewczynkę. Ta perspektywa najbardziej przerażała samotną matkę i była zdecydowana zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. Musiała zatem pokazać Falkowiczowi, że posunął się za daleko. Przekroczył umowną granicę, jaka powinna ich dzielić. Kasia postanowiła na nowo zakreślić mężczyźnie warunki, na jakich musiała przebiegać znajomość całej trójki.
Naiwna wierzyła, że jej się uda.
Falkowicz wyrwał się z namysłu, gdy Adam po raz kolejny wezwał jego imię. Na początku lekko skonsternowany, machnął lekceważąco dłonią w stronę młodszego Barana.
- Odwieź je do domu. - odrzekł.
- I mam cię tu zostawić? - starszy brat uniósł brodę i spojrzał stanowczo na Adama.
- Jedźcie. Poradzę sobie. - skierował się w stronę miejsca, z którego wcześniej przyszedł. Zamierzał przemyśleć kilka spraw, a potrzebny mu był do tego spokój, jaki wydawałoby się zazna właśnie na pobliskiej plaży.
- Andrzej, nie wygłupiaj się! - krzyknął za nim młodszy brat, lecz profesor nieugięcie kroczył ledwie wydeptaną ścieżką prowadzącą nad brzeg wody.
Kolejnego dnia profesor zszedł na parter ubrany w swój ulubiony granatowy garnitur. Pod szyją wisiał ciasno zawiązany krawat w kolorze czerwieni, a na mankietach połyskiwały złote spinki. Dopiął już drugą błyskotkę na nadgarstku i zerknął na zegarek, który tradycyjnie zdobił jego lewą dłoń. Za niecałą godzinę miał się spotkać ze swoim przyjacielem Piotrem w bardzo ważnej, bynajmniej nie prywatnej sprawie. Teraz gdy nabrał trochę sił, postanowił kontynuować załatwianie spraw formalnych, które należało w jego mniemaniu uporządkować, dopóki nie nadeszła jego czarna godzina. Choć mężczyzna wcale nie zamierzał żegnać się z życiem, to jako człowiek odpowiedzialny, musiał przygotować się na każdą ewentualność. Swymi działaniami, chciał oszczędzić kłopotu bliskim, którzy w przeciwnym razie musieliby zmagać się ze sprawami, o których nie mieli pojęcia.
Pewnym krokiem, choć nadal spokojnym, z uwagi na to, że spoglądał teraz w wyświetlacz telefonu, przeszedł do części domu, w której znajdowała się kuchnia. Nalał sobie filiżankę kawy (jego miłość do kofeinowego smaku była nie do przezwyciężenia) i zasiadł przed wysokim blatem na barowym stołku. Przeglądał wiadomości mailowe, jakie zapełniały jego skrzynkę pocztową, choć robił to już właściwie z przyzwyczajenia. Od dłuższego czasu, po tym jak w środowisku medycznym rozeszła się wieść o jego chorobie, niewiele osób składało mu propozycje współpracy. Tak więc mężczyzna usuwał kolejne zaproszenia na konferencje, sympozja, czy prośby o wypróbowanie nowych medykamentów w swej praktyce. Zatrzymał się jednak na jednej, szczególnie ciekawej wiadomości. Wiedziony przeczuciem... no i może też interesującym tytułem zajrzał do skrywanej treści. Z uwagą przeczytał kilka pierwszych słów, które bardzo go zaintrygowały.
W obecnej sytuacji profesor zostanie wyłączony z życia zawodowego, co może potrwać nawet lata, dlatego powinien także zadbać o alternatywę. A takową właśnie otrzymał. Nigdy nie sądził, że mógłby powrócić do wykładania na uniwersytetach, lecz takie rozwiązanie uchroniłoby go od bezczynności, jakiej za wszelką cenę chciał zapobiec. Zachował więc w pamięci poczty ową wiadomość, z zamiarem późniejszego odpowiedzenia na nią.
Zamyślony upił łyk czarnego trunku, patrząc w jeden bliżej nieokreślony sobie punkt w oddali. Zastanawiał się też, jak rozwązcać sprawę z Kaśką. Ta poprzedniego dnia strasznie zdenerwowała się na mężczyznę, kiedy zaproponował jej adopcję Matyldy. Po długich godzinach nocnych rozmyślań doszedł do wniosku, że powinien porozmawiać z kobietą i uspokoić jej nerwy. Musiał wyjaśnić swoje prawdziwe intencje, gdyż nie zamierzał narażać się matce Matyldy. Ta zapewne źle go zrozumiała, choć i on rzeczywiście nieco pospieszył się z taką deklaracją.
- A ty już na nogach? - Andrzej odjął filiżankę od ust lustrując rozczochranego bruneta. - Myślałem, że będziesz piłował do południa. - starszy chirurg zmarszczył brwi, na co młodszy od razu zareagował wyjaśnieniami. - Stary, echo niosło się po całym domu. - mruknął, po czym zachłysnął się sporym łykiem kawy. - Chrapiesz Andrzej. - uściślił, gdy już opanował dławiący go kaszel.
- Już naprawdę... - westchnął trochę oburzony tymi insynuacjami, jak mu się zdawało - Nie masz czego wymyślać. - pokręcił drwiąco głową. Był pewien, że takie dolegliwości go nie dotyczą... przynajmniej nie dotyczyły.
Inną sprawą było to, że Krajewski nieco ubarwił całą historię, lecz Andrzej był gotów w nią uwierzyć, gdyż ostatnimi czasy podczas snu oddychało mu się naprawdę ciężko.
- Powiedz lepiej dlaczego nie jesteś na dyżurze. Zdaje się... - zerknął na zegarek. - że zaczął się jakieś dwie godziny temu. Doceniam twoją troskę o mnie, ale jeśli będziesz tak dalej olewał prace, to Tretter wręczy ci wilczy bilet.
- Już mi wręczył. - odparł chłopak pomiędzy kolejnymi łykami.
- Słucham!? - Andrzej oderwał się od telefonu, który przeglądał zupełnie bez celu. - Wywalił cię ze szpitala? - jednak Adam zacmokał nie do końca przekonany do tego określenia.
- Raczej wysłał na urlop. - uniósł w górę palec wskazujący, jakby właśnie to określenie było najbardziej pasującym.
