sobota, 28 listopada 2015
Rozdział 5
Wspomnienia Falkowicza
Kasia powoli dochodziła do siebie po ciężkim urazie, jakiego doznała w wyniku wypadku. Profesor wraz z małą Matyldą odwiedzał ją codziennie. Ogromną radość sprawiało mu patrzenie na podekscytowaną podopieczną, kiedy to zjawiał się pod jej szkołą, by potem razem udać się w odwiedziny do kliniki.
Nigdy nie zapomniał jednak, jak pewnego razu spóźnił się odebrać Matyldę ze szkoły. A stało się tak przez nagłą operację. Stracił poczucie czasu i w efekcie zjawił się na miejscu pół godziny później niż powinien.
Nie ma tragedii, prawda? Ale wyobraźcie sobie, co musiała w tym czasie przeżywać Matylda. Choć sama się Andrzejowi do tego nigdy nie przyznała, to tak naprawdę bała się tylko o niego. Była przekonana, że miał wypadek, bądź stało mu się coś równie strasznego. Bo przecież obiecał, że przyjedzie, zawsze przyjeżdżał. Dlaczego wtedy stało się inaczej? Jej mama też zawsze odbierała ją o czasie. Tylko raz zapomniała. I więcej się już nie zjawiła. Po tym jak straciła Kasię, miała też stracić Andrzeja?
Gdy w końcu Falkowicz z piskiem opon zahamował na parkingu szkolnym, ujrzał zapłakaną dziewczynkę. Poczuł w piersi ból, gorszy od tego, którego kiedyś doświadczył podczas zapaści.
- Przepraszam - westchnął, zbliżając się do małej. - Przepraszam, operacja się przedłużyła. - uklęknął przed nią i zamilkł na chwilę. - Wybaczysz mi? - Matylda wzruszyła ramionami, jednocześnie walcząc z chęcią przytulenia się do profesora. Po jej policzku spływały kolejne łzy, choć twarz wydawała się być niewzruszona. Mężczyzna jednak sądził, że Matylda nigdy nie wybaczy mu tego spóźnienia. Jak mógł o niej zapomnieć? Pewnie czuła się zaniedbana. Do głowy by mu nie przyszło, że są to łzy szczęścia i ulgi. Tym bardziej był zaskoczony, kiedy to kruche ciałko przylgnęło do niego i swymi rękoma mocno go objęło.
Od tamtej pory zjawiał się przed szkołą dziesięć minut przed dzwonkiem. Zdarzało się mu nawet wychodzić w trakcie operacji, co niesamowicie denerwowało panią ordynator. On jednak za żadne skarby nie chciał więcej oglądać płaczącej Matyldy i to z jego powodu. Nie wiedział dlaczego mała tak emocjonalnie reaguje na jego spóźnienia, ale starał się by to już nigdy więcej się nie powtórzyło. Pomagał mu w tym również Adam, który złapał dobry kontakt z małą. Co prawda Matylda wolała przebywać w towarzystwie profesora, czego nikt do końca nie rozumiał, nawet sam zainteresowany, ale on również czuł się swobodniej w jej towarzystwie.
Choć początki nie należały do najłatwiejszych. Dochodziło nawet do zabawnych sytuacji, do których pan profesor długo nie mógł przywyknąć. A mianowicie, gdy pewnego razu udał się on tam gdzie nawet król piechotą nie chodzi - mam na myśli toaletę oczywiście - Matylda stanęła pod drzwiami do owego pomieszczenia i zaczęła uporczywie dopytywać się go o coś. Biedny Falkowicz postawiony w niezręcznej sytuacji postanowił milczeć. Jednak aby zachować całkowitą ciszę, powinien również zaprzestać wszelkich czynności fizjologicznych. Tak też zrobił. Koniec końców spędził tam dobrych dziesięć minut, po czym wyszedł z pomieszczenia z pełnym pęcherzem.