- Nie zostawimy tego tak. Ubieraj się. - profesor energicznie wstał i odłożył brudne naczynia do zlewu.
- Po co?
- Chyba nie chcesz wylądować na bezrobociu? - spojrzał surowo na młodszego brata. - No już, jazda! Przebieraj się i jedziemy do szpitala. - skupiony na czymś zerknął jeszcze raz na swój zegarek. Nie sądził, aby zdążył na spotkanie z Tretterem, jeszcze przed Piotrem. Zatem zmuszony był przeprosić przyjaciela i przesunąć finalizację spraw biznesowych. Były w tym momencie rzeczy, którymi należało zająć się natychmiast. Skoro sam Adam nie potrafił załatwić ich jak należy, sprawy w swoje ręce musiał wziąć Falkowicz. Ten domyślał się, że młodszy chirurg zaniedbał obowiązki zawodowe właśnie przez jego osobę i tę chorobę. Widział jak bardzo Krajewski poświęcał się dla niego (choć wiele razy niepotrzebnie) i teraz sam zamierzał zadbać o dobro swego brata, które ten zaniedbał.
- Nie przesadzasz trochę? - brunet zarzucił na ramiona skórzaną kurtkę, która idealnie odznaczała się na białej koszulce. Włożył dokumenty do kieszeni swych ciemnych spodni, gotowy do jazdy i czekał na reakcję Andrzeja.
- Od kiedy to nie zależy ci na pracy? - Falkowicz podrzucił w dłoni jakiś przedmiot, który z brzdękiem wylądował w jego uścisku.
- Zaczynam się zastanawiać, czy nie czas, żeby coś zmienić.
- I uciec? - Andrzej uniósł jedną brew do góry kpiąco.
- Po prostu zmienić. Spróbować czegoś innego. - chłopak wzruszył ramionami. Sam nie był jeszcze do końca przekonany, czego dokładnie pragnął.
- Nie możesz podejmować pochopnie żadnej decyzji. - tłumaczył cierpliwie młodemu bratu. Wyszli przed dom, gdzie ich oczom ukazał się bladoniebieski citroen cactus.
- Pozwolisz, że tym razem ja poprowadzę? - Andrzej uśmiechnął się do bruneta unosząc przy tym lewy kącik ust. - Będzie bezpieczniej.
- Kupiłeś auto? - jedyne co zdołał powiedzieć młodszy.
- Pomyślałem, że najwyższa pora. - uciął nad dachem samochodu, po czym wsiadł do pachnącej jeszcze nowością maszyny.
Pozornie spokojny i opanowany, lecz wewnątrz aż kipiało z emocji. Mieszanka strachu i niepewności z nutką uczucia była stara jak świat, a nadal siała spustoszenie w ludzkich umysłach. Stara mikstura zatruwała ludziom życie od pokoleń. Było w niej coś pięknego i przerażającego zarazem. Miewała różne imiona, lecz najczęściej zwano ją "miłością".
Profesor bał się jednak tego słowa. Obchodził się z nim ostrożnie i z zawahaniem. Nie do końca pamiętał, jak to uczucie wygląda. Czy ono ma różne stany, inne odcienie? Czy każdy przechodzi je jednakowo, czy może szczyci się swą różnorakością?
Sam przed sobą mógł się uczciwie przyznać, że zradzało się w nim coś na kształt miłości właśnie. Z początku uznał ten stan za coś z goła niepokojącego, lecz oswoił je w sobie. Nauczył się żyć z myślą, że stary profesor Andrzej Falkowicz zakochał się jak jakiś młodzian w kobiecie. A raczej w dwóch, lecz każdą z nich darzył nieco innym odcieniem tej palącej serce zarazy.
Zamyślony nie dostrzegł, że auto przed nim zaczęło hamować. Całe szczęście, jego nowy nabytek posiadał czuły system, który zapobiegł poważnej kolizji. Wyrwany z amoku skręcił w kolejną uliczkę. Jego myśli z powrotem zaczęły krążyć wokół Smudy i jej córki, lecz tym razem starał się zachować czujność umysłu.
Musiał działać, by nie stracić tego, co stało się dla niego najcenniejszym darem od losu. Jego działania musiały jednak zawierać więcej taktu niż poprzednim razem. Mało brakowało, a przestraszyłby Kasię i już nigdy nie odzyskałby jej zaufania. Swoją drogą dziwił się, że kobieta nadal się od niego nie odsunęła. Rzeczywiście mogła sądzić, że jego propozycja była wysoce przesadzona i nie na miejscu. A wszystko przez to, że przy niej traci czujność. To co mówi i na co się decyduje, jest tylko z pozoru przemyślane. Jego analityczny umysł nie potrafi poradzić sobie w sytuacjach, gdy Andrzejem zaczyna kierować głębsze uczucie. Przy niej staje się ślepcem, który nie zdążył ułożyć w swojej głowie mapy przestrzeni, po jakiej został zmuszony się poruszać. Najgorsze jednak było to, że bez tego nie potrafił już normalnie funkcjonować.
Zmienił bieg na mniejszy i zatrzymał się na kolejnych światłach. Przed jego autem przechodziła grupka młodzieży. Zakpił pod nosem z tego widoku. Modne ciuchy, w kieszeniach telefony, a w głowach kompletna pustka. Co oni wiedzieli o życiu... Tyle ile zobaczyli w tej swojej najnowszej technologii. Bez niej nie potrafili już żyć. Uzależnienie zawładnęło ich umysłami.
To było jeszcze gorsze niż miłość.
Ruszył w dalszą drogę, nie skupiając się już na niczym innym niż znaki drogowe.
Podjechał pod kamienice, w której mieszkał jego przyjaciel, Piotr Gawryło. Wyszedł z auta, trzymając w dłoni czarną teczkę z dokumentami, które miał przedstawić mężczyźnie. Zamknął auto i obserwując je dumnym okiem, zapiął jednocześnie zgrabnym ruchem dłoni guzik przy marynarce.
Zapukał w drzwi i oczekiwał na reakcję ze strony gospodarza.
- Witaj Andrzej. - otworzył mu po dłuższej chwili. - Zmywałem. - wyjaśnił, po czym odsunął się, by zrobić gościowi miejsce w progu. - Jesteśmy sami. - rzucił, gdy dostrzegł że profesor rozgląda się po wnętrzu.
- Gustownie się urządziłeś. - skwitował Falkowicz. Ten wiedział, że przyjaciel jakiś czas temu przeprowadził się do nowego mieszkania pod Warszawą. Miał daleko do szpitala, w którym obaj panowie pracowali, lecz był to nowy etap w życiu Piotra. Odzyskał Hanę i swoje dziecko, które okazało się jego biologicznym. Wszystko zaczęło się mu układać. Andrzej rozglądając się po wnętrzu małego mieszkania zdał sobie sprawę, jak podobnie ułożyły się ich losy. Choć on będzie musiał jeszcze zawalczyć o swoje szczęście, to już zapałał jakimś optymizmem. Ufał, że i jemu uda się stworzyć prawdziwą rodzinę.
- Jak się czujesz? - zapytał, stawiając przed Andrzejem kawę.
- Lepiej niż gorzej. - westchnął zmęczony odpowiadaniem na to samo pytanie po raz kolejny tego dnia.
- To dobrze. - odrzekł z zawahaniem Piotr. Mężczyzna usiadł w końcu przed gościem, obserwując raczej marnie wyglądającego profesora spod przymrużonych oczu. - Chciałeś ze mną o czymś pomówić.
- Racja. Konkrety. - odłożył czystą łyżeczkę, opierając ją o skraj talerzyka pod filiżanką. Sięgnął po czarną teczkę, która leżała na stole, lecz zanim ją otworzył, wyjaśnił w czym rzecz. - Chciałbym, żebyś przejął moje obowiązki na stanowisku członka zarządu Mediany. - powiedział swym rzeczowym tonem, nie przywiązując specjalnej wagi do miary swej propozycji. Spółka, której był współwłaścicielem i z której czerpał znaczną część swego dochodu, w ciągu ostatniego roku stała się jedną z największych i najbardziej prestiżowych na rynku medycznym.
- To jest jakiś żart? Mediana? Ty jesteś w jej zarządzie? - Piotr założył łokieć na sąsiednie krzesło, lecz zaraz potem go zdjął, by na nowo ułożyć łokcie na stole. Może z szoku, a może po prostu było mu niewygodnie?
- Jeszcze przed rozwodem z Wandą miałem w niej połowę udziałów. - odparł, jakby to była sprawa zupełnie nieistotna. - Moje 25 procent zatrzymałem, a ona swoje sprzedała.
- Domyślam się dlaczego. - Piotr spoważniał, bo dopiero uświadomił sobie, że chirurg nie żartuje. Pokiwał głową i przeczesał jej ciemne kosmyki. - To spora klinika. - a właściwie była jedną z największych specjalistycznych placówek w kraju. Do tego zajmowała się najtrudniejszymi przypadkami, z jakimi nie zdołali sobie poradzić nawet lekarze z poza Europy. Dokonania tamtejszych specjalistów sławiły imię tej kliniki na całym świecie. Słowem - wielka odpowiedzalność brać takie stery, mimo że w pewnej części, na swoje barki.
- Ufam, że sobie poradzisz. - uśmiechnął się po raz pierwszy podczas wizyty u przyjaciela. Wyciągnął w końcu plik papierów, które przedstawiały profil działalności i dokładny spis obowiązków należących do właściciela części akcji Andrzeja.
- Andrzej, to za duża odpowiedzialność. - Gawryło z przerażeniem oglądał otrzymane dokumenty. - Nie dam sobie z tym rady. Wiesz, jak było poprzednim razem.
- Przede wszystkim - odrzekł, widząc zdenerwowanie Piotra - cała odpowiedzialność spoczywa na tym, który ma największą część. Ty masz tylko pojawiać się na spotkaniach raz w miesiącu i zgadzać się, bądź nie na proponowane zmiany. Z tym chyba sobie poradzisz? - uniósł jedną brew, zupełnie bezwiednie. Podał chirurgowi długopis, lecz ten nadal był nieprzekonany.
- Dlaczego właściwie się ich pozbywasz? - zapytał, marszcząc poważnie brwi nieco zaniepokojony zachowaniem profesora.
- Nie pozbywam, tylko przekazuje w zaufane ręce. - ułożył srebrny długopis na dokumencie przekazania wspomnianych akcji.
- Nie wierze, że znudził ci się pewny zysk.
- Zmieniłem priorytety.
- Czyżby? - pochylił się nad stołem, uważnie lustrując oblicze Falkowicza. - Naprawdę mam uwierzyć, że chodzi tutaj o priorytety? - Andrzej zmrużył nieznacznie oczy. Oczywiście, że nie chodziło o nie. Może tylko poniekąd, ale głównym powodem było coś zupełnie innego. Falkowicz po prostu zabezpieczał się na ewentualność pogorszenia swego stanu zdrowia, a może i śmierci. Musiał mieć pewność, że w razie potrzeby jego sprawy biznesowe nie obciążą rodziny swym ciężarem. Adam był jeszcze zbyt młody i niedoświadczony, by zarządzać taką machiną, a Kasia po prostu nie miała do tego kompetencji, gdyż członkowie byli tylko i wyłącznie wysokiej klasy profesorami medycyny. Przygotowany na każdą ewentualność z większym spokojem podchodził do ryzykownego leczenia.
- Sam wiesz, jak rodzina je weryfikuje. - zerknął na rozrzucone w kącie zabawki. - Pieniądze ci się przydadzą. - Gawryło uśmiechnął się na widok, któremu przyglądał się jego gość.
- Consalida poprosiła mnie, żebym przejął jej stanowisko ordynatora. Chyba damy sobie radę finansowo. - Andrzej był szczerze zdumiony słowami chirurga.
- Wiktoria odchodzi?
Był już zmierzch, kiedy podjechał pod blok, który był kolejnym punktem jego dzisiejszego planu spraw do załatwienia. Wyjął z tylnego siedzenia niewielką torbę i pokaźny bukiet czerwonych róż. Dobrze wiedział, że Kasia je wielbiła.
Stanął przed jej drzwiami, starając się ustabilizować oddech. Przeklęta winda nie chciała zjechać, więc musiał iść schodami. Dawniej nie sprawiłoby mu to najmniejszego problemu, ale teraz....
Dawna kochanka była zaskoczona i to nie tyle co bukietem jej ulubionych czerwonych róż, co samą wizytą Andrzeja.