- Wiedziałam. - wzdrygnął się lekko na głos podopiecznej. Mała spojrzała na niego pełnym politowania wzrokiem - Przez ciebie się spóźnimy. - dodała na odchodne. Rzeczywiście, mieli niewiele czasu, więc profesor sięgnął tylko po marynarkę i kluczyki, a następnie oboje wsiedli do samochodu. Pech chciał, że na drodze utworzył się ogromny korek. Gdy w końcu dotarli pod szkołę, Matylda była już bardzo spóźniona. Falkowicz natomiast walczył z chęcią skorzystania ze szkolnej toalety. Historia oczywiście miała swój szczęśliwy finał, gdyż przecznicę dalej znajdowała się stacja benzynowa, ale od tamtej pory profesor już nigdy nie wyjeżdżał z domu spóźniony, a i Matylda nie pukała tak często do drzwi jego toalety.
Andrzej uśmiechnął się pod nosem, wspominając hałas, jaki panował w domu, gdy jeszcze nie mieszkał w nim sam. Przewrócił się na bok, by spojrzeć w niezasłonięte roletą okna. Na zewnątrz nadal panował mrok. Westchnął ciężko, po czym zerknął na wyświetlacz swojego nowego telefonu. Miał zamiar sprawdzić która jest godzina, gdy spostrzegł, że ma siedem nieodebranych połączeń. Dwa od Adama, jedno od Kasi i cztery od nieznanego numeru. Zaintrygowany tym faktem zmarszczył nieco brwi i podparł tułów na łokciu. Wpatrywał się chwilę w numer widniejący na ekranie telefonu, po czym jednym ruchem kciuka nawiązał połączenie. Przyłożył niepewnie słuchawkę do ucha i oczekiwał na reakcję drugiej strony. Usłyszał niepewny damski głos, a jego sens dotarł do niego dopiero po chwili.
- Tatuś?
Nie wiem czy wiecie, ale pod niektórymi z Waszych komentarzy umieściłam odpowiedzi.
czwartek, 26 listopada 2015
Rozdział 4
Zdenerwowany stanął przy stole operacyjnym, trzymając w górze dokładnie umyte dłonie w górze.
- Spójrz, chyba trzeba będzie amputować. - Krajewski westchnął zrezygnowany, spoglądając na brata. Miał bowiem nadzieje, że taki specjalista jakim był Falkowicz, uczyni cud i znajdzie rozwiązanie, którego sam nie potrafił dostrzec. - Szkoda dziewczynki... - westchnął, uznając milczenie brata za potwierdzenie jego obaw. Falkowicz jednak patrzył tylko na otwartą ranę, nie docierały do niego żadne informacje. Strach sprawił, że przestał myśleć. Był przekonany, że stoi tuż obok Matyldy i to właśnie ona uległa wypadkowi. Przecież wchodząc na sale mignęły mu przed oczami jej blond włosy.
- Andrzej pomóż mi. - Falkowicz zerknął na brata, jakby dopiero co wybudził się ze śpiączki.
- Co chcesz zrobić?
- Amputować! - krzyknął zdenerwowany. Mieli przecież niewiele czasu na podjęcie decyzji. Mała była niestabilna.
- Nie możemy. - uciął, a mówiąc to miał przed oczami uśmiech swojej "prawie córki", która siedziała obok niego i przygrywała z nim na pianinie.
- Dobrze, to co chcesz zrobić? - Adam zerknął zniecierpliwiony, choć z nutą nadziei na Falkowicza.
- Ratować dłoń małej. - mimowolnie zerknął na twarz młodzutkiej pacjentki i poczuł niesamowity uścisk w żołądku. - To nie ona. - wzrokiem szaleńca spojrzał na Adama. Nawet nie wiedział, że jego pełne usta wykrzywiły się w uśmiech. Dziewczynka nie miała nawet blond włosów. Ale jak to możliwe? Przecież widział...
Odetchnął głęboko i pośpieszył z wyjaśnieniem swoich zamiarów ratowania dłoni, widząc pytający wzrok Adama.
- Spójrz tutaj - małym palcem wskazał najgłębsze miejsce rany - Sięgnę... - zastanowił się chwilę - Tętnice...