- Kiedyś mówiłaś, że mam być przy niej już zawsze. - spojrzał na uradowaną dziewczynkę, która rozpakowywała swój prezent. - Pozwól, że będę rozszerzał swoją opiekę. - podał jej bukiet róż, uśmiechając się przy tym czarująco.
- Nie wiedziałam, że piszę się na tak późne wizyty. - wstawiła bukiet do wazonu i podziwiając ustawiła na jadalnianym stole. Uważała, że jej gust jest zbyt pospolity, ale nie potrafiła się nie zachwycić tak pięknymi kwiatami. W róży było coś szlachetnego, żaden inny kwiat nie mógł się równać jej pięknu. - Zawsze wiedziałeś czym mnie kupić.
- Moja droga... - westchnął - Ty jesteś bezcenna. - uśmiechnął się czarująco. - Chciałem cię przeprosić. - przeszedł do rzeczy. Kasia założyła dłonie na piersiach i przesłuchiwała się temu, co mężczyzna ma do powiedzenia. - Wiem, że swoją propozycją...
- Ty mnie poinformowałeś. - wtrąciła.
- Masz rację. Nie chciałem cię przestraszyć. Matylda jest dla mnie jak córka i nie potrafię znieść, że ja z kolei jestem dla niej nikim.
- Jesteś jej ojcem. I już żadne z nas tego nie zmieni. Ona cię pokochała Andrzej. Nie możesz być dla niej nikim. - usiedli i obserwowali, jak ich córka układa puzzle z wizerunkiem Sherlocka Holmesa. Nie wiedział na jakie się zdecydować, więc wybrał kilka, każde pasujące do jej zainteresowań. Był i kosmos, zwierzęta, ale też medycyna.
- Obie naprawdę wiele dla mnie znaczycie. - Kasia uśmiechnęła się ciepło do mężczyzny.
- Ty dla nas też całkiem sporo.
Andrzej po śmierci kolegi z sali zaczął działać. Nie traci chwili.
Ale jak się to wszystko skończy?
Facet ma się do kogo porównywać, chociaż jego los jest trochę bardziej skomplikowany. On ma najtrudniej.
Wiecie już, o czym rozmawiała ostatnim razem Wiki z Piotrem, tego samego dnia, kiedy to pokłóciła się z Adamem. Odchodzi. Dobrze robi?
A jak wy to widzicie?
Ale poważniej...
Mam nadzieje, że nie zawiodłam i rozdział się spodoba.
Kompletnie skołowana spieszyła w stronę samochodu, co raz to popychając przed sobą zdezorientowaną Matyldę. Mała nie miała możliwości uzyskania jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia, gdyż jej matka była tak zdekoncetrowana.
- Idź kochanie, raz dwa! - usłyszała nastolatka. Piasek pod ich stopami skutecznie spowalniał tempo obu pań. Lecz starsza Smuda uparcie pośpieszała młodszą pociechę, która stękała co rusz, gdy jej buciki nabierały kamyków, a noga coraz bardziej zatapiała się w plaży. Zdyszana ulegała jednak oszalałej matce, nie chcąc tracić sił na zadawanie pytań.
Kasia niesiona siłą adrenaliny, jaka buzowała w jej żyłach, dotarła do miejsca, gdzie stał samochód brata Andrzeja. Adam dostrzegł zbliżającą się kobietę, lecz zdziwił się, gdy nie zauważył za nią Andrzeja.
- Niech to szlag. - syknęła pod nosem, gdy zdała sobie sprawę z tego, że tak czy inaczej będzie musiała wrócić do domu właśnie z Falkowiczem. - Szzzlag!
- Kaśka! - w końcu zza krzewów, które zasłaniały wąską ścieżkę prowadzącą na plażę, wyłonił się szpakowaty mężczyzna. Z groźną miną szedł uparcie za uciekającą kobietą. - Mówię do ciebie! - krzyknął z całej siły. Ta odwróciła się, obdarzając byłego kochanka równie chmurnym spojrzeniem. Oboje ciskali gromy oczyma. - Po co uciekasz? - zapytał groźnie. Zarówno Matylda, jak i Adam nie mieli pojęcia co jest na rzeczy. Lecz czuli, iż chodzić tutaj musiało o jakąś poważną sprawę. Krajewski kompletnie zaskoczony zastałą sytuacją, nadal jakby sparaliżowany chwycił dziewczynkę za ramię. W osłupieniu przyciągnął do siebie jej wątłe ciało.
Andrzej nadal mierząc surowym spojrzeniem Kasie, okazał się mimo wszystko przytomnym na umyśle. Obdarzył krótkim, lecz badawczym spojrzeniem przybraną córkę. Była wystraszona. Oblicze mężczyzny złagodniało nieco, gdy pomyślał, że to właśnie jego gniew tak zadziałał na małą. Zapewne jeszcze nigdy nie widziała ojca tak poważnie rozgniewanego. Przestraszył się nawet w głębi ducha cichej myśli w jego głowie, która szepnęła mu, iż to właśnie strach widzi w oczach Matyldy. Naiwny myślał, że będzie dobrym ojcem...
Lecz w jego pojmowaniu nie było do końca racji. Matylda, jak już zdążyliśmy zauważyć, to bardzo spostrzegawcza istota. Intuicyjnie wyczuwała otaczającą ją rzeczywistość. Robiła to mimo woli, a i tak bardzo trafnie oceniała sytuacje, jakich była świadkiem. Dlatego teraz jej przerażenie nie było niczym innym, jak uczuciem pokrewnym zaskoczeniu. Dziewczynka była przekonana, że jej rodzina nareszcie zaczyna nabierać odpowiednich kształtów. Dla niej wszystko powoli zdawało układać się w całość; zdrową komórkę społeczną, jaką jest pełna rodzina. Uwierzyła, że właśnie tak przyjdzie jej żyć w niedługim czasie. Widziała, jak Andrzej zaczyna dogadywać się z jej mamą, jak kobieta zaczyna spoglądać na mężczyznę przychylniejszym wzrokiem. Wszystko szło idealnie, co więc zrujnowało te wszystkie plany? Dlaczego jej rodzice tak okropnie pokłócili się na plaży?
Przez twarz Falkowicz przeszedł grymas zmieszania, lecz powaga skutecznie maskowała jego odczucia.
- Nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Musisz ochłonąć. - rzekł gorzko. Zacisnął kilka razy dłonie w pięść, po czym zerknął na przypatrującą się mu córkę, uśmiechając się przy tym krótko, lecz jakoś nieporadnie.
- Ach ochłonąć? - odwróciła się tak gwałtownie, że zarzuciła swymi kasztanowymi puklami włosów na jedno ramię. - Próbujesz zrobić ze mnie niezrównoważoną, kiedy ty składasz mi takie oświadczenia!
- Kobieto opanuj się, dobrze! - warknął. - Nie zrobię niczego bez twojej zgody.
- Mamo?
- Dość. Mam tego serdecznie dość. Wracajmy do domu. - potarła swe pulsujące skronie i wsiadła razem z Matyldą do auta. Adam przyglądał się całej sytuacji, z której mimo swych usilnych starań niewiele zrozumiał.
- Andrzej? - mężczyzna uparcie patrzył się na kobietę siedzącą na tylnim fotelu auta swego brata. Bezwiednie zaciskał szczękę z żuchwą. Nie sądził, że jego propozycja wywoła tak silną reakcję ze strony kobiety. Wydawało mu się, iż to naturalne, przecież mała była dla niego jak własna córka. Nie wyobrażał sobie, by nie pójść o krok dalej w ich reakcjach i nie zaproponować uprawomocnienia jego opieki nad dziewczynką. Nie znosił stagnacji, dlatego adopcja miałaby być jej zapobieganiem. Życie mężczyzny zdawało się być zbyt krótkie, by zatrzymywać się w nim w miejscu.
Dlaczego więc kobieta zareagowała tak sceptycznie? Bała się, że Andrzej nie podoła wyzwaniu, jakim jest ojcostwo? Wręcz przeciwnie. Mężczyzna miał coraz lepszy kontakt z jej córką; świetnie się dogadywali, co niepokoiło kobietę. Zazdrość? Owszem, ale silniejszy był jednak strach przed utratą ukochanej córki. Kasia była dla niej jedyną rodziną, a teraz zaczynało się to zmieniać. Matylda lgnęła do ojca, może nawet pokochała tego mężczyznę. Smuda obawiała się, że godząc się na tę niedorzeczną adopcję straci córkę. Co więcej - jeśli Andrzej zdecydował się na taki krok, niewykluczone, że któregoś dnia byłby nawet gotów odebrać jej dziewczynkę. Ta perspektywa najbardziej przerażała samotną matkę i była zdecydowana zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. Musiała zatem pokazać Falkowiczowi, że posunął się za daleko. Przekroczył umowną granicę, jaka powinna ich dzielić. Kasia postanowiła na nowo zakreślić mężczyźnie warunki, na jakich musiała przebiegać znajomość całej trójki.
Naiwna wierzyła, że jej się uda.
Falkowicz wyrwał się z namysłu, gdy Adam po raz kolejny wezwał jego imię. Na początku lekko skonsternowany, machnął lekceważąco dłonią w stronę młodszego Barana.
- Odwieź je do domu. - odrzekł.
- I mam cię tu zostawić? - starszy brat uniósł brodę i spojrzał stanowczo na Adama.
- Jedźcie. Poradzę sobie. - skierował się w stronę miejsca, z którego wcześniej przyszedł. Zamierzał przemyśleć kilka spraw, a potrzebny mu był do tego spokój, jaki wydawałoby się zazna właśnie na pobliskiej plaży.
- Andrzej, nie wygłupiaj się! - krzyknął za nim młodszy brat, lecz profesor nieugięcie kroczył ledwie wydeptaną ścieżką prowadzącą nad brzeg wody.
Kolejnego dnia profesor zszedł na parter ubrany w swój ulubiony granatowy garnitur. Pod szyją wisiał ciasno zawiązany krawat w kolorze czerwieni, a na mankietach połyskiwały złote spinki. Dopiął już drugą błyskotkę na nadgarstku i zerknął na zegarek, który tradycyjnie zdobił jego lewą dłoń. Za niecałą godzinę miał się spotkać ze swoim przyjacielem Piotrem w bardzo ważnej, bynajmniej nie prywatnej sprawie. Teraz gdy nabrał trochę sił, postanowił kontynuować załatwianie spraw formalnych, które należało w jego mniemaniu uporządkować, dopóki nie nadeszła jego czarna godzina. Choć mężczyzna wcale nie zamierzał żegnać się z życiem, to jako człowiek odpowiedzialny, musiał przygotować się na każdą ewentualność. Swymi działaniami, chciał oszczędzić kłopotu bliskim, którzy w przeciwnym razie musieliby zmagać się ze sprawami, o których nie mieli pojęcia.
Pewnym krokiem, choć nadal spokojnym, z uwagi na to, że spoglądał teraz w wyświetlacz telefonu, przeszedł do części domu, w której znajdowała się kuchnia. Nalał sobie filiżankę kawy (jego miłość do kofeinowego smaku była nie do przezwyciężenia) i zasiadł przed wysokim blatem na barowym stołku. Przeglądał wiadomości mailowe, jakie zapełniały jego skrzynkę pocztową, choć robił to już właściwie z przyzwyczajenia. Od dłuższego czasu, po tym jak w środowisku medycznym rozeszła się wieść o jego chorobie, niewiele osób składało mu propozycje współpracy. Tak więc mężczyzna usuwał kolejne zaproszenia na konferencje, sympozja, czy prośby o wypróbowanie nowych medykamentów w swej praktyce. Zatrzymał się jednak na jednej, szczególnie ciekawej wiadomości. Wiedziony przeczuciem... no i może też interesującym tytułem zajrzał do skrywanej treści. Z uwagą przeczytał kilka pierwszych słów, które bardzo go zaintrygowały.
W obecnej sytuacji profesor zostanie wyłączony z życia zawodowego, co może potrwać nawet lata, dlatego powinien także zadbać o alternatywę. A takową właśnie otrzymał. Nigdy nie sądził, że mógłby powrócić do wykładania na uniwersytetach, lecz takie rozwiązanie uchroniłoby go od bezczynności, jakiej za wszelką cenę chciał zapobiec. Zachował więc w pamięci poczty ową wiadomość, z zamiarem późniejszego odpowiedzenia na nią.