- Nie ma ukrwienia już od paru godzin, to nie ma sensu - Krajewski pokiwał głową zmęczony. Na te słowa Andrzej wyprostował się, patrząc teraz na Adama jak na niepokornego ucznia.
- Mój drogi, w medycynie nie ma miejsca na wątpliwości. Tym bardziej na rezygnację. Zapamiętaj sobie jedno młodzieńcze. Cechą tych najlepszych jest właśnie wytrwałość. - pomachał mu palcem przed nosem, po czym przyjrzał się dokładniej ranie, w której zwykły śmiertelnik nie dostrzegłby niczego prócz krwi i mięsa, z którego ta krew się sączy. On natomiast dzielił to wszystko na naczynia włókna mięśniowe, tkankę tłuszczową, nerwy i to co kochał najbardziej i czego budowę znał od komórki - naczynia krwionośne. Miał niesamowitą wyobraźnie co do tego, jak te tkanki mogą się zachować i jak się z nimi obchodzić. Kiedyś powiedział swoim studentom, że należy wsłuchać się w organizm i po prostu odpowiadzieć na jego naturalny głos. Tak naprawdę żadne z nich do końca nie zrozumiało co wybitny pan profesor miał na myśli. No może poza jedną osobą. A był nią człowiek, który stał teraz na przeciwko profesora i z dziecięcą fascynacją przyglądał się ruchom dłoni chirurga, swojego brata.
Profesor uśmiechnął się pod nosem widząc wzrok Adama.
Czasami mam wrażenie, że Krajewski operuje że mną po raz pierwszy.
- Klem naczyniowy poproszę... pani Hiacynto.
Mężczyźni wyszli z sali operacyjnej i udali się do pomieszczenia, w którym znajdowały się umywali. Falkowicz oparł swe dłonie o metalową strukturę mebla, po czym podniósł wzrok na swe lustrzane odbicie. Spojrzał na mężczyznę na przeciwko niego, który przyglądał mu się spod podkrążonych i zmęczonych oczu.
- Dałeś z siebie wszystko - Adam poklepał Andrzeja po ramieniu. Falkowicz przeniósł teraz wzrok na brata. - Walczyłeś.
- I to powiem jej matce?
- Mało? - Profesor zaśmiał się drwiąco.
- Jesteś jeszcze taki młody i taki głupi... - odwrócił się tyłem do swego lustrzanego odbicia. Nie chciał już patrzeć na człowieka porażki. Jak miał poradzić sobie z klęską skoro tak dawno jej nie poniósł? Dobra passa szybko się skończyła. Akurat teraz, kiedy życie zaczynało nabierać barw, nagle wszystko zaczęło obracać się w ruinę, na każdym froncie.
- Mała zachowała rękę! To dla ciebie nic?
- I co z tego, skoro nie będzie mogła nią ruszać? - Adam dostrzegł, jak brat przeszywa go swoim spojrzeniem. Przez moment poczuł lekki niepokój. Nie dlatego, że się go bał, o nie. Ten etap życia ma już dawno za sobą. Ten młody chirurg zobaczył w szklanych oczach brata ból.
- Tego nie wiesz. - dodał niemal szeptem. Chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz się zawahał. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka i po czym skierował się do drzwi.
- Matylda wróci za tydzień. Szybko minie - dodał, odwracając się tuż przy wyjściu.
- Nie wróci. - Andrzej wyprostował się nienaturalnie i przybrał ten swój obojętny wyraz twarzy. Przez te wszystkie lata nauczył się ukrywać swe emocje pod taką właśnie maską. Jednak okazało się, że jest ktoś, kto potrafi odczytać jego emocje nawet wtedy, gdy ten usilnie stara się je ukryć. Mała Smuda umiała rozszyfrować profesora w mgnieniu oka.
- Jak to? - Oczy młodszego z braci przybrały niepokojąco wielkich rozmiarów.
- Przełóżmy tę dzisiejszą kolację, dobrze? Będę zajęty. - Profesor wyszedł niewzruszony, mijając w drzwiach zszokowanego brata.
Nie trudno się domyślić, co Andrzej Falkowicz zamierzał robić tegoż wieczoru. Znał tylko jeden sposób na smutki. Jedyny sposób, by oderwać się od przytłaczającej rzeczywistości, choć do rana, kiedy to codzienność na nowo go docuci.
Idę spać. Padam na twarz. Jutro rano liczę na niespodziankę i mnóstwo komentarzy, a każdy jeden podpisany :-)
wtorek, 24 listopada 2015
Rozdział 3
Andrzej przebudził się, kiedy promienie słoneczne zaczęły wdzierać się do jego pokoju i dokuczliwie drażniły jego oczy. Przekręcił swe leniwie ciało z boku na plecy i zadumał się na chwilę, patrząc w sufit. Westchnął głęboko i położył sobie dłoń na czole. Skronie zaczęły mu niemiłosiernie pulsować.
To pewnie przez to wczorajsze whisky - pomyślał.
Po chwili zerwał się do pozycji siedzącej tak gwałtownie, że aż zrobiło mu się biało przed oczami.
- Szlak! - syknął. Uświadomił sobie, że na dworze jest podejrzanie jasno, jak na porę w której powinien wstawić się dziś do szpitala. - Gdzie mój telefon?! - rozejrzał się wokół. No tak. Dopiero przypomniał sobie, co zaszło wczorajszego wieczoru. Spojrzał na opatrunek na swojej dłoni, który zrobił po powrocie do wielkiego i pustego domu. Chyba i tak nici z operacji.
Podniósł się więc spokojnie i udał się do łazienki, by choć trochę pozbyć się woni alkoholu, która pozostała jeszcze z wczorajszego dnia.
Profesor kroczył powoli korytarzem szpitala, machając przy tym bezwiednie aktówką.
- Jesteś! Wszyscy cię szukają. Andrzej? - Conssalida spojrzała podejrzliwie na nieobecnego mężczyznę.
- Hmm? - odezwał się, choć tak naprawdę nie obchodziło go nic, co nie rozwiąże jego problemów.
Sam nie zdawał sobie z tego sprawy, jak bardzo Matylda go zmieniła. Czy do tej pory było coś ważniejszego niż operacje? Niż medycyna?
- Miałeś ze mną operować! Przez ciebie musiałam zwerbować Jakubka, który swoją drogą powinien być w tym czasie w karetce! Co się z tobą dzieje do cholery?! - On tylko spojrzał na rudowłosą kobietę. Fascynujące w jakiej opozycji do siebie były teraz ich interesy.
- Rodzinę też już zdążyłaś sobie zaplanować? - odezwał się beznamiętnie. Nastała chwilowa cisza.
- Pieprz się. - syknęła. Z przyjaciółmi tak bowiem jest, że doskonale wiedzą w jaki punkt uderzyć, by zabolało, gdyż znają nas doskonale. A czego można było się spodziewać po kimś takim jak Falkowicz? Otóż profesor właśnie obserwował tego skutki. Nie było mu przykro. Dokładnie to chciał osiągnąć. Spokój i to w trybie natychmiastowym.
- Profesorze, jest pan pilnie proszony na sale operacyjną. Doktor Krajewski... - do gabinetu wpadła zdyszana pielęgniarka.
- Proszę wezwać doktora Gawryło. On powinien mieć dyżur.
- Ale on nie może.
- No to Zapałę. Do prawdy, czy w tym szpitalu nie ma innych lekarzy! - ryknął, po czym zdał sobie sprawę z tego, że jego wybuch był zupełnie niepotrzebny. Zaczął więc spokojniej, widząc strach w oczach pielęgniarki. - Dobrze, co mamy?
- Przywieźli dziewczynkę z wypadku, ma zmiażdżoną dłoń... - Falkowicz momentalnie wstał, a jego oczy nagle rozbłysły ze strachu. Ale przed czym? Przepuścił kobietę w drzwiach i pośpieszył na blok.