Zamyślony upił łyk czarnego trunku, patrząc w jeden bliżej nieokreślony sobie punkt w oddali. Zastanawiał się też, jak rozwązcać sprawę z Kaśką. Ta poprzedniego dnia strasznie zdenerwowała się na mężczyznę, kiedy zaproponował jej adopcję Matyldy. Po długich godzinach nocnych rozmyślań doszedł do wniosku, że powinien porozmawiać z kobietą i uspokoić jej nerwy. Musiał wyjaśnić swoje prawdziwe intencje, gdyż nie zamierzał narażać się matce Matyldy. Ta zapewne źle go zrozumiała, choć i on rzeczywiście nieco pospieszył się z taką deklaracją.
- A ty już na nogach? - Andrzej odjął filiżankę od ust lustrując rozczochranego bruneta. - Myślałem, że będziesz piłował do południa. - starszy chirurg zmarszczył brwi, na co młodszy od razu zareagował wyjaśnieniami. - Stary, echo niosło się po całym domu. - mruknął, po czym zachłysnął się sporym łykiem kawy. - Chrapiesz Andrzej. - uściślił, gdy już opanował dławiący go kaszel.
- Już naprawdę... - westchnął trochę oburzony tymi insynuacjami, jak mu się zdawało - Nie masz czego wymyślać. - pokręcił drwiąco głową. Był pewien, że takie dolegliwości go nie dotyczą... przynajmniej nie dotyczyły.
Inną sprawą było to, że Krajewski nieco ubarwił całą historię, lecz Andrzej był gotów w nią uwierzyć, gdyż ostatnimi czasy podczas snu oddychało mu się naprawdę ciężko.
- Powiedz lepiej dlaczego nie jesteś na dyżurze. Zdaje się... - zerknął na zegarek. - że zaczął się jakieś dwie godziny temu. Doceniam twoją troskę o mnie, ale jeśli będziesz tak dalej olewał prace, to Tretter wręczy ci wilczy bilet.
- Już mi wręczył. - odparł chłopak pomiędzy kolejnymi łykami.
- Słucham!? - Andrzej oderwał się od telefonu, który przeglądał zupełnie bez celu. - Wywalił cię ze szpitala? - jednak Adam zacmokał nie do końca przekonany do tego określenia.
- Raczej wysłał na urlop. - uniósł w górę palec wskazujący, jakby właśnie to określenie było najbardziej pasującym.
- Nie zostawimy tego tak. Ubieraj się. - profesor energicznie wstał i odłożył brudne naczynia do zlewu.
- Po co?
- Chyba nie chcesz wylądować na bezrobociu? - spojrzał surowo na młodszego brata. - No już, jazda! Przebieraj się i jedziemy do szpitala. - skupiony na czymś zerknął jeszcze raz na swój zegarek. Nie sądził, aby zdążył na spotkanie z Tretterem, jeszcze przed Piotrem. Zatem zmuszony był przeprosić przyjaciela i przesunąć finalizację spraw biznesowych. Były w tym momencie rzeczy, którymi należało zająć się natychmiast. Skoro sam Adam nie potrafił załatwić ich jak należy, sprawy w swoje ręce musiał wziąć Falkowicz. Ten domyślał się, że młodszy chirurg zaniedbał obowiązki zawodowe właśnie przez jego osobę i tę chorobę. Widział jak bardzo Krajewski poświęcał się dla niego (choć wiele razy niepotrzebnie) i teraz sam zamierzał zadbać o dobro swego brata, które ten zaniedbał.
- Nie przesadzasz trochę? - brunet zarzucił na ramiona skórzaną kurtkę, która idealnie odznaczała się na białej koszulce. Włożył dokumenty do kieszeni swych ciemnych spodni, gotowy do jazdy i czekał na reakcję Andrzeja.
- Od kiedy to nie zależy ci na pracy? - Falkowicz podrzucił w dłoni jakiś przedmiot, który z brzdękiem wylądował w jego uścisku.
- Zaczynam się zastanawiać, czy nie czas, żeby coś zmienić.
- I uciec? - Andrzej uniósł jedną brew do góry kpiąco.
- Po prostu zmienić. Spróbować czegoś innego. - chłopak wzruszył ramionami. Sam nie był jeszcze do końca przekonany, czego dokładnie pragnął.
- Nie możesz podejmować pochopnie żadnej decyzji. - tłumaczył cierpliwie młodemu bratu. Wyszli przed dom, gdzie ich oczom ukazał się bladoniebieski citroen cactus.
- Pozwolisz, że tym razem ja poprowadzę? - Andrzej uśmiechnął się do bruneta unosząc przy tym lewy kącik ust. - Będzie bezpieczniej.
- Kupiłeś auto? - jedyne co zdołał powiedzieć młodszy.
- Pomyślałem, że najwyższa pora. - uciął nad dachem samochodu, po czym wsiadł do pachnącej jeszcze nowością maszyny.
Pozornie spokojny i opanowany, lecz wewnątrz aż kipiało z emocji. Mieszanka strachu i niepewności z nutką uczucia była stara jak świat, a nadal siała spustoszenie w ludzkich umysłach. Stara mikstura zatruwała ludziom życie od pokoleń. Było w niej coś pięknego i przerażającego zarazem. Miewała różne imiona, lecz najczęściej zwano ją "miłością".
Profesor bał się jednak tego słowa. Obchodził się z nim ostrożnie i z zawahaniem. Nie do końca pamiętał, jak to uczucie wygląda. Czy ono ma różne stany, inne odcienie? Czy każdy przechodzi je jednakowo, czy może szczyci się swą różnorakością?
Sam przed sobą mógł się uczciwie przyznać, że zradzało się w nim coś na kształt miłości właśnie. Z początku uznał ten stan za coś z goła niepokojącego, lecz oswoił je w sobie. Nauczył się żyć z myślą, że stary profesor Andrzej Falkowicz zakochał się jak jakiś młodzian w kobiecie. A raczej w dwóch, lecz każdą z nich darzył nieco innym odcieniem tej palącej serce zarazy.
Zamyślony nie dostrzegł, że auto przed nim zaczęło hamować. Całe szczęście, jego nowy nabytek posiadał czuły system, który zapobiegł poważnej kolizji. Wyrwany z amoku skręcił w kolejną uliczkę. Jego myśli z powrotem zaczęły krążyć wokół Smudy i jej córki, lecz tym razem starał się zachować czujność umysłu.