Myjąc w pośpiechu dłonie spojrzał sobie w oczy w lustrzanym odbiciu, ale tylko przez sekundę. W tym czasie zdążył dostrzec coś, co go przeraziło. Coś czego wcześniej tam nie widział. Coś na kształt obłędu. Lecz mogło to też być po prostu zmęczenie. Mimo wszystko w sercu naszego potwora pojawiło się ziarenko strachu. Ale czego się bał? Tego, że nie panował nad emocjami? Czy tego, że tam na stole zobaczy Matyldę?
Szybko? A na co czekać skoro już gotowa. I dziękuję za komentarze. Są niesamowicie krzepiące. Choćby dla garstki osób warto pisać.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Rozdział 2
Profesor wsiadł do swego białego auta i wściekle trzasnął jego drzwiami. Z nerwów nie potrafił nawet zapiąć pasów. Po chwili dostrzegł ciemną, maź, która pojawiła się znikąd, a teraz oblepiała klamerkę pasów i kierownice. Lekko zdezorientowany rozejrzał się po aucie. To była krew. Dłoń mężczyzny krwawiła teraz obficie. Przyjrzał się jej dokładniej i dostrzegł drobinkę, która skrzyła się delikatnie w świetle przyszpitalnych lamp. Oderwał ją od naskórka jednym ruchem, lekko uchylił automatyczną szybę i wyrzucił szkło na szpitalny bruk.
Oparł głowę o zagłówek i westchnął ciężko.
-Spokojnie, żadnych emocji. - nie mógł przecież jechać do Kasi i tak po prostu błagać, by oddała mu jego córeczkę, jego Matyldę. Tę, z którą tak bardzo się zżył, kiedy to jej matka leżała nieprzytomna w szpitalu. Może i nie był biologicznym ojcem, ale czy to coś zmienia?
No owszem zmienia. Matylda była jego dzieckiem do momentu odczytania wyników DNA. Do tego momentu zdążył uwierzyć, że jest jej ojcem. Co gorsze - pokochał tego szkraba. Obudziły się wspomnienia. On przecież wiedział co to znaczy sieroctwo. Wielka niewiadoma i strach przed dorosłym światem, który musiał poznać tak szybko. Do dziś, każdego wieczoru wspomina dzień, kiedy to stracił wszystko, kiedy jego życie rzuciło nim o ścianę i kazało iść.
Dlatego gdy spojrzał na Matyldę wtedy tam pod salą Smudy, zobaczył w jej oczach siebie. I czas się cofnął. Nie mógł pozwolić, aby się powtórzył, by Matylda podzieliła jego los i tak samo jak on, poznała co to samotność.
-A kuku! - wzdrygną się na stukanie w szybę. Spojrzał z politowaniem na Adama, który z szerokim uśmiechem wpatrywał się w brata, szczęśliwy że udało mu się Andrzeja wystraszyć.
- Czego?
- Co robisz? - Andrzej spojrzał na Krajewskiego z politowaniem - Chciałem cię zaprosić dzisiaj na kolację. Musze ci kogoś przedstawić. - uśmiechnął się dumnie do brata.
- Doprawdy? Kolejna panienka? - Andrzej dobrze znał jego zwyczaje. Adam nie potrafił zatrzymać przy sobie żadnej kobiety dłużej niż miesiąc. A wszytko przez gafy, które popełniał na każdym kroku. Tak też stał się obiektem żartów Falkowicza.
- Ta jedyna. - podkreślił brunet - Mam tylko małą prośbę...
- O Boże, słucham. - profesor westchną ciężko, przeczuwając najgorsze.
- Mógłbym tę kolację urządzić u ciebie? - Andrzej spojrzał zaskoczony na brata
- Wiedziałem. Dzięki stary. - Adam poklepał brata po ramieniu i nawet nie wyczuł, jak bardzo jest spięty. Falkowicz zsunął obie dłonie na szczycie kierownicy i położył na nich głowę.
- Andrzej, co ci się stało? - Krajewski spojrzał profesjonalnym okiem na dłoń brata, z której cały czas sączyła się czerwona ciecz - Wysiadaj, muszę ci to zszyć. - Falkowicz tylko spojrzał na niego spod na pół przymkniętych oczu i odpalił silnik nadal utrzymując wzrok na Adamie. Przygazował ostro, dając tym samym bratu szansę na odskoczenie na bezpieczną odległość, po czym ruszył autem. Na nowo poczuł jak wzbiera w nim fala gorąca i tęsknoty. Tej nocy długo jeszcze nie mógł zasnąć.
Nie przedstawiłam się jeszcze wam :-) A więc mam 19 lat i jestem na pierszym roku filologii angielskiej, jednocześnie pracując. Piszę nie pierwszy raz choć tak naprawdę bardziej chcę niż potrafię to robić :-) Liczę na komentarze i zaznaczam że odpowiadam na każde pytania.
sobota, 21 listopada 2015
Rozdział 1
Był cichy i spokojny wieczór... nie to zbyt banalne. Ale w istocie taki właśnie był. Pan profesor Andrzej Falkowicz siedział w swym gabinecie po cichu dumając nad czymś ciężko. Z zamyślenia wyrwał go jednak telefon. Zmarszczył nieznacznie brwi i przechylił się leniwie w stronę owego urządzenia, by sprawdzić kogo nazwisko widniało na wyświetlaczu. "Katarzyna Smuda" przeczytał w myślach, po czym zacisnął szczękę - a mógł to zauważyć tylko wprawiony obserwator. Chwycił za urządzenie i cisnął nim o ścianę, a ono w rezultacie roztrzaskało się na drobne części.
-Cholera - mruknął pod nosem swym basowym głosem. Co prawda nie chciał wyżywać się na Bogu ducha winnej komórce. Koniec końców nie rozwiązywało to przecież jego problemów. Co więcej - stał się jeszcze bardziej poddenerwowany.
Uderzył z pięści w swe masywne biurko, ignorując ból jaki sam sobie przy tym zadał.
Musi boleć- pomyślał. Musi boleć. Za twoje błędy Falkowicz.
Westchnął głęboko i z rezygnacją podszedł do części, które jeszcze niedawno zwały się telefonem, a teraz leżały pod drzwiami do gabinetu profesora.
Spojrzał na zbity wyświetlacz. Zacisnął powieki i dłonie w pięści.
- Nie daruje - syknął, po czym rzucił pokrwawionym kawałkiem szkła i szarpnął za klamkę do drzwi jego gabinetu.
Ludzie ze strachem w oczach mijali go na korytarzu. Gdy tylko na niego spojrzeli od razu spuszczali wzrok, bojąc się, że ciekawość mogłaby ich to kosztować życiem.
I pewnie mieli racje, lecz profesor nie miał teraz głowy do tego, by szukać sobie przypadkowych ofiar. Najważniejsze, że schodzili mu z drogi. Nie zabierali tym samym jego cennego czasu, który teraz planował poświęcić komuś innemu. Pewnej kobiecie, która zmieniła jego życie w koszmar. Kobiecie która dała mu wszystko i odebrała jeszcze więcej. Zabrała kawałek jego duszy, jego serca. Pozbyła go sensu życia. Nigdy wcześniej nikogo tak nie nienawidził. Ci którzy myśleli, że był on potworem, tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylą. Tak, dobrze czytacie. On potworem dopiero się stawał. Wszakże każdy człowiek w mniejszym lub większym stopniu dąży do stateczności majątkowej. Każdy kłamie i rani drugą osobę. Im starszy jest tym mniej wrażliwym na innych się staje.
Problem pojawia się wtedy, gdy kogoś naprawdę pokochamy i na tym uczuciu się zawiedziemy. Człowiek, któremu wyrywa się miłość razem z sercem staje się własnym cieniem. Jego oczy robią się czarne, a dusza matowieje. Umiera za życia i staje się potworem.
Wstęp do mojego opowiadania już poznaliście. Mam nadzieje że zaintrygował i będę mogła liczyć na wasze zainteresowanie. Licze na komentarze, nawet na krytykę ale konstruktywną. :-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)