Musiał działać, by nie stracić tego, co stało się dla niego najcenniejszym darem od losu. Jego działania musiały jednak zawierać więcej taktu niż poprzednim razem. Mało brakowało, a przestraszyłby Kasię i już nigdy nie odzyskałby jej zaufania. Swoją drogą dziwił się, że kobieta nadal się od niego nie odsunęła. Rzeczywiście mogła sądzić, że jego propozycja była wysoce przesadzona i nie na miejscu. A wszystko przez to, że przy niej traci czujność. To co mówi i na co się decyduje, jest tylko z pozoru przemyślane. Jego analityczny umysł nie potrafi poradzić sobie w sytuacjach, gdy Andrzejem zaczyna kierować głębsze uczucie. Przy niej staje się ślepcem, który nie zdążył ułożyć w swojej głowie mapy przestrzeni, po jakiej został zmuszony się poruszać. Najgorsze jednak było to, że bez tego nie potrafił już normalnie funkcjonować.
Zmienił bieg na mniejszy i zatrzymał się na kolejnych światłach. Przed jego autem przechodziła grupka młodzieży. Zakpił pod nosem z tego widoku. Modne ciuchy, w kieszeniach telefony, a w głowach kompletna pustka. Co oni wiedzieli o życiu... Tyle ile zobaczyli w tej swojej najnowszej technologii. Bez niej nie potrafili już żyć. Uzależnienie zawładnęło ich umysłami.
To było jeszcze gorsze niż miłość.
Ruszył w dalszą drogę, nie skupiając się już na niczym innym niż znaki drogowe.
Podjechał pod kamienice, w której mieszkał jego przyjaciel, Piotr Gawryło. Wyszedł z auta, trzymając w dłoni czarną teczkę z dokumentami, które miał przedstawić mężczyźnie. Zamknął auto i obserwując je dumnym okiem, zapiął jednocześnie zgrabnym ruchem dłoni guzik przy marynarce.
Zapukał w drzwi i oczekiwał na reakcję ze strony gospodarza.
- Witaj Andrzej. - otworzył mu po dłuższej chwili. - Zmywałem. - wyjaśnił, po czym odsunął się, by zrobić gościowi miejsce w progu. - Jesteśmy sami. - rzucił, gdy dostrzegł że profesor rozgląda się po wnętrzu.
- Gustownie się urządziłeś. - skwitował Falkowicz. Ten wiedział, że przyjaciel jakiś czas temu przeprowadził się do nowego mieszkania pod Warszawą. Miał daleko do szpitala, w którym obaj panowie pracowali, lecz był to nowy etap w życiu Piotra. Odzyskał Hanę i swoje dziecko, które okazało się jego biologicznym. Wszystko zaczęło się mu układać. Andrzej rozglądając się po wnętrzu małego mieszkania zdał sobie sprawę, jak podobnie ułożyły się ich losy. Choć on będzie musiał jeszcze zawalczyć o swoje szczęście, to już zapałał jakimś optymizmem. Ufał, że i jemu uda się stworzyć prawdziwą rodzinę.
- Jak się czujesz? - zapytał, stawiając przed Andrzejem kawę.
- Lepiej niż gorzej. - westchnął zmęczony odpowiadaniem na to samo pytanie po raz kolejny tego dnia.
- To dobrze. - odrzekł z zawahaniem Piotr. Mężczyzna usiadł w końcu przed gościem, obserwując raczej marnie wyglądającego profesora spod przymrużonych oczu. - Chciałeś ze mną o czymś pomówić.
- Racja. Konkrety. - odłożył czystą łyżeczkę, opierając ją o skraj talerzyka pod filiżanką. Sięgnął po czarną teczkę, która leżała na stole, lecz zanim ją otworzył, wyjaśnił w czym rzecz. - Chciałbym, żebyś przejął moje obowiązki na stanowisku członka zarządu Mediany. - powiedział swym rzeczowym tonem, nie przywiązując specjalnej wagi do miary swej propozycji. Spółka, której był współwłaścicielem i z której czerpał znaczną część swego dochodu, w ciągu ostatniego roku stała się jedną z największych i najbardziej prestiżowych na rynku medycznym.
- To jest jakiś żart? Mediana? Ty jesteś w jej zarządzie? - Piotr założył łokieć na sąsiednie krzesło, lecz zaraz potem go zdjął, by na nowo ułożyć łokcie na stole. Może z szoku, a może po prostu było mu niewygodnie?
- Jeszcze przed rozwodem z Wandą miałem w niej połowę udziałów. - odparł, jakby to była sprawa zupełnie nieistotna. - Moje 25 procent zatrzymałem, a ona swoje sprzedała.
- Domyślam się dlaczego. - Piotr spoważniał, bo dopiero uświadomił sobie, że chirurg nie żartuje. Pokiwał głową i przeczesał jej ciemne kosmyki. - To spora klinika. - a właściwie była jedną z największych specjalistycznych placówek w kraju. Do tego zajmowała się najtrudniejszymi przypadkami, z jakimi nie zdołali sobie poradzić nawet lekarze z poza Europy. Dokonania tamtejszych specjalistów sławiły imię tej kliniki na całym świecie. Słowem - wielka odpowiedzalność brać takie stery, mimo że w pewnej części, na swoje barki.
- Ufam, że sobie poradzisz. - uśmiechnął się po raz pierwszy podczas wizyty u przyjaciela. Wyciągnął w końcu plik papierów, które przedstawiały profil działalności i dokładny spis obowiązków należących do właściciela części akcji Andrzeja.
- Andrzej, to za duża odpowiedzialność. - Gawryło z przerażeniem oglądał otrzymane dokumenty. - Nie dam sobie z tym rady. Wiesz, jak było poprzednim razem.
- Przede wszystkim - odrzekł, widząc zdenerwowanie Piotra - cała odpowiedzialność spoczywa na tym, który ma największą część. Ty masz tylko pojawiać się na spotkaniach raz w miesiącu i zgadzać się, bądź nie na proponowane zmiany. Z tym chyba sobie poradzisz? - uniósł jedną brew, zupełnie bezwiednie. Podał chirurgowi długopis, lecz ten nadal był nieprzekonany.
- Dlaczego właściwie się ich pozbywasz? - zapytał, marszcząc poważnie brwi nieco zaniepokojony zachowaniem profesora.
- Nie pozbywam, tylko przekazuje w zaufane ręce. - ułożył srebrny długopis na dokumencie przekazania wspomnianych akcji.
- Nie wierze, że znudził ci się pewny zysk.
- Zmieniłem priorytety.
- Czyżby? - pochylił się nad stołem, uważnie lustrując oblicze Falkowicza. - Naprawdę mam uwierzyć, że chodzi tutaj o priorytety? - Andrzej zmrużył nieznacznie oczy. Oczywiście, że nie chodziło o nie. Może tylko poniekąd, ale głównym powodem było coś zupełnie innego. Falkowicz po prostu zabezpieczał się na ewentualność pogorszenia swego stanu zdrowia, a może i śmierci. Musiał mieć pewność, że w razie potrzeby jego sprawy biznesowe nie obciążą rodziny swym ciężarem. Adam był jeszcze zbyt młody i niedoświadczony, by zarządzać taką machiną, a Kasia po prostu nie miała do tego kompetencji, gdyż członkowie byli tylko i wyłącznie wysokiej klasy profesorami medycyny. Przygotowany na każdą ewentualność z większym spokojem podchodził do ryzykownego leczenia.
- Sam wiesz, jak rodzina je weryfikuje. - zerknął na rozrzucone w kącie zabawki. - Pieniądze ci się przydadzą. - Gawryło uśmiechnął się na widok, któremu przyglądał się jego gość.
- Consalida poprosiła mnie, żebym przejął jej stanowisko ordynatora. Chyba damy sobie radę finansowo. - Andrzej był szczerze zdumiony słowami chirurga.
- Wiktoria odchodzi?
Był już zmierzch, kiedy podjechał pod blok, który był kolejnym punktem jego dzisiejszego planu spraw do załatwienia. Wyjął z tylnego siedzenia niewielką torbę i pokaźny bukiet czerwonych róż. Dobrze wiedział, że Kasia je wielbiła.
Stanął przed jej drzwiami, starając się ustabilizować oddech. Przeklęta winda nie chciała zjechać, więc musiał iść schodami. Dawniej nie sprawiłoby mu to najmniejszego problemu, ale teraz....
Dawna kochanka była zaskoczona i to nie tyle co bukietem jej ulubionych czerwonych róż, co samą wizytą Andrzeja.
- Kiedyś mówiłaś, że mam być przy niej już zawsze. - spojrzał na uradowaną dziewczynkę, która rozpakowywała swój prezent. - Pozwól, że będę rozszerzał swoją opiekę. - podał jej bukiet róż, uśmiechając się przy tym czarująco.
- Nie wiedziałam, że piszę się na tak późne wizyty. - wstawiła bukiet do wazonu i podziwiając ustawiła na jadalnianym stole. Uważała, że jej gust jest zbyt pospolity, ale nie potrafiła się nie zachwycić tak pięknymi kwiatami. W róży było coś szlachetnego, żaden inny kwiat nie mógł się równać jej pięknu. - Zawsze wiedziałeś czym mnie kupić.
- Moja droga... - westchnął - Ty jesteś bezcenna. - uśmiechnął się czarująco. - Chciałem cię przeprosić. - przeszedł do rzeczy. Kasia założyła dłonie na piersiach i przesłuchiwała się temu, co mężczyzna ma do powiedzenia. - Wiem, że swoją propozycją...
- Ty mnie poinformowałeś. - wtrąciła.
- Masz rację. Nie chciałem cię przestraszyć. Matylda jest dla mnie jak córka i nie potrafię znieść, że ja z kolei jestem dla niej nikim.
- Jesteś jej ojcem. I już żadne z nas tego nie zmieni. Ona cię pokochała Andrzej. Nie możesz być dla niej nikim. - usiedli i obserwowali, jak ich córka układa puzzle z wizerunkiem Sherlocka Holmesa. Nie wiedział na jakie się zdecydować, więc wybrał kilka, każde pasujące do jej zainteresowań. Był i kosmos, zwierzęta, ale też medycyna.
- Obie naprawdę wiele dla mnie znaczycie. - Kasia uśmiechnęła się ciepło do mężczyzny.
- Ty dla nas też całkiem sporo.
Andrzej po śmierci kolegi z sali zaczął działać. Nie traci chwili.
Ale jak się to wszystko skończy?
Facet ma się do kogo porównywać, chociaż jego los jest trochę bardziej skomplikowany. On ma najtrudniej.
Wiecie już, o czym rozmawiała ostatnim razem Wiki z Piotrem, tego samego dnia, kiedy to pokłóciła się z Adamem. Odchodzi. Dobrze robi?
A jak wy to widzicie?
środa, 6 kwietnia 2016
Next
Wybaczcie opóźnienie, ale rozdział pojawi się jutro. Czasami po prostu nie da się przewidzieć atrakcji dnia...
Jeszcze raz przepraszam...
Pozdrawiam ciepło
Jeszcze raz przepraszam...
Pozdrawiam ciepło
niedziela, 3 kwietnia 2016
Zapowiedź rozdziału 29.
W ramach wdzięczności za takie fajne komentarze...
Fragment
(...) Obdarzył krótkim, lecz badawczym spojrzeniem przybraną córkę. Była wystraszona. Oblicze mężczyzny złagodniało nieco, gdy pomyślał, że to właśnie jego gniew tak zadziałał na małą. Zapewne jeszcze nigdy nie widziała ojca tak poważnie rozgniewanego. Przestraszył się nawet w głębi ducha cichej myśli w jego głowie, która szepnęła mu, iż to właśnie strach widzi w oczach Matyldy. Naiwny myślał, że będzie dobrym ojcem...
Fragment
(...) Obdarzył krótkim, lecz badawczym spojrzeniem przybraną córkę. Była wystraszona. Oblicze mężczyzny złagodniało nieco, gdy pomyślał, że to właśnie jego gniew tak zadziałał na małą. Zapewne jeszcze nigdy nie widziała ojca tak poważnie rozgniewanego. Przestraszył się nawet w głębi ducha cichej myśli w jego głowie, która szepnęła mu, iż to właśnie strach widzi w oczach Matyldy. Naiwny myślał, że będzie dobrym ojcem...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